► Rozpoczyna się lekcja Eliksirów.
► Trwa lekcja Mugoloznawstwa.
► Rusza krukońska lekcja wychowawcza!
Wyniki konkursu naukowego z ONMS!
► Zakaz wycieczek do Hogsmeade!
► Event Kadra vs Uczniowie zakończony!
► Poszukujemy nauczycieli Starożytnych Run, Numerologii, Zielarstwa, Wróżbiarstwa i Obrony przed Czarną Magią!

Minęły dwa lata od Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall, a życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Nie oznacza to jednak, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone, a tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony. Czytaj więcej.
Listopad 2000r.
Pełnia: 01-03.11 (22-25.08)
Pochmurno, nieustający deszcz i silne wiatry. W dzień ok. 6'C, w nocy temperatura spada do ok. 2'C. Możliwe okoliczne przymrozki.
129
362
132
180


Poprzedni temat «» Następny temat
Soren Rostgaard / Śmierciożerca
Autor Wiadomość
Dołączył: 26 Lut 2020
Posty: 11
Wiek: 46 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Bezimienny
Różdżka: morela, 13 cali, świergotnik
Ekwipunek: różdżka, książka zaklęć, piersiówka
Sakiewka: -
Poziom życia: 100%
Wysłany: Czw Lut 27, 2020 12:49 am   Soren Rostgaard / Śmierciożerca

1. Imiona: Søren Víðarr
2. Nazwisko: Rostgaard
3. Wiek: 46 lat
4. Charakter:
Nocą wszystko wydaje się piękniejsze. Tam się cienie malowniczo rozmyją, tutaj nakropi się trochę miękkim złotem ulicznych latarni, ówdzie przyprószy srebrnymi akcentami księżyca. A jak człowiek jest wstawiony, to już w ogóle wszystko wygląda jak dzieło sztuki. Kobiety też – a tu budzisz się nad ranem, a pod drugiej stronie łóżka szkaradna paszcza, wodniste oczy i usta rozlane na twarzy jak w groteskowych obrazach.
Soren wzdryga się mimowolnie, z ledwością łapiąc równowagę przy drzwiach wejściowych. Przechyla się przy tym niebezpiecznie na lewo, w stronę ozdobnej donicy. Wystarczyłby lekki podmuch wiatru, a duma rodu Rostgaard wylądowałaby w gąszczu azalii. Moment jednak przemija i w następnej chwili Soren dzielnie mierzy się z klamką. Drzwi ustępują za drugim razem i mężczyzna wtacza się przez nie ciężkim krokiem, wpuszczając do holu lekki zapach whisky, dworu i lasu. Rezydencję spowija ciemność, przez którą przebija gdzieniegdzie światło księżyca – o ile tylko znajdzie się okno, którego skrzaty nie zasłoniły firanami.
Jeszcze dziesięć lat temu wstawiony Soren na progu domu zrobiłby furorę. Agnethe dostałaby białej gorączki widząc, jak się płynnie zatacza z boku na bok (i nie dałaby się porwać do tańca, okrutna), portrety przodków krzywiłyby się niemiłosiernie, ojciec zagadywałby wesoło o świstokliki w pobliżu, a Maren klaskałaby w dłonie, ilekroć coś trzasnęłoby o podłogę. Dziesięć lat temu, myśli mężczyzna, powoli zsuwając z ramion szatę, to byłoby novum. Teraz jedynie dziadek popatrywał na niego smutno ze swojej pozłacanej ramy obrazu, obserwując jak wnuk krzywo przechodzi korytarz.
– Matko? – Trudno powiedzieć kogo bardziej dziwi zachrypnięty głos: Sorena, który kołysze się przy framudze salonu, czy Elise, która unosi malowane oczy zza książki. Trwają tak przez pewien czas, mierząc się czujnym wzrokiem, ona w bezruchu, on w rytmicznym rozkołysaniu.
Elise powoli odkłada tom, a Soren, chociaż wysila wzrok, nie dostrzega tytułu na grzbiecie.
– Widzę, że piłeś – zaczyna sucho kobieta, ale brakuje w jej słowach nagany. Stwierdza fakt: Soren rzeczywiście kiwa się w pijackim transie, ale to tylko pozory.
Elise wie o tym doskonale – Soren wciąż nad sobą panuje, trzyma się w ryzach. Jest spokojny, obojętnie spokojny w ten zimny, racjonalny sposób, który charakteryzuje go w najbardziej krytycznych sytuacjach. Zawsze zdradzą go oczy. Elise ich nie lubi i, jest więcej niż pewna, prawdziwa Elise także musiała ich nienawidzić. To oczy typowe dla Rostgaardów, skaza wśród perfekcyjnych genów norweskiej linii przodków kobiety. Mają w sobie tę nieposkromioną dzikość, którą ktoś zaklął w cierpliwych, pragmatycznych osobowościach. Często czuje się tak, jakby obserwował ją dziki zwierz.
– Była promocja w barze. – Język się nie plącze, wzrok nie przeskakuje, oddech też wydaje się jednostajny. Elise i tak szuka zdradliwych sygnałów przepicia, agresji podsyconej żalem i wiecznym smutkiem.
– Nigdy nie potrafiłeś kłamać – kwituje kobieta, przekrzywiając głowę.
– Syn łgarza ostatnim prawdomównym, kto by się spodziewał! – Soren przechodzi w głąb pokoju, posuwistym, nierównym krokiem. – Całe szczęście, że tobie kłamstwo nigdy nie przeszło przez gardło.
– Ja przynajmniej żadnego nigdy nie żałowałam – warknęła, splatając palce dłoni. Przerabiali to już. Co roku Soren wracał do tej jednej decyzji, którą podjął wbrew swoim przekonaniom. Każdy inny syn byłby dumny, że oczyścił dobre imię swojego ojca. W tym jednym przypadku było zupełnie na odwrót – i Elise wiedziała o tym doskonale. Zresztą, Soren nie żałował decyzji. Żałował konsekwencji.
Był zbyt dumny, by oglądać się wstecz. Analizował poprzednie wybory wyłącznie w przypadku analogicznych sytuacji. Wybierał najlepszą opcję, niejednokrotnie przeciągając moment ostatecznej decyzji. Elise widziała te momenty głębokiego skupienia, gdy Soren stawał przed trudnym wyborem. Zwykle obracał w palcach różdżkę, ze wzrokiem skoncentrowanym w dalekim, niedostępnym dla innych śmiertelników punkcie. Rozważał każdą możliwość, rozkładał potencjalne opcje na czynniki pierwsze. Dlatego tak lubił szachy – bo wymagały rozplanowanej strategii.
– Bo byłaś zbyt zimna, żeby zauważyć, jak szkodzisz innym – syknął w odpowiedzi mężczyzna, odwracając się do obrazu z szaleńczym błyskiem w oczach. – Jak mogłaś nie zauważyć niebezpieczeństwa? Jak mogłaś kłamać, że byliśmy bezpieczni?
Soren nigdy nie unosi głosu. To coś, co Elise odnotowuje za każdym razem, gdy się kłócą. A właściwie: gdy mężczyzna przeżywa wciąż na nowo żałobę, za którą obwinia wyłącznie matkę.
– Jak ty mogłeś nie dostrzec ryzyka? Ile byłeś aurorem, co? Przecież wiedziałeś, że będzie interwencja! – Tym razem Elise unosi się z fotela i nim Soren odpowie, ucina jego komentarz warknięciem zza zaciśniętych zębów. – Wmawiaj sobie, co chcesz, młodzieńcze, ale jesteś dokładnie taki sam, jak ja.
Soren cofa się, jakby kobieta go spoliczkowała. Patrzy wściekle, jest czystą furią. Elise nie potrafi oderwać od niego wzroku – tak rzadko może zobaczyć, jak traci kontrolę.
– Powtarzasz sobie, że robisz coś dla innych, podczas gdy myślisz tylko o reputacji rodu – kontynuuje cicho kobieta, obserwując jak Soren powoli kręci głową. – Chcesz się odciąć? Chyba nie sądzisz, że czarna magia zapewni ci spokój ducha? Nie, jesteś zbyt inteligentny. – Elise uśmiecha się tryumfalnie, odsłania rząd perłowo białych zębów. – Dlatego wracasz do domu. Bo to jedyne miejsce, gdzie możesz być sobą. Gdzie nie musisz się ukrywać. Przecież niewiele brakowało do Mrocznego Znaku.
Nagle Soren się uspokaja. I Elise zna tę taktykę, wie, co zdradza.
– Nie jesteśmy do siebie podobni. Nie mam Mrocznego Znaku, bo widzę niebezpieczeństwo.
– Albo nie chcesz się przyznać do swojej prawdziwej natury. Przecież oboje wiemy, że wybiłbyś wszystkich aurorów, gdybyś tylko miał okazję. Jak śmierciożerca.
Tym razem Soren milczy. Mógłby pociągnąć dyskusję dalej; argumentów jest przecież pod dostatkiem. Ale nie potrafi kłamać – i wie, że Elise tym razem mówi szczerą prawdę.

