► Pilnie poszukujemy nauczycieli Obrony przed Czarną Magią, Zielarstwa, Astronomii, Numerologii, Starożytnych Run, Zaklęć, Quidditcha oraz Historii Magii!
► Trwają zapisy do klubu pojedynków!
► Lekcja eliksirów zakończona!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

126
125
110
103

Luty 2000r.
Pełnia: 16-18.02 (10-13.05)
Wielka Brytania tonie w zwałach śniegu. Zaspy utrudniają transport miejski, a rzeki i jeziora pozostają skute lodem. W dzień ok. -8'C, w nocy jeszcze mroźniej, ok. -14'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Vanessa Harvin - Transmutacja
Autor Wiadomość

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3469
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Maj 15, 2010 9:10 pm   Vanessa Harvin - Transmutacja
   <Multikonta: Jasmine Gingers


1. Imiona: Vanessa Samantha
2. Nazwisko: Harvin
3. Wiek: 24 lat
4. Charakter: Osóbka o zdecydowanych poglądach i trzeźwym umyśle, która unika spontaniczności i stawia przede wszystkim na przemyślane decyzje. Z pozoru może wydawać się oschła, surowa i chłodna, ale to tylko dlatego, że stara się jak najlepiej pełnić swoją funkcję i wie, że nie może na wiele pozwalać uczniom, bo "wejdą jej na głowę". Dlatego często uważana jest za mało wyrozumiałą, wręcz nie znającą pojęcia litości i współczucia. Vanessa nie lubi wyróżniać się z tłumu, zwykle stara się być obiektywna, sprawiedliwa i odpowiedzialna, choć i to nie zawsze jej wychodzi. Czasem daje się ponieść emocjom, ale jednak lepiej nie wyprowadzać jej z równowagi, bo to może grozić naprawdę poważnymi konsekwencjami. Kiedy już czuje się dość swobodnie, potrafi nieźle marudzić i narzekać.
5. Wygląd: Vanessa jest kobietą średniego wzrostu, zgadza się wzrost nie jest u niej cechą, która powoduje, że wyróżnia się w tłumie. Kobieta mierzy bowiem edwo co 170 cm., nad czym czasami ma zwyczaj ubolewać, bowiem według jej własnych przekonań powinna być wyższa. Co może być w niej charakterystycznego? Napewno długie, ciemno brązowe włosy, które przy braku światła wpadają w różne odcienie delikatniej czerni. Lekko falujące, zdają się opadać zwykle w taki sposob, żeby uprzykrzyć życie właścicielce. Oczy - niebieskie, średnio wyraziste, chociaż czasami to jedyna dostrzalny elemeny pośród burzy jej ciemnych włosów. Kobieta ma
zwyczaj poruszać się z gracją, chód ma szybki, a spojrzenie ostre i zdeterminowane. W końcu musi przynajmniej sprawiać wrażenie surowej, jeśli ma pełnić funkcje Opiekunki jednego z domów. Najczęściej podczas rozmowy lekko przechyla głowę w bok i utrzymuje zdecydowany kontakt wzrokowy. Lepiej wtedy na nią uważać.
7. Skąd: Londyn
8. Czystość krwi: czysta
9. Rodzina: rodzice, rodzeństwo,kuzynostwo
10: Historia:
http://hogwartdream.mojef...topic.php?t=341
11. Nauczany przedmiot: Transmutacja
12. Wykształcenie:
1982-1989r. - Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart
1989 - 1992r. - Uniwersytet Nauk Magicznych im. Nicolasa Flamela w Londynie - kierunek Transmutacja
13. Doświadczenie zawodowe:
1993/1994 - roczny staż w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart na posadzie Nauczyciel Transmutacji
od 1994r. - Nauczyciel Transmutacji w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart
od 1995r. - Opiekunka Gryffindoru w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart
*14. Statystyki:
Zielarstwo: 5/100
Eliksiry: 5/100
Zaklęcia Zwykłe: 20/100
Zaklęcia Defensywne: 10/100
Zaklęcia Ofensywne: 20/100
Transmutacja: 50/100
Miotlarstwo: 10/100
 
 

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3469
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Cze 10, 2010 5:33 pm   Prawdziwa historia Vanessy - Yin&Yang
   <Multikonta: Jasmine Gingers


"Amulet Jin i Jang symbolizuje dwie przeciwstawne energie kosmiczne w stanie harmonii. Jin (czarny) oznacza pierwiastek żeński, noc, ziemię, destrukcję, pasywność. Jang (biały) obejmuje takie znaczenia, jak męskość, światło, niebo, kreacja, aktywność. Jin i jang uzupełniają się wzajemnie, czego symbolem jest umieszczenie białej kropki w obrębie jang oraz czarnej w jing. Znaczy to także, iż nie istnieje absolutne dobro ani zło."

-"Czystość krwi... dla niektórych bez znaczenia, jednak zaledwie kilka lat temu wizja zdobycia władzy ideologii czystości krwi była prawie, że wykonalna. Czarownik O Imieniu Którego Nie Wolno Wymawiać wspiął się na szczyt potęgi czarnej magii i tylko przypadek sprawił, że jego marzenia legły w gruzach. Wiara jednak, że dominacja czystości krwi nastąpi jest nadal silna w wielu kręgach, mimo, że od dawna nie było już widać na niebie Mrocznego Znaku, a świadomość istnienia jednego z najbardziej niewybaczalnego z zaklęć coraz bardziej się zaciera."-ciemnowłosy chłopak zamknął trzymaną w dłoniach książek spoglądając na kilkuletnią dziewczynkę siedzącą obok niego na kanapie z oczami wpatrzonymi w towarzysza jak obrazek.
Nastolatek uśmiechnął się zadziornie, a w jego oczach zabłysły iskierki wyzwania, tak znajome jemu i jego rodzinie. Przystojne rysy młodzieńca nadawały jego twarzy z poozru anielski wręcz wyraz. Nos prosty, czoło wysokie, silne dłonie nadal spoczywające na okładce lektury, a i oczywiście nie można zapomnieć o potarganej wiecznie czuprynie ni to czarnej ni brązowe ni popielatej. Chłopak miał na sobie zielone, hogwardzkie szaty z naszywką herbu Domu Węża w przeciwnieństwie do dziewczynki ubranej pospolicie w kolorową szatę w gwiazdeczki. Jej oczka były niesamowicie duże z wyraźnymi niebieskim tęczówkami. Zarówno rysy twarzy jak i kolor włosów miała identyczne jak jej starszy towarzysz. Lekko pofalowane kosmyki opadały jej na twarz sięgając aż do pasa, a małe rączki ściskały mocno pluszowego gryfa.
-Ja wiem co to są Zaklęcia Niewybaczalne. To ten Którego Iminia Nie Wolno Wymawiać je używał, prawda?-spytała dziewczynka patrząc się tak samo wyczekującym i ciekawskim spojrzeniem w brata jak podczas czytania przez niego lektury.
-Zgadza się... najstraszniejsze z nich to Avada Kedavra... to nim zabijał nic nie warte szlamy.-przytaknął skinięciem głowy, po czym flegmatycznym ruchem odłożył książkę na półkę obok i dopiero wtedy powrócił wzrokiem na towarzyszkę.
-Ja też będę rzucać Avada Kedavra! Też chcę zabijać szalmy!-dziewczynka zerwała się z kanapy na równe nogi patrząc buntowniczo na chłopaka zminą pt."Ja wam jeszczę pokażę.", co trylko wywołało u niego cichy, szelmowski śmiech.
-Jasne, Van. Oboje będziemy zabijać szlamy i oboje będziemy służyć Czarnemu Panu jak tylko uda mu się powrócić, zgoda?-uniósł zaczepnie brew, przy czym potargał jej włosy, przez co z tą zawziętą miną na delikatnej, młodziutkiej twarzy wyglądała jeszcze komiczniej.
-Zgoda! Ja chcę się nauczyć rzucać Avadę!-dopadła leżącej obok różdżki zanim chłopak zdążył zorientować się co mała zamierza i już unosiła magiczny przedmiot w powietrzu.-Avada...
-Van, James! Co tu się dzieje?!- drzwi pokoju otworzyły się i stanęła w nich wysoka brunetka obdarzając rozdzeństwo oburzonym spojrzeniem.-James... co twoja różdżka robi w rękach Vanessy? Zabierz ją jej zaraz zanim komuś zrobi krzywdę!-nakazała stanowczym głosem.
Ślizgon mrucząc coś niewyraźnie pod nosem skinął tylko głową na znak aprobaty, po czym wyciągnął z rączek dziewczynki różdżkę podając jej z powrotem pluszowego gryfa, po czym obdarzył kobietę czarującym uśmiechem. Matka dwójki urwisów pokręciła tylko głową ze zrezygnowaniem jakby sprawiając wrażenie całkowicie uodpornionej na urok chłopaka. Mimo, że nie była już młodą dziewczyną to jej twarz wcale nie zdobił szereg zmarszczek, a i cięzko zapewne byłoby się doszukać chociaż jednego siwego włosa. Jedynie oczy sprawiały wrażenie dojrzałych i nieco zmęczonych.
-Bez obaw mamo, panuje nad sytuacją.-młodzieniec wzruszył ramionami nadal rozbrajająco się uśmiechając.
-Mam taką nadzieję...-brunetka wywróciła teatralnie młynka oczami, a już po chwili drzwi pokoju na powrót zamknęły się.

