Rewolucja zaklęć! Koniecznie przeczytaj!
► Poszukujemy nauczyciela Starożytnych Run!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Trwa lekcja Transmutacji!
► Trwają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Czerwiec 2000r.
Pełnia: 11-13.06 (10-13.01)
Ciepłe promyki słońca przeplatają się nieustannie z deszczową aurą. Możliwe poranne mgły i pierwsze burze. W dzień ok. 18'C, w nocy temperatura spada do ok. 10'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Gabinet prof. Historii Magii
Autor Wiadomość

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 92
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Gru 02, 2018 2:49 am   Gabinet prof. Historii Magii
   <Multikonta: DC


Kiedyś tu będzie opis. Shh.
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 92
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Gru 02, 2018 3:00 am   
   <Multikonta: DC


Skinął głową, tym samym wyrażając, że zgadza się z jej stwierdzeniem. Owszem, Raylene nie wyglądała na taką, która może opierdolić faszerowanego słonia na raz, ale zdarzały się też zgrabne osóbki, które jednocześnie wrzucały w siebie więcej niż taki Verendal. Niemniej Raylene, choć zaprezentowała, że może opitolić burgera bez problemów to nie - nie sprawiała wrażenia kogoś, kto mógłby być realnym zagrożeniem dla Verendalowskiego tytułu wpierdalacza. Nie żeby ją obczajał czy coś, nie żeby wygląd miał jakiekolwiek znaczenie czy coś! Akurat Ryker, niejednokrotnie pewnie wołany "gaaaay", nie zwracał aż tak uwagi na wygląd. Dobrym przykładem jest Annabeth. Cooo? Kto to napisał?
- To się ceni. - Odpowiedział Callaghan uśmiechając się kątem ust.
Był głodny. W zasadzie tylko dlatego tegotygodniowy król melodramatu wyłonił się ze swojej nory by dać światu do zrozumienia, że wrócił, ale niekoniecznie w dobrym nastroju. W zasadzie - nie planował się spotykać z nikim, wyjątkowo nie chciał znaleźć sobie towarzystwa - chciał po prostu wrzucić coś na ruszt. Szczęście (bo ciężko mówić tu o pechu) chciało, że wpadł akurat na Raylene. Owszem, to szczęście, bo choć Ryker był raczej towarzyską osobą i wiele osób lubił, to jednak były te, które lubił bo lubił, ale też nieco mniej liczna grupa osób, które faktycznie lubił i których towarzystwo sobie cenił; takie przy których czuł się jakoś lepiej. Shrug.
Zmiana planów - nie wybierze się na Wielką Salę na wyżerkę (choć mógłby, zaprosiłby Ray-Ray na fancy kolację w Hogwarcie) a pomaszeruje gdzieś w towarzystwie Raylene. Byle gdzie, ważne z kim. Z Raylene to mógłby się nawet najebać we Wrzeszczącej Chacie. Kiedyś będą musieli to zrobić. Czemu? Chwała spontanicznym wypadom. Najpierw jednak musiałby odzyskać swoją magiczną piersiówkę, której Verendal do tej pory mu nie zwrócił. Może teraz potrzebował jej bardziej niż on? Tamtej nocy w Kanadzie, jakkolwiek źle by to nie zabrzmiało, na pewno okazała się przydatna. Prawda?
- Raczej nie tutaj, nie byłem na to przygotowany. Wybacz. - Oznajmił, uśmiechając się uprzejmie.
Zaczęli razem przemierzać korytarz najpewniej w kierunku schodów. Gdzie się wybierali - pewnie do niego, hehe. Pora była w miarę wczesna, może nikt ich nie oskarży o schadzkę. I może Raylene nie uzna tego za próbę gwałtu - najpierw zwabiona wizją amerykańskich smakołyków a potem brutalnie uświadomiona, że tym smakołykiem był tylko i wyłącznie hot-dog.
I pojawia się ta myśl - czy ja posprzątałem w gabinecie? Jeśli pojawi się podejrzenie, że nie posprzątał, to pewnie pobiegnie sprintem, zatrzaśnie Raylene drzwi przed nosem, jakieś dwa, może trzy zaklęcia, a potem otworzy te drzwi jak gdyby nigdy nic, zwalając na przeciąg. Genius.
- Przecież co złego to nie ja. - Odpowiedział, zerkając na nią kątem oka.
Spiritus movens brzmiało ładniej niż jakaś wymówka! Nie potrzebował wymówki żeby widzieć się z Raylene. Bardziej czegoś, co go kopnie w dupę aby wziął się w garść.
Droga szybko się skończyła, stanęli przed drzwiami jego gabinetu, on z myślą, że na pewno miał porządek, otworzył je.
- Zapraszam - wykonał zamaszysty ruch ręką, wskazując na wejście.
Owszem, było posprzątane. Przez jedną dobę nie zdążył nabałaganić, to raz; dwa - raczej wolał trzymać porządek u siebie, chyba że akurat ogarniał jakiś projekt na zajęcia, ale wtedy też nie można było mówić o bałaganie tylko o kontrolowanym chaosie. Na jego biurku zalegał niepozorny woreczek, hehe. Callaghan mistrz zaklęcia zmniejszająco-zwiększającego.
- Szanowny profesor miotlarstwa, jak się domyślam, jeszcze nie wrócił? - Zapytał, zamykając za nią drzwi, jednocześnie odcinając jej drogę ucieczki, he.
Nie sprawdzał czy Chris wrócił, nie zaglądał do niego, od jego wyjazdu kontakt jakoś zanikł, ale to chyba normalne przy ich długodystansowym związku.


_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 156

Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Gru 02, 2018 7:19 pm   
   <Multikonta: MD | FL


Pomysł zakręcenia się wokół jakiegoś posiłku spadł chyba obojgu jak z nieba, jako że Callaghan nie był jedynym głodnym uczestnikiem rozmowy. Czas spędzony na czytaniu mijał szybciej, a przy dobrej lekturze łatwo było zapomnieć, kiedy miał miejsce ostatni posiłek. Podpowiedź: wystarczająco dawno, by układ pokarmowy zaczął powoli przypominać o swoim bezrobociu. Gdyby nie przypadkowe spotkanie na korytarzu, Raylene pewnie czekałaby wycieczka do kuchni, ewentualnie życiowy dylemat pod tytułem "czekać na kolację, czy nie czekać na kolację". W tej chwili wahać się nie było nad czym, prezenty przywiezione z dalekiego kraju miały bezwzględne pierwszeństwo przed jakimikolwiek wytworami hogwarckich skrzatów, tak samo zresztą jak towarzystwo w tym przedsięwzięciu. Na wspólnych ucztach zawsze było tak niemożliwie głośno, że czasem aż miało się ochotę wlać kawę do uszu zamiast do gardła, a już przynajmniej rzucić zaklęcie wyciszające na stoły zajmowane przez uczniów. A jak jeszcze czasem któremuś przy śniadaniu trafił się wyjec... no klękajcie narody. A człowiek tylko chciał się obudzić po nieprzespanej nocy, bo komuś przyszło do głowy o czwartej nad ranem urządzić nielegalny pojedynek. Odczarowanie płatków słonecznika wyrastających wokół czyjeś głowy to wcale nie była taka prosta sprawa, zajmowała dużo czasu i koniec końców nawet nie opłacało się kłaść.
Kochała dzieci, ale wakacji wypatrywała z utęsknieniem.
- Wybaczam - uznała łaskawie. - Już zaraz będziesz się mógł zrehabilitować - dodała zaraz, przywołując uśmiech o bardzo wyrozumiałym wydźwięku. Dziwne by było, gdyby chodził wszędzie wyposażony w cały odpowiedni ekwipunek, licząc na przypadkowe spotkanie. To już by chyba zakrawało na desperację, a nie podejrzewałaby nigdy Rykera o tak ekstremalne stany. Przynajmniej nie bez powodu, a na chwilę obecną nic jej nie było o takowych wiadomo. W myślach czytać nie umiała, co zresztą i lepiej; umysły co poniektórych wyspecjalizowanych jednostek powinny pozostać tajemnicą dla jej własnego zdrowia psychicznego.
Pokonanie czterech pięter w górę to nie było takie byle co. Bieganie po schodach stanowiło pewnie główny element ćwiczeń fizycznych w Hogwarcie, bo spójrzmy prawdzie w oczy, Quidditch i tak polegał głównie na siedzeniu na miotle. Jedynym zabezpieczeniem społeczności szkolnej przez masową nadwagą były właśnie te wysokie piętra, setki stopni do pokonania i pułapki, które nieraz zmuszały do dwu- czy nawet trzykrotnego nadkładania drogi. Nic dziwnego, że niektórzy uczniowie mogliby z powodzeniem startować w zawodach lekkoatletycznych, szczególnie w biegach z przeszkodami. Może czas stworzyć czarodziejską drużynę olimpijską? Problem byłby pewnie tylko z udowodnieniem, że nie stosują żadnego magicznego dopingu.
- Przecież co złego to nie ja.
Uśmieszek o tytule mhm, jasne, już ci wierzę pojawił się samoistnie, niemożliwy do powstrzymania. W tym momencie oczywiście tylko się droczyła, bowiem nie podejrzewała tu bynajmniej nikogo o niecne zamiary wobec swojej osoby, jakkolwiek to wcześniejsze zaproszenie by nie wyglądało. Pod tym względem miała do Callaghana jakiś dziwny rodzaj zaufania, którego nie umiała wytłumaczyć niczym innym, jak tylko intuicją. A ta, trzeba przyznać, do tej pory jeszcze Raylene nie zawiodła. Niektórzy krzywili się na tę jej życiową ostrożność, ale ona była przekonana, że to właśnie podążanie za najsilniejszymi przeczuciami ratowało ją do tej pory od jakichś większych życiowych perturbacji. Skoro jednak w chwili obecnej żaden głosik z tyłu głowy nie wrzeszczał "uciekaj! Wiej w podskokach!", (a robił to zadziwiająco często), zamierzała zaufać temu uczuciu.
Wsunęła się sprawnie do pokoju, który znała już co nieco z niedawnych nocnych wojaży. Nie miała w zwyczaju oceniać stopnia posprzątania, jako że sama - choć z natury porządna - często zmuszona była w pośpiechu zostawić swoją malutką sypialnię w niezbyt eleganckim stanie. Rzucenie kilku zaklęć często nie załatwiało wszystkiego, bo potem łatwo było zapomnieć, gdzie które szpeje powędrowały. I szukaj tu potem człowieku, do której szuflady schowałeś pocztówkę od wujostwa, a gdzie leży własny zapas eliksiru na przeziębienie. Przynajmniej zapasowe skarpetki trzymała w niezabezpieczonej niczym szafce, żeby w razie konieczności można je było raz-dwa przywołać zaklęciem. Przy takim trybie życia, z jakim musiała się godzić Raylene, nie było wiele miejsca na marnowanie czasu.
- Profesor Verendal? Nic mi nie wiadomo - odpowiedziała od razu, wyrwana z lekkiego zamyślenia. - Ale mi się generalnie nie melduje, więc nie mam skąd wiedzieć. Prędzej bym zakładała, że ty będziesz wiedział. - Jedyne momenty, kiedy Winchester rzeczywiście orientowała się w życiu swoich współpracowników-pedagogów były wtedy, kiedy któreś podupadało na zdrowiu. Wtedy od razu witała delikwenta w Skrzydle Szpitalnym, obowiązkowo zbierała do kupy, a potem znów nie miała pojęcia o niczym aż do kolejnego nieszczęśliwego wypadku. Widocznie czas wolny nauczycieli i szkolnej pielęgniarki nie pokrywał się na tyle, by udało się spotkać i porozmawiać częściej niż od wielkiego dzwonu. Albo trzeba się było po prostu trochę bardziej wysilić, może coś poświęcić, wykazać inicjatywę.
- A mały rudy przyjaciel? - spytała, wyraźnie rozbawiona na samo wspomnienie przeuroczego zwierzaka. Nigdy jeszcze nie spotkała nikogo, kto trzymałby w pokoju prawdziwego lisa, choć z różnymi oryginalnymi pupilami miewała już do czynienia. Jedna z jej koleżanek w czasach studiów hodowała pająki, stąd nigdy, przenigdy nie spotykały się u niej w domu. Tarantula to nie ten rodzaj puchatego zwierzęcia, za którym by przepadała.
_________________


 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 92
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pon Gru 03, 2018 1:34 pm   
   <Multikonta: DC


Kwestia spotkania z Raylene była w planach. W końcu to z myślą o niej skakał po amerykańskich mugolskich sklepach i zaopatrywał się w to, co było dość charakterystyczne dla jego kraju. Nie mogło się oczywiście obyć bez słynnego masła orzechowego. W podwojonej ilości, bo należało pamiętać też o rudej kicie, która uwielbiała wylizywać łyżeczkę po tym kremie. Nie wiedzieć czemu, nie wiedzieć skąd - lis uwielbiał orzechowe masło i był w stanie zrobić dla niego lisie wszystko. Dodatkowo oprócz słoików z tym przysmakiem nie mogło zabraknąć takiego cheddaru w sprayu czy donutów. Nie można oczywiście zapomnieć o reese's, wszelkiej maści ciastkach, gumach, słynne shocki wykrzywiające mordę. Produkty, które były kwaśne, słodkie, ostre, łagodne - ogólnie rzecz ujmując cały smak ameryki przywieziony w jednej paczce (żeby nie napisać, że w jednym worku bo to już naprawdę nieładnie brzmi). Nie był jednak przygotowany by serwować to na korytarzu, gdzie się spotkali i to całkowicie przypadkowo. Stąd też potrzeba zwabienia Raylene do swojego gabinetu.
Callaghan zbliżył się do biurka, odłożył nań swoją książkę, a następnie wyciągnął różdżkę i machnął nią w kierunku swojego bagażu, który zaraz się rozwiązał a z wnętrza wężykiem zaczęły wylatywać wszystkie zakupione przez niego wcześniej produkty spożywcze. Zakupy układały się, jeden po drugim, na blacie biurka, zastawiając praktycznie całą jego powierzchnię. Ostatecznie Ryker znów machnął różdżką, a opróżniony bagaż ułożył się gdzieś w kącie pokoju.
- Mhm, czyli jeszcze siedzi w Kanadzie. - Pomyślał na głos, po czym przeniósł wzrok na Raylene -Zapytałem, bo nie miałem kiedy się do niego wybrać, a myślałem, że ta żywa drabina przemknęła gdzieś korytarzem na twoich oczach. - Dodał najwyraźniej celem usprawiedliwienia tego zagadnienia.
Czyli Verendala jeszcze nie było. W zasadzie - nic dziwnego, w końcu on wrócił dzień szybciej, niż planowano. Będzie musiał go odwiedzić, pewnie przyjąć ten odroczony w czasie opierdol za wystawienie go przed całą rodziną. Trudno, ktoś to musiał zrobić, Callaghan sobie ulżył - a w efekcie nikt nie był z tego zadowolony. Nawet on.
Obejrzał się na Raylene, kiedy poruszyła temat małego, rudego przyjaciela. Przez ułamek sekundy zastanowił się, skąd pielęgniarka mogła wiedzieć o Juniperze, skoro nie była u niego w gabinecie (ani tym bardziej w komnacie, gdzie przebywało zwierzę). Nie przypominał sobie, aby podczas wspólnego spaceru z lisem wpadł na Raylene. Zresztą - zwykle z Juniperem opuszczał komnatę, kiedy było albo dramatycznie wcześnie albo późno.
- Juniper? - Jego prawy łuk brwiowy drgnął, podczas gdy on odwrócił się w stronę drzwi do komnaty.
Machnął różdżką, gałka przekręciła się a przejście otworzyło się. Już po chwili wychylił się stamtąd rudy pyszczek, który poruszał nosem. W chwilę potem ruda smuga przemknęła prędko przez gabinet i niemalże w podskokach dobiegła do pielęgniarki. Lis zaczął w krótkich skokach okrążać Raylene, raz za razem opierając łapki na jej nogach, zamiatając przy tym wszystkim powietrze swoją rudą kitą.
Brew Callaghana drgnęła po raz kolejny.
- Huh, ciekawe. - Mruknął, bardziej do siebie niż do pielęgniarki. - Wygląda jakbyście się znali. Ba, wygląda jakby cię lubił, co jest dość zaskakujące, bo Juniper nie przepada zbytnio za ludźmi. - Machnął różdżką, zamykając drzwi od komnaty (raczej tam nie zamierzali się wybierać).
Ukrył magiczny przedmiot, już bez użycia magii przesunął krzesło stojące pod ścianą w stronę biurka, gestem wskazał, ażeby Raylene sobie usiadła, a potem wsunął dłonie do kieszeni spodni, jednocześnie przysiadając na ostatnim wolnym skrawku blatu biurka.
- Coś się wydarzyło, jak mnie nie było? - I nie wiadomo, czy pytał teraz lisa czy może pielęgniarki.
Naprawdę nie potrafił sobie przypomnieć momentu, w którym zapoznałby Junipera z kimkolwiek z tutejszej kadry. To stworzenie nie było przekonane do ludzi, nawet do takiego Verendala, którego znało już bardzo długi czas. Stąd też te późne bądź brutalnie wczesne spacery - by było jak najmniej towarzystwa. Tymczasem Juniper sprawiał wrażenie jak gdyby był zauroczony postacią Raylene. Z reguły na obcych kichał bądź szczekał. Na Verendala tylko krzywo patrzył, co oznaczało, że Kanadyjczyk został zaakceptowany. W pewnym stopniu.
Callaghan załatwił temat karmienia stworzenia. Jedno zaklęcie na worek z karmą i po sprawie. Dlatego był święcie przekonany, że nie było powodu, dla którego miałby przedwcześnie uświadamiać Raylene o fakcie posiadania zwierzęcia. Niemagicznego zwierzęcia.


_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 156

Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Wto Gru 04, 2018 6:29 pm   
   <Multikonta: MD | FL


- A, rozumiem. - Machnęła lekko ręką, drugą nadal przytrzymując książkę kurczowo przy sobie. Brakowało tylko mundurka i szkolnych szafek w tle, a mogłaby udawać uczennicę zagadywaną na korytarzu między lekcjami. - Przez kilka ostatnich dni i tak niewiele wychodziłam, było sporo roboty.
Nie żeby miała jakąś wielką potrzebę się usprawiedliwiać. Do tego, że rzadko opuszcza Skrzydło Szpitalne, chyba wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić. Z tego przecież powodu najczęściej była do tyłu z bieżącymi wydarzeniami, a najwięcej nowinek poznawała tak naprawdę dzięki uczniom, którzy walili do niej drzwiami i oknami. Problem był tylko taki, że dzieciarnia uwielbiała powtarzać ploteczki, teorie spiskowe i inne fanaberie, w których nijak szło doszukać się prawdy. Głupotą byłoby pokładać wiarę w tych opowiastkach, często podsycanych emocjami i pragnieniem sensacji. Dobrze, że przynajmniej podczas posiłków w Wielkiej Sali pojawiało się obok jakieś grono powyżej siedemnastego roku życia (czasem wpadali i do Skrzydła, ale to już te niechlubne przypadki i o nich nie wspominamy).
- Juniper?
Ścisnęła wargi, próbując powstrzymać uśmiech. Z jednej strony nie była pewna, czy powinna uświadamiać Callaghana odnośnie jego niedawnych wycieczek, ale drugiej wciąż wierzyła, że może jednak pamiętał cokolwiek. To by zdecydowanie wiele ułatwiało, bo wcale nie było tak prosto powstrzymać wybuch śmiechu na wspomnienie popisów wokalnych Kapitana Casanovy. Drugi świadek całego zajścia co prawda przyobiecał milczenie, jednak głowy by nie dała, że słowa dotrzyma. Co jak co, ale nie tylko kobiety wymieniają między sobą informacje, jakkolwiek by nie głosił popularny stereotyp.
Jak na zawołanie, zza drzwi wyskoczył wspomniany wcześniej lisek. Nie spodziewała się w sumie tak ciepłego przyjęcia ze strony czworonoga, można więc powiedzieć, że została mile zaskoczona. Ostrożnie przykucnęła, chcąc spojrzeć na zwierzę z bliska.
- Wygląda, jakby cię lubił.
- No ba, że mnie lubi. Mnie się nie da nie lubić - stwierdziła dumnie. No, było parę wyjątków, ale one mogły stanowić tylko potwierdzenie dla ogólnej reguły. - No cześć, maleńki - dodała już szeptem, zwracając wzrok na skaczącego wokół liska. Teraz przynajmniej wiedziała, jak rudy jegomość się nazywa, a to już przecież coś. Mogłaby tak spędzić sporo czasu, najpewniej klapnąwszy sobie na podłodze i ciesząc się tylko obecnością jakże uroczego zwierzęcia, ale to chyba nie wyglądałoby najlepiej. Gdyby była tam babcia Chrysanta, już dawno fuknęłaby z oburzeniem na te tragiczne maniery. Chcąc nie chcąc, trzeba było w końcu podnieść się i usiąść jak przystało, na krześle.
Dobre wychowanie jest jednak do niczego.
- A gdzie tam! Wydarzyło się, jak byłeś - rozpoczęła wytłumaczenia, taktycznie uciekając spojrzeniem w kierunku krążącego to tu, to tam Junipera. - Jeśli dobrze pamiętam, twoje ostatnie słowa przed kompletnym zgonem obejmowały coś w stylu "opiekuj się nim, kiedy mnie nie będzie", chociaż mogłam coś źle zrozumieć. Nie mówiłeś zbyt wyraźnie. - Uśmiechnęła się przepraszająco, na moment tylko unosząc wzrok w kierunku Rykera. - Śmiem stwierdzić, że moja pomoc nie była tu konieczna, ale przynajmniej zdążyliśmy się zapoznać.
No to się dowiedział, znaczy tak do końca nie dowiedział, ale może chociaż był w stanie się domyślić. Jeśli o Raylene chodzi, to wolałaby nie być zmuszona do zagłębiania się w szczegóły, ażeby oszczędzić w miarę możliwości tej niezręcznej atmosfery. Poza tym, pewnych elementów tamtego wieczora w ogóle nie zamierzała zdradzać, szczególnie tych, które zaszły tylko między ich dwojgiem. Gdyby ktokolwiek się dowiedział... dobry Merlinie. Wystarczyło sobie wyobrazić reakcję Bethy na takie rewelacje i zyskiwała pewność, że gębę należy trzymać na kłódkę.
- No i tak, khm. - Zerknęła ku biurku, gdzie jedne obok drugich pyszniły się najróżniejsze wiktuały z dalekiego Zachodu. Przebiegła po nich wzrokiem, chcąc wypatrzyć jakiekolwiek znajome motywy czy nazwy, może zorientować się, co tam w ogóle leży, jednak w ogólnym gąszczu wszelkiego dobra nie była w stanie wypatrzeć niczego konkretnego. W końcu, chcąc zahaczyć o cokolwiek i na dobre uciąć wspominki z dnia balu, odłożyła swoją książkę na kolana i wzięła do ręki pierwszy z brzegu przedmiot. Obróciła w dłoni kolorową puszkę, chcąc odczytać nazwę z etykiety, choć po kształcie opakowania spodziewała się prędzej jakiegoś kleju niż jedzenia.
- Ser w sprayu?
_________________


 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 92
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Wto Gru 04, 2018 11:47 pm   
   <Multikonta: DC


Callaghan uśmiechnął się łagodnie na stwierdzenie Raylene. Ano nie mógł się nie zgodzić - Raylene miała coś w sobie, co sprawiało, że niemalże z miejsca ją polubił. I nie chodziło tutaj o jej przyjemną dla oka aparycję (choć tego nie dało się jej odmówić). Po prostu samo jej pozytywne nastawienie sprawiało, że jakoś dobrze czuł się w jej towarzystwie. Choć z drugiej strony - kim on był, żeby to oceniać. Nie spędził z nią aż tak dużo czasu. Niemniej pierwsze wrażenie, i kilka wtórnych, było bardzo dobre. Piguła miała coś w sobie, a Ryker jeszcze nie bardzo potrafił dokładnie stwierdzić, co to takiego. Fakt - był osobą towarzyską, lubił praktycznie wszystkich - no poza takim aurorem z wyspecjalizowanej jednostki - jednak tu chodziło o coś innego. Tak, lubił ją, ale jakoś tak inaczej. Na pewno inaczej niż Verendala, jeśli to miałoby być jakimkolwiek punktem zaczepienia.
Przesunął wzrok na lisa, obserwując jego poczynania. Ruda kita dalej bujała się na boki, a jej właściciel stał wpatrzony w pielęgniarkę jak w obrazek (jaki pan taki zwierzak). W końcu stworzenie usadowiło się wygodnie na ziemi w pobliżu biurka, dalej z radosnym wyrazem pyska obserwując to Raylene to Callaghana. On już wiedział, chyba wyczuł, co też przywiózł Ryker, kiedy wrócił po swojej nieobecności. Juniper przyzwyczajony był do tych kilkudniowych zniknięć i można rzec, że nawet lubił takie momenty, bo doskonale wiedział, że po powrocie Ryker podaruje mu jakiś wyjątkowy smakołyk. A teraz chodziło o masło orzechowe. Pewnie stąd zajęcie miejsca koło biurka. Lis wiedział, jak wygląda słoik z jego przysmakiem i na pewno już go przyskrzynił wśród tych wszystkich produktów.
Jego wzrok przeskoczył z powrotem na Raylene i teraz zarówno on jak i Juniper, przyglądali się jej uważnie, podczas gdy ona podjęła próbę zreferowania tego, co się wydarzyło. O ile mina lisa wcale się nie zmieniała, bo wciąż z radosnym wyrazem na pysku wpatrywał się w pielęgniarkę, to Ryker nie wyglądał najlepiej. Z każdym kolejnym zdaniem, jego wyraz twarzy stawał się jeszcze bardziej niewyraźny, jego usta wykrzywił jakiś niezidentyfikowany grymas, nie wiadomo czy to wyraz skrajnego upokorzenia czy tylko zażenowania.
Nie raz był pijany, nie raz odstawiał po tym jakąś szopkę. Zwykle działo się to w towarzystwie Verendala i albo razem dopuszczali się jakichś krzywych akcji albo Christopher pilnował Rykera by ten sobie za bardzo nie pofolgował. To znaczy - pewnie często wypuszczał go by odstawił manianę, dla własnej, kanadyjskiej uciechy, ale pewnie gdyby Callaghan miał coś wywijać przed Raylene (coś, a nie czymś) to najpewniej by go zatrzymał przed tym aktem żenady. Jednak Verendala nie było tej imprezy przy nim i skończyło się to... chyba nie najlepiej.
- Ja... - zaczął, nieco zachrypniętym głosem. - Oh.
Jego prawa dłoń powędrowała na jego kark i rozmasowała go, natomiast jego wzrok spadł gdzieś, na jakiś martwy punkt. Właśnie w ten sposób Callaghan okazywał swoje zakłopotanie, dokładnie tak wyglądał, kiedy nie bardzo wiedział, co ma powiedzieć, jak coś skomentować.
- W takim razie przepraszam; trzeba było wypić za świeżo zaręczonych. - Bo każdy powód jest dobry. - Mam nadzieję, że nic więcej niemądrego nie wywinąłem.
Już chyba nie chciał pytać skąd znalazł się w łóżku, kto go tam ułożył, bo jeśli Raylene to od Verendala na święta powinien dostać statuetkę Geparda Żenady.
Odchrząknął, przenosząc wzrok na Raylene.
- Wywinąłem? - Zapytał, przy czym ton jego głosu był pełen nadziei.
Nadziei, że usłyszy "nie".
Drgnął, kiedy zapytała go o ser w sprayu. Cóż, dobrze było zmienić tor, którym biegły w tym momencie myśli na taki jakiś... bardziej odmóżdżający. Jak sprawa sera w sprayu.
- Lub, jeśli wolisz nasze określenie, cheddar w glucie. - Oznajmił, a kącik jego ust drgnął w niezgrabnej parodii uśmiechu.
Wciąż jeszcze czuł się dziwnie, wciąż jeszcze świadomość, że odstawił jakieś żenua, pełzała mu po umyśle. Inna sprawa, że był świadomy tego, że mógł odstawić jakiś recital, bo nie raz to robił i nie pamiętał, a potem Christopher musiał mu przypominać listę jego przebojów wykonanych poprzedniej nocy. Ale śpiewanie to pikuś przy rozdawaniu busiaszków i przewracaniu się z pielęgniarką na szkolnych korytarzach. Dobrze, że o tym nie wiedział.
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 156

Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Śro Gru 05, 2018 1:09 am   
   <Multikonta: MD | FL


Niektórzy wzięliby to za samochwalstwo, ale pod pewnymi względami musiała być zwyczajnie szczera ze samą sobą. Do tych aspektów należał właśnie fakt, że raczej łatwo dawała się lubić; zresztą, nie działo się to ot, tak bez przyczyny. Często sporo energii kosztowało ją powstrzymywanie gwałtownych reakcji i wybuchów złości, które druga natura lubiła jej podsuwać na tacy do natychmiastowego skorzystania. Chcąc pozostać sobą, zmuszona była także nad sobą panować i nieliczne były sytuacje, gdy spuszczała emocje ze smyczy. Tu nie chodziło nawet o to, by zachować reputację kochanej, uczynnej osoby - chciała móc przyznać przed samą sobą, że rzeczywiście na te epitety zasługuje.
Przyjemnie było patrzeć, że i rudy zwierzak okazał się mieć do niej jakąś słabość. Cudzy pupile często bywali nieufni w stosunku do obcych, szczególnie te gatunki mniej popularne od psa czy kota. Widząc reakcję lisa na swoją obecność nie mogła się nie uśmiechać, a wręcz w tej chwili pożałowała, że nie ma żadnego własnego towarzysza poza uczynna sową. Atena też była kochanym stworzeniem i z chęcią pozwalała na drobne czułostki, jednak sporo czasu spędzała albo w trasie, albo na polowaniu, albo zasłużenie odpoczywając.
Radosna atmosfera powitania zginęła w chwilę potem, kiedy przyszło do mglistych wyjaśnień i niezbyt przyjemnych tematów. Ledwie otworzyła usta i wydusiła z siebie pierwsze słowa, od razu nawiedziła ją myśl, że może niepotrzebnie o czymkolwiek wspominała. Każda sekunda obserwacji coraz bardziej zmieszanego Rykera tylko utwierdzała ją w przekonaniu, że trzeba było trzymać buzię na kłódkę. Opuściła wzrok na podłogę, skrobiąc nerwowo płytkę paznokcia. Usilnie próbowała wymyślić, jak by tu teraz z tego bigosu wybrnąć. Czy jednak zaraz okaże się, że zepsuła całe spotkanie? Cholera. Czy naprawdę z powodu jednego wieczora musiała przeżywać głęboki wstyd nie raz, ale dwa razy?
- W takim razie przepraszam
- Ale nie, gdzie, nie - odezwała się niemal natychmiast, od razu przechodząc z trybu niezręcznego milczenia w rozgorączkowany słowotok. - Nic się przecież nie stało. Znaczy... działo się różnie, ale to nic takiego. Mam na myśli, że to nic ważnego. Nie przejmuj się.
Mogłaby tak pewnie jeszcze długo, ale na całe szczęście wyczerpał jej się dzienny limit użycia słowa nic. No i przerwano jej, dość wyraźnie, jednym acz dosadnym pytaniem.
- Wywinąłem?
Wyprostowała się jak struna, wraz z głębokim wdechem zamierając na moment w kompletnym bezruchu. Bywały takie sytuacje, że umiała łgać jak z nut, ale w tej chwili każde kłamstewko wrzeszczało o sobie niemiłosiernie, wyraźne niczym księżyc w pełni na nocnym niebie. Minęły może dwie sekundy, nim wreszcie wypuściła powietrze, lecz jej samej zdawały się one jakby lata.
- Nie - zakończyła stanowczo, tonem głosu wyraźnie sugerując, że jest to jej odpowiedź ostateczna. Chwilę później już miała w ręku tajemniczą puszkę, sprowadzając tym samym rozmowę na zupełnie inny tor, nim zdąży palnąć coś jeszcze głupszego. Tak jej dobrze szło nawiązywanie znajomości w nowym miejscu pracy i miała to tak po prostu zaprzepaścić? No raczej, kurde, nie.
- Cheddar to jeszcze nieźle, ale "glut" nie brzmi zbyt zachęcająco. Naprawdę coś takiego jecie? Niby jak? - Obróciła opakowanie w rękach, próbując sobie wyobrazić, jak niby z tego zrobić kanapkę. Zupełnie, jakby w standardowych plasterkach było coś złego! Ci Amerykanie chyba lubili utrudniać sobie życie. Albo może za Atlantykiem nie znali pojęcia normalnego sera? Nie spodziewała się po Nowym Świecie aż tak wielkich różnic, ale najwyraźniej miał ją jeszcze nie raz zaskoczyć.
_________________


 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 92
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Gru 07, 2018 7:51 pm   
   <Multikonta: DC


Oczywiście, że było za co przepraszać. W końcu Raylene nie znała Callaghana na tyle długo by móc się przygotować na jego poalkoholowe występy. To było zdecydowanie za wcześnie. To jak pójście do łóżka na pierwszej randce (której podobno nie mieli! W zasadzie Ryker też nie określał tego jako randka. W sumie wcale nie szukał jakiegoś określenia na to - po prostu bardzo miło spędził czas w miłym towarzystwie i chętnie by to powtórzył). Było mu głupio, bo jednak przesadził z alkoholem, ale nie mógł się spodziewać, że po przedawkowaniu pójdzie prosto do pielęgniarki. W końcu jego wspomnienia kończyły się na tym, jak wskakiwał na schody i... no pewnie na siódme piętro się przeniósł. A najwyraźniej nie było to siódme piętro ale trzecie. Cóż za zbieg okoliczności. Tak czy siak - wyszło jak wyszło, Ryker odstawił szopkę przed Raylene. Mógł tak wnioskować, bo doskonale wiedział, do czego był zdolny. Z opowieści, rzecz jasna.
Szczerze powiedziawszy reakcja Raylene wywołała w nim jakieś dziwne poczucie, że coś mogło być na rzeczy, niekoniecznie wiedział co - być może w taki sposób zareagowała na wspomnienie standardowych występów Rykera i uważała je za coś, co warto pominąć, żeby mu głupio nie było. Ale nie byłoby, gdyby mu powiedziała, że śpiewał czy nadawał w innych językach. U niego to było w pakiecie darmowym. Zwykle tego nie pamiętał, wobec czego ciężko było mu ocenić czy fałszował wtedy, czy słowa mylił, a może wszystko było pięknie i bez skazy, więc następna Eurowizja jego. Ale to było coś, co mógł przyjąć ze spokojem. No chyba, że wydarzyło się coś innego. Nie miał pojęcia czym była wywołana ta reakcja, ale pozwoliło mu to pomyśleć, że coś było na rzeczy. Niemniej przecząca odpowiedź Raylene całkowicie zamknęła temat. Ryker nie miał w zwyczaju by drążyć jakiś temat podczas gdy osoba mówiła, że nic więcej do dodania nie ma. Nie chciał by pomyślała, że on jakkolwiek kwestionuje jej odpowiedź. Nie to nie, proste. Przynajmniej tak to się prezentowało w jego drobnym, przygłupim, męskim móżdżku.
Wobec tego uśmiechnął się nieznacznie, skinął głową na znak zrozumienia i nie dopytywał. Może ten wewnętrzny niepokój nie pozwalał mu się dalej w to wszystko zagłębiać. Jeszcze by usłyszał coś, czego by nie chciał. Na przykład, że biegał nago po Hogwarcie i robił helikopterek przed McGonagall. Bo pewnie sama Minewra by mu o tym nie powiedziała, uznając poziom żenady za tak wysoki, że należałoby to przemilczeć. Tak... Mogło się zdarzyć wszystko, a on nie pamiętał z tego absolutnie nic. Jaka szkoda.
Ryker spojrzał na trzymaną przez Raylene puszkę, kącik jego ust drgnął. Wyprostował się, dalej półdupkiem zalegając na blacie biurka, splótł ramiona na torsie i odpowiedział:
- To określenie adekwatne do samej konsystencji. Jeśli pytasz jak się to je to powiem ci, że zależy od fantazji. Możesz wycisnąć część na frytki, krakersy, dodać do burgera. Albo - tutaj oczywiście pauza dla efektu - po prostu jeść go prostu z puszki.
Niesamowite, prawda? Całe szczęście, że Ryker nie ekscytował się na głos fenomenem sera w sprayu, chociaż sam osobiście był jego wielkim fanem. Prawda była taka, że kochał ser w każdej postaci, ale już najbardziej to smażony. Była tylko jedna rzecz, która mogła stawać w szranki z sernikiem pani Verendal i był to smażony syr wykonany przez panią Callaghan. Oczywiście gdyby Raylene poprosiła, to matka Rykera bardzo chętnie przekazałaby jej wszystkie tajniki przyrządzania tego rykerowskiego przysmaku.
- To co, Raylene? Słyszałem, że jesteś odważna. - Mruknął po chwili, uśmiechając się w przebiegły, lisi sposób i spoglądając wymownie na trzymany przez nią przedmiot.
Czy to w ogóle było dobrym pomysłem? Zaczynać od cheddara w glucie? Znaczy - ser jak ser, jeśli ktoś nie miał nic przeciwko to posmakuje (a jeśli lubił to będzie nałogowo wciągał zawartość takich puszek, kiedy nikt nie patrzył, jak jakiś narkoman). Tylko czy to był dobry produkt do rozpoczęcia podróży po smakach z Ameryki. Czy to w ogóle był dobry pomysł, by wypróbować znaczną część jednego dnia? W sumie - i tak wszystko trafia do jednego żołądka, więc przykładowo Callaghan nie widział kłopotów w łączeniu ogórków kiszonych z pączkiem w lukrze i z budyniem. Ale to Ryker. Z nim od początku było coś nie tak.
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 156

Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Gru 08, 2018 3:01 am   
   <Multikonta: MD | FL


____Wyraźnie nie była mistrzynią wciskania kitu — przynajmniej nie w obecnej sytuacji, nie wiedzieć czemu, bo na ogół dobrze sobie radziła. Może to powaga sprawy była tu taką przeszkodą, może inne czynniki, które ze względu na autocenzurę nie zostaną podane, Merlin jeden raczy to wiedzieć. Przynajmniej ostateczna odpowiedź, choć brzmiała niezbyt przekonująco, okazała się wystarczająca do zakończenia niewygodnego tematu. W końcu po co jeszcze wywlekać te rzeczy na wierzch, wywoływać obopólne zażenowanie i psuć przez to atmosferę? Może nadejdzie kiedyś odpowiedni czas, kiedy wspominki wywołają już wyłącznie uśmiech politowania na twarzy, a nie rumieńce i chęć natychmiastowego skoku z Wieży Zachodniej.
____ Prosto z puszki, powiadasz... - Zadumała się nad przedstawionym właśnie rozwiązaniem, obracając w dłoniach rzeczony przedmiot. Wydawało jej się ono dość dziwne i zaczynała się zastanawiać, czy wszystkie przywiezione przez Callaghana wiktuały będą miały równie oryginalną formę. Ewentualnie zaczęła od jednej z dziwniejszych, a potem będzie już tylko łatwiej. Tak czy inaczej, miała jeszcze wiele do wypróbowania, kiepsko więc by spędziła nie wiadomo ile czasu nad jednym tylko serem. Jakkolwiek jego zapuszkowana postać nie wydawała się bezsensowna, musiała mieć jakąś logikę. W przeciwnym wypadku nikt by przecież tego nie produkował i nie sprzedawał, a wszystko wskazywało na to, że ów produkt cieszył się na Zachodzie całkiem konkretną popularnością.
____Ci Amerykanie to jednak są dziwni.
____ Słyszałem, że jesteś odważna.
____ No ba — odparła buńczucznie, prostując się nieco na krześle. Nie mogło jej wystraszyć jakieś tam jedzenie, nawet jeśli na kilometry dawało niezdrowym żarciem i chemią. Raylene nie była aż tak ortodoksyjnym medykiem, żeby każdą nieeko-wege-cośtam żywność bez zastanowienia wyrzucać na śmietnik. Obróciła puszkę ostatni raz w dłoni, po czym pozbyła się kolorowej zakrętki. Kiedyś na studiach, kiedy "uczyły się" u jednej z koleżanek mugolskiego pochodzenia, wpadły na robienie gofrów (elektryczne urządzenie do smażenia zrobiło furorę wśród dziewcząt z czarodziejskich rodzin) i pamiętała, że z podobnego opakowania brała się bita śmietana. Ba, orientowała się nawet, jak taką skomplikowaną technologią należy się posłużyć, toteż wyciśnięcie sobie odrobiny cheddarowego gluta na dłoń nie stanowiło większej trudności. Była w tym momencie wręcz z siebie dumna, bo nawet jeśli na samym początku wyszła na dość zagubioną, z chwili na chwilę radziła sobie coraz lepiej. Bez żadnego wahania spróbowała tej jakże oryginalnej odmiany sera, nie przejmując się tym, jak niewiele miało to wspólnego z dobrymi manierami.
____ Trochę daje chemią, ale niezłe. — Kiwnęła głową z uznaniem dla przetestowanej właśnie przekąski. Zakładała, że nie powinna niczym się napychać; rzędy ustawionych na biurku przysmaków same się nie skosztują, a głupio by było coś ominąć tylko dlatego, że na samym wstępie obali puszkę sera. Sięgnęła tedy po plastikową zatyczkę i zamknęła opakowanie, lecz zamiast odstawić je na biurko, rzuciła puszkę Rykerowi.
____ Twoja kolej. Do dna? — rzuciła zaczepnie, choć średnio wyobrażała sobie wyzerowanie całej zawartości tak na hop-siup. Sama z pewnością by się po takim wyczynie pochorowała i nijak nie wymagała, by Amerykanin się teraz popisywał. Słowa jakoś tak same uciekły jej z ust i było już za późno, by je odwołać. ale nie obraziłaby się wcale, gdyby nie targnął się na zasugerowany przez nią wygłup. Nie byłoby to chyba zbyt zdrowe, a wiadomo jak służba medyczna alergicznie reaguje na takie rzeczy. Już nawet mieszanie ze sobą wszystkich przywiezionych z podróży wiktuałów brzmiało ryzykownie, a co dopiero władowywanie ich wszystkich w siebie do oporu.
____ Co dalej?
_________________


 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Amaimon

Strona wygenerowana w 0,39 sekundy. Zapytań do SQL: 11