*
Rano budzą go promienie słońca, idealnie wymierzone w fotel ojca. Rozłożył się na nim w nocy, gdy Elise ostentacyjnie zaczęła ziewać w trakcie rozmowy. Przeciera oczy, rozprostowując nogi. Wystarczy, że gwałtownie zmieni pozycję, a już w kolanie coś strzyka. Plecy też są jakieś obolałe, szczególnie gdy przeciąga się zamaszyście. A koc, który opada przy tym na podłogę, kwituje głośnym westchnieniem.
Maren materializuje się dosłownie w sekundę, jakby właśnie opanowała bezszelestną teleportację. I patrzy tymi swoimi niebieskimi oczami, jakby Soren miał w sobie coś z anioła, a nie z wczorajszej sesji w pubie.
– Nie wiedziałam, że przylecisz.
– Przyjechałem. Pociągiem. – Dookreśla mężczyzna, kolejny raz zmieniając pozycję na fotelu. Maren tylko podsuwa się bliżej. – Nie latam.
– I nie uprzedzasz, że wpadniesz – wypomina z wyrzutem dziewczyna, wiercąc się niespokojnie. Soren wzrusza ramionami i przymyka oczy. – Tata powiedział, że jesteś pod tym względem jak matka.
Soren momentalnie przechodzi ze stanu rozespania w permanentnie wybudzonego człowieka.

*
Im głębiej zapuszczają się w las, tym bardziej doskwiera Maren milczenie. Soren nigdy nie należał do przesadnie rozgadanych typów, ale przeważnie nie miał problemu z podtrzymaniem luźnej pogawędki. Najgorzej jednak było wtedy, gdy Maren sama podsunęła mu temat do dyskusji – o którym wiedziała, że będą się mogli porządnie posprzeczać, przerzucając argumentami – a Soren uciął go po kilku minutach, nawet nie dając jej okazji, do zebrania kontrargumentów.
Ponadto przeważnie Soren badał grunt. Próbował dowiedzieć się, jak się jej żyje. I robił to w sposób tak swobodny i naturalny, że Maren czasem prawie zapominała, że starszy brat o wszystkim już wie. Opowiadała mu całymi godzinami o minionych miesiącach, ale gdzieś z tyłu głowy kołatała myśl, że Agnethe przekazuje Sorenowi wszystko. Tak, jak należy głowie rodu.
Tego jednego nigdy nie rozumiała. Nie wiedziała skąd u brata potrzeba odgrywania roli nieświadomego opiekuna. Z drugiej strony… kilka razy miała okazję rozmawiać z Sorenem, gdy nie ukrywał swojej wiedzy. Przeraziło ją, że żaden aspekt jej życia nie obejmowała zwykła, przyzwoita prywatność. Soren musiał kontrolować sytuację, bo tylko w ten sposób w pełni panował nad swoim życiem. Bezpieczeństwo, które gwarantował, obejmowało pełną inwigilację.
Maren po prostu przywykła do wszechwiedzącego brata. A właściwie: nie wyobrażała sobie, że gdziekolwiek relacje z rodzeństwem wyglądają inaczej.
– Żartowałam – mruknęła nagle, wpatrzona w plecy Sorena. Ten zatrzymał się, ale nie odwrócił. – Ojciec nigdy tak nie powiedział. Nie przypominasz matki.
Soren znów narzuca marsz, ale tym razem wydaje się bardziej przystępny.
– A jaki twoim zdaniem jestem?
– Nie wiem, nieoswojony? – Brat rzuca jej przez ramię zdziwione spojrzenie, a Maren kręci głową. – Rozumiesz, jakbyś na siłę się próbował wpasować do świata, w którym Ci niewygodnie. Mnie nie przeszkadza, że nie chodzisz w szatach. Albo że czasem powiesz coś szorstkiego, bo wiem, że chcesz dobrze.
Taki wilk, myśli Maren, zdziczały i samotny.
– I nie wiem, czy istnieje na Ziemi ktoś, kto tyle wymaga od swojej siostry. Poważnie, gdybym chciała się uczyć, jak ty, to już dawno byłaby profesorem.
– Nie wymagam od Ciebie rzeczy niemożliwych.
– Chcesz, żebym była od Ciebie lepsza. Na jedno wychodzi, stary.

*
Właściwie Soren to bardziej wiatr, rozważa Maren, przypominając sobie wszystkie te wakacje, gdy rezydencja na moment znów była zbiorowiskiem hałasów, gdy drzwi trzaskały na każdym piętrze, a korytarzami przechodził szybko brat. Nieuchwytny, tak o nim mówiła, gdy była w szkole. Soren był niemal nieosiągalny – odpowiadał na listy z okropnym poślizgiem czasowym (pisał tak dużo, że Maren nigdy nie miała mu za złe latencji), ale utrzymywał kontakt. Nigdy nie poczuła się przez niego zaniedbana. Częściej dopadało ją uczucie wykluczenia. W obecności brata była najważniejszą osoba w jego życiu, a jednocześnie czuła, że pewne myśli strącają ją z piedestału. Było coś takiego w życiu Sorena, pewne drzwi w jego przeszłości, do których nie miała wstępu.
Wątpiła, by ktokolwiek dysponował kluczem do sekretów, które dryfowały z niewidzącym spojrzeniem brata, ilekroć spoglądał w błękitne niebo.

*
Perfekcyjny buntownik. Liberalny konserwatysta. Narcystyczny altruista. Zwolennik chaosu i idealnego porządku.
Soren był dla Maren niedookreślony. Raz była pewna, że rozmawia z konserwatystą, a na drugi dzień brat zmieniał taktykę i wymykał się jej wyzwolonym liberalizmem. Wiedziała, że bywa radykalny – ale ilekroć zbliżali się do tematów, które rzeczywiście budziły w niej emocje, Soren ucinał wątek. Albo patrzył tak ponuro, że Maren czuła niepokój większy niż przy ojcu, gdy zaczynał rozpaczać.
Ciekawostka, Soren przy niej nigdy nie zapłakał. A ojciec czasem beczał jak małe dziecko.
Ale Soren nie wspominał Ulrika. Zupełnie jakby zapomniał o jego istnieniu.

*
– Tak działa system wyparcia – mówi pewnego razu Agnethe, prostym zaklęciem wprawiając w ruch pędzel. – Musisz zrozumieć, że dla wszystkich była to szczególnie przykra i niepotrzebna śmierć.
Maren kiwa głową, bo wie, nie jest już małym dzieckiem. Podobnie, jak wie, że Soren był jedynym, który nie rzucił tamtej nocy żadnej klątwy. I nie wyobraża sobie tego – brat, którego zna, jest mistrzem pojedynków. I zna najgorsze uroki.
– Dlaczego go nie pomścił? Ja bym latała wszędzie z niewybaczalnymi.
Agnethe rozgląda się wokół, a potem nachyla się, ściszając głos.
– Nikt nie powiedział, że tego nie zrobił.

*
Cała układanka osobowości brata wydaje się Maren logiczna i spójna, aby zaraz zmienić się w nieład i bezsens. Jest ciekawska i wścibska, dlatego z przyjemnością pogrąża się w długich rozmowach z portretami. Każdy z przodków pamięta innego Sorena. Podczas gdy babka opowiada o chłopaku pochylonym nad zakazanymi księgami, dziadek gawędzi o pierwszych lekcjach latania.
– Był fatalny. Nie potrafił się utrzymać na miotle! – burzy się, gestykulując żywo. – Drugiego takiego kiepskiego nie uświadczysz w całej rodzinie!
– Chyba nawet Merlin nie był taką zakałą rodu – zauważa wesoło Maren, ale błyskawicznie poważnieje pod wpływem świdrującego wzroku dziadka.
– Jest naszą największą dumą, dziecko. Poszedł w ślady rodziców, żebyś ty nie musiała.

*
– Soren nie jest taki, jak ty.
Elise unosi brew i uśmiecha się zagadkowo – trudno powiedzieć, czy się uśmiecha do rozmówcy, czy się z niego śmieje. Soren, jak spostrzega w oburzeniu Maren, w ogóle się nie uśmiecha.
– Kto Ci tak powiedział, dziecko? – pyta radosnym tonem kobieta, poruszając się płynnie po namalowanym salonie.
– Tata.
Coś przebiega przez twarz Elise, coś, czego Maren nie potrafi odczytać. Ale widziała już podobny grymas u Sorena. Jakiś głęboki smutek w oczach koloru popiołu, zaciśnięte usta i lekkie drgnięcie brwi.
– Jest już schorowany, nie męcz go pytaniami. Ucz się lepiej eliksirów, te zawsze się przydadzą. – Elise ma śpiewny głos, a Soren zachrypnięty i głęboki. Elise mogłaby śpiewać piękne kołysanki, a Soren co najwyżej opowiadać straszne historie. – Zmykaj już.
– Soren by mnie nie wygonił! Nie jesteście podobni, ha!
Kobieta spogląda na dziewczynkę z pobłażliwym uśmiechem.
– Co to za dziecko, które nie przypomina swoich rodziców?

5. Wygląd:
– Wychowałam neandertalczyka – lamentuje Elise, nerwowo obchodząc fotel. Gdyby mogła, przeskoczyłaby na inne portrety, ale Soren zadbał, żeby ograniczyć ją tylko do zasięgu starej, pozłacanej ramy nad kominkiem. – Spójrz na siebie, wyglądasz jak siedem nieszczęść.
Soren podniósł na kobietę obojętny wzrok, z przyzwyczajenia przeczesując dłonią włosy. Jęk, jaki wydaje z siebie portret zaświadczył, że ten gest tylko pogorszył jego i tak fatalny stan.
– Dlaczego nie możesz być bardziej elegancki? Bierz przykład z Lucjusza Malfoya. Gdy jeszcze żyłam, ubierał się z taką klasą, że…
– Wylądowałaś z nim kilkakrotnie w łóżku? – Przerywa jej, mocując się ze spinką od szaty. Małe duperelki, które, zdaniem zasiedziałych, wysłużonych czarodziejów Ministerstwa, były najważniejszymi elementami garderoby. Zaraz po bujnej siwiźnie. Soren już tęsknił do grubych płaszczów Durmstrangu. – Przypominam, że nigdy nie byłaś zwolenniczką zaklęć wyciszających.
Elise przewraca oczami, zasiadając na swoim fotelu. Nie przestaje jednak patrzeć z milczącym wyrzutem.
– Nie zamierzam się golić.
– A mógłbyś. Od razu wyglądałbyś jak czarodziej czystej krwi.
Tym razem to Soren przewraca oczami, wychodząc z salonu. Gdyby nie ta rozmowa, ta krótka, nie wnosząca zbyt wiele wymiana zdań, zapewne nawet by się nie zatrzymał przy lustrze. Minąłby je, jak zwykle, koncentrując się bardziej na własnym bagażu. Tym razem jednak zarejestrował kątem oka ruch po swojej lewej stronie i odwrócił się, by spojrzeć prosto w lustrzaną taflę.
Patrzyły na niego znajome tęczówki – coś na pograniczu brudnej bieli i popiołu – a nad nimi para ciemnych, prostych brwi. Włosy, w lekkim nieładzie, kolorem przypominały kasztany na jesień. W odpowiednim świetle wychodził ich rdzawy poblask, dokładnie jak u ojca. Soren zwykle tylko je przeczesywał, sporadycznie strzygł - krócej z tyłu na bokach, dłużej z przodu. Miał charakterystyczne, ostre rysy twarzy, które jeszcze podkreślał kilkudniowy zarost. Nie przepadał za dłuższą brodą – wymagała zbyt dużo pracy, by zachować pozory przyzwoitego wyglądu.
Zmierzył się wzrokiem w lustrze, próbując odszukać w swojej aparycji powód matczynego zniesmaczenia. Może zmarszczki? Albo blizna na prawym łuku brwi? Zmarszczył brwi, odsuwając się na tyle, by lustro mogło objąć go całkowicie.
Do sylwetki nie było zastrzeżeń. Wdał się pod tym względem w ojca – wysoki, proporcjonalny, z lekko nierównym chodem na lewą nogę. Poruszał się swobodnie, stawiając zamaszyste kroki. Bodaj tylko w tańcu poruszał się z kocią gracją; w każdej innej sytuacji polegał na wyćwiczonych, płynnych ruchach. Durmstrang zaszczepił w nim potrzebę ciągłej pracy nad swoją kondycją. Znoszenie ograniczeń ciała, bez pomocy magii, przynosiło niesamowitą satysfakcję. Podobnie jak sporadyczne bijatyki, nawet dla samego rozruszania się po alkoholu.
– Chyba nie zamierzasz tak wyjść, nie? – Na dźwięk głosu Maren drgnął, oglądając się za siebie.
– Przysięgam na brodę Merlina, że jeśli ty też masz obiekcje względem mojego zarostu…
– Ta szata źle na tobie leży. W ramionach jest cię więcej i tyle. – Siostra wzruszyła ramionami i, z uśmiechem psotnicy odwróciła się do schodów, przeskakując po kilka stopni.
Soren prychnął, ale ostatecznie zmienił szaty.
Ku oburzeniu Elise, założył swój standardowy zestaw, w którym żegnał uczniów w Durmstrangu. Prosty, grafitowy uniform z subtelnymi emblematami rodu, wysokie oficerki i półdługi płaszcz, podszyty futrem borsuków. W rękawicach, z dyskretnym, srebrnym łańcuszkiem zegarka, schowanym w małej kieszeni, wyglądał dostatecznie reprezentacyjnie, by matka nie pożegnała go klątwą.

6. Skąd: Dania, Aalborg
7. Czystość krwi: czysta
8. Stan majątkowy: bogata

9. Rodzina:
    † Elise Rostgaard (1918 – 1980)
    Matka; czarodziejka z norweskiej linii, absolwentka Hogwartu (Slytherin), profesor Eliksiroznastwa na Uniwersytecie im. Nicolasa Flamela (1958-1968), śmierciożerca (1970-1980). Po skandalicznym małżeństwie młodszej siostry z mugolem, zdecydowała się połączyć dwa skandynawskie rody, by ratować reputację rodziny. Osobiście wydziedziczyła rodzeństwo, na zawsze zrywając kontakty z niewygodnymi członkami rodziny. Rozsławiły ją: ostry język, słabość do starszych czarodziejów oraz urok arystokratycznej damy. Była zatwardziałą konserwatystką – przez swoje radykalne poglądy o czystości krwi czarodziejów została usunięta dyscyplinarnie z katedry Eliksiroznastwa. Oficjalnie poparła Voldemorta w 1970 roku, wciągając Rostgaardów na długą listę najwierniejszych popleczników Czarnego Pana. Tragicznie zmarła w 1980 w akcji odwetowej aurorów.

    Osvald Gunnar Rostgaard (1909)
    Ojciec; czarodziej z duńskiej linii Rostgaard, jedynak; absolwent Durmstrangu, auror, śmierciożerca (1970-1980). Starannie pielęgnował tradycje rodowe, jak nadawanie dzieciom drugich imion czy przekazanie pierworodnemu sygnetu rodziny. Ożenił się z miłości – dokładał wszelkich starań, by Elise odwzajemniła jego uczucia, często kierując się jej zadowoleniem, aniżeli zdrowym rozsądkiem. Bliski przyjaciel Igora Karkaroffa, przez którego wprowadził małżonkę w szeregi śmierciożerców. Pod wpływem fascynacji Voldemortem porzucił Brygadę Uderzeniową, zasilając grono popleczników Czarnego Pana. Po śmierci żony poszedł na ugodę z Ministerstwem, by oczyścić dobre imię rodu. Uniknął Azkabanu dzięki Sorenowi, który na przesłuchaniu wykazał nieprawidłowości akcji aurorów. Od czasów śledztwa ma poważne problemy z pamięcią; nieustannie rozmawia z portretem Elise. Zamieszkuje rodzinną rezydencję Rostgaardów w Aalborg.

    † Ulrik Magni Rostgaard (1968 – 1980)
    Brat; uczeń Durmstrangu, ulubieniec rodziców. Był grzecznym, cichym dzieckiem, któremu do szczęścia wystarczała gruba książka. Zapatrzony w starszego brata chciał być dokładnie taki, jak on. Jego największym marzeniem było zagrać w Mistrzostwach Świata w Quidditchu. Zginął w wieku 12 lat, podczas akcji odwetowej aurorów, przez niecelnie rzuconą klątwę. Jego śmierć pogrążyła całą rodzinę w żałobie. W ramach zadośćuczynienia za straty moralne, a także gwarancję wyciszenia medialnej nagonki na Brygadę Uderzeniową, Ministerstwo wypłaciło Rostgaardom kolosalne odszkodowanie i oczyściło Osvalda z zarzutów o wspieranie Voldemorta.

    Maren Grid Rostgaard (1980)
    Siostra, absolwentka Hogwartu (Ravenclaw), ulubienica Sorena. Urodziła się kilka miesięcy przed śmiercią matki. Szczerze nienawidziła wszystkiego, co miało związek z Elise. Wielokrotnie uciekała z domu; miała problem z ukończeniem szkoły (pierwsze lata edukacji). Zawsze się wściekała, gdy ktoś zauważał, jak bardzo jest podobna do matki. Wychowywana głównie przez Agnethe ma otwarty, liberalny umysł. Ciotce zawdzięcza zafascynowanie zielarstwem i uzdrowicielstwem, z kolei bratu zamiłowanie do norweskich lasów i respekt względem czarnej magii. Planuje podjąć studia na Uniwersytecie im. Nicolasa Flamela na kierunku Magiczna Medycyna.

    Agnethe Landvik (1924)
    Ciotka; młodsza siostra Elise, absolwentka Hogwartu (Ravenclaw), wdowa. Mezalians skreślił ją z drzewa rodzinnego, wymazując istnienie z rodowych kronik. Mimo wydziedziczenia podejmowała rozliczne próby kontaktu zarówno z siostrą, jak i jej rodziną. Po 1980 roku finalnie udało się odnowić kontakty z Rostgaardami. Pod okiem Sorena podjęła się wychowywania Maren. Swobodniej czuje się wśród mugoli niż czarodziejów.


10: Historia:
{2000}
Najpierw szaty. Jedwab, aksamit, skóra. Miękka bawełna, lekki len. Przeważa czerń, granat, grafit. Sporadycznie pojawia się barwny akcent – najczęściej burgund, rzadziej szmaragdowa zieleń i blady błękit. Większość jest gruba, podszyta futrem, bo na północy zawsze jest zimno. Zresztą, na górnych piętrach zamku zawsze hula arktyczny wiatr. Bez grubej peleryny narzuconej na szatę Soren nie prowadziłby zajęć.
Potem proste zaklęcie porządkujące korespondencję. Część listów trzeba spalić, inne zachować, na nieliczne wypadałoby jeszcze odpowiedzieć. Gdy otwiera kufer na swój księgozbiór, do gabinetu wślizguje się dyrektor. Rozpoznaje pergamin w jego dłoni – szybko skreślona rezygnacja ze stanowiska. Soren nie pamięta już, jak uzasadnił swoje odejście.
– To nic osobistego – mówi spokojnie, stukając palcami o blat biurka. Kilka książek przecina gabinet, lądując z cichym trzaskiem w wiekowym kufrze. W ślad za nimi fruwają pożółkłe zwoje, kolorowe fiolki i kilka drewnianych ramek ze zdjęciami. Soren nie zwraca na nie uwagi, wpatrując się nieruchomo w dyrektora. – Naturalna kolej rzeczy.
Dyrektor kiwa nieśpiesznie głową, rozglądając się bez zainteresowania po komnacie. Jego smukła, przydługa sylwetka nie pasuje do gabinetu: jest zbyt wątła na masywne ściany, zbyt wysoka na niskie sklepienie, zbyt kanciasta na niewielkie okna. Za bardzo przykuwa uwagę – Brage patrzy na niego, jakby był dorodną myszą.
Albo jeszcze lepiej: spasłym szczurem.
– Naturalnie, że wolisz uczyć gdzie indziej. Naturalnie – pomrukuje mężczyzna, kołysząc się w miejscu. Soren nie odrywa od niego czujnego spojrzenia, jakby spodziewał się wymiany nieprzychylnych uroków. – Naturalnie porzucasz swoją alma mater.
Naturalnie, myśli Soren, przechylając się lekko, zaciągając się zapachem zatęchłych murów Durmstrangu i wilgotnym, zimnym powietrzem, które wpada przez uchylone okno, rzucam wszystko w cholerę. Lubi Durmstrang – przeciągi, wycie wiatru o północy, zapach deszczu o poranku. Czuje się prawie jak kiedyś, gdy sam przemykał między korytarzami ponurego zamczyska na zajęcia. Kiedyś marzł w salach i tłoczył się jak inni przy kominkach, które zapalali tylko kilka razy w roku. Kiedyś Durmstrang był domem, a Grindelwald niedościgniętym ideałem. Kiedyś symbol Insygniów Śmierci był powodem do dumy.
A potem pokonali Czarnego Pana i wszędzie pojawiła się ta polityczna poprawność, która mierzwiła Sorena bardziej niż protekcjonalny uśmiech matki z portretu.
Dlatego naturalnie, że musiał odejść.
– Nie chciałem tego mówić, ale nie lubię twoich poglądów. – Prostuje się dopiero po dłuższej chwili, przesuwając dłońmi po blacie. Ścisza głos, bo Durmstrang nie jest taki znowu ogromny, a ściany, choć grube, mają uszy. I obojętne, czy są to uszy potomków śmierciożerców, czy przyszłych pracowników Ministerstwa. Soren nauczył się, że nawet tutaj nie ufa nikomu. – Grindelwald przewraca się w grobie.
– To tylko propozycja – syczy w odwecie dyrektor, a przez jego twarz przemyka wyraz zniesmaczenia. Rzuca przez ramię jedno, spłoszone spojrzenie, a potem patrzy na Sorena twardo, z ustami zaciśniętymi w cienką linię. – Nie mówimy o wydalonych uczniach.
– A szkoda. Bo to jedyna osoba, o której warto mówić. – Soren uskakuje przed podręcznikiem, ale ten zawraca i uderza go w tył głowy. Delikatnie, nawet jak na możliwości dyrektora. – Jeszcze ktoś pomyśli, że wyprowadziłem cię z równowagi.
– Jeszcze ktoś pomyśli, że twój ojciec był śmierciożercą.
Soren nie reaguje od razu. Nie dlatego, że obawia się własnej reakcji, raczej po to, by wywołać u odbiorcy przekonanie, że niemal stracił kontrolę nad sytuacją.
– Nie był – mówi zimno, patrząc na rozmówcę przenikliwie. – Wyślij sowę do Ministerstwa, jeśli uważasz inaczej.
Nie trzeba pracować w Departamencie Tajemnic, żeby wiedzieć, że niektóre sekrety i tak ujrzą światło dzienne.
Nawet te szeptane nocą.

*
{1970}
Jest środek nocy, gdy budzi go dziwny dźwięk. Coś na pograniczu pisku i szlochu, krótki, a jednocześnie ostry. Soren siada na łóżku i wpatruje się bezmyślnie w ciemnicę za oknem, w drobne jasne punkty na niebie. Noc panoszy się po rezydencji, bo wokół niego panuje grobowa cisza. Położyłby się bez wahania, zakopał w ciepłą pościel i przyciągnął sen na nowo, gdyby ten dźwięk nie pojawił się znowu. Przeciął ciszę i tym razem trwał jakby dłużej, a przypominał…
– Elise…?
Momentalnie tężeje, gdy rozpoznaje głos matki. Na początku myśli, że to tylko kwestia kochanka, bo przecież nie należała do najwierniejszych, ale szybko przypomina sobie, że ojciec jest w domu. A zasady są przecież proste: Osvald nie może wiedzieć. Może się dowiedzieć, ale to później, jak już romans zgaśnie, a uczucie ostygnie. Tylko dlatego Soren zsuwa się z posłania i sięga po różdżkę.
Szybko nasuwa na siebie szatę, przekradając się z sypialni do korytarza. Odświeża w myślach znane sobie zaklęcia, przypomina pierwsze klątwy, które przyswoił na zajęciach. Nie jest jeszcze pełnoprawnym czarodziejem, ale po 6 latach nauki w Durmstrangu prezentuje godny poziom. Dostateczny poziom, gani się w myślach głosem matki, zaciskając palce na różdżce. Drewno zdaje się pulsować, rytmicznie i uspokajająco.
Soren przemyka bezszelestnie, mija puste komnaty i zaspane portrety. Dziadek z obrazu patrzy na niego jego oczami – dziwna mieszanka bladego błękitu i jasnego popiołu. Przez dłuższą chwilę Soren nie może się pozbyć wrażenia, że ma przed sobą żywą osobę. Dreszcz, który przebiega wzdłuż jego pleców, nie jest przyjemny. Przypomina śliskie łuski węża.
– Zły moment, młodzieńcze – szepcze przodek, ale w odpowiedzi na pytające spojrzenie wnuka, odwraca twarz.
Soren zaciska szczęki i zbiega po schodach, nasłuchując. Na parterze pojawia się więcej dźwięków; łopotanie szat, pomruki, szepty i sporadyczny syk. Głosów przybywa – nie wszystkie rozpoznaje. Część jest przytłumiona, część kompletnie zniekształcona. Idzie za hałasem, a potem wpatruje się wyłącznie w cienką smugę światła, która przecina sąsiednią ścianę. Zbliża się powoli i serce podchodzi mu do gardła, gdy matka znów wydaje ten zwierzęcy jęk. Kojący głos ojca niesie się zaraz po jej pisku, ale naraz zagłusza go inny. To ten głos sprawia, że Soren zamiera z zaklęciem na ustach, spoglądając przez szparę w drzwiach w światło.
Zamiera, bo głos należy do Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Zamiera, bo Osvald pochyla się skruszony, całuje jasne czoło Elise, a ta, rozłożona na stole, oddycha szybko, blada i bezwładna.
Biała skóra jej lewego przedramienia kontrastuje z wypalonym Mrocznym Znakiem. Soren nie jest w stanie odwrócić od niego wzroku i mijają długie sekundy nim orientuje się, że Czarny Pan patrzy wprost na niego.

*
{2000}
To normalne, że po opuszczeniu Durmstrangu czuje się skołowany. Wrażenie łatwo przyrównać do podwójnego espresso po przepitej nocy. Ciało wydaje się jednocześnie sztywne i wiotkie, myśli lepkie i ospałe, a wzrok lekko nieostry, jakby wodnisty. Zaklęcie dezorientacji, z domieszką uroku lokalizacyjnego – duet, który od wieków ukrywa położenie Instytutu, trzepie każdego. Soren nie może się nadziwić, że po tylu latach zaklęcie wciąż na niego działa.
Po przekroczeniu bramy Durmstrangu, zawsze ląduje się w innym miejscu. Zwykle w lesie, raz jednak zdarzyło się, że Sorena wywiało aż do portowego miasteczka. Musiał wtedy przeczekać sztormy w pubie, bez kufrów i sowy. Był wściekły, przemoknięty i tak nabuzowany urokiem, że pół nocy spędził w ciepłych, miękkich objęciach. Najgorzej, że pamiętał tylko łagodny łuk pleców, migoczące oczy i rozmarzony uśmiech na wąskich wargach.
Początkowo sądził, że to zaklęcie teleportacyjne, ale nie słyszał o przypadkach rozszczepienia wśród uczniów. Brama mogła być też Świstoklikiem, ale nigdy nie potwierdził tej informacji z żadnym z dyrektorów. Przyjął, że Instytut ma swoje sekrety – jak znak Insygniów Śmierci wypalony na murze.
Pierwszą godzinę chodzi jak ścięty. Ma nierówny chód, telepie się od drzewa do drzewa, przeciąga niezliczoną ilość razy po włosach, ale trzeźwość umysłu nie wraca.
Zaklęcie schodzi z niego dopiero na obrzeżach tundrowego pustkowia. Brage pojawia się już po chwili, jakby tylko czekał aż czarodziej wróci do żywych. Puchacz osiada ciężko na suchej gałęzi i mruga raz po raz. Soren nie wie, dlaczego go lubi – może to kwestia niejednolitych piór, może tendencja do gryzienia, a może świadomość, że ten ptak wciąż jest dziki. Dziki i nie do przejęcia, gdy dostarcza listy.
– Mogło być gorzej – zagaduje, krzywiąc się lekko na dźwięk swojego zachrypniętego głosu. – Mam nadzieję, że kufry potraktowali łaskawiej.
Brage piszczy niecierpliwie, a gdy Soren po niego sięga, niemal ogryza mu całą dłoń. Za drugim razem łaskawiej wysuwa szpony – i odlatuje, jak tylko udaje się mu wyciągnąć zaadresowany list. Koperta jest poszarpana, ale to kwestia zwyczajów sowy. Soren zna nadawcę jeszcze nim rozchyla ciasno zapisany pergamin. List lewituje przed nim dobry kwadrans, nim decyduje się go złożyć i wsunąć do kieszeni szaty.
Sięga po różdżkę, obracając ją swoim zwyczajem w palcach. Odwleka moment rzucenia zaklęcia, sycąc wzrok surowym krajobrazem. Przymyka powieki, ostatni raz zaciągając się znajomym, deszczowym powietrzem.

*
{1978}
– Tutaj mówią, że żeby rzucić zaklęcie, potrzebna jest różdżka. – Duże, niebieskie oczy unoszą się zza grubej księgi i Soren jak zwykle zastanawia się, jakim cudem ten błękit jest taki czysty. W tęczówkach brata nie dostrzega żadnej skazy; to zimny błękit, dokładnie jak u matki. – Oszukujesz mnie.
Właściwie jej oczy są lodowate, myśli mimochodem, opierając o drzewo. Przechyla się tak, że z łatwością sięga po tomiszcze, wyrywając je Ulrikowi z drobnych dłoni. Pulchne palce, odnotowuje mimowolnie, marszcząc brwi nad rzędem starannie wykaligrafowanych liter, po ojcu.
Po prostu wie, jak za kilka lat Ulrik będzie trzymać różdżkę, w jaki sposób zegnie nadgarstek, jak się zawaha, nim wypowie zaklęcie. Tak samo jak wie, że młody będzie tak dobry, że obejdzie się bez kawałka drewna. Przeczucie starszego brata, to wszystko. I doświadczenie nabyte w Brygadzie Uderzeniowej, gdzie co czarodziej i kształt dłoni, to inny styl.
– Nie moja wina, że masz kiepską książkę – wzrusza ramionami i uśmiecha się kątem ust, gdy młody próbuje odebrać swoją własność. Wystarczy, że uniesie ramiona wyżej, a młodszy brat zaczyna podskakiwać.
– Mama mi ją dała. I powiedziała, że do czarów potrzebujesz różdżki – upiera się Ulrik, machając dłońmi na wszystkie strony. – Każdy czarodziej ma różdżkę!
– Merlin nie miał – kłamie Soren, ale zdradza go nuta ciepła w oczach. – Rzucał zaklęcia miotłą.
Ulrik nieruchomieje, wpatrując się w brata z niedowierzaniem. Soren niemal słyszy jak trybiki w mózgu młodego pracują na najwyższych obrotach, by wyszukać w pamięci wzmiankę, która mogłaby podważyć zasłyszaną informację. Czyta wszystko, co tylko wpadnie mu w ręce – na pewno wyszukał w rodzinnej biblioteczce biografię Merlina.
Soren osobiście wyrwał z niej z trzydzieści stron.
– Oszukujesz mnie – orzeka w końcu Urlik, ale tak niepewnie, że Soren niemal czuje wyrzuty sumienia. – Najlepszy czarodziej na świecie czarował tylko różdżką!
– Brednie. Jeśli jesteś dostatecznie dobry, rzucasz klątwy bez różdżki. – Soren jeszcze chwilę przygląda się zapisanym stronom, przeskakując bezmyślnie po losowych słowach. Jeśli jesteś najlepszy, poprawia się w myślach, przemykając opuszkami palców po grzbiecie książki, posługujesz się magią bezróżdżkową. – Ale ty taki nie będziesz.
– Zobaczysz, że będę! – oburza się zaraz Ulrik i dopiero teraz błękit jego oczu spowija lekka mgiełka łez. – Będę tak dobry, jak ty!
Ulrik zanosi się płaczem i finalnie odbiega, jak najdalej. Soren wpatruje się w niego, aż jasna czupryna znika pomiędzy ciemnym drzewami, a okolica cichnie, pożerając łakomie każdy dźwięk.
– Masz być lepszy – mruczy pod nosem Soren, przymykając książkę. Przedramię go pali, a palce świerzbią. W Brygadzie żartują, że to uzależnienie od rzucania zaklęć. – Najlepszy, młody.
Tego przyjemnego, letniego popołudnia obiecuje sobie, że zrobi z Ulrika największego czarodzieja w dziejach.
I to takiego, co będzie czarować miotłą.

*
{2000}
Nocą miasta pięknieją, nawet takie Aalborg. Wychodzą przydługie cienie i nadają kantom miękkości, zaułkom tajemnicy, a oknom głębi nieba. Niedoskonałości ukrywa się w miękkiej czerni, zamiata pod szarości i łagodzi leciutkim księżycowym srebrem. Soren mógłby tu mieszkać, gdyby nie wszechobecny zapach ryb i wścibscy mugole. Szczęśliwie rezydencja Rostgaardów znajduje się na uboczu, obłożona kilkoma nieinwazyjnymi zaklęciami. Czarodziej znajdzie ją bez problemu, mugol przejdzie obok z obojętną miną.
W środku czeka na niego stos kufrów, waliza i sowia klatka, a poza tym puste korytarze skąpane w czerni, znajome komnaty i koci uśmiech portretu znad kominka. Gdy pojawia się w progu, skrzaty są już obok – odprawia je skinieniem dłoni i kieruje się prosto do salonu, bo to jedyna izba, w której ćmi światło.
To było do przewidzenia, myśli Soren, mierząc wzrokiem ojca, wpakowanego w ulubiony fotel, z narzuconym niedbale kocem. W ciepłej poświacie z rozpalonego kominka Osvald wygląda nieco młodziej; zmarszczki dodają mu szlachetności, przyprószony siwizną włos lśni, a równy oddech nie zdradza problemów ze zdrowiem. Na następnym siedzeniu, z gracją trolla, drzemie Maren. Wygląda, jakby zasnęła jeszcze zanim rzuciła się na fotel. Soren w pierwszym odruchu chcę ją przelewitować do łóżka, ale w następnej napotyka żywy wzrok matki.
Bardzo, bardzo żywy, jak na kogoś martwego od dwudziestu lat.
– Problemy ze bezsennością? – Półmruczy na powitanie, mimochodem zastanawiając się, czy wrzucenie obrazu do kominka uznano by za premedytację. Wytłumaczy się chwilową niepoczytalnością.
– Problemy z trafieniem do domu? – Elise unosi jasne brwi i Soren czuje się prawie jak za dawnych lat. Prawie. – Miałeś uprzedzać przed wizytą.
– Sowa nie dotarła? – Nim portret zdążył odpowiedzieć, Soren zmienił temat. – Maren pisała.
Elise uśmiecha się uprzejmie, jak zawsze, gdy ojciec zarzucał jej zdradę. Przysiada z gracją na fotelu, siostrzanej wersji egzemplarza zajmowanego przez Osvalda.
– Nie mam wpływu na jej nadgarstek. Nauczyła się pisać już jakiś czas temu i szlifuje swój talent wypisując atrament na rodzinnej papeterii. – Marszczy nosek, zakładając z gracją nogę na nodze. Spogląda przy tym badawczo na Sorena, przekrzywiając głowę na boki. – Nie znasz zaklęcia, które przywróciłoby ci cywilizowany wygląd?
– Znam zaklęcie na wydarcie postaci z obrazu i przeniesienie do mugolskiej ulotki. Chcesz reklamować nowe samochody?
– Nie wierzę, że w tym stanie uczyłeś w Durmstrangu. W Hogwarcie usunęliby Cię w mgnieniu oka.
– To zabawne, bo akurat do Hogwartu mnie przyjęli.
Przez chwilę Elise marszczy brwi, ale zaraz przyjmuje nienagannie wyprostowaną sylwetkę. Ten gest przypomina Sorenowi, że to wciąż jedynie obraz, niepełny refleks postaci. Nieidealne odbicie, które nigdy tak naprawdę nie będzie oryginałem. Jak Ulrik ze zdjęcia, które wszędzie ze sobą nosił. Młody wciąż czyta tę samą książkę, uśmiechając się zza niej nieśmiało. Wieczne wspomnienie, z którego Soren nie zrezygnuje, obojętnie jak boli.
– Dostałem też ofertę łamania klątw z Gringotta. – Na pewno istnieje jakiś powód, dla którego Soren jej o tym mówi. Nie chce jednak o tym myśleć, nie dzisiaj. – Ale za dużo z tym zachodu. Jak z profesurą na Uniwersytecie Flamela.
– Myślałam, że znów zaciągniesz się do Brygady Uderzeniowej. Kiedyś tak chciałeś zostać najlepszym aurorem. – Na twarzy Elise powoli klaruje się wredny uśmiech, a w jej błękitnych oczach pojawiają się złośliwe ogniki. Soren wie, co usłyszy, jeszcze nim padają pełne wyrzutu słowa. – Nie, Szefem Biura Aurorów! Weź tę posadę teraz, na co czekasz? Ulrik byłby taki dumny!
Soren opiera się dłońmi o gzyms kominka, jak zahipnotyzowany obserwując tańczące płomienie. Mimo bijącego od nich ciepła, czuje wyłącznie przejmujący chłód.
– Miałby teraz trzydzieści dwa lata – mówi bardziej do siebie niż do Elise, skoncentrowany na ognisku.
Ogień pląsa po drewnie, wżera się w nie głęboko, powoli, nieustępliwie. Dokładnie jak jad z ust Elise, jak Mroczny Znak na jej bladej skórze, jak wżynające się w pamięć słowa niecelnego zaklęcia. Nullam Cultros. Nullam Cultros. Nullam. Cultro-s. Dwa słowa. Nic więcej.
Dwa słowa, a głowa Ulrika opada bezwładnie, oczy zachodzą wisielczą mgłą, oddech ustaje. Dwa słowa, jedno zaklęcie, jeden cholerny auror. Akcent na s, ruch nadgarstka trochę na wyrost, celność wprost paskudna, tak okropnie paskudna, że gdyby Soren miał go na zajęciach, wyrzuciłby go z sali. Razem z całym dobytkiem.
– Maren pisała o przesłuchaniu. – Odrywa wzrok od płomieni, by skonfrontować się z czystym błękitem namalowanych oczu. – O przesłuchaniu, o którym miała się nigdy nie dowiedzieć.
Elise unika jego wzroku, ale, gdy w końcu na niego patrzy, rozkłada bezradnie ręce. Soren niemal słyszy, jak kobieta mówi tym swoim łagodnym, śpiewnym głosem: to nie moja wina, Osvald, to on mnie zauroczył.
– Jest ciekawa, bo o niczym jej nie mówisz. – Kobieta wzrusza ramionami i milczy przydługo, nim dokończy myśl. – A źródło rzetelnych informacji ma na wyciągnięcie ręki.
Soren wdycha głośno, oglądając się przez ramię na ojca. Elise trafiła w punkt – ale nie potrafił przyznać jej racji. Osvald czasem bredził, kompletnie bez ładu i składu. Mówił o stadzie testrali w ogródku, rozmawiał z przodkami, skarżył się krzakom na ból pleców. Innym razem patrzył tak bystro, jak kiedyś. I był czujny, w pełnej gotowości o każdej porze dnia i nocy.
A zaraz nie wiedział, gdzie zostawił różdżkę. Nic jednak nie bolało tak mocno, jak drobne pomyłki, które ostatnimi czasy zdarzały się coraz częściej. Osvald mylił córkę z żoną, a Sorena…
– Ulrik? – Ojciec otwiera oczy, ale ma dalekie, niewidzące spojrzenie. – Ulrik, chłopcze, to ty?
Soren bez słowa sięga do szat i rzuca zaklęcie usypiające. Elise wyjątkowo milczy.
To jedyne, co mogą robić razem, do samego rana. Milczeć.

*
{1980}
Wstęp wyłącznie dla upoważnionych pracowników Ministerstwa, słyszy przed skrzydłowymi drzwiami sali przesłuchań i niemal z miejsca trafia go szlag. Dwóch Członków Brygady, nazywanych roboczo eskortą, przesuwa się do niego bliżej, jakby w obawie, że zaraz rzuci się na strażników i wydłubie im różdżką oczy. W pierwszym odruchu ma ochotę rzucić Imperio, szturmem zdobyć salę i rozszarpać ojca gołymi rękami. W drugim stwierdza, że w sumie mógłby się ograniczyć tylko do strażników.
Już po chwili przyjmuje maskę chłodnej obojętności, sięgając do kieszeni po stosowane upoważnienie. Strażnicy pochylają się nad pergaminem, a Soren odruchowo przeciąga dłonią po szacie, wygładzając nowopowstałe fałdy materiału. Nie przyzwyczaił się jeszcze do szorstkiego dotyku żałobnego stroju. W dodatku szata jest sztywna, a herb rodowy, przypięty do piersi, niemal za każdym razem kłuje w dłoń.
Gdyby Ulrik go teraz zobaczył, byłby zawiedziony. Zawsze wyobrażał sobie aurora w efektowanej szacie, który przybywa ze świstem teleportacji i znika równie szybko, nie pozostawiając śladów.
Po tej wizycie Sorena będzie mnóstwo śladów. Zapiski z przesłuchania, upoważnienia, sygnowane podpisem i rodową pieczęcią zeznania. Pierwszy raz rodzinny sygnet nie będzie tylko protekcjonalnym symbolem wciśniętym lata temu na palec pierworodnego.
Strażnicy wprowadzają Sorena na środek okrągłej komnaty, gdzie staje przed obliczem sędziów Wizengamotu.
– Świadek?
– Søren Vidar Rostgaard, Członek Brygady Uderzeniowej pod rozkazami Kwatery Głównej Aurorów. – Ma spokojny, głęboki głos, z lekkim zachrypnięciem.
– Został Pan pouczony o procedurach przesłuchań członków rodziny?
– Tak.
Pada kilka formalnych pytań, a potem, pod okiem mistrzów eliksirów, otrzymuje Veritaserum. Rzeczywiście bez smaku, kwituje, przeciągając językiem po górnej wardze. Następne pytania są trudniejsze, musi się skupić i wie, że nie skłamie, choćby bardzo chciał.
– Czy w nocy z 27 na 28 sierpnia 1980 roku był Pan na terenie rezydencji rodzinnej w Aalborg?
– Tak, byłem.
– Czy potwierdza Pan, że Elise Rostgaard, żona Osvalda Gunnara Rostgaarda, urodzona w 1918 roku, była Śmierciożercą?
To nie jest skomplikowane pytanie. Soren o tym wie – już tyle razy na nie odpowiadał, że słowa formułują się same, niemal bez udziału świadomości.
– Tak, Elise Rostgaard była Śmierciożercą.
– Czy potwierdza Pan, że Osvald Gunnar Rostgaard, urodzony w 1909 roku, jest Śmierciożercą?
Mimowolnie myśli o Ulriku, o jego błękitnych oczach i nieśmiałym uśmiechu. O tym słodkim, wciąż jeszcze dziecięcym Ulriku, który opada bezwładnie w jego ramiona i patrzy przeraźliwą pustką. Jedno chybione zaklęcie. To jedno zaklęcie powinno trafić właśnie jego ojca, nie młodszego brata.
Otwiera usta i ma gotową odpowiedź, ale nagle widzi Maren. Malutką, drżącą Maren, tak małą, że można ją trzymać w jednej ręce. Tak małą, że Czarny Pan, Mroczny Znak i aurorzy nie powinni zniszczyć jej życia.
Veritaserum piecze. Pierwszy raz piecze go tak mocno, ale stara się zebrać słowa. Przecież nie wie, nigdy nie widział. Nie powinno tak piec i plątać języka.
– Nie, Osvald Gunnar Rostgaard nie był śmierciożercą.

*
Londyn, 1 września 2000 roku

Maren,

Wiem, że żądasz przede wszystkim wyjaśnień za te niemal dwadzieścia lat ukrywania prawdy. Dlatego, jako Twój brat i prawny opiekun, czuję się okropnie z myślą, że muszę Cię rozczarować. Nigdy nie chciałem zawieść Twojego zaufania, dlatego prościej było mi milczeć, aniżeli rozmawiać na tematy, które nigdy nie powinny sprawić Ci przykrości. Na swoją obronę zaznaczę, że przyświecało mi Twoje dobro, ale także poczucie obowiązku względem naszego rodu.
Nasza rodzina skrywa sekrety, które od zawsze były pożywką dla kłamstw. Nie miej za złe ciotce Agnethe, że opisała Ci historię rodziców w najbardziej optymistycznych barwach, jakie potrafiła przywołać. Jeśli prościej będzie Ci obwiniać mnie za swoją wściekłość, śmiało, nie krępuj się. Chociaż sam nigdy nie posunąłbym się do oszustwa, to ponoszę pełną odpowiedzialność za każde kłamstwo, które kiedykolwiek padło z ust ciotki. Wolałem jednak ja najdłużej zapewnić Ci bezpieczeństwo, jakkolwiek zwodnicze by nie było. Pragnąłem by Twoje lata szkolne nie zanieczyściła surowość przekonań ojca i głęboki fanatyzm matki. Gdybyś mnie spytała, czy żałuję, że przez te wszystkie lata urywałem przed Tobą część własnej historii, odpowiedziałbym, że nie. Powiem więcej: gdybym musiał powtórzyć cały ten proces, zrobiłbