Są już wyniki plebiscytu Złote Tiary!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Zielarstwa!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Rusza lekcja Transmutacji!
► Ruszają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Chatka Gajowego
Autor Wiadomość

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3648

Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Śro Cze 29, 2016 8:21 pm   Chatka Gajowego
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Dom gajowego Hogwartu. Mieści się ona na błoniach, na skraju Zakazanego Lasu. Za nią mieści się grządka z dyniami. W środku jest tylko jedna izba z wielkim łóżkiem w kącie. Ze ścian zwisają włosy jednorożców służące opatrywaniu rannych zwierząt. Z boku izdebki znajduje się kominek z wesoło buchającym ogniem.
 
     
Isilia Wilde
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Nie Gru 18, 2016 3:00 pm   

Kiedy Hagrid zniknął gdzieś w Lesie, dziewczyny szybko podbiegły od tyłu do jego chatki. Nie chciały przecież, żeby ktoś zauważył je od strony zamku.
- Dobra, ja będę patrzeć, czy ktoś nie idzie - postanowiła Is i kucnęła przy boku chatki, skąd miała dobry widok na Zakazany Las. Przecież żaden uczeń raczej tutaj nie przyjdzie, prawda? Trzeba się obawiać powrotu Hagrida, a nie jakiejś niespodziewanej wizyty.
- Im szybciej się z tym uporamy, tym mniejsze szanse, że ktoś nas złapie - powiedziała Gabrycha. - Ev, ty chodź ze mną.
Gryfonka posłusznie podeszła do Blanco.
- A ja? Co ze mną? - spytała Ling opierając się o ścianę. - Ja też chcieć kraść hipogryfa!
- Dasz radę sama czatować? - to pytanie Gabi skierowała do Is, na co ona pokiwała głową. - Okey, w takim razie Ling, chodź z nami.
- Tylko nie hałasuj zbytnio, zależy nam na dyskrecji - przypomniała Evedlyn.
 
     
Gabrielle Blanco
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Nie Gru 25, 2016 12:56 pm   

Dziewczyny poszły za chatkę Hagrida gdzie naglę Ling krzyknęła.
- Hipogryf. - a Ev zatkała dziewczynie szybko usta w obawie, że ktoś je usłyszy.
- Miałaś być cicho. - odparła lekko zdenerwowana Gabrielle. - Bo jeszcze wpadniemy nim zdążymy go chociaż dotknąć. - po tych słowach spojrzała na Is. - I jak czysto?
- Tak, na razie Hagrid nie wraca. - odparła dalej rozglądając się po brzegu lasu.
- To co? Wsiadamy i lecimy czy jak? - zaczęła Ev z wielką radością w oczach, i podnieceniem całą sytuacją.
- Myślę, ze tak by było najłatwiej. W locie nas nie złapią. - odparła Blanco podchodząc bliżej zwierzęcia, a dziewczyny za nią. Ling wyglądała na lekko wystraszoną, ale wędrowała wraz z nimi co jakiś czas chowając sie by nikt z zamku ich nie dostrzegł.
 
     
Evedlyn Gerrit
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Pon Sty 02, 2017 5:06 pm   

Evedlyn po jakimś czasie miała już dosyć skradania się, więc podniosła się z ziemi i ruszyła normalnie do zwierząt. Z niezidentyfikowanej konstrukcji drewnianej buchnęła jakiegoś futrzaka. Niby zwierzęta ją lubiły, ale dla pewności wolała mieć coś, czym może hipogryfa przekupić.
Podeszła do stworzenia i ukłoniła się, tak,jak ją uczyli. A może tylko o tym usłyszała lub przeczytała? Nie była pewna. Ale w sumie kto by się takimi szczegółami przejmował?
Gdy hipogryf również się skłonił, Gryfonka w myślach zaśpiewała ku sobie hymn pochwalny. Rzuciła mu przekąskę i kilka podejść później siedziała już na jego grzbiecie.
- Ej, a w Japonii są hipogryfy? - zwróciła się do Gabrychy, która podchodziła do upatrzonego zwierzaka. - Bo jeśli nie, to Ling może mieć problem.
 
     
Gabrielle Blanco
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Śro Sty 11, 2017 10:24 pm   

- Myślę, że nie ma. - odpowiedziała po chwili. - Wiesz, ze Hagrid ma bzika na punkcie zwierząt więc tylko tutaj mamy najdziwniejsze okazy. - odpowiedziała na co Ev skinęła głową, bo wydało jej sie to możliwe.
Gabriella podeszła do hipogryfa, i przekupując go jakimś szczurem czy wiewiórką, ukłoniła się łagodnie.
- Iiii.. - pisknęła Ling, nie dokońca zdając sobie sprawę z tego co się dzieję gdy Blanco siedziała na grzbiecie zwierzęcia.
- Mamy już dwa! - krzyknęła radośnie Is, a a Gabrycha spojrzała na nią dając jej znać by była trochę ciszej.
 
     
Ling Xiaoyu
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Sob Sty 14, 2017 10:55 pm   

- Czyli że co... Watashi? - spytała ostrożnie Ling.
- Nie wiem, o co chodzi, ale teraz ty - stwierdziła Ev. Xiao skinęła głową i podeszła o krok bliżej do hipogryfa, nie mając pojęcia, co dalej robić.
- Ukłoń się - powiedziała spokojnie Gabrycha. Gdy zobaczyła, że Japonka nie wie, co to znaczy, zaczęła symulować ukłony na grzbiecie swojego stworzenia, a Ling niepewnie zmarszczyła brwi i zrobiła, co jej kazano. Z przestrachem spojrzała na dumnego hipogryfa i zaniepokojona naciągnęła na głowę kaptur, żeby się zakamuflować.
 
     
Isilia Wilde
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Wto Sty 17, 2017 7:43 pm   

Isilia z zazdrością stwierdziła, że trzy jej koleżanki mają już "swojego" hipogryfa, więc także postanowiła jednego pożyczyć. Spojrzała jeszcze raz w stronę Zakazanego Lasu wypatrując Hagrida. Nikogo jednak nie zauważyła, toteż z uśmiechem na twarzy podbiegła do dziewczyn.
- Ling, wsiadaj już na tego hipogryfa! - pospieszyła Puchonkę Evedlyn, na co tamta lekko się wzdrygnęła i niepewnie spojrzała na stworzenie.
Wilde w tym czasie podeszła do zwierzęcia, które jako jedyne pozostało wolne. Zatrzymała się od niego w odpowiedniej odległości i ukłoniła się.
 
     
Evedlyn Gerrit
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Pon Sty 23, 2017 9:27 pm   

Gdy już i Isilia dorwała swego latającego zwierza, Evedlyn zaczęła się zastanawiać, jak zmusić tego bydlaka do lotu. Jasne było, że nie miał żadnej kierownicy, lejców czy pedału gazu, więc nie zapowiadało się to tak łatwo.
Ostatecznie złapała za szyję hipogryfa i, dźgając go lekko piętami, zasygnalizowała mu ruch. Gdy to nie podziałało, wyciągnęła spod szaty ostatniego futrzaka i pomachała nim przy głowie zwierzęcia w formie łapówki.
- To już ostatni - rzuciła, gdy stworzenie skusiło się łaskawie na przekąskę. - No weź, pokaż, jak się lata - zaczęła gadać do niego Gryfonka, oczekując, że tak mądre zwierzę ją zrozumie.
Czy to za sprawą swoistej łapówki, czy dzięki jej jękom pełnym żalu, hipogryf pognał przed siebie. Nie był to co prawda jeszcze lot, ale przynajmniej ruszył się z miejsca.
 
     
Gabrielle Blanco
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Wto Lut 07, 2017 10:38 pm   

Gabrielle spojrzała z rozbawieniem na Ev, która nie mogła zmusić swojego hipogryfa do lotu. Postanowiła wykorzystać swoje umiejętności i wzbic się w powietrze. Już chwilę później leciała nad chatka Hagrida, wolajac.
- Chodźcie! To przecież proste. - krzyknęła radośnie Blanco. Nie patrzyła już w dół,a jedynie w stronę lasu. Nie chciała by na samym początku przygody ktoś ich przylapal. W końcu zaszły już tak daleko, że byłoby szkoda.
 
     
Ling Xiaoyu
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Sob Lut 11, 2017 4:52 pm   

Po chwili Ev i Isilia szybowały nad zamkiem na swoich hipogryfach, a Xiao miała problemy z ruszeniem, ale za nic by się do tego nie przyznała.
- W górę - poinstrowała swoje zwierzę. - Tobimasu, już!
Hipogry wybił się w górę, a Ling mocno objęła jego szyję, żeby nie spaść. Nagle gwałtownie skręciła.
- Jak tym sterować?! - zawołała do dziewczyn. Chwilę potem omal nie zderzyła się z Gabrychą.
 
     
Isilia Wilde
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Sob Lut 18, 2017 10:44 pm   

- Na brodę Merlina! - krzyknęła zaskoczona Gabrycha, s ostatniej chwili zmieniając kierunek lotu. - Mało brakowało, a mogłoby się to źle skończyć.
- Jak tym sterować?! - wykrzyknęła ponownie Xiao, chwiejąc się niebezpiecznie na hipogryfie.
- Ling, przede wszystkim nie panikuj! - pouczyła koleżankę Evedlyn, która zmierzała teraz w ich stronę. Isilia orientując się w sytuacji również zaczęła zmierzać w kierunku dziewczyn.
- Zanim zaczniemy lot trzeba chyba co nieco wyjaśnić Ling, bo inaczej może być niefajnie - stwierdziła Wilde, odgarniając kosmyk włosów z twarzy.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 355
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Sob Paź 13, 2018 12:59 am   
   <Multikonta: N.W.


Stwierdzenie jakoby właśnie się obudził było całkowicie błędne. Nie spał całą, cholerną noc, co najwyżej drzemał, albo względnie udawał, że odpoczywa mając zamknięte oczy i starając się nie myśleć w nadmiarze na temat tego co się stało. Jego oczy otworzyły się, ale nie czuł się zmęczony brakiem snu, bo to nie był pierwszy raz kiedy w sumie zamiast normalnie zapaść w objęcia Morfeusza, to tylko oglądał powieki od środka bądź robił inne rzeczy, jak np. czytanie książek. Po co spać, skoro noc można wykorzystać w ciekawszy sposób. To było w jakiś sposób ciekawe zjawisko i choć zdarzało się mu rzadko, to jednak w pewien sposób było przydatne w niektórych sytuacjach, a taka właśnie okazja nadarzała się teraz. Spojrzał na biały sufit, który nie zmienił swojego wyglądu odkąd patrzył na niego ostatnio, tak więc już po chwili przestał się na nim skupiać co skutecznie wykorzystała chmara jego myśli atakująca go niczym przemocowcy swoje niewinne ofiary. Cholerne sufity. W jego umyśle rozgrywał się w tym momencie niesamowity konflikt spowodowany wczorajszymi wydarzeniami, które zmęczyły go zdecydowanie bardziej niż brak – bądź niewielkie ilości – snu tej nocy. Innymi słowy – znów miał emocjonalny spadek formy i gdzieś w jego wnętrzu rozgrywał się sporych rozmiarów dramat, i rozważania na temat własnej inteligencji. Bo był skończonym kretynem.
Jak on mógł jej o tym nie powiedzieć. Jak mógł założyć, że ona wie i zachować się jak idiota, kiedy postanowił jej o tym nie mówić przekonany o jej wiedzy w niektórych kwestiach? Taka informacja z pewnością powinna wypaść w jej kierunku z jego ust, nawet jeśli miałoby się skończyć to pełnym politowania uśmiechem i stwierdzeniem „tak, tak, wiem o tym”. A teraz? Oberwał wiadrem zimnej wody na ten swój głupi łeb. Nie widział ani grama jej winy w tej całej sprzeczce, bo w większości jej zirytowanie miało całkowite pokrycie w rzeczywistości. Słowa rzucane przez nią, dość dotkliwe, teraz też nie miały większego znaczenia, bo w pełni rozumiał jej stanowisko w tej sprawie. To on był głupi, to on się przeliczył w niektórych kwestiach i to on powinien ponieść karę za to co się stało, nawet jeśli była nieadekwatna. Ale on o tym nie wiedział. Teraz leżał u siebie na tym cholernym łóżku, sam (choć niektórzy uznawali, że sypia z własnymi starymi miotłami), wpatrujący się pół nocy w sufit i czuł się z tym wszystkim źle jak cholera, szczególnie, że nawet nie wiedział jak ma to wszystko naprawić. Nie było na to czasu, albo wmawiał sobie, że nie ma. Może po prostu nie chciał tam iść, stanąć w drzwiach i usłyszeć, że ma wypieprzać, bo mało co było przekonać Bethę Michaelson w momencie, kiedy była zła, a już na pewno nie powód jej zirytowania i smutku. Nie. Pewnie by to jeszcze pogorszył swoją obecnością. Lepiej było po prostu zniknąć i wyjaśnić to, kiedy wszystkie emocje w większości opadną. Nie był to rzecz jasna najlepszy pomysł, ale jeśli ktoś spodziewał się czegoś lepszego po kimś tak impresyjnie martwym jak Verendal, to srogo się pomylił. Kiedy w grę wchodziły uczucia, to błądził jak młodzi uczniowie na miotłach, wpadający w różnorakie krzewy i zarośla, i łamiący sobie kości. O tak, on się zdecydowanie teraz połamał.
Podniósł się z łóżka i przetarł dłońmi twarz próbując oprzytomnieć w akompaniamencie powrotu do smutnej i szarej rzeczywistości. Przeciągnął się od stóp do głów słysząc jak pojedyncze kości wystrzeliwują takt, który nie przypominał żadnej znanej mu melodii, ale był swego rodzaju muzyką dla uszu, jeśli w grę wchodziło porządne, poranne rozciąganie. Wolałby inną jego wersję, ale z racji, że poprzedni wieczór skończył się tak, a nie inaczej to teraz pozostała mu jedynie ta opcja, w towarzystwie długości dźwięku samotności w wykonaniu najprawdopodobniej kręgów kręgosłupa. To dopiero dobry band. On sam rozejrzał się po pomieszczeniu, zastanawiając się co powinien zrobić najpierw, ale tak naprawdę wystarczyłoby, że się wykąpie, ubierze i mógłby zmierzać na miejsce zbiórki z której mieli obaj wystartować w długiej, wymagającej podróży w stronę domu. Nie chciał stąd wychodzić, nie chciał stąd wyjeżdżać, nie po tym wszystkim, ale niektóre decyzje i obietnice wymagały spełnienia, szczególnie, w dniu w którym miało do nich dojść. Miał gdzieś głęboką nadzieję, że być może ona stanie jeszcze w drzwiach, w pewien sposób mu wybaczy, a on skradnie jej choć jeden pocałunek na tygodniowe pożegnanie. Wiedział jednak, że tym razem się to nie stanie. Nadal jednak nie miał odwagi tam iść, aby z nią porozmawiać, czego choć niezmiernie żałował, to jednak uważał za najlepsze rozwiązanie tej kwestii. Skończony kretyn.
Świeże powietrze omiotło mu twarz w pierwszym podmuchu powietrza, zaraz po starcie z okna znajdującego się na siódmym piętrze. Szybki prysznic, kilka zaklęć i mógł ruszać w drogę niezbyt obciążony bagażem czy innymi problemami technicznymi, tak więc wolał już dłużej nie zwlekać. Pomknął w kierunku umówionego miejsca, mijając kolejno dziedziniec (cholerny) i błonia, a każda kolejna lokacja przepływała pod nim rozmazana od prędkości z jaką się poruszał. Późny ranek nie był już dla wielu osób problemem, tak więc sporo uczniów było na zewnątrz, korzystając z promieni słońca jaką niosła za sobą panosząca się wokół wiosna. Nie zwracał na nich szczególnej uwagi. Pomknął dalej wlatując w strefę Zakazanego Lasu, z czystej ciekawości chcąc przyjrzeć się pobojowisku zostawionemu przez obskurusy. Nadal wszystko wyglądało niezbyt ciekawie, jednakże magia, która panoszyła się w tym miejscu, jak i początek wiosny skutecznie starały się zniwelować wszelkie straty czy też zniszczenia dokonane przez dzieci April Jones.
Rozgrzewka ponad koronami drzew w jego opinii była wystarczająca, dlatego też w pewnym momencie zawrócił miotłę jednym, zgrabnym ruchem i pomknął w kierunku chatki gajowego, gdzie kilka dni wcześniej umówili się z Rykerem. I nie tylko z nim, ale był święcie przekonany, że skoro nie pojawiła się tu razem z jego osobą, to nie dołączy wcale, a ta myśl doprowadziła go do jeszcze gorszego samopoczucia, niż miał godzinę temu. Mimo wszystko wylądował jednak tuż przed drzwiami, które z ciekawości chciał otworzyć, ale pozostały niewzruszone na manualne naciśnięcie klamki. Zrezygnował więc z włamu. Jedyne co mu pozostało to usiąść na schodach przed nią i starając się nie myśleć za dużo poczekać na wesołą mordę Callaghana, którego życie emocjonalne jak zwykle zapewne wyglądało lepiej niż jego. Miłosny guru.
_________________
 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 87
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Paź 14, 2018 8:25 pm   
   <Multikonta: DC


Jeśli chodzi o imprezę w Hogwarcie, zwaną dalej balem, to nie była wcale taka zła. Co prawda wciąż był zdania, że w Ilvermorny były lepsze potańcówki, ale tamtejsze towarzystwo nie umywało się do obecnego. Wieczór był udany, w dodatku pełen niespodzianek. Przykładowo taki Verendal odstawiający szalonego pianistę dla występu tego nafuranego białkiem bysiora, który oświadczył się tamtej nocy Vanessie Harvin. Tej podobno strasznej Vanessie Harvin. Nie mogła być aż taka straszna, skoro ktoś chciał jej się oświadczać. Choć z drugiej strony ten jej kochaś wcale nie sprawiał wrażenia zdrowego psychicznie; może uciekł z Munga i koczował na siłowni? Tak czy inaczej - początek był naprawdę miły, rozwinięcie też. Nie trzeba było go namawiać by udał się na bal, w zasadzie to on musiał tam wywlec Verendala. Podobało mu się, najbardziej od momentu, w który nietaktownie wpieprzył się w rozmowę Raylene i tego bezimiennego, który potem przez cały bal chyba siedział na swoim miejscu, próbując przetrawić to, że Ryker ukradł mu Raylene. I wiecie co? Był z tego ogromnie zadowolony. Raz, że minę miał wspaniałą, kiedy Ryker i Raylene odchodzili od stołu w stronę parkietu no i dwa - jego partnerką do tańca stała się Raylene. No halo. Było z czego się cieszyć.
To, co go ubodło to fakt, że Verendal uciekł gdzieś z Bethą, choć na pierwszy rzut oka wyglądało to jakoby Verendal został przez nią porwany (choć ten nie stawiał zbyt wielkiego oporu). I nawet nie chodziło o to, że Chris gdzieś z nią poszedł, najpewniej badać toalety; to nawet nie to, że nie powiedział mu wprost, że Betha to ta studentka. Chodziło o sam fakt, że Verendal ulotnił się będąc w posiadaniu magicznego przedmiotu należącego do Rykera. Jego bezdennej piersiówki. I jak on miał się przygotować na ten wyjazd, kiedy nie mógł wymienić trunku? Albo chociaż uzupełnić jego poziom? A poza tym - jak miał dalej przetrwać ten bal, całkiem sam przy stole, po tym jak Betha wpadła i wyrwała mu Raylene, nie dając nawet okazji na reakcję? Oczywista oczywistość, że skoro wszyscy zaczęli się ulatniać, to i on odczekał swoje, zaczekał na jakąkolwiek zmianę klimatu, a potem sam zniknął. Okradziony z piersiówki, z towarzyszki, ze wszystkiego. Dlatego cały ten bal uzyskał ocenę taką 6.5/10, na zachętę. W ogóle jakieś tajemnicze zniknięcia tam się odbywały, bo raz Betha z Christopherem, potem bysior z narzeczoną, ale oni to wiadomo po co, potem Betha wróciła po Raylene. I tak się teraz zastanawiał po co jej była Raylene, skoro wyciągnęła już gdzieś Chrisa? Może powinien się obrazić, że nie zaprosili go do wspólnej zabawy? Choć nie, Betha, kiedy wpadła po pielęgniarkę, wcale nie wyglądała jakby miała time of her life. I to go zainteresowało. Jednak zwinęła się tak szybko, uzbrojona w towarzystwo Raylene, że nie zdążył o nic zapytać.
Przynajmniej się wyspał. Jako, że nie wypił dużo, bez problemu wrócił do swojej komnaty i nawet sam się rozebrał, taki trzeźwy był! Zapakował się do łóżka, bardzo zły, że nie mógł wypić kilku łyków na sen (bo ktoś mu podjebał piersiówkę) i szybko odpłynął. Nie spał długo, bo jeszcze musiał przygotować się przed wspólnym wyjazdem z Chrisem do jego rodziny. Nie potrafił też sobie podać powodu, po co się za nim ciągnie, ale powiedzmy, że pan każe a sługa musi. Zresztą coś mu podpowiadało, że Christopher podczas tego wyjazdu nie jeden raz zagadnie swojego miłosnego guru o poradę.
Po zebraniu swoich rzeczy, a nie brał dużo, upchnięciu ich w worku (bo zaklęcie zmniejszająco-zwiększające to chyba jego specjalność, patrzą na jego piersiówkę), wykąpaniu się i ubraniu, wymaszerował z Hogwartu, zastanawiając się, czy powinien się zapowiedzieć u Raylene, że wyjeżdża, jednak wspaniałomyślnie uznał, że ona śpi i najpewniej wiadomość tę będzie miała w dupie. W końcu nie był jej mężem! Ani narzeczonym. I zdołałby powiedzieć na balu, pewnie by wspomniał, gdyby nie Betha. Damn you, Betha. Zresztą, to tylko tydzień. Nic wielkiego.
Udał się w kierunku chatki gajowego, gdzie był ten ich punkt zbiorczy. Verendal już tam czekał i... jak go Callaghan znał to nie wyglądał najlepiej. Powinien skakać po ścianach i piszczeć, że leci do Kanady, siłować się znowu z łosiami, a ten siedział na schodkach jak bezdomny, porzucony szczeniak. No serce się krajało.
Jego życie emocjonalne nie mogło wyglądać lepiej niż to Verendala, bo nie istniało. Chyba. Nie był teraz pewien, ale ciężko było mówić o jakichkolwiek emocjach, a co dopiero o uczuciach.
- Verendal, wyglądasz jakby skrzaty odmówiły ci kawy lub jakbyś został zmuszony do spania na kanapie zamiast ze swoją dziewczyną. - Wypalił na powitanie.
Jasne, to on był tym głupio-wesołym Amerykaninem, a Verendal to stonowany Kanadyjczyk, no ale... nie aż tak? Ostatnio tak mu Verendal wyglądał jak się dławił na własnych, niezrozumiałych jeszcze dla niego samego, uczuciach.
- Mam iść i ci załatwić tę kawę? - Zapytał, podchodząc bliżej i zatrzymując się przed nim.
Swój worek (hehe, worek), rzucił na ziemię i rozejrzał się. Martwego skrzydlatego konia nie było w zasięgu wzroku, a przecież dla niego nie był niewidzialny. Pewnie zaraz mu zwierzątko jakaś miła pani od białkowego furaczka podprowadzi. Albo będą biegli przez Zakazany Las w poszukiwaniu jednego osobnika. Ale nie, on miał wszystko ugadane, co prawda przez McGonagall, ale ona na pewno dotrzyma słowa.
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 355
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Wto Paź 16, 2018 8:10 pm   
   <Multikonta: N.W.


Chłodne, poranne powietrze było całkiem orzeźwiające. Jeśli dodać do tego fakt, że siedział na zimnych, kamiennych schodach i opierał swoją głowę o równie wychłodzone, drewniane drzwi to było mu stosunkowo przyjemnie. Nie siedź na zimnym, bo wilka dostaniesz. – nie powiedziała nigdy żadna, kanadyjska matka, no chyba, że mówiła dosłownie i na drugi dzień takie dziecko mogło zobaczyć przed własnymi oczami najprawdziwszego osobnika z gatunku canis lupus w formie prezentu od rodziców. Teraz jednak mężczyzna był ubrany cieplej niż zwykle (jak na niego), stąd też na jego ciele poza standardowym podkoszulkiem na krótki rękaw znajdowała się też bluza zarzucona na ramiona, acz rozpięta, co by z tym ciepłem nie przesadzić. Ba! Miał nawet przy sobie skórzaną kurtkę z karibu, a znalezienie jej w jego bagażu byłoby szokiem dla większości znających go osób. No co? Wybierali się w długą podróż, nigdy nie wiadomo co może się po drodze wydarzyć, a jak przez przypadek trafią w strefę arktyczną, bo któryś z nich pomyli drogę – no to nie oszukujmy się, nawet jemu będzie zimno.
Ta hibernacja pod chatką gajowego była dość uspokajająca, szczególnie kiedy dodatkowo przymknął oczy i pogrążył się w całkowitym braku myśli nad czymkolwiek, co w tej chwili było dość pomocne. Pomijając fakt, że doskonale wiedział gdzie się znajduje, kto powinien z nim tu teraz być (i się z nim żegnać) i jak bardzo spieprzył całokształt tego poranka, a także poprzedniego wieczora i nocy. Taka tam drobnostka. Ty kretynie.
Można powiedzieć, że nawet popadł w delikatną drzemkę stąd też nie słyszał, kiedy Callaghan zaczął się do niego zbliżać, bo robił to dość cicho. Nie wiadomo czy było to spowodowane zamierzonym działaniem, czy po prostu Christopher skupił się na tyle iż olał całe otoczenie, no ale wyrwał się z tego całego zamyślenia dokładnie w momencie, kiedy przyjaciel się do niego odezwał. Ba! Wyrwał to bardzo dobre określenie, bo aż się wzdrygnął na głos Amerykanina, musząc mrugnąć kilka razy i dojść do siebie. Zerknął na niego spod byka spojrzeniem ciemnych, niewyspanych oczu i przeciągnął się lekko.
- Ty tak wyglądasz codziennie i jakoś nie robię Ci z tego powodu uwag. – rzucił w jego kierunku z lekka zachrypniętym głosem, jakby wczoraj zamiast dwóch czy trzech pół-szklaneczek wypił co najmniej pół litra tej ognistej. Oczywiście pomijając działanie tej jakże bezdennej piersiówki. – Niee, piłem. Nie potrzebuję więcej. – dodał, nie rozumiejąc żartu w słowach mężczyzny i podniósł się z miejsca, aby rozejrzeć się w poszukiwaniu jego środka transportu. Ach tak, przecież on miał lecieć na testralu. On sam co prawda lubił jeździć konno, bo śmigał na zwyczajnych koniach, a i zdarzało mu się latać na pegazach, ale jeśli chodziło o długodystansowe podróże to zdecydowanie wolał miotły. One się przynajmniej nie męczą i nie wołają o jedzenie co trzydzieści minut, jak tylko wykonają poprawny manewr.
- Gdzie Twój rumak, mój Ty książę? – spytał go i choć silił się na choć trochę zironizowany i rozbawiony ton, to w ogóle mu to nie szło. Jakoś tym razem nie chciało mu się na ten temat gadać, czyli jakby nie patrzeć jego marudzenie Ryker miał całkowicie z głowy. Poza tym doskonale wiedział co usłyszy w odpowiedzi i stwierdzenie Ty rozbity dzbanie zdawało się być najlepszą alternatywą na zwieńczenie jego monologu, który z jego ust jeszcze nie wyszedł.
_________________
 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 87
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Śro Paź 17, 2018 7:45 pm   
   <Multikonta: DC


Miotły i schowki na nie pozostawiał Verendalowi. On do mioteł się nie zbliżał, nie wiedzieć czemu - w końcu nie był lebiegą. Do tej pory nie rozumiał, czemu Verendal nie wkręcił go za czasów szkolnych do drużyny Gromoptaka w Quidditchu. Przecież był takim dobrym miotlarzem. A tak naprawdę to Testral wygrał z miotłą w kilku kategoriach. Po pierwsze pod względem wygody, bo przecież z Callaghana był wygodnicki. No, nie był, ale mając wybierać między paroma godzinami na wątłym pałąku albo na chudym grzbiecie testrala, wybrał to drugie. A to, że Verendal wolał wątłe pałąki to już jego sprawa, on go nie oceniał. Za to doceniał twardość jego dupska, skoro był on w stanie spędzić na miotle te dobre kilka godzin. Zaprawiony jeździec, chciałoby się rzec.
Zmierzył Verendala wzrokiem i ocenił, że był on ubrany lżej niż Callaghan. Ale wiadomo, Callaghan zawsze źle znosił kanadyjski chłód, choć prawie tam mieszkał. Na domiar złego nie miał jeszcze czapusi i szalika od Raylene, więc musiał zdać się na to, co miał tutaj. Dlatego wyparadował ubrany w grubszą kurtkę, bo jednak zdawał sobie sprawę, że tam w górze będzie nieźle piździć, tym bardziej, że nie będą sobie lewitowali tylko pędzili. Jeden na testralu, drugi na miotle. No ciepło nie będzie. I tak, miał przygotowane w kieszeniach rękawiczki. Bo weź tu siedź i trzymaj się szyi testrala przy tym zimnym powietrzu. Nie, nie chciał sobie rączek zamrozić. Tyle jeszcze musiały dotknąć, tyle pogłaskać.
- Dziwne. - Mruknął, spoglądając na niego z uniesioną brwią. - Zwykle nie odmawiasz kawy, a argument "już piłem" u ciebie rzadko występuje.
Jak znał Verendala, a znał, to coś było na rzeczy, a ten emocjonalny prymityw znowu miał problem z wysławianiem się. Callaghan nie zamierzał jednak na niego teraz naciskać, mieli przed sobą romantyczny tydzień we dwoje, łącznie z podróżą. Co prawda trochę kierunki im się rozjadą, w momencie, w którym Ryker odbije na Nowy Jork, ale to nic. I tak się spotkają. I tak go przyciśnie. I tak się dowie, co znowu Verendal zjebał. Bo na pewno coś zjebał. Miał na twarzy wypisane "zjebałem". Och, przepraszam. Na mordzie.
Już miał mu odpowiedzieć na pytanie, kiedy to zbliżył się do niego ktoś od McGonagall, a może od białkowego furatora. Za tą osobą tuptał skrzydlaty, martwy koń. Ryker przesunął spojrzeniem po stworzeniu, a potem zerknął na Verendala kątem oka.
- Oto i mój rumak, cna niewiasto. - Odpowiedział mu, po czym podziękował komuś, kto się odprawił.
Ryker spojrzał na swoją torbę, potem znów na Verendala i zapytał
- To co? Zapewne nie chcesz rozmawiać teraz, więc załatwimy to w Kanadzie? Będziesz miał trochę czasu by zebrać słowa. - Mruknął nieco kąśliwie, po czym wskrobał się - samodzielnie, zuch chłopak - na grzbiet testrala. Spróbował usadowić się jakoś wygodnie na tym stworzeniu, poklepał je po szyi, żeby pokazać się od tej lepszej, głaszczącej strony.
Jak już wygłaskał tego testrala, a nie trwało to długo, to władował się NA niego i kiwnął na Verendala.
- Czyli załatwimy to w Kanadzie.
Potem już lecieli.
/zt2
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Strona wygenerowana w 0,43 sekundy. Zapytań do SQL: 10