***

Vanessa usiadła na stołku mocno zaciskając rączki na oparciu. Starsza nauczycielka o surowej twarzy i mocno ściągnietych wargach tworzących zamiast ust cienką linię nałożyła na głowę dziewczynki brązową, połataną tiarę, która sprawiała wrażenie już dawno zjedzonej przez mole i nie nadającej się do jakiegokolwiek użytku. Oczy tej małej istotki rozwarły się ukazuję dwie niebieskie tęczówki błyskające pewnością siebie i zadziornością. Napotkały one wzrok siedzącego przy podłużnym stole wśród innych uczniów brata. Patrzyli tak na siebie przez chwilę ze wzajemnym zrozumieniem jakby czytali sobie nawzajem w myślach, po czym spojrzenie pierwszorocznej powędrowało wzdłuż całego stołu Domu Węża. Zaciśnęła rączki jeszcze mocniej na krawędzi stołka.
-Ja chcę do Slytherinu... ja chcę do Slytherinu...-powatrzała sobie w myślach z niecierpliwością czekając na wyrok tiary.
Dlaczego akurat ten Dom? Dlaczego? Vanessa idealnie do niego pasowała, podobnie jak jej brat. Oboje byli nazbyt pewni siebie, na ustach obojga cisnęła się ironia i złośliwość częściej niż prosty szczery uśmiech, oboje dążyli do tego samego od początku, a trzeba podkreślić, że było to dążenie wręcz po trupach do celu. Nie było mowy o żadnym innym Domie, tylko Slytherin. Czy straszenie dzieci sąsiadów Zaklęciami Niewybaczalnymi, tylko dlatego, że nie byli w pełni czystej krwi odpowiadało cechom noszonym przez mieszkańców Hufflepuffu? Czy szalone wypady na Ulicę Śmiertelnego Nokturny przypominały występki Krukonów? Czy testowanie na gnomach cyjanku potasu pasowało honorowym Gryfonom? Z pewnością nie.
-Slyherin? Och tak... ta inteligencja, upodobanie do podstępu, poskramianie światła ciemnością...-usłyszała dziewczynka głosik w swojej głowie.-Tak... ale jest coś więcej pod tą czuprynką, dużo więcej... coś co zasługuje na...-Vanessa wstrzymała oddech spoglądając na unoszącego ku górze kciuka jej brata.-Gryffindor!-wykrzyknęła tiara na całą Wielką Salę.
Oczy tej małej istotki rozwarły się w niemy zdziwieniu. Co? Jak? Ona i ci godni pożałowania frajerzy?! Niemożliwe... Tiara musiała się pomylić. Nie mogła trafić do Gryffindoru... po prostu nie mogła. Przeznaczony jej przeciez był Slytherin tak jak bratu. Jak to możliwe? Na pewno... na pewno tiara się pomyliła i zaraz to powie, zaraz się poprawi i dzięki temu będzie mogła usiąśc przy stole obok brata.-Panno Harvin... proszę zejść ze stołka.-dźwięk głosy nauczycielki trzymającej już tiarę w powietrzu przywrócił ją do rzeczywistości.
Nie, tiara się już nie poprawi... Vanessa nie założy na siebie zielonej szaty... spojrzała na brata. Wydawał się równie zszokowany jak ona, a może nawet bardziej. Dopiero po chwili na jego ustach zakwitł lekko pocieszający uśmiech, ale to nie poprawiło humoru dziewczynki. Czuła się przegrana. Ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w swoje buciki powędrowała ku stołowi Domu Lwa.

***

-Panno Harvin...co za wstyd... Gryffindor traci przez panią trzydzieści punktów.-surowy głos profesor McGonagall zagrzmiał wzdłuż całej sali od transumtacji, która Bogu dzięki była pusta.
Prawie pusta... naprzeciwko nauczycielki, po drugiej stronie biurka stała kilkunastoletnie dziewczynka. Ów osóbka wpatrywała się w starszą kobietę chłodnym, wypranym z wszelkich emocji wzrokiem. Nie odezwała się nic, ale również nie spuściła wzroku. Nie poruszyła się. Tkwiła w miejscu jak marmurowy posąg o szczupłej sylwetce i niezbyt imponującym wzroście. Jej wargi nawet nie drgnęły, a z samego zachowania Gryfonki trudno było stwierdzić co jej chodzi teraz po głowie.
-To już drugi raz jak próbuje się pani włamać do Działu Ksiąg Zakazanych.-kontynuowała McGonagall-Tak być nie może. Jest pani dopiero na drugim roku, co sobie pani wyobraża? Oczywiście pański brat też zostanie odpowiednio ukarany, ale to leży już w gestii profesora Snape. A teraz proszę ze mną do dyrektora.-nauczycielka ruszyła dziarskim krokiem na korytarz, a Vanessa bez mrugnięcia okiem podążyła za nią.
Źle się do tego zabrała. Tłumaczyła James'owi, że nie będzie tak łatwo, ale ten jak zwykle był przekonany o swojej racji. Nie, nie kłócili się wówczas, po prostu Van widziala to inaczej. Zastosowanie eliksiru słodkiego snu na bibliotekarce było pomysłóem trafionym tylko częściowo. Nie przewidzieli, że do akcji wkroczy Flich zawzięcie goniący Irytka. No i gdy akurat byli w trakcie prezszukiwania zawartości jednej z czarnomagicznych ksiąg Irytek przewrócił jedenz reagałów, co poskutkowało tym, że oczom woźnego ukazała się dwójka rodzeństwa wpatrująca się w niego z lekkim zdziwieniem na twarzy. Źle to jednak obmyślili... no ale James był uparty i nie pozwolił sobie wyjaśnić, że na wszelki wypadek lepiej się zabezpieczyć. I pomysleć, że różniło ich tylko kilka lat...
-Różowy bogin-podała hasło nauczycielka, a posąg chimery obrócił się ukazując wejście do gabinetu dyrektora.-Proszę... Dumbledore chce porozmawiać z panią na osobności.-skinęła dłonią w stronę wejścia patrząc surorum, ale spokojnym wzrokiem na uczennicę.
Dziewczyna przekroczyła próg i już za kilkoma zakrętami znalazła się w kolororym pomieszczeniu nijak nie pasującym do poważnego urzędu jakim było stanowsiko dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Regały pełne kolorowych książek, dywanik w zielono - pomarańczowe zygzaki, szuflady nakrapiane czymś kolorowym, ogromne biurko na którego środku leżała paczka czekoladowych żab nie wspominając już o ulubieńcu dyrektora - feniksie prężącym dumnie swoją pierś obok portetu jakiegoś niskiego człowieczka, który właśnie dostał napadu czkawki. Po chwili z tylnich drzwi pomieszczenia wyłonił się sędziwym, ale nadal pełen życia Dumbledore. Siwa broda staruszka opadała mu na twarz, ale oczy... oczy nadal miał wyjatkowo młode i żywe. Na widok dziewczyny uśmiechnął się lekko schodząc po klilka stopni naraz na środek gabinetu.
-Vanesso, proszę nie zwracaj uwagi na te czkające portety. Kiedy mijałem jedną z sal Irytek własnie rzucił bardzo parszywe zaklęcie na koleżankę Grubej Damy i od niej zaraziły się wszystkie portety w zamku, ale już tę sprawę powoli opanowujemy...-wyjasnił na wstępie uśmiechając się dobrodusznie.-To co cię do mnie sprowadza?
Gryfonka nie miała pojęcia po co jej to mówi... uważa, że w ten sposób zaskarbi sobie jej zaufanie? Och nie... nie była głupia. Nie rozdawała zaufania na prawo i lewo, wręcz jednyna osobą, której mogła zaufać był jej brat. Nikt więcej. Nie odpowiedziała jednak nic z początku zachowując ten sam wyraz twarzy, to samo zdestanoswane spojrzenie, które w tak małym dziecko mogło i zaskakiwać i napawać przerażeniem.
-To pan mnie wzywał dyrektorze.-odpowiedziała spokojnym tonem głosu.
-Wiem, wiem...-pokiwał głową.-Ale to dlatego, że coś cię tu do mnie sprowadza Vanesso. Powiem szczerze, ten pomysł z eliksirem słodkiego snu... radziłbym następnym razem spróbować coś bardziej zapobigawczego.-puścił do niej porozumiewawcze oko obdarzając ją kolejnym życzliwym uśmiechem, po czym zasiadł za swoim biurkiem.-A nie zadajesz sobie czasem pytania dlaczego jesteś w Gryffindorze? Dlaczego ty i twój brat zostaliście rozdzieleni mimo tego, że sprawiacie wrażenie tak bardzo podobnych do siebie....?
-Powinnam byc w Slytherinie dyrektorze... Nie nadaję się do Gryffindoru.-odpowiedziała wpatrując się uważnie w oczy rozmówcy, jakby chciała w nich wyczytać... jaką pułapkę zastawił na nią Dumbledore? Jaki chwyt zastosuje żeby ją sobie pozyskać...
-Nie, Vanesso... nie powinnaś.-westchnął staruszek kręcąc głową przecząco.-Ty i twój brat jesteście różni... nie jesteście identyczni. Jeszcze za wcześnie, żebyś pojęła moje słowa, ale proszę... spróbuj zrozumieć... nie jesteście jedną osobą. Twój brat ma w sobie zakorzenione coś co przyciągnęło go pod dach Domu Węża, a ty w głębi duszy masz wiele cech, które odpowiadają mężnym Gryfonom. Nie powinnaś być w Slytherinie, to nie jest miejsce odpowiednie dla ciebie. Daj sobie czas... kiedyś wszystko zrozumiesz... cytrynowego dropsa?

***

C. D. N. wkrótce...
_________________

What makes a person hate themselves?
Cowardice, perhaps. Or the eternal fear of being wrong,
of not doing what others expect.
 
 

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3469
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Cze 12, 2010 11:06 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Chyba przez cały ten długi czas istnienia Hogwaru nie było tak abstrakcyjnego połączenia... Po raz pierwszy od czasów znajomości Gordryka Gryffindora i Salzara Slyherina te dwa Domy nie gryzły się tak wszem i wobec, a dwójka ich przedstawicieli jawnie trzymała się razem. Mowa oczywiście o rodzeństwu Harvin. Gdzie James tam i Vanessa, co namieszała Gryfonka w to wmieszany musiał być i Ślizgon. A trzeba wiedzieć, że mieszali dużo... w miarę jednak dorastania ich różnice charakteru zaczytnały dawać nieco o sobie znać. Nie, nie kłócili się... po prostu często zaczynali odmiennie patrzeć na te same rzeczy.Van była bardziej wyważona, bardziej elokwentna, bardziej... wymagająca przede wszystkim od siebie, podczas gdy jej brat stawał się często niecierpliwy, a mierzył coraz wyżej...
-Cicho... idzie ta żmija z Gryffindoru...-rzuciła jedna z Krukonek do swoich dwóch towarzyszek zbitych w grupkę na korytarzu.-Razem ze swoim bratem...-dodała krzywiąc się lekko pod nosem.
-Jaki on ładny...-pisnęła jej koleżanka na widok przystojnego siedemnastoleniego młodzieńca, któremu towarzyszyła niższa prawie o głowe dziewczyna w czaerwoch szatach Domu Lwa.
-Daj spokój... ma okropny charakter.

Vanessa spojrzała pozorumiewawczo na brata, a ten skinął tylko głową błądząc gdzieś myślami. Nie wiedziała co mu teraz chodzi po głowie, ale prawdopodobieństwo, że to co jej było dosyć duże. Kątem oka zerknęła na Krukonki, a jej wzrok nie wyrażał nic... absolutnie nic... żadnych dwuznaczności, żadnych sprzeczności, żadnych uczuć jakby wręcz jej nie było... jakby nie istniała.
-Potrzebujemy... kogoś..-zaczął tylko James, ale nie skończył, bo nie widział powodu.
Van już kierowała się w stronę Krukonek, a na jej twarzy zakwitł życzliwy uśmiech. Nawet jej oczy przybrały sympatyczny wyraz, co chyba nawet trochę zdziwiło grupkę dziewczyn. Stojąca na czele ekipy uczennica o długich, prostych jasnych włosach zawijała sobie własnie jeden z kosmyków na palcu patrząc z lekką niepewnością na jej przyszłą rozmówczynię. Jej koleżanki cofnęły sie o krok, jakby w obawie, że ta niezbyt wielka wzrostem Gryfonka zaraz rzuci na nich jakiś paskudny urok.
-Monica, te twoje ostatnie zaklęcia na transmutacji, były całkiem niezłe. Naprawdę zaskoczyłaś mnie z ta przemianą szklanki w żabę.-Vanessa pozłała jej porozumiewawczy usmiech, podczas gdy jej brat zniknął gdzieś za zakrętem jakby nigdy nic.
-Ty byłas lepsza, ale... dzięki.-Krukonka wzruszyła ramionami spogladając na nią zaskoczonym wzrokiem, po czym zamilkła spuszczajac oczy na swój zakręcany na palec kosmyk włosów.
-Właśnie... nie masz może notatek z ostatnich zajeć historii magii? Moje notatki właśnie skonsumował kot Lucy...-Gryfonka wygladała na lekko zakłopotaną, a jej wzrok powędrował na własne buty, tylko na ustach zakwitł nieco niesmiały uśmiech.
-Jasne, że mam. Zostawiłam Rafaelowi do odpisania... siedzi teraz na poddaszu i przepisuje, biedak... trzy rolki pergaminu...-Monica natychmiast ożywiła się.
-A nie pożyczyłabyś mi ich? Mogę iść z toba na poddasze do Rafaela.
-W porządku.-posłała jej łagodny usmiech, po czym odwróciła wzrok na swoje towarzyszki.-Zaczekajcie chwilę, zaraz wrócę.-zapewniła je z równie serdecznym wyrazem twarzy, by ruszyć przodem prowadząc Vanessę.-Chodźmy... wiesz, Rafaelowi już od dawna obiecywałam te notatki... on zawsze śpi u profesora Binnsa, zreszta, chyba wszyscy śpą, a ja mam taki uraz, że nie mogę w dzień spać, więc skoro już musze przesiedziec te historie magii, to lepiej cos robic niż słuchac chrapania innych...-rozgadała się gdy tylko Gryfonka zrównała z nią krok...-Sowa?-nagle jej wzrok powędrował na wlatującego do łazienki ptaka o białym pierzu i krótkim dziobie.
-Och nie... to sowa Jamesa! Znowu musiało się jej cos pomieszac w głowie i pomyliła drogę.-Van natychmiast pobiegła za ptaszyskiem wbiegajac do cichego wyglądajacego z zewnątrz niezbyt zachęcajaco pomieszczenia.
-A to... to Łazienka Jęczącej Marty...-westchnęła Monica, jednak podązyła za dziewczyna by po chwili zatrzymac się w obskórnej łazience o godnym pożałowaniu wnętrzu.
Większośc luster w pomieszczeniu była delikatnie mówiąz roztrzasakana, na umywalkach czaiły się grzyby, nie wspominając już o wodzie wypływającej z co poniektórych kabin. Zaplamione czymś zielonym płytki zlewały się w jedno tworząc na ścianie niekształtną i rozmazaną warstwę. Najbardziej interesującym elementem był jednak Ślizgon, który stał na srodku pomieszczenia delikatnym ruchem przeczesujac pióra sowie. Ptak po chwili usiadł na jednej z umywalek biernie przyglądając się sytuacji, podczas gdy James posłał znaczący uśmiech swojej siostrze tkwiac nadal w jednym miejscu niczym marmurowy posąg o wyrazistych, iskrzacych się tęczówkach oczu. Vanessa podeszła do niego, lecz zanim zdązyła się choćby odezwać chłopak machnął różdżką aż drzwi do łazienki zamknęły się z trzaskiem ku zdziwieniu Krukonki.
-Genialnie Van... sam bym tego lepiej nie zrobił.-odparł chłopak nadal trzymajac uniesioną w powietrzu różdżkę.
-Heej... co... o co wam chodzi?-spytała Monica cofajac się o krok z wzrokiem... no cóż tu duzo mówić... prawie, że przerazonym.
-Ech... ciszej proszę...-Ślizgon machnął ponownie różdżką, a na ustach niczego nieświadomej dziewczyny pojawiła sie ciemna opaska skutecznie uniemożliwiajaca jej mówienie, mało tego...-Levicorpus...-Krukonka momentalnie zawisła głowa w dół w powietrzu wyraźnie próbując cos powiedzieć, ale bezskutecznie... próbowała się szarpać, wyrywać, sięgac po różdżkę, lecz zanim tylko zdążyła Gryfonka wyjeła jej ów magiczny przedmiot z kieszeni cofając się znów do pozomu brata.
-Moge zacząć?-spytała Van spoglądając porozumiewawczo na Jamesa, a ten tylko kiwnął zachecająco głową.-Chciałam wypróbowac kilka zaklęc transmutujących...-sięgneła po ksiązke leżącą zaraz obok śnieżnej sowy zaczynajacej drzemac na umywalce...-Zastanówmy się...-machnęła w powietrzu różdżką kierując ją na Monicę i w oka mgnieniu zamiast uszu dziewczyny pojawiły się uszy słonia...-Nie, to mało praktyczne...
-Vaaan...-westchnął brat dziewczyny zrezygnowanym głosem wywracając młynka oczami.-Zamierzasz się z nią tak bawić? To potrwa wieczność, a pamietaj, że bedziemy musieli potem jej wymazać pamięć... nie do końca opanowałem jeszcze to zaklęcie, co oznacza, że moga się pojawić... różne komplikacje ewentualnie skutki uboczne.-przeniósł szelmowskie spojrzenie na Krukonkę, której oczy rozwarły się w jeszcze większym przerażeniu ku zadowoleniu chłopaka.
Gryfonka z poczatku nic nie odpowiedziała wertujac powoli i skrupulatnie strony ksiązki. Nie zwracała uwage na Monicę, która szarpała się i wiła w powietrzu jak najeta. Jej skupiony wzrok nakierowany był na poszczególne zaklecia. Ciemne, falujace włosy opadły jej na twarz przysłaniajac zarówno usta jak i cały nos. Zarówno ona jak i jej starszy brat wygladali na takich na których taka sytuacja nie robi najmniejszego wrażenia. Czemu? Ano... Van wyznawała zasadę po trupach do celu. Jej chłodne, czysto kalkulacyjne rozumowanie nie obejmowało swoim zasięgiem czegos takiego jak cudze cierpienie. Ważne było osiągnąc cel, a na czymc, a raczej na kimś musieli przecież ćwiczyć. Mieli plany... wiele planów, począwszy od marzenia przywrócenia Czarnemu Panu władzę skończywszy na zdobyciu władzy... władzy i ciągłym doskonaleniu się. Chcieli być doskonali, niepokonani, idealni... chcieli by Lord Voldemort był z nich dumny gdy już powróci i nie liczyły się środki... liczył się sam cel. Vanessa kolejny raz machnęła w powietrzu różdżką szeptajac jakieś zaklęcie, co zaowocowało zmiana słonich uszu na lisie.
-James... musze nadrabiac czyms te punkty, które ciagle tracę... poza tym wiesz, że strasznie lubię transmutować.-Gryfonka szepnęła kilka nastepnych słów, a prawa noga przerażonej ofiary zmienieła sie w okrętowy maszt.-Do licha... miało być odwrotnie...
-Wiem, wiem... ale transmutacją świata nie zbawisz... potrzeba nam bardziej drastycznych środków.
-Wiesz co... ja nie wiem co ja zrobię jak ty odejdziesz... umre tu chyba z nudów.
-Masz Lucy, masz Nicole...-chłopak zaśmiał się cicho spogladajac jak maszt zmienia sie z kolei w drewniana hustawke.-Dasz sobie radę... a ja obiecuję, że będę przy tobie zawsze jak tylko bedziesz mnie potrzebować... mogę?-spytał powracajac wzrokiem na młodszą siostrę.
-Oczywiście...-skinęła w stronę brata dłonią dalej zapatrzona w stronie ksiązki.
-Świetnie...-James zmruzył oczy ze znaczącym, ironicznym usmieszkiem błąkającym się po twarzy.-Sectumsempra

***

Siódmy rok nauki Vanessy Harvin w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Po odejsciu ze szkoły jej starszego brata nie spełniłyn się najgorsze oczekiwania Gryfonki. Nie nudziła się... nadal pozostawała "żmiją z Gryffindoru", a stosunki czerwonych z zielonymi znacznie się pogorszyły od tego czasu, ale napewno nie można powiedzieć, ze się nudziła. Wokół niej zawsze si.ę coś działo... włamania do Działu Ksiąg Zakaznaych to było w porównaniu z tym duze nic. Dziewczyna korzystała... jej stosunki z nauczycielami poprawiły się, Dumbledore szeroko się usmiechał za kazdym razem gdy ją mijał na korytarzu, a przygody, ba... lot na hipogryfie, pojedynek z Samanthą prawie, że na śmierć i zycie, poszukiwania złotego znicza, który grajacym w quidditcha zniknął w Zakazanym Lesie, spotkanie z pewnym cholerycznie wielkim pajakiem, nie wspominając już o zaczarowanym czarnomagicznie boginie. Działo się dużo. Sama Gryfonka tez się bardzo zmieniła... jej chłodny wzrok coraz częściej zastępowały wesołe iskierki w oczach, a ironiczny usmiech cichy radosny chichot. W środku jednak nadal pozostawała taka sama - zdystanosowana do świata, do obcych, wyrafinowana, pewna siebie, na swój sposób zadziorna, ambitna i pomysłowa. To się nie zmieniło.
Wycieczka do Hogsmeade... Van w towarzystwie jednej z Gryfonek spacerowała ulicą wsłuchując się w rozmowy mijanych uczniów jak w i nieustające gaworzenie Lucy. Jej rozmyslania przerwał cichy pisk towarzyszki.
-Cedric... on tam stoi Van...-dziewczyna trąciła kolezanką wlepiajac spojrzenie w przystojnego młodzieńca śmiejącego się z czegoś wraz dwoma kolegami o takim samym jak on niebieskim kolorze szat.
-No dalej, Lucy... odwaz się wreszcie...-westchnęła panna Harvin z niewielkim zainteresowaniem spoglądajac na przyjaciółkę.
-Mogę? Wydawało mi się, że to ty się podobacz Cedrickowi...
-Daj spokój... on nie jest dla mnie. No idź, zagadaj wreszcie do niego.-popchnęła dziewczynę w stronę rozmówców patrząc na nią z nieco zniecirpliwionym wyrazem oczu, a ta posłała jej szeroki usmiech.
-Dzieki...-Lucy natychmiast ruszyła w stronę chłopaków po chwili juz dołączajac do grupki Kukonów.
Vanessa pokręciła ze zrezygnowaniem głową kierując spojrzenie ku niebu. Jak niektórym nieiwele potrzeba było do szczęście w przeciwieństwie do niej. Ona potzrebowała dużo... chyba nawet za dużo... faceci... kręcili ją tylko Ci co byli jej warci, a trzeba dodać, że dziewczyna znała swoja wartośc. Nie była zbyt arogancka co to to nie, ale wartość... ile wart jest zwykły człowiek... a ile warta jest byle szlama... no ile? Czy jest jakaś różnica? W tym momencie ktoś zakrył jej oczy i na swojej szyji poczyła czyjś oddech. Dziewczyna szybko odwróciła się, a jej oczy rozwarły się w zdziwieniu na widok ukochanego brata.
-James! Gdzieś ty się podziewał? Mama tak się martwi!-Van natychmasi uścisneła chłopaka.-Miałes pojechać na pół roku do Szwecji, a ty zniknałeś prawie na rok... umieralismy ze strachu o ciebie...
-Ciii... Van, ja tez się cieszę, że cię widzę...-absolwent Hogwartu uśmiechnął się zadziornie.-Wybacz... miałem misję... udało mi się Van, jestem gotowy... możemy do nich dołączyć...-były Ślizgon spojrzał ze znajomym błyskiem w oku na siostrę.
-Udało ci się? To znaczy, że ty i... ty i śmierciożercy...-nie mogła wydusic z siebie słowa.
-Tak Van... dostaliśmy szansę... ty też. Opowiedziałem ci o tobie, chca cię poznać...-James odgarnął jej kosymk włosów z twarzy spogladając na nią znacząco.-Zgodzili się... dołączymy do nich... chcesz tego Van? Chcesz służyć Czarnemu Panu?
Dziewczyna uśmiechnęła się, po czym rozległ się jej dźwięczny smiech. Oczy znów przybrały dawny wyraz, znów wniknął w nie dawny chłód i obojetność... dawne... głębokie okrucieństwo... znowu... znowu wszystko było jak dawniej. James wrócił, dostali sznasę, udało się... udało się to do czego dążyli oboje od poczatku do końca.
-Tak, chcę...

***

-Brawo, Van... mamy to co trzeba...
-Vanesso, James... postaralisci się... nasze gartulacje...
-Dumbledore ci ufa Vanesso, to dobrze... kardzież Wykrywacza Dusz musiałbyć dla Ciebie nie lada wyzwaniem, ale udało się... udowodniliście, że jesteście godni uwagi Czarnego Pana. Dzięki wam odnajdziemy go i nasz władca powróci do zycia...

-Mulciber, Jugson, Jancor, Travers, Avery... dziękujemy za zaufanie... zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby Czarny Pan powrócił...


C. D. N. wkrótce...
_________________

What makes a person hate themselves?
Cowardice, perhaps. Or the eternal fear of being wrong,
of not doing what others expect.
 
 

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3469
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Cze 17, 2010 7:35 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Gabinet Dumbledore'a przekroczyła osobliwa postać. Był to mężczyzna, który uwagę najbardziej przykuwał swoją twarzą. Pocharatana, przecięta licznymi bliznami, wręcz ziemnista przypominająca twarz osiemdziesięcioletniego staruszka. Mało tego... jedno z oczu osobnika było ruchome. Tak, zgadza się... ruchome... mniejsze od drugiej gałki ocznej, obracało się we wprost niesamowitym tempie na wszystkie strony. Auror kuśtykał lekko obijając wystukując swą drewnianą nogą specyficzny rytm aż zatrzymał się naprzeciwko dyrektora. Jego połatana szata nijak nie pasowała do wystroju pomieszczenia.
-Dumbledore... z ta dziewczyną jest coraz gorzej.-zaczął mężczyzna.-Będziemy musieli... będziemy musieli ją złapać i zamknąc w Azkabanie. Dowody się wkrótce znajdą, ale narazie nie mamy czasu na zabawę w kotka i myszkę. Czujność, do cholery...-zamknął dłoń w pięść.
Staruszek o siwej brodzie tylko westchnął przymykając ze zrezygnowaniem oczy. Jego wzrok przygasł... już nie był taki ożywiony i pełen ciepła jak zwykle - był cichy, stłumiony... usiadł za biurkiem przez chwile tylko milcząc a dłonie składając w piramidkę, mimo, że stojacy naprzeciwko auror rzucał mu wyraźnie znieciecierpliwione spojrzenie.
-Alastorze... daj mi jeszcze trochę czasu. Obiecuję, że Vanessa wkrótce pojmie swój błąd i go naprawi.-odezwał się nadzwyczajnie spokojnym i łagodnym głosem Dumbledore otwierając oczy i kierując zdecydowany wzrok na rozmówcę.
-Ona i ten jej szatański braciszek są w zmowie. Odnotowaliśmy znaczną aktywność śmierciożerców. To nie przypadek...
-Och... tak szybko chcesz się pozbyć swojej studetki Alastorze?-przerwał mu, a na wargi staruszka wpełz malutki, dobroduszny uśmiech.-Wykładasz na jej kierunku, więc musisz przyznać, że ma prawdziwy talent do transmutacji...
Moody wymamrotał coś niewyraźnie pod nosem, a jego magiczne oko zawirowało wokół własnej osi zatrzymując się po chwili na siwobrodym staruszku, który najzwyczajniej w świecie podjadał właśnie fasolki wszystkich smaków, cały czas jednak wpatrując się w aurora z uśmiechem na twarzy jakby rozmawiali właśnie o przyjęciu urodzinowym dla profesor Sprout.
-Dumbledore... ona nas wykończy...
-Zaufaj mi Alastorze. Zajmę się nią.-obiecał dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa krzywiąc się pod nosem po ugryzieniu kolejnej z fasolek.-Bawełniana...-zacmokał z awersją spogladając na paczkę smakołyków w dziwnym skupieniu.

***

Drzewa... ba, tysiące drzew a wszystkie jednakowo przysłaniające niebo. Do środka lasu nie docierał ani gram światła. Korony roślin były prawie, że tak samo ciemne jak mrok otaczający tą przestrzeń. Martwa natura... przez jej głębię przemykało troje postaci w kapturach. Gałęzie o abstrakcyjnych kształtach zdawały się omijać swym zasięgiem ich postury, ściółka z łatwością poddawała się ich krokom, a zlepione burze krzewów prawie, że rozstępowały się przed nimi. W pewnym momencie jedna z postaci zatrzymała się, a jej śladem podązyły pozostałe. Wyjęła z kieszeni coś co przypominało owalny zegar, którego tarcza podzielona była na dwie części - czwerwoną i niebieską. Wskazówki ów machiny przekrzywiły się właśnie ku niebieskiej sferze.
-Co jest Van?-spytał jeden z mężczyzn jej towarzyszących.
Kobieta uciszyła go ruchem dłoni wpatrując się w skupieniu w tarczę zegara. Wskazówka znacznie przechyliła się ku polu przeciwnemu, aż znowu powędrowała na część niebieską. Dzierżycielka przedmiotu podniosła wzrok na okolicę.
-On tu jest...-szepnęła Vanessa spoglądając z uwagą na brata.
Oczy James'a rozwarły się w niemym zdziwieniu. Chłopak, jeszcze niedawno Ślizgon, zmienił się, prawie, że nie do poznania przez kilka krótkich lat. Teraz przypominał wychudzonego mężczyznę o mocno wystających kościach policzkowych. Szaty, jakiekokolwiek rozmiaru by nie były, dosłownie na nim wisiały. Kilkudniowy zarost dodawał mu uroku, a może... może był wręcz elementem koniecznym w jego wyglądzie, na którego osobnik nie miał czasu poświęcić uwagi. Nie wspomniając już o czuprynie włosów, które opadały mu prawie do ramion jeszcze mocniej podkreślając kościstość i wysoki wzrost mężczyzny. Na jego ustach w tym momencie zakwitł znaczący uśmieszek, a wzrok powędrował na czarnowłosego męzczyznę, który towarzyszył mu w tej podróży.
-Pośpieszmy się... muszę jutro zdążyć na uczelnię.-rzuciła kobieta odgarniając kosmyki włosów z twarzy.
-Daj spokój Van... teraz, kiedy jesteśmy tak blisko...
-Tak, teraz James. Dokładnie teraz.
-podkreśliła zdecydowanym głosem, po czym ruszyła przodem prowadząc dwójkę pozostałych męzczyzn i nie spuszczając wzroku z tajemniczej tarczy zegara, którego wskazówka zmierzała na coraz bardziej granatowe pole.
W przeciwieństwie do brata Vanessa nie wiele się zmieniła. Może tylko wydorosła z małej dziewczynki w kobietę, ale opócz tego jej oczy pozostały tak samo niebieskie, usta tak samo pełne, a burza ciemnych włosów tak samo niesforna jak zwykle. Towrzyszący im mężczyzna był osobnikiem w średnim wieku i typowo kwadratowej twrzy. Nie mówił zbyt wiele, usta miał ściśnięte jakby powstrzymywał się od mówienia, mimo takiej możliwości. Mimo tego jego wzrok pozostawał cały czas jednakowo czujny.
Po chwili dotarli do wysokiego dębu. Jego ppień był tak gruby, że spokojnie mogło go opasać siedmiu dorosłych osobników płci męskiej. Drzewo górowało nad okolicą jeszcze bardziej zasłaniając głębię puszczy przed światłem. Szczególnie charakterystyczna była jednak blada poświata w kolorze błękitu zwieszająca się z największej dziupli rośliny. Poświata wyglądała jak... jak kałuża zawieszona w powietrzu... niemalże przezroczysta, a jednak tak bardzo na swój sposób żywa. Trójka podróżników zbliżyła się do tego niesmowitego zjawiska zatrzymując się zaledwie w oddali kilku metrów.
-Panie...-zaczął milczący jak dotąd mężczyzna wpatrując się w zjawę niczym zahipnotyzowany.
-Cccciiiaaałooo... znajdzzzcie mi ccciiaaaaaało..-usłyszeli wyraźny, niemalże syczący głos w swoich głowach.

***

-Profesorze Moody...-rzekła Van milknąc na widok posturnego aurora o wyjątkowo oszpeconej twarzy.
-Dumbledore chce się z tobą widzień panno Harvin. Najlepiej... natychmiast...
-Ale... ja mam zajęcia... ja muszę...
-Harvin... maszeruj do Dumbledore'a. Bez dyskusji. Zwolnię cię z pozostałych zajęć.-zadecydował Szalonooki wpatrując się w nią wyraźnie zniecirpliowionym wzrokiem, na co dziewczyna tylko odwróciła spojrzenie i ze zwieszoną głową pomaszerowała w dół schodów uczelni.
Rzeźbiony gryf spogladał na nią z ukosa, jakby samym spojrzeniem próbował i ją przemienić w kamień. Minęła kolejnego rzeżbionego gryfa i kilka chichotających w kupce studentek, dalej ktoś jej rzucił "cześć", ale nie odpowiedziała nawet nie podnosząc wzroku na ów męski głos i szybkim krokiem przemierzały wyłożony zdobionymi kafelkami korytarza. Jakiś obraz, a raczej napoleoński żołnierz na tym obrazie ubrany w magiczną tiarę zasalutował jej dumnie, podczas gdy z jednej sali wyleciały kichające chomiki. Taaak... wyleciały... Dziewczyna zatrzymała się przy otoczonym dwoma kolumnami kominku, po czym wyjęła z podręcznej torby pewien proszek. Skrzywiła się na samą myśl co teraz następ, no, ale... mus to mus.
-Gabinet profesora Dumbledore'a, Szkoła Magii i Czarodziejstwa Hogwart.-wypowiedziała wyraźnie stając już w kominku i rzucając w płomienie ów proszek.
Świat zawirował Vanessie przed oczami, ale to był standard. Zastanaiwała się tylko czy... czy Dumbledore wie. Po raz pierwszy, tak... po raz pierwszy bała się mu spojrzeć w oczy. W końcy byli tak blisko, niesmaowicie wręcz blisko osiagnięcia wymarzonego celu. Van jednak zaczynała mieć powoli wątpliwości. Podwójne życie męczyło ją coraz bardziej, mało tego... pod wpływem licznych wizyt w gabinecie Moody'ego zaczynała czuć coś o co posiadanie dotąd się nie posądzała... sumienie. Moody wielokrotnie zapraszał ją do siebie, chwaląc nie tylko jej talent do transmutacji, ale również inne zdolności. Twierdził nawet, że mogłaby być dobrą aurorką gdyby chciała oczywiście. Zdolność szybkiego myślenia, szybkiego reagowania, szbkiego przekładania swoich refleksji na działanie, a przy tym bystry umysł i nieustanna wręcz czujność. W tak młodym ciele... ba... to był idealny materjał na aurora, jednak nie widomo czemu Van unikała tego kierunku jak ognia. Ciekawe... w każdym razie Moody uraczył ją wielomo opowieściami, dał wgląd w kilka własnych wspomnień poprzez myślodsiewnię tak jakby... tak jakby jej zaufał. Dziewczyna nie rozumiała powodu tego zaufania, trochę ją to niepokoiło, szczególnie, że aż tak bardzo wpływało to na jej psychikę. A nie mogła przeciez zawieść Jamesa... nie mogła zawieść zaufania Czarnego Pana.
Wylądowała dokładnie w szkolnym gabinecie dyrektora wpatrując się z zaciekawieniem w znajomą postać staruszka siedzącą za biurkiem w towarzystwie swojego ulubionego fenuiksa. Staruszek uśmiechnął się promiennie na jej widok kiwając pomarszczoną dłonią w jej stronę.
-Zapraszam Van... jak ja cię dawno nie widziałem...-zaczął mężczyzna z iskierkami ciepła w oczach.
-Ostatnio chyba... chyba na pokazie na Uniwersytecie... zamiast gryfa wyszedł mi hipogryf, ale...
-Był doskonały.
-skinął głową w jej stronę.-Van... wiesz po co cię tu wezwałem?
Kobieta stanęła na środku pomieszczenia nie poświęcając wystrojowi gabinetu zbyt wiele uwagi. Dokładnie znała i wiedziała jak wygląda ta część zamku. Nie potrzeba jej było dodatkowych informacji. To jej wystarczyło. Na chwilę tylko rzuciła okiem na feniksa... Fawkes nic się nie zmienił, a jego piękno mimo to nadal nie poruszało Van. Co się dzieje? Może... może ja nie jestem normalna? - przemknęło jej przez myśl, ale szybko uspokoiła swojue refleksje kręcąc przecząco głową. Przypomniała się jej pierwsza wizyta na dywaniku przed Dumbledore'm... włam do Działu Ksiąg Zakazanych razem z James'em. Tamta rozmowa też zaczęła się od głupich drobnostek i dyrektor pozostawała tak samo jak wtedy pogodny i uprzejmy.
-Nie.-odpowiedziała tak jak jej nakazywała intuicja.
-Van... możesz jeszcze wszystko naprawić... walcz z tym. Ty nie jesteś zła, Vanesso, wiem to. Twoje serce podejmuje kolejną walkę, ale przegrywa z twoim chłodnym rozsądkiem. Walcz Vanesso... musisz znajść złoty środek.-zaczął spokojnie, nie spuszczając z oczu rozmówczyni.
-Ale... ale... ja nie wiem... jak pan profesor...-zająknęła się wpatrując się w staruszka szeroko rozwartmy oczami.
Dziewczyna zamilkła. Jej oczy przestały wiać chłodem, spokojem i elokwencją... stały się przyćmione, tylko częściowo obojętne. W głębi nich gdzieś tkwił smutek. Panna Harvin była po prostu zmęczona, szlaenie zmęczona tym co musiała robić. Nie dawała sobie rady z własnym sumieniem. Ostatnio mało nie doznała szoku, kiedy James nie zabił Bogu winnego mugola. Jej wstręt do szlam minął jak poszła na studia... powoli wszystko w jej umyśle się wyprostowywało, ale nadal nie potrafiła dokonać wyboru odpowiedniej drogi. Nadal błądziła... bała się tego wyboru. Przecież James... James tak bardzo na nią liczył...
-Ja wiem, Van... wiem.-staruszek skinął głową, po czym westchnął.-Naprawdę chcesz być taka? Chcesz? Chodź... pokażę ci coś...-wstał zza biurka kierując się do szuflady w której umieszczona była misa czegoś... czegoś dziwnego, czegoś mieniącego się różnymi kolorami... jakiejś cieczy.-Zdobycie tego wspomnienia nie kosztowało mnie zbyt wiele, ale mimo to jest to bardzo ważne wspomnienie... Chodź ze mną.-skinął dłonią w jej stronę.
Dziewczyna mimowaolnie podeszła pochylając się nad misą. Myślodsiewnia... co takiego dyrektor chce jej pokazać? Co takiego? Dlaczego tak bardzo mu na niej zależy? Dlaczego chce jej pomóc? Nie potrafiła na to odpowiedzieć. Mogła narazie tylko biernie poddać się jego działaniu.
Świat ponownie zawirował i już po chwili znaleźli się w ciemnym głuchym pomieszczeniu przypominającm piwnicę. Pierwsze co usłyszeli to był okropny krzyk rozdzierający powietrze. Dopiero potem ich oczom ukazał się straszny widok. Mężczyzna klęczący na posadzce w otoczeniu dwóch czarodzieji stojących nad nim z różdżką. Jednym z nich była kobieta o burzy kręconych włosów, przesadnie chuda, a drugim mężczyzna o popielatej fryzurze i twarzy wykrzywionej podstępnym uśmieszkiem. Kobieta ponownie rzuciła Cruciatis na swą ofiarę i przestrzeń podobnie rozdarł wrzask bólu i cierpienia.
-To Frank Longbottom.-usłyszała Van cichy głos Dumbledore'a.-Był torturowany przez śmierciożerców, a obecnie razem z żoną rehabilituje się w klinice świętego Munga. Oboje postradali zmysły... potrafisz tak Vanesso? Potrafisz zadawać cierpienie bez mrugnięcia okiem i z uśmiechem na ustach? To już nie jest zabawa zaklęciami transmutującymi. To walka o krew i o życie.-głos staruszka, mimo, że ledwo przedzierał się przez krzyki aurora, to jednak była niesłychanie wyraźny, a przy tym spokojny i opanowany.-W twoim sercu jest zbyt wiele dobra Van.
-Ja nie chcę, ale James... co z James'em?-spytała z trudem odwracając wzrok od hipnotyzującego widowiska.
Longbottom padł na ziemię, a o tym, że jest jeszcze żywy świadczyło tylko ciało unoszące się w pragnieniu oddechu i świszcząco wypuszczane z płuc powietrze. Mężczyzna miał przymknięte oczy, a twarz wykrzywioną z bólu. Van zacisnęła tylko dłonie w pięści, mimo to starając się zachować spokój, starając się powstrzymać od błagania dyrektora, żeby ją stąd zabrał, nie kazał jej tego oglądać ani słuchać.
-A czy James pozwoli sobie pomóc?
-Nie...-Van pokręciła przecząco głową.-On... on nie może już bez tego żyć. To się stało wręcz jego... jego obsesją...
Barty Crouch Junior kopnął leżącego aurora wykrzywiając twarz w pewnym siebie, okrutnym uśmiechu. Jego spojrzenie płonęło chęcią zadawania jeszcze większego bólu. Kiedy dziewczyna spojrzała na niego uświadomiła sobie, jak ten smierciożerca i jej brat są do siebie podobni. Ich wzrok, ich ruchy... są niemal identyczne.
-Jeśli zgodzisz się nam pomóc, oferuję ci bezpieczeństwo. Na uczelni będzie dbał o ciebie Moody, a jak tylko skończysz edukację proponuję ci pracę na stanowisku nauczyciela transmutacji. Profesor McGonagall bardzo nalega na emeryturę. Nie masz się czego obawiać Vanesso... damy ci drugą szansę.-Dumbledore nie spuszczał wzroku ze studentki, jakby przedstawienie toczące się obok nie miało dla niego najmniejszego znaczenia.
-Nie wiem czy potrafię...-szpenęła panna Harvin chyba nawet bardziej do siebie.
-Potrafisz Van, potrafisz...

***

-Quirrell jest idelany Van... skąś ty go wzięła?-rzucił James do siostry gdy oboje szybkim krokiem przemierzali ciemną i głuchą puszczę.
Dziewczyna z początku nie odpowiedziała. Bała się... o tak... Vanessa się bała. Bała się tego co miała zrobić, jak spojrzeć w oczy ukochanemy bratu... nie potrafiła. Dlatego za wszelką cenę starała się aby kaptur i opadające kosmyki włosów zasłoniły jej twarz, a szczególnie oczy. Nie mogła w żaden sposób się zdradzić. Musiała walczyć, walczyć ze sobą tak jak jej mówił Dumbledore. Nie pozostawało jej nic innego, a mimo to... mimo to szła z podniesioną głową zachowując resztki odwagi.
-Poznałam go... przypadkiem właściwie... Albania to wcale nie tak małe państwo James, a barów dla czarodzieji jest tu prawie samo tyle co w Wielkiej Brytanii.-odpowiedziała spokojnym, wyważonym głosem tak jak to zwykle.
Zatrzymali się w pewnej odległości wsłuchując się w czyjeś głosy. Zza sąsiedniego drzewa wyłonił się ten sam mężczyzna, który towarzyszył im ostatnio... tak samo miloczący i tak samo czujny. Głosy nadal było słychać, a po chwili nastąpił czyjś krzyk. Krzyk rozdzierający głuchą, leśną ciszę.
-Wkrótce... nastąpi... koniec.-James uśmiechnął się cwanie pod nosem, a w jego oczach błyskały iskierki tryumfu.
-Wybacz mi James... kocham cię braciszku.-westchnęła Vanessa wyciągając coś z kieszeni, coś o kształcie mugolskiego długopisu.
Starszy z rodzeństwa Harvinów popatrzył na dziewczynę zdziwionym wzrokiem, który zamieniał się w coraz większy szok, gdy tylko zorientował się co takiego siostrzyczka trzyma w dłoniach. Wyglądał tak jakby nie był w stanie nic powiedzieć. Tymczasem kobieta spuściła wzrok podnosząc dłoń jeszcze bardziej. Pstryknęła raz i w powietrze wyleciały iskierki białego światła rozpryskując się na niebie w różnokolorowe promienie. W tym momencie towarszyszący im mężczyzna rzucił się w stronę dochodzących głosów, a po chwili jego kroki ucichły razem z głosami i wszelkimi innymi dźwiękami.
-Van... coś ty zrobiła...
-Uciekaj James... proszę... uciekaj...
Nagle rozległy się w powietrzu trzaski i grupa auroró na czele z Moody'm pojawiła się tuż obok dwójki rodzeństwa natychmiast celując różdżkami w James'a. Chłopak padł an kolana milcząc, a jego własna siostra zasłoniła go swoim ciałem.
-Nie róbcie mu krzywdy... profesorze Moody...-spojrzała niemal błagalnie na Szalonookiego.
-Van... kocham cię siostrzyczko, ale nigdy... przenigdy nie wyrzeknę się tego kim się stałem i tego kim teraz jestemm.

C. D. N. wkrótce...
_________________

What makes a person hate themselves?
Cowardice, perhaps. Or the eternal fear of being wrong,
of not doing what others expect.
 
 

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3469
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pon Lip 05, 2010 7:14 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Vanessa cały czas siedziała ze spuszczona głową. Zarówno wtedy jak przesłuchiwali ją, później jak oskarżali jej brata, a nawet wówczas gdy zapadł wyrok. Na omdlenie matki zareagował ojciec. Gdyby nie on, najmłodsza latorośl małżeństwa Harvinów pewnie wcale nie zauwazyłaby, że matka zemdlała. Ostatnio często mdlała... zbyt często. Z ojcem nie rozmawiała wogóle. Charlie Harvin w całoście poświęcał swój cenny czas Samanthcie, która jedynie dzięki jego pomocy była w stanie jakoś funkcjonować od czasu aresztowania syna.
-Van, idziemy. Już po wszystkim.-usłyszała tylko głos ojca, który nie zdołał co prawda wybudzić jej z dziwnego transu i otępienia, ale jednak sprawił, że dziewczyna wstała, wyprostowała się i z pustymi, absolutnie wręcz pustymi oczami udała się w ślad za jego krokami.
Ostatnio wszystkie swoje funkcje życiowe, cała nauka na Uniwersytecie, rozmowy z Dumbledore'm i Moody'm - wszystkiego tego dokonywała jakby w hipnozie. To o czym przed chwilą mówili, to co przed chwila usłyszała szybko zapominała spychając w najgłębsze zakamarki podświadomości. A sama mówiła nie wiele, tylko tyle ile konieczne. Dlatego nawet teraz gdy opuszczała budynek Ministerstwa w jej głowie świeciła absolutna pustka i niechęc do tego miejsca. Nie chciała tu już nigdy więcej wracać. Tu po raz ostatni widziała James'a i nie usłyszała od niego ani jednego słowa, a gdy tylko jej przyćmione spojrzenie podnosiło się na sali sądowej na brata napotykało chłodny i wręcz tryumfujacy wzrok, który nic, ale to absolutnie nic jej nie przekazywał.
Jej ojciec razem z matką, która zdązyła już dojsc do siebie teleportowali się do domu nie zwaracając uwagi na córkę. To nie znaczyło, że nagle przestali kochać Vanessę, że razem z odejściem James'a zaczęli ją traktować jak kogoś podrzędnego, drugorzędnego. Nadal ją kochali, lecz teraz... w obecnym stanie Samanthy woleli nie ryzykowac i nie okazywac głębszych uczuć pozostałej na wolności córce. Za bardzo bali się i ją stracić, a Charlie był tego świadom... nie wiele potrzebowała już jego żona, żeby całkiem odejść z tego świata. Szok związany z utratą James'a był dla niej zbyt silny i trwał nadal, wcale nie malejąc wraz z upływem czasu.
Van skręciła w pustą uliczkę, żeby również w magiczny sposób przemieścić się do domu, gdy nagle poczuła dziwny chłód. Nie zareagowała. Jej ciało ostatnio nie reagowało nawet na tak wyraźne bodźce. Powiew wiatru, czyjeś szybkie kroki i przy dziewczynie stanął zakapturzony mężczyzna o milczącym wyrazie twarzy. Studentka nie drgnęła nawet gdy tuż przy jej krtani pojawiła się jego różdżka.
-Avery...-odparła cichym, przerażajaco spokojnym głosem.
-Twoje drugie i trzecie przesłuchanie jest już zaplanowane, a my nie możemy ryzykować.-stwierdził mężczyzna nie oddalając się od niej nawet o krok.
-Więc? Zabijesz mnie?-spytała równie matowym głosem.
Śmierciożerca nie odpowiedział. Jego różdżka przesunęła się nad ucho dziewczyny po czym przytknęła niemal przy czole. Vanessa nie zareagowała biernie czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Miała możliwość wyciągnięcia teraz różdżki, mogła szybko zareagować, mogła się jeszcze bronić, ale nie robiła tego. I powodem tego wcale nie był strach. Nagle z końca różdżki błysnął krótki czarny blask, po którym kobieta osunęła się na kolana bliska omdlenia.
-Zadecydowaliśmy, że możesz jeszcze okazać się przydatna, jednak za dużo wiesz... na temat Quirrella, na temat Czarnego Pana... dlatego ta klątwa ściśle zwiąże cię tym czym wiesz... na różdżce miałem krew nosiciela naszego władcy. Dopóki Quirrell żyje ty nie piśniesz nawet słówka o tym kim jest naprawdę i jaka jest jego tajemnica.-śmierciożerca zamilkł, a Vanessa nie usłyszała już więcej jego głosu, a zaledwie szybko oddalające się kroki i charakterystyczny trzask w oddali.

***

Zgodnie z umową Vanessa po ukończeniu studiów przyjęła się na staż do Szkoły Magii i Czarodziejstwa na stanowsiko nauczyciela transmutacji. Jej psychika powoli wracała do normalność. Dziewczyna zaczynała normalnie funckonować. Po śmierci matki w rok po skazaniu James'a, jej ojciec mimo dobrych kontaktów z córką wyprowadził się do ciotki Victorii do Paryża pozostawiając swojej latorośli cały dom do dyspozycji. Van nie omieszkała go odwiedzać we Francji co najmniej kilka razy w roku i na własne oczy, przekonała się, że dopiero zdala od tego ich rodzinnego bałaganu Charlie zaczyna na nowo odżywać. Wiadomo, nigdy nie będzie już taki jaki kiedyś, a jednak... jednak im dalej od pierwotnego miejsca zamieszkania tym dalej od bolesnych wspomnień, prawda? Chyba dlatego dziewczyna nie mogła się od nich uwolnić, co stało się szybko przyczyną jej kolejnych problemów.
-Vanessa, do diabła, zostaw Blacka w spokoju! Tym się zajmują aurorzy, a nie poczatkująca nauczycielka transmutacji!-prawie, że wrzasną Moody, kiedy ta młoda kobieta stanęła przed jego biurkiem jeszcze na terenie uczelni.
-A czy to źle, że chcę wytropić Blacka skoro to takie zagrożenie?-spytała unosząc znacząco brwi.
Moody mierzył ją groźnym wzrokiem, ale przez chwile nie powiedział nic. Syriusz Black. Syriusz Black uciekł z Azkabanu wprawiając w wręcz zakłopotanie całą ekipę aurorów, mało tego całe Ministerstwo. Pierwsza istota, której udało się opuścić najstraszliwsze więzienie dla czarodziejów w historii po prostu się z niego wymykając. Dla Van nie był to jednak zwykły przestepca i o tym trzeba było pamiętać. To był przestępca, który przez czas swojego pobytu w Azkabanie miał kontekt z jej bratem.
-Słuchaj... wiem, że chodzi ci o James'a, wiem, że masz zamiar dobrac się do Blacka tylko ze względu na niego, ale daruj to soebie rozumiesz? To nie jest zabawa w kotka i muszę Vanesso, to poważne zagrożenie.-wycedził Moody powoli opanowując wycbuch złosci.
Dziewczyna nic nie odpowiedziała tylko kiwnęła głową. Jej zacięty wzrok jednak wcale nie wskazywał na to, że się podda. Black był jedynym łącznikiem ze światem za kratami i murami więzienia. Mógł wiedzieć co się dzieje z James'em, mógł jej powiedzieć co słychac u jej brata, jak znosi niewolę, czy mówi o niej coś, czy... czy jej nienawidzi? Dlatego po opuszczenie gabinetu Szalonookiego ani na jotę nie zmieniła swoich zamiarów. Musiała znaleźć tego zbiega i to koniecznie. Miesiące poszukiwań nic jednak nie zmieniały, choć kobieta nie traciła wcale zapału. Black był nieuchwytny, prześlizgiwał się im za każdym razem a o jego wyczynach łatwiej można było dowiedzieć się z gazet niż na bieżąco. W końcu jednak zaczęła tracić cierpliwość. Albo go dopadnie... albo go dopadnie. Innego wyjścia nie było.
Van miała kilka ciekawych koncepcji i zamierzała je szybko wprowadzić w życie. Właśnie w Noc Duchów... skoro Black zamierza dorwac Pottera, trzeba mieć tego Gryfona na oku w dzień w i nocy. A Noc Duchów wydawała się dla dziewczyny idealnym momentem na atak tego typu przestepcy. Wszyscy świętują w Wielkiej Sali, wiadomo, że nikogo nie ma w dormitoriach... a i jeszcze ponurak. Młoda nuaczycielka nie wierzyła w tego typu omeny, ale dzisiaj widziała ponuraka i mogła nawet na to przysiąc. Akurat rozmawiała z Hagridem, gdy na skraju Zakazanego Lasu odstrzegła ogromnego czarnego psa o wyłupiastych ślepiach. Czyży zbliżał się twój koniec Van? Może... w każdym razie kiedy poszła to chwilę później sprawdzić dostrzegła ślad psich łap, prowadzący nieco głębiej, który po chwili bezczelnie znikał w ściółce. Nawet kilka zaklęć nakierowujących i ujawniających czyjaś obecność nie pomogło. No ale co... widziała ponuraka? Przecież to bajki, ponuraki nie istnieją. W każdym razie przez cały dzień miała to dziwne uczucie. Nie poszła na ucztę. Czemu? Dumbledore zlecił jej napisanie pewnego idiotycznego raportu do Ministerstwa na temat dementorów. To zadanie co najmniej ją zdziwiło. Dyrektor traktował ją zawsze bardzo dobrze, a tu musiała nagle zrezygnować z dobrej zabawy po to, żeby pisac ten głupi raport. To nie było w stylu Dumbledore'a, ale kłócic się nie zamierzała. Może akurat spokój tego wieczoru wpłynie na nią dobrze. Może miało to być jakimś... znakiem, jakąś wskazówką... bo gdyby siedziała teraz na uczcie z pewnością nie usłyszałaby czyiś kroków kierujących się wyraźnie na schody. Kto niby opuszczałby uczte i udawał się na piętro? Chłodny rozsądek Vanessy nakazywał to sprawdzić, dlatego ruszyła z gabinetu, po to by na siódmym piętrze zzauwazyć dziwne zjawisko... a gdzie się podziała Gruba Dama z obrazu? Czyjeś szybkie kroki, za którymi momentalnie dziewczyna podążyła po czym wyciągnęła różdżką na mężczyznę w średnim wieku o ciemnych włosach opadający na ramiona. Poznała go z fotografii w gazetach prawie, że natychmiast.
-Black...-syknęła nauczycielka transmutacji.
-Schowaj te różdżke zanim komuś coś się stanie...-wycedził przestępca powoli odwracając się w jej stronę.
-Chce się tylko dowiedzieć... co z moim bratem... James Harvin.-odparła powoli dokładnie ważąc słowa i nie spuszczając z oczu przeciwnika.
Kobieta niemało zdziwiła się, gdy Syriusz wybuchnął złowieszczym śmiechem sam wyciągając różdżkę. Co w tym śmiesznego? Z czego było tu sie śmiać? Z jej brata? A może to coś z James'em... albo ten Black zwariował juz do reszty opetany manią dorwania Pottera. W sumie nawet na takiego wyglądał - w podartych ubraniach z dłońmi przyozdobionymi bliznami ze zmęczoną twarzą. Tak... idealnie pasował do wizerunku streotypowego szaleńca.
-Nie powinnaś o to pytać.-wyjaśnił przestępca.-Expelliarmus!-rzucił zaklęcie zanim dziewczyna zdązyła zareagować.
-Niech cię licho...-syknęła Vanessa kiedy przewróciło ją na ziemię, po czym szybko dopadła swojej różdżki.-Impedimento!-skierowała zaklęcie na przeciwnika, jednak było już za późno, Black zdążył jej zbiec.
Dziewczyna ruszyła natychmiast jego śladem przeklinając w duchu to, że nie zareagowała szybciej. O czym ona myślała wtedy do cholery? Musiała go znaleźć, musiała otrzymac odpowiedzi na swoje pytania już pomijając całkowicie to, że był on poszukiwanym na skale krajową, a nawet światową magicznym mordercą. Oczywiście to też brała pod uwagę, ale jednak potrzeba uzyskania tych kilku waznych informacji była silniejsza. Gdy wybiegła z zamku rozejrzała się tylko po okolicy, ale nie dostrzegła absolutnie nikogo. Nawet ludzkich śladów.
-Homenum Revelio.-rzuciła kolejne zaklęcie mając nadzieję, że ujawni jej obecność Syriusza, ale myliła się, czar oświetlił jedynie czarnego psa, który właśnie obrócił swój pysk w jej kierunku zatrzymując się w oddaleniu co najmniej kilkunastu metrów od kobiety.-A wynocha mi stąd...-mruknęła tylko, bo coś ten pies za bardzo zaczynał się jej kojarzyć z tym ponurakiem w którego jednak nadal nie chciała uwierzyć.
Zwierzę szybko zniknęło gdzieś w Zakazanym Lesie, a zrezygnowana nauczycielka skierowała się w stronę zamku.

***

Droga Vanesso,
Może zdziwi Cię fakt, że pisze akurat do Ciebie,
ale przez te wszystkie lata nie zmieniłem o Tobie
zdania nawet na jotę. Już nie jeden raz udowodniłaś
mi, że jesteś osobą godną zaufania, pracowitą
i sumiennną. Mało tego jest w Tobie tyle odwagi,
że mogłabyś nią obdzielić wielu znanych i cenionych
czarodzieji. Tylko na brodę Merlina, Van... otwórz się
choć trochę na innych. Gdybym Cię nie znał
dostatecznie widziałbym Cię jako kobietę zimną,
wyrafinowaną i pozbawioną skrupułów, ale ja widze
Twoje serce Van i wiem, że pod tą skorupą kryje się
dobra, uczynna i prawa dziewczyna. Właśnie dlatego
oferuję Ci Opiekę nad Gryffindorem. Nie tylko jestem
pewien, ze się sprawdzisz idealnie w tej roli, ale wierzę
również, że to Ci pomoże i liczę oczywiście na szybką
odpowiedź z Twojej strony. Ach tak, gratuluję nowego
stanowiska i zapraszam na kremowe piwo jak tylko
powrócisz po wakacjach do Hogwartu. Ja stawiam!
Albus Dumbledore.


The Past is gone forever, Today is all you have
Opowiadania koniec.
_________________

What makes a person hate themselves?
Cowardice, perhaps. Or the eternal fear of being wrong,
of not doing what others expect.
 
 

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3469
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Kwi 03, 2011 12:24 am   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Wiek: 25 lat

Zielarstwo: 5 pkt
Eliksiry: 5 pkt
Zaklęcia defensywne: 10 pkt
Zaklęcia ofensywne: 5 pkt
Transmutacja: 5 pkt
_________________

What makes a person hate themselves?
Cowardice, perhaps. Or the eternal fear of being wrong,
of not doing what others expect.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight


















Image and video hosting by TinyPic





Dragon Ball New Generation Reborn













Król Lew

Fairy Tail Path Magician

Vampire Kingdom



Vampire Diaries

SnM: Naruto PBF

www.zmiennoksztaltni.wxv.pl





Strona wygenerowana w 0,44 sekundy. Zapytań do SQL: 10