Ruszyły zgłoszenia do plebiscytu Złote Tiary!
► Nowy system Eliksirów i Zielarstwa!
► Poszukujemy śmierciożerców oraz aurorów!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Zielarstwa!
► Rozpoczyna się lekcja Eliksirów!
► Bal zbliża się do końca! Prosimy o zakończenie wątków do 22 października włącznie!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

152
157
135
157

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Brama wjazdowa
Autor Wiadomość

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3624
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Śro Cze 29, 2016 9:20 pm   Brama wjazdowa
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Jest to główne, a zarazem jedyne dostępne dla wszystkich wejście na teren Hogwartu. Zwykle dostępne, strzeżone jest przez wysoką żeliwną bramę oraz dwa kamienne filary, po obu stronach bramy, na których dumnie spoczywają posągi uskrzydlonych dzików. To tędy przejeżdżają każdego roku powozy, przewożące uczniów starszych klas.
 
     

Einarr Thorsen
Brygada Uderzeniowa
Dołączyła: 25 Lut 2018
Posty: 63
Wiek: 36 lat
Krew: pół na pół
Pupil: sowa - Heimdall
Różdżka: włos lwa nemejskiego, ostrokrzew, 14 cali, bardzo giętka
Ekwipunek: różdżka, szara taśma klejąca
Sakiewka: 19g 13s
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 30
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 40
Z. defensywne: 40
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pon Maj 21, 2018 11:45 pm   
   <Multikonta: --


Jak nie zaczniesz iść zygzakiem to z pewnością nie będzie zagrożenia wyższą koniecznością.

Przeszli iście mugolsko od Hogsmeade do bramy Hogwartu. Na szczęście Leo nie przejawiał wybitnej skłonności do podróżowania po drodze wężykiem, więc spacer był udany. Thorsen jednak ani na moment nie tracił czujności. Jak to Moody mawiał "Stała czujność!" i nie było w tym ani odrobiny przesady. Chyba tylko to mu ratowało tyłek za każdym razem, gdy w czasie podchodów z Voldemortem pakował się w kłopoty.

- Odprowadzić cię do samych drzwi? - zapytał nieoczekiwanie, przypominając sobie nagle, że tak cholerna Wierzba Bijąca jest po drodze.

A nuż widelec Covenbreeze'owi zachce się jednak wybrać trasę wężykową, tudzież załatwić potrzebę i potem Einarr będzie miał wyrzuty sumienia.

- Trafisz jeszcze na Harvin i zapomnisz o swoim moralnym kodeksie. A przynajmniej do świtu.

Starał się zachować powagę na twarzy, ale usta same mu się wyginęły ku górze. Na wszelki wypadek trzymał różdżkę w pogotowiu. Wstawiony auror, to niebezpieczny auror, nawet jeśli tym aurorem już nie jest.
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 194
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Wto Maj 22, 2018 4:12 am   
   <Multikonta: --


Fakt, że Leonardo mało pił, był odpowiedzialny za to, że niewiele trzeba mu było do pierwszej fali euforii. Jego duma nie pozwalała mu jednak na zejście poniżej pewnego poziomu. Dlatego też - nawet gdyby wypił w Hogsmeade trzy razy tyle - zapewne udawałby, że wszystko jest w porządku, a on dopiero się rozkręca. Szczęśliwie tym razem skończył pić zanim tak naprawdę zaczął. To go trochę zirytowało, bo skoro już zdecydował się truć, to czemu nie poleciał po całości? Obecność Einarra mogła mieć z tym jakiś związek. Możliwe, że latynos nie chciał rezygnować z reputacji, jaką sobie wyrobił. Co innego: „spotkałem naszego byłego kolegę, pośpiewał i popił, było śmiesznie”, a co innego „pamiętacie Leo? Został pijusem i zagrzewa posadkę w Hogwarcie. Ruina – nie człowiek.”
Chociaż sam ciemnowłosy był święcie przekonany, że już dawno uwolnił się od wpływu opinii otoczenia, to tak naprawdę gdzieś głęboko w nim tkwił strach o to, jak będzie postrzegany, dlatego też przy odpowiednich osobach zachowywał się po prostu poprawnie. Potrzebował tego zwłaszcza teraz, kiedy z godziny na godzinę coraz bardziej poddawał w wątpliwość sens życia jako taki. Bo właściwie, to wszyscy sobie świetnie radzili beze mnie, to i beze mnie dalej sobie poradzą, nie?
- A nakryjesz mnie kołdrą i zaśpiewasz kołysankę? – rzucił z lekką ironią w głosie i parsknął śmiechem. - Dam sobie radę. Poza tym, pewnie masz trochę bardziej napięty grafik niż ja teraz. – oczywiście praca nauczyciela była bardzo odpowiedzialna, aczkolwiek nie równała się z tym, z czym mierzyli się Aurorzy. Pod uwagę można było wziąć chociażby fakt śniadania w w Wielkiej Sali – grono pedagogiczne miało wszystko „podane na tacy”, natomiast w trakcie służby Leonardo nie raz i nie dwa musiał obejść się dwa dni bez posiłku. Na szczęście teraz należał do tej bardziej rozpieszczanej przez życie grupy.
- Meh, po alko i tak mi nie staje… – machnął ręką i wzruszył ramionami, ziewając. Dopiero teraz dotarło do niego, że na dworze było obrzydliwie zimno. A dla niego to już w ogóle była tragedia, bo mimo spędzenia większości życia w Wielkiej Brytanii, przyzwyczaił się do słońca i plażowego piasku.
Uwadze profesora nie uniknął także fakt, że jego kolega po fachu pozostaje w ciągłej gotowości. Kolejna zaleta nie-bycia-aurorem? Masz wszystko w kicie. Z drugiej strony, jakby się temu tak dobrze przyjrzeć, to sam Covenbreeze też przejawiał podobne zachowania. Możliwe, że pewne zawodowe zboczenia nigdy nie opuszczają człowieka. - Dobra. Jesteśmy już całkiem niedaleko. O ile armia dementorów nie wyrośnie spod ziemi, to raczej nie przewiduję żadnych komplikacji… – tak naprawdę, to już chciał się umyć, zjeść coś i walnąć do wyrka. Nie pogardziłby także masażem, ale Vanessa pewnie już spała…
_________________



I am more afraid of alcohol than of all the bullets of the enemy.



 
     

Einarr Thorsen
Brygada Uderzeniowa
Dołączyła: 25 Lut 2018
Posty: 63
Wiek: 36 lat
Krew: pół na pół
Pupil: sowa - Heimdall
Różdżka: włos lwa nemejskiego, ostrokrzew, 14 cali, bardzo giętka
Ekwipunek: różdżka, szara taśma klejąca
Sakiewka: 19g 13s
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 30
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 40
Z. defensywne: 40
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Wto Maj 22, 2018 5:12 pm   
   <Multikonta: --


Einarr właściwie to był już po służbie, ale stare nawyki były zbyt mocno w nim zakorzenione, zwłaszcza te, które nabył w czasie konfliktu z Riddlem. Zawsze lepiej było być zbyt ostrożnym niż dać się złapać z gaciami na poziomie kostek.

Leo wydawał mu się dużo spokojniejszy i zrelaksowany niż osoba, którą mu opisywano wielokrotnie. Prawdę mówiąc odnosił wrażenie, że gość wcale nie był taki bezwględny jak wieść niosła. Chociaż kto wie, co się czai za tą anielską twarzyczką. Nie raz i nie dwa diabeł z dna piekieł wyglądał jak niewinne dziecię.

- Siostra mi zagroziła kastracją jeśli kiedykolwiek odważę się komuś zaśpiewać - rzucił z nutą rozbawienia.

Prawdą to było, że fałszował niemiłosiernie i lepiej by nikt go nie słyszał. No wyjątek uwzględniał tylko wrogów. Chociaż był dość pewien, że prędzej by padli ze śmiechu niż ze strachu. Mimo wszystko miał niezły słuch jeśli chodziło o muzykę i dawał radę z nuceniem pod nosem co ciekawszych utworów.

- Zawsze są eliksiry albo mugolska viagra - stwierdził niewinnym tonem. - I nie zamierzałem odprowadzać cię do sypialni, ale do drzwi zamku. Nie chcę mieć twojej śmierci na sumieniu jak uznasz znienacka, że Wierzba Bijąca nadaje się do przytulania. Swoją drogą, Filch jest nadal woźnym?
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 194
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Wto Maj 22, 2018 6:13 pm   
   <Multikonta: --


- Mugole mają znacznie ciekawsze specyfiki niż viagra, uwierz mi… – no nie żeby był dumny z ćpania, ale gdyby ktoś kazał mu porównać ogół środków odurzających mugoli i czarodziejów, to walka byłaby naprawdę wyrównana. Jego maść czarownic nie kopała tak mocno jak amfetamina, ale jak się nie ma co się lubi… i tak dalej.
- A co się tyczy wierzby, to oczywiście, ze się nadaje. Nigdy nie próbowałeś? To znaczy wiesz, ja cię nie podpuszczam… – posłał mu chytry uśmieszek. Tak naprawdę z tym drzewem nie było żartów i powtarzał to wszystkim. Przy chwili nieuwagi mogła zmasakrować nawet w pełni wyszkolonego czarodzieja. Filch, Filch… - A wiesz co? Nie widziałem go. Ale to może dlatego, że raczej od razu zająłem się urządzaniem gabinetu i pisaniem testu na pierwsze zajęcia. Potem wyskoczyłem na szybką rundkę po zamku no i w końcu dopadła mnie Harvin. – wygiął usta w prawdziwie kocią mordkę, której nie powstydziłaby się nawet jego Rose. W kwestii stopnia zagrożenia najpewniej nie poznałby sam siebie teraz i sprzed kilkunastu lat. Czasami zastanawiał się, czy gdyby walczył ze swoją młodszą wersją, to by wygrał. Teraz miał więcej doświadczenia, ale był też skory do ustępstw - wtedy wszystko nadrabiał szaleństwem i nieustępliwością. - Poza tym, chyba trochę mnie nie doceniasz, jeżeli myślisz, że byle badyl mógłby mnie sprzątnąć z tego świata. – udał oburzenie, aczkolwiek tak naprawdę ciągle sobie żartował.
_________________



I am more afraid of alcohol than of all the bullets of the enemy.



 
     

Einarr Thorsen
Brygada Uderzeniowa
Dołączyła: 25 Lut 2018
Posty: 63
Wiek: 36 lat
Krew: pół na pół
Pupil: sowa - Heimdall
Różdżka: włos lwa nemejskiego, ostrokrzew, 14 cali, bardzo giętka
Ekwipunek: różdżka, szara taśma klejąca
Sakiewka: 19g 13s
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 30
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 40
Z. defensywne: 40
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Śro Maj 23, 2018 11:19 pm   
   <Multikonta: --


Einarr o dziwo uwierzył bez zbędnych problemów. Uwierzył, ale nie dowierzał, żeby Covenbreeze jednak coś brał. Chociaż biorąc pod uwagę to co robili i co widzieli, to każdy z nich powinien być od dawna na ciężkich prochach, by chociaż w nocy móc zasnąć na parę godzin. Pokręcił tylko głową słysząc nieudolną próbę podpuszczenia go. Epicko nieudolną, ale tu trzeba było zwalić na aktualny stan jaźni Leo.

- Widocznie miałeś czyste buty - mruknął pod nosem, wyobrażając sobie jak Filch goni nawet nauczycieli za błocenie po jego świeżo umytych posadzkach.

Pchnął skrzydło bramy i wepchnął przez nią towarzysza. Będzie musiał pobawić się w niańkę, bo najwyraźniej alkohol porządnie już szumiał w głowie Leo.

- Zmieniłem zdanie, to Wierzbę muszę chronić przed Twoimi nietrafionymi awansami wobec niej. Dalej, chodź. Może Harvin czeka na twój powrót.

Wypowiedział się ze śmiertelną powagą, chociaż wewnątrz aż go skręcało ze śmiechu. O tak, to nie był pierwszy raz jak Thorsen miał ubaw ze stanu nietrzeźwości swoich kolegów. A to był tylko niewielki przykład tego, że jego poczucie humoru było równie dziwaczne jak on sam.
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 194
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Sob Maj 26, 2018 5:47 pm   
   <Multikonta: --


Leo nie można było nazwać ćpunem, jednakże to nie zmieniało faktu, że podczas jednego ze słabszych okresów w swoim życiu próbował znaleźć ukojenie w używkach wszelkiej maści. Ostatecznie nie mógł jednak znieść myśli, że robi coś niegodnego. Niegodnego człowieka, niegodnego czarodzieja, niegodnego osoby czystej krwi. Dlatego właśnie ostatecznie zrezygnował z dalszych zabaw z mugolskimi narkotykami.
- …albo Filch nie jest tak pyskaty, kiedy przychodzi zmierzyć się z nauczycielem. – parsknął śmiechem. Nie wydawało mu się, żeby woźny zwracał uwagę na to, na kogo darł ryło. - Mam nadzieję, że nie. Aktualnie mógłbym nie być dla niej tak przyjemny, jak udało mi się w gabinecie… – nie żeby miał jej coś do zarzucenia, ale po fali rozluźnienia wynikającej z wypicia tequili mógłby wdać się z nią w żywszą rozmowę i powiedzieć coś, za co byłoby mu głupio następnego dnia.
Przed wejściem do zamku mężczyzna zatrzymał się i oparł o jedną z kolumn na dziedzińcu. - W zasadzie, to cię nie wyrzucam, ale możesz już sobie iść. Chyba, że chcesz sobie pozwiedzać zamek, ale to i tak lepiej za dnia… – skrzyżował ręce na torsie, czekając na reakcję aurora. Chętnie by sobie z nim jeszcze pogawędził, ale był trochę zmęczony i chciał się po prostu położyć.
_________________



I am more afraid of alcohol than of all the bullets of the enemy.



 
     

Einarr Thorsen
Brygada Uderzeniowa
Dołączyła: 25 Lut 2018
Posty: 63
Wiek: 36 lat
Krew: pół na pół
Pupil: sowa - Heimdall
Różdżka: włos lwa nemejskiego, ostrokrzew, 14 cali, bardzo giętka
Ekwipunek: różdżka, szara taśma klejąca
Sakiewka: 19g 13s
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 30
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 40
Z. defensywne: 40
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Nie Maj 27, 2018 9:03 pm   
   <Multikonta: --


- Tego nie byłbym taki pewny - stwierdził, chociaż nie mógł sobie przypomnieć, by takie sytuacje się działy za jego szkolnych czasów.
Zdaniem Thorsena, Leo powinien trochę wyluzować. Flirtowanie z kobietą, to jeszcze nie zaciąganie jej do łóżka. Chociaż z drugiej strony po takiej ilości alkoholu mógłby powiedzieć coś, co by zraziło do niego Harvin. Wyciągnął z szaty służbowy notes i długopis i na czystej kartce napisał szybko swój adres. Wydarł kartkę i podał ją Covenbreeze'owi.
- Spasuję. Jeszcze trafię w pobliże wieży Gryffindoru i przypomnę sobie czasy Jamesa Pottera i jego wesołej bandy.
O ile Gryfoni jako tacy mu nie przeszkadzali, tak szczerze nie znosił Jamesa i jego kumpli. Nie tylko za to, że ich wybryki uchodziły im zwykle na sucho, ale też za to, jak traktowali innych, zwłaszcza słabszych. Zgraja zakutych dupków, pomyślał z rozgoryczeniem. Nie podobało mu się jak skończyli, zwłaszcza Lupin, który zawsze wydawał mu się tym najbardziej rozsądnym z całej czwórki, ale też niespecjalnie się dziwił ich losowi.
- Wyślij mi sowę, gdybyś usłyszał coś o Harvinie - powiedział, licząc na to, że zadziała tu aurorska lojalność. - Albo gdybyś chciał wyjść na piwo - dodał z lekkim uśmiechem. - Picie do lustra to kiepski pomysł. Na mnie pora. Nie pomyl tylko drzwi, bo wpakujesz się jeszcze Harvin do łóżka przez przypadek - rzucił jeszcze nim ruszył w stronę bramy.
Ledwie opuścił teren Howartu, a z cichym pyknięciem się deportował.

<z/t>
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 194
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Pią Cze 01, 2018 4:46 pm   
   <Multikonta: --


Leonardo dobrze wiedział, że picie do lustra to pomysł nieszczególnie godny dżentelmena, ale co on biedny mógł zrobić, kiedy po prostu gubił się w odmętach własnej osobowości? W miarę możliwości zajmował się trenowaniem ciała i ducha, aczkolwiek czasem należało też przypomnieć wątrobie, że po coś jednak jest.. ~~
- …jasne, do zobaczenia. – rzucił krótko, odwracając się z gracją na pięcie i ruszając w sobie tylko znanym kierunku. Cieszył się, że zamek o tej porze był raczej pusty. Nie żeby chodził slalomem, ale widać było po nim nienaturalne rozluźnienie. Brnął przed siebie tak, jakby właśnie zdobył cały świat, a banan nie schodził mu z twarzy. Być może to wizja ciepłej kąpieli i miękkiego wyrka napawała go taką radością?
Po dotarciu do siebie poskładał rzeczy z pedantyczną dokładnością, ustawił równo buty pod ścianą i rozpoczął rytuał zmywania z siebie poczucia winy, zmęczenia oraz tequili. Po zakończonej kąpieli najzwyczajniej w świecie założył jakieś obcisłe bokserki i runął na łóżko.
- …ty też idź spać. – sapnął zrezygnowany i to chyba nie na swoją kotkę. Tej nocy Morfeusz był wyjątkowo łaskawy i szybko zaopiekował się zmęczonym Covenbreezem.

z/t
_________________



I am more afraid of alcohol than of all the bullets of the enemy.



 
     

Immanuel Matveyev
Prof. Zielarstwa
Dołączył: 23 Cze 2018
Posty: 44
Wiek: 34
Krew: czysta
Pupil: wozak bez imienia
Różdżka: wiąz, łuska węża morskiego, 14 i pół cala, giętka
Ekwipunek: różdżka, siekiera, szaleństwo
Sakiewka: 50 g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 5
Zielarstwo: 45
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 10
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Sob Sie 18, 2018 11:57 pm   
   <Multikonta: --


Dla większości świata sobota była dniem odpoczynku. Skrzaty ucinały sobie dłuższe drzemki, nauczyciele leczyli rany emocjonalne zebrane w ciągu tygodnia, a nawet hormony w nastolatkach dawały się mniej we znaki normalnym ludziom (i innym istotom/stworzeniom). Zwłaszcza o ósmej rano. Czy można bowiem uczcić rześki kwietniowy poranek lepiej niż poprzez transmutowanie budzika w roztrzaskany budzik? Dowody świadczą, że 99% społeczeństwa bowiem jest w stanie wykonać to za pomocą magii bezróżdżkowej - no co za wyczyn! Wolne soboty jak widać to prawdziwe magiczne święto.
Niestety los nie był tak łaskawy dla każdego. Oto bowiem z drugiego piętra wlokły się dwie udręczone dusze, z czego jedna miała na plecach szamotający się i wydający pomruki worek z juty, a druga dreptała za pierwszą mamrotając przekleństwa i rzucając obraźliwe frazy. Ewentualnie chodziło o dywagacje na temat kulturowej przepaści pomiędzy nowym a starym światem, okraszone głębokimi feministycznymi refleksjami na temat roli kobiety w społeczeństwie - kto by słuchał, co wozak ma do powiedzenia.
Imm był pierwszą postacią. Przebrany za mugola miał na sobie różową hawajską koszulę i fioletowe bojówki. Oraz śnieżnobiałe adidasy oczywiście. I siekiera na plecach, bez siekiery by nie wyszedł. Pomimo schludnego i kompletnie normalnego ubioru à la mugol coś było... inaczej. Chyba to, że roztaczał wokół siebie aurę bólu, rozgoryczenia i rozpaczy, a jego twarz i włosy wyglądały, jakby spadł z sekwoi sosnę, a z sosny na świerka, a ze świerka w trujący bluszcz. Prawdopodobnie to się stało, ale spokojnie - żadna roślina nie ucierpiała.
Tak czy siak, jakiś czas temu umówił się z Jo Schuyler - tutejszą żywą Mary Sue eliksirów na pomoc w ogarnięciu ogrodu na jej rodzinnej posiadłości. Pomimo niechęci do wstawania wcześnie i jego gorącego romansu ze świeżo zmienioną pościelą (jeszcze nie przeszła na wylot zapachem herbaty pokrzywowej!), jego szczątkowy rozsądek uznał, że należy przystać na uprzejmą prośbę utalentowanej kobiety, która może cię zabić kroplą eliksiru poprzez tortury gorsze niż cruciatus, zostawiając mniej śladów niż avada. A poza tym lubił ją, zaczęli pracować w tym samym, czasie jakby nie patrzeć i uczyli przedmiotów mniej lubianych przez uczniów przez wzgląd na niedobór bezmyślnego machania różdżką. Ups.
Tak czy siak Imm był na miejscu. Nawet kilka minut przed czasem. Jego worek na plecach mniej się szamotał, a wozak przestał wypuszczać z siebie ciąg przekleństw. Teraz pytanie brzmi: gdzie jest Jo? Imm nawet kawy nie wypił...
 
 
     

Jo Schuyler
Prof. Eliksirów
Dołączył: 23 Cze 2018
Posty: 42
Wiek: 46
Krew: czysta
Pupil: Malezyjski Niebieski Wąż Koralowy, zwany również Kulką; Czarny Maine Coon bez jednego oka, w dobry dzień zareaguje na imię Hrabia
Różdżka: włókno z serca żmijoptaka, 13 3/4 cala, świerk, sztywna
Ekwipunek: różdżka, drobniaki
Sakiewka: 80
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 80
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 40
Z. defensywne: 40
Miotlarstwo: 0.
Wysłany: Wto Sie 21, 2018 5:08 am   
   <Multikonta: Vaughn Anson


Jo była dziwnym człowiekiem. Zazwyczaj spała około 3 godzin na dobę, regularnie ćwiczyła i w dodatku nie piła kawy. No i nawet w dni wolne budziła się albo tuż przed albo o wschodzie słońca, nie potrzebując do tego okien w swoich komnatach. To znaczy w teorii jedno miała, ale gdyby zbiła w nim szybę - zalałaby sporą część lochów. Owszem, czasami czuła się dziwnie, gdy któryś z trytonów zaglądał jej w szybę, ale większość szanowała jej prywatność. Jo miała w planach w przyszłości odkryć sposób na skuteczne porozumiewanie się z nimi, bo mogła się założyć, że w głębi jeziora rosły rośliny, do których na co dzień nie miała dostępu, a które kosztowały fortunę na pokątnej.
Spojrzała na zegarek. Było parę minut po 7, ale wiedziała, że nie musi się spieszyć. Imm wyraźnie dał jej do zrozumienia, że nie stawi się o czasie, dlatego spokojnie kontynuowała ocenianie esejów szóstoklasistów. Skoro przez cały weekend miało jej nie być w zamku, wolała nie ryzykować, że zostanie w niedzielę wieczorem z całą pracą domową. Jasne, była nauczycielką i nie miała narzuconych terminów, ale wolała świecić raczej tym lepszym przykładem, zwłaszcza, że tego samego oczekiwała od swoich uczniów.
Gdy skończyła ocenianie prac dochodziła ósma. Zanim zaczęła się szykować, przygotowała posiłek dla Kulki. W teorii mogła poprosić o to skrzaty, ale wiedziała, że te niechętnie przebywały w towarzystwie węża i nie chciała ich do niczego zmuszać. Z Hrabią była zupełnie inna historia, bo ten już pierwszego dnia zlokalizował kuchnię i dobrze wiedział, kiedy mruknąć i do kogo dokładnie się połasić, żeby dostać jakiś smakołyk i teraz miał tu lepiej niż u pana boga za piecem. Gdyby nie jego eskapady pewnie szybko by przytył, ale w przeciwieństwie do większości kotów - był bardzo aktywny.
Tuż przed wyjściem przygotowała jeszcze kawę dla Imma, bo coś czuła, że może mu się przydać. Pomimo tego, że zdecydowanie bardziej wolała herbatę, na pożegnanie od Gabriela dostała niepozorną paczuszkę wypełnioną ziarnami palonymi przez jego samego. Niechętnie przyznała, że po zaparzeniu pachniała całkiem ładnie.
Z termicznym kubkiem w dłoni opuściła komnaty, uprzednio upewniając się, że wszystkie zaklęcia są aktywne – nie chciała po powrocie nadziać się na jakiś żart podłożony przez tych odważniejszych uczniów tudzież Irytka. Po tylu latach użerania się a Caiporami znała chyba wszystkie możliwe sztuczki, ale wolała nie ryzykować.
Wolnym krokiem wspięła się po schodach i wyszła na błonia. Kilku masochistów było już na nogach o tej porze i mogłaby przysiąc, że z boiska słyszała odgłosy treningu. Czyżby przygotowania do meczu?
Gdy zobaczyła Imma przed bramą, poczuła chłód na karku. Jednak wstał. Ale zmartwienie szybko jej przeszło, kiedy dotarło do niej w co nauczyciel zielarstwa jest u bramy. Nie była w stanie powstrzymać głośnego parsknięcia, czym ściągnęła na siebie wzrok mężczyzny. Ona sama miała na sobie zwykłe czarne spodnie i również czarną koszulę z długimi rękawami, których guziczki były zaczarowane tak, żeby nie mogły się przypadkiem urwać. Nienawidziła tego, że musiała się martwić takimi rzeczami.
 
     

Immanuel Matveyev
Prof. Zielarstwa
Dołączył: 23 Cze 2018
Posty: 44
Wiek: 34
Krew: czysta
Pupil: wozak bez imienia
Różdżka: wiąz, łuska węża morskiego, 14 i pół cala, giętka
Ekwipunek: różdżka, siekiera, szaleństwo
Sakiewka: 50 g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 5
Zielarstwo: 45
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 10
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pią Sie 24, 2018 12:04 am   
   <Multikonta: --


Wiecie co? To trochę okrutne, że jak człowiek raz się postara i zostanie jednym z masochistów bez potrzeby snu, to ludzie tego najzwyczajniej w świecie nie doceniają. Nauczyciel zwyczajnie w świecie ma późniejszy cykl dobowy niż przeciętny Kowalski i jak widać, jest to powód, aby oberwało mu się. Imm bowiem czekał i, czekał i czekał. I wyglądało na to, że się nie doczeka, gdyż zegar hogwadzki cicho zasygnalizował, że było już co najmniej wpół do. Leniwy Wozak zwinął się w kłębek i zaczął lekko charczeć przez sens. Podły skurczybyk. Nie, Rosjanin wcale nie jest zazdrosny o możliwość zaprzestania udawania cywilizowanego człowieka. To wcale nie tak, że jeżeli położy się na ziemi i sam zwinie w kłębek, to obudzi się w skrzydle szpitalnym, bo uznają ludzie, że zatrucie alkoholowe i że skoro to się stało ruskiemu, to musiał ośmiokrotnie przekroczyć dawkę śmiertelną i apokalipsa.
Ogólnie nigdy więcej nie opuści swojego gabinetu bez wypicia końskiej dawki kawy. Jak widać stawianie się o czasie i narażanie własnego zdrowia psychicznego i cudzego życia podczas zdrowego stylu życia jest nieopłacalne. Najwyżej doda do swojej pokrzywy jakichś innych magicznych liści na chudnięcie, młodnięcie i detoksykacje, czy inne bzdury.
Twarde wychowanie stłumiło jego nadchodzące łzy, gdy Jo CIĄGLE, ALE TO CIĄGLE NIE BYŁO. Immanuel położył worek na ziemi, a sam oparł się o jakąś ścianę i odchylił głowę do tyłu. Przymknął na sekundę powieki. Przecież nie zaśnie, to tylko zamknięcie na chwilę oczu.
Zapadł w płytki sen.
Obudziło go głośne parsknięcie Jo. Mężczyzna podskoczył, Wozak podskoczył. Imm krzyknął coś w rodzimym języku, co było brzydkim słowem i odkopnął przyniesiony worek na bok (z którego wypadł inny worek i coś, co przypominało bardzo stary płaszcz), a jego zwierzak zawtórował pokaźną wiązanką przekleństw i zjeżeniem karku. Rosjanin wylądował na ziemi na dwóch nogach w bojowej pozycji z siekierą ściągniętą z pleców praktycznie w ułamku sekundy. Rozejrzał się skołowany dookoła i potrzebował kilku sekund, aby przypomnieć sobie, co tu w ogóle robi. Ogarnij się Matveyev, jesteś przecież podobno dorosłym człowiekiem. Czarodziej spojrzał na czarownicę zmęczonym wzrokiem i mruknął:
- Snuuu...
Powiedziałby "mózguuu...", ale to by było rasistowskie. #zombiesarepeopletoo
Obolałym ruchem włożył siekierę w uprząż na plechach, po czym podszedł do odkopniętego worka(ów) i go podniósł, a następnie przełożył przez ramię. Zielarz zauważył kawy w rękach eliksiroznawczyni, inaczej istniałaby pewnie szansa, że urwałby przez przypadek jej całe ramię, zagarniając kubek. Mniejsza lub większa szansa.
- Kobieto... CZY TY WIESZ, KTÓRA JEST GODZINA?
Istnieje spora szansa, że jego rosyjsko-francusko-poranny akcent uniemożliwia zrozumienie czegokolwiek.
 
 
     

Jo Schuyler
Prof. Eliksirów
Dołączył: 23 Cze 2018
Posty: 42
Wiek: 46
Krew: czysta
Pupil: Malezyjski Niebieski Wąż Koralowy, zwany również Kulką; Czarny Maine Coon bez jednego oka, w dobry dzień zareaguje na imię Hrabia
Różdżka: włókno z serca żmijoptaka, 13 3/4 cala, świerk, sztywna
Ekwipunek: różdżka, drobniaki
Sakiewka: 80
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 80
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 40
Z. defensywne: 40
Miotlarstwo: 0.
Wysłany: Pon Sie 27, 2018 12:07 am   
   <Multikonta: Vaughn Anson


Na widok wyciągniętej siekiery, jej źrenice się rozszerzyły, a dłoń już wędrowała do cholewki buta, gdzie schowana była jej różdżka, jednak szybko zdała sobie sprawę z tego, że wbrew pozorom siekiera nie sprawia dla niej zagrożenia. Pewne nawyki umierały bardzo powoli, i nawet jeśli w teorii nie miała z tamtym życiem nic wspólnego od dobrych dwudziestu lat, to jednak podczas ucieczki nigdy nie przestała oglądać się za siebie, ciągle oczekując ataku. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że zacisnęła też szczękę, i ustawiła stopy pod kątem, który ułatwił by jej odpieranie ataku. To nie tak, że była mistrzem pojedynków, po prostu pamięć mięśniowa często działała szybciej od myśli, co momentami było uciążliwe. Na przykład gdy uczeń obok którego stała podniósł za szybko rękę.
- Snu ci nie dam, ale przychodzę z darami. – uśmiechnęła się szeroko, wciąż nie mogąc za bardzo pojąc, co kierowało mężczyzną, gdy wybierał strój. Przecież gdyby ubrał normalne czarodziejskie szaty mniej rzucałby się w oczy, bo ktoś uznałby, że to jakiś strój religijny, zwłaszcza jeżeli byłby w towarzystwie osób ubranych podobnie. Całe szczęście jak niemal każdy czystokrwisty dwór czarodziejski, rodzinny dom Jo miał punkt aportacyjny niedaleko bramy, więc nie musieli się martwić o ciekawe spojrzenia. – Kawy…? – podniosła kubek termiczny na wysokość oczy; przez krótką chwilę zastanawiała się, czy po prostu go nie rzucić Immowi, ale nie chciała ryzykować, że jego koordynacja jeszcze się nie dobudziła i jakimś cudem jeden z jej ulubionych kubków zostałby zniszczony. Jasne, mieli magię, ale nic nie wymazałoby bólu związanego ze wspomnieniem kubka roztrzaskującego się na tysiące kawałeczków… No z wyjątkiem Obliviate, ale ćśśśś.
- I tak, wiem. Ale szczerze powiedziawszy nie sądziłam, że uda ci się wstać tak wcześnie. – Jo nawet rozważała zapukanie do komnat Imma żeby go obudzić, ale ostatecznie stwierdziła, że lepiej będzie dać mu pospać tę… godzinę dłużej. Ekhem. To znaczy, gdyby mężczyzna faktycznie skorzystał z takiej opcji, bo aktualnie miała w perspektywie spędzenie dwóch dni na wysłuchiwaniu komentarzy na ten temat, co sprawiło, że poczuła się odrobinę winna.
- Skąd pomysł na… - jej dłoń powędrowała z góry na dół i z powrotem - …to? – miała oczywiście na myśli jakże normalny wcale nie rzucający się w oczy strój Imma. Już chciała skomentować fakt, że mówiła mu, że nie musi niczego brać, bo dwór jest przyzwoicie zaopatrzony niemal we wszystko, czego można było zapragnąć. Fakt, obie wojny nieźle oszczerbiły ich rodzinną kryptę, ale wciąż było je stać na życie na poziomie, od którego Jo zdążyła odwyknąć. Dlatego też zwlekała z zatrudnieniem skrzatów domowych, choć wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała to zrobić. Zwłaszcza, gdy Cal zostanie już wypisana ze szpitala.

[edit]

- Albo wiesz co? Jednak nie chcę wiedzieć... - podniosła rękę, dając mu znak, że nie musi jej odpowiadać. Nie była w nastroju na wysłuchiwanie historii za wyborem każdego elementu ubioru Imma. - Lepiej już chodźmy, mamy dziś sporo do zrobienia... - dodała, pozwalając mężczyżnie złapać ją za łokieć, po czym aportowała się z cichym trzaskiem.

[z/t]
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 198
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Wto Paź 16, 2018 12:19 am   
   <Multikonta: RC


Chyba mu się udało wymknąć z gabinetu Vanessy zanim ta zdołałaby się uczepić jego nogi i uniemożliwić wyjazd. Przez następne dwadzieścia sekund. Opuścił jej gabinet i pokierował się w stronę tego, który teoretycznie był jego gabinetem, a praktycznie stał pusty nocami i porankami. Popołudniu czasem wpadł i tyle go tam widziano. Ale teraz będzie musiał spędzić tam rekordowo dużo czasu, ponieważ po pierwsze - musiał złapać pergamin i pióro oraz kałamarz, żeby naskrobać list do Bethy, w którym po krótce wyjaśniał jej do czego jej potrzebuje oraz podał podstawowe informacje na temat ich wycieczki. Całączył też ten zmięty list, który dostał z Rumunii. Potem wetknął swój list do dzioba swojej sowy (tak, miał sowę - nie wiadomo kto ją karmił) i wysłał pierzastego towarzysza do odbiorcy listu. Miejmy nadzieję, że Betha nie spała i zareaguje natychmiast, a nie na kacu o godzinie pierwszej po południu. Po wykonaniu tego zadania zaczął przeglądać swoje świeżozakupione rzeczy i wybrał twory Madame Malkin, ale nie te, co w nich na wiejską potańcówkę mógł pójść. Te szyte specjalnie dla niego do jego roboty. To nie było wszystko, co chciał zabrać, ale nie mógł więcej załatwić w środku nocy ze sprzętu, dlatego przysiadł na krawędzi łóżka i zaczął planować przebieg tego przedsięwzięcia. Oczywiście jak to z planami było - zawsze mogły (a raczej zawsze brały) wziąć w łeb. Niemniej trzeba było być dobrej myśli, prawda? Walnął się grzbietem na swoim łóżku, i wlepił wzrok w sufit, w myślach mieląc po raz kolejny ten sam temat. I tak do świtu.
O świcie zerwał się, wziął prysznic, ubrał jakieś szmatki i popędził do Hogsmeade, skąd teleportował się najpierw do Londynu, tam załatwił parę rzeczy, a potem wrócił na pokątną, gdzie też zebrał trochę rzeczy, jak przykładowo swój fancy plecaczek podróżnika. Przetruchtał do Hogwartu, a raczej na tereny Hogwartu, skąd zapierdolił dwa testrale, kto by tam je liczył, to był jego obowiązek. Jego albo Beci. Testrale wyprowadził pod bramę wjazdową, gdzie umówił się z Bethą.
Spojrzał na swój sprzęt i zapewne ku uciesze Bethy miał też ze sobą kilka mugolskich przedmiotów. Przykładowo taki czekan, który teraz dyndał sobie przy jego spodniach. Zabrał też uniwersalne przedmioty jak nóż (nigdy nie wiadomo czy ktoś mu różdżki nie połamie bądź nie zajebie) czy nawet lina. Indiana Jones, kurwa, który czekał na Larę do wyprawy. Do plecaka zapakował to, co mogło posłużyć do opatrywania ran, gdyby jego lub Bethy zdolności leczenia nie okazały się zbyt skuteczne. Spakował jakieś drobne racje żywnościowe, wodę (wódę też, ale żeby rany dezynfekować oczywiście).
I po przeglądzie ekwipunku oparł się o bramę, oczekując na Bethę. Miał szczerą nadzieję, że się zjawi, że nie powie, że go pojebało i że nie da się wciągnąć w samobójczą misję. I miał szczerą nadzieję, że nie zaspała albo nie zajmowała się Chrisem, kiedy to on, Carter, potrzebował pomocy. Co prawda nie takiej jak Chris potrzebował od Bethy, ale no.Zerknął w kierunku zamku, po czym westchnął ciężko. Nie chcem, ale muszem. To by się chciało powiedzieć. Prawdopodobnie teraz wylegiwałby się jeszcze w ciepłym łóżku, albo zaczepiałby Harvin, nieważne w jaki sposób. Fizyczny czy psychiczny. Robiłby coś przyjemnego. Był skazany na stanie pod bramą i wyczekiwania pojawienia się (lub nie) towarzyszki niedoli.
Spojrzał na testrale, a potem w kierunku, z którego powinna nadejść Betha. Nie to, żeby ją poganiał, ale poganiał. W myślach, rzecz jasna. Zależało mu na czasie bo zależało mu, żeby wrócić jak najszybciej tutaj i to nie dlatego, że Vanessa obiecała mu długopis, oczywiście że nie dlatego. Powodem była chęć odjęcia Harvin zmartwień, które sam jej ostatnio dorzucał. Nic więcej, taki długopis to tylko dodatek, wisienka na torcie. No taki happy end.
Nie wziął jednego pod uwagę. Nie poinformował McGonagall. Zaklął pod nosem, kiedy uświadomił sobie ten fakt. I teraz spojrzał jeszcze raz w kierunku Hogwartu, myślami dążąc do Harvin. To ona była mózgiem w tej relacji i miał ogromną nadzieję, że dociągnie to jakoś za niego, posprząta ten mały bałagan, który właśnie narobił. Zresztą nie uśmiechałoby mu się siedzenie teraz u McGonagall. A poza tym - wielce prawdopodobne, że dyrektorka odsypiała wczorajszy melanż i nie byłaby w stanie z nim tak rano porozmawiać. Może Vanessa o tym też pomyśl i wyprostuje to za niego? Jak nie - to będzie miał przesrane, ale pouśmiecha się do McGonagall, pochwali jej ciasteczka i może jakoś ją ugłaska. Jak nie - wyleci z roboty, ale dla niego to mała strata. Znaczy ogromna, bo nie będzie mógł mieszkać u Harvin w gabinecie tylko wróci do swojej rudery. A może to zmotywuje go do odświeżenia tej posiadłości? Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda?
Ciekawe co na to wszystko powie Verendal. Carter oczywiście nie mógł wiedzieć, że Betha zabrała go z imprezy, żeby się z nim o mało co nie pozabijać. Był raczej zdania, że wszystko jest w porządku, bo to tak wyglądało na Wielkiej Sali. Jakieś ostentacyjne całuski na środku parkietu (powiedział ten z ostentacyjnymi oświadczynami na środku parkietu). Gdyby jemu Vanessa oświadczyła, że wyjeżdża do dżungli z kolegą (Leo) do dziczy aby polować na nadzwyczajnie agresywnego smoka to chyba by ją wyśmiał, złapał i nie puszczał, dopóki ów pomysł by jej nie wywietrzał z głowy. I tak Harvin wykazała się ogromną siłą w ogóle pozwalając mu na taką wycieczkę. Albo po prostu liczyła się z tym, że nie zdołałaby go utrzymać. Nie samodzielnie. Zawsze też miała magię, mogła go przywiązać do tego kaloryfera.
Zerknął jeszcze raz na testrale. Czy były w stanie zabrać ich aż na Madagaskar? Cóż, nigdy tego nie próbował, ale z tego co pamiętał, to były zwierzęta, które mogły pokonać ogromny dystans w krótkim czasie. W przeciwnym wypadku będzie musiał przepakować Bethę na samolot. Pewnie by się ucieszyła na taką wiadomość.
Wypuścił głośno powietrze, krzyżując ramiona na torsie. Naprawdę chciał już tam lecieć, bo miałby świadomość, że już zaczął coś w tym kierunku robić. A na razie musiał czekać na Bethę, więc nic się nie ruszyło. Dalej był na terenie Hogwartu, dalej nie opuścił Wielkiej Brytanii. Wciąż w Europie. Nic naprzód.
Betha, Betha - gdzie jesteś? Obyś nie miała kaca. Choć lepszy kac niż gdyby miała mu przyjść tu jeszcze wczorajsza.
_________________

    Fun.




 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 680
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Wto Paź 16, 2018 4:40 pm   

Rozmowa z Raylene dała jej do myślenia, ale nie zmieniło to faktu, że studniówkowy wieczór miała już całkowicie zniszczony. Przeszła jej jakakolwiek ochota na dalszą zabawę, tańce i picie. A zapowiadało się tak dobrze. Ale takie już było jej szczęście, że zawsze coś się musiało walić. Przynajmniej cała reszta się dobrze bawiła. Carter się oświadczył, a jak wróciła po Winchester, to ani jego, ani jego nowej narzeczonej już nie było na Sali, więc zapewne poszli świętować zaobrączkowanie Harvinowej. Dlatego też nigdy nie spodziewałaby się sowy tego samego wieczoru od profesora ONMS.
Wróciła do pokoju w akademiku, zawiedziona tym, jak zakończył się ten dzień. W planach nie miała spania w swoim łóżku. Sama. A jednak, osobiście do tego doprowadziła. Powinna prowadzić swoją własną punktację, gdzie przyznawałaby sobie punkty w zależności od tego jak bardzo zjebie. Wygraną będzie bycie starą panną otoczoną najróżniejszymi gatunkami stworzeń magicznych, bo tylko one będą w stanie z nią wytrzymać. Brzmiało jak plan. Rzucając na krzesło męską marynarkę, którą miała na sobie, dopiero po chwili dostrzegła sowę siedzącą na jej parapecie i pukającą dziobem w okno. Wpuściła zwierzę do środka, odbierając przesyłkę adresowaną do niej. Jakby potrzebowała jeszcze więcej niespodzianek tego dnia. Zdziwiła się jednak widząc koślawe pismo Cartera. Czy on nie powinien… no nie wiem, trzeci raz pod rząd udowadniać Harvin swoją miłość? Szykować się do zbliżającej się nocy poślubnej? Po przeczytaniu treści listu, szybko zrozumiała dlaczego ten był taki ważny. Smok. Na jebanym Madagaskarze. Dziesięć tysięcy kilometrów od Hogwartu. I ona miała lecieć? Jutro? Z rana? Po tym jak się pokłóciła z facetem, który tego samego dnia będzie leciał do Kanady? Heh, well… Dwa razy nie trzeba było jej powtarzać. Jeszcze tego samego dnia spakowała najpotrzebniejsze rzeczy, które mogą jej się przydać w Madagaskarskiej dżungli, dwa razy upewniając się, czy zabrała ze sobą porządne buty, śpiwór, a nawet nóż, którym o dziwo potrafiła się posługiwać. Nie tylko podczas robienia obiadu! Zadawanie się z magicznymi stworzeniami wymagało wielofunkcyjności. I bycia przygotowanym na wszystko.
Następnego dnia wstała rano, aby wziąć swój zapewne ostatni prysznic w normalnych warunkach zanim wyjedzie na wyspę. Ubrała się wygodnie, związała włosy w wysokiego kitka, założyła czapkę wpierdolkę i chwyciła plecak w którym zmieściła wszystko co potrzebowała za pomocą zaklęcia zwiększająco-pomniejszającego. Z samego rana wysłała jeszcze poleconego kota do Raylene z prośbą o zaopiekowanie się jej małym zwierzyńcem. Gdyby wiedziała, że ta już ma pod opieką lisa tego zabiedzonego luja, możliwe, że nie dokładałaby jej kolejnych stworzeń. Feniksa natomiast wysłała do dziekana swojej uczelni, aby poinformować go o swojej nagłej wyprawie i przymusowej nieobecności na zajęciach przez najbliższy tydzień. Musiał zrozumieć, że w takiej sytuacji, bezsensowne wykłady były dla niej o wiele mniejszym priorytetem niż smok na Madagaskarze. Logiczne.
W pobliżu ustalonej godziny, zaczęła zbliżać się do umówionego miejsca. Już z oddali na horyzoncie zarysowywały się trzy sylwetki. Dwie parzystokopytne, skrzydlate i Carter. Już na nią czekał. Chyba naprawdę chciał dopaść tego smoka jak najszybciej. Czemu jeszcze tam była ona? Po co tam szła? Ach no tak, aby odwrócić swoje myśli, rzucić się na pożarcie i może stamtąd nie wrócić. Brzmiało dobrze. Ciekawe co powie Chris, jak się dowie, że podczas gdy on zajadał się sernikiem… a nie, on nie lubi sernika. Podczas gdy Ryker zajadał się sernikiem, Betha w tym samym czasie będzie walczyć z naturą, zwierzętami i wkurwiającymi ludźmi. Jeżeli wróci bez większych obrażeń, to to będzie naprawdę cud. Nie liczyła jednak na to. Trzy słowa. Carter. Smok. Madagaskar. To nie mogło się skończyć dobrze. Czy fakt, że się zgodziła na wspólną wyprawę, wiedząc w co się pakuje czyni ją masochistką?
- Nie niecierpliw się tak. Mówiłeś ósma, to ósma.- mruknęła, podchodząc do jednego z testrali, aby przejechać dłonią po jego czarnym pysku. Jak dobrze, że Betha nie piła za wiele poprzedniego dnia i impreza skończyła się dla niej wcześniej niż powinna. Gdyby sobie pozwoliła na wlanie w siebie hektolitrów alkoholu, zapewne by nie wstała i zupełnie olałaby całą sprawę, modląc się następnego dnia o wodę. I rychłą śmierć. - Już jestem. Możemy lecieć na ten cały… Madagaskar. Merlinie, dalej się nie dało?- spytała od niechcenia, skupiając się na jednym z czterokopytnych. Oby był w stanie ją zabrać na tą przeklętą wyspę, bo jeżeli nie i Carter ją zmusi do wejścia na pokład jakiejś przerośniętej, blaszanej puszki ze skrzydłami, to prędzej odgryzie mu ręce niż przeżyje lot. Poważnie.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strona wygenerowana w 0,65 sekundy. Zapytań do SQL: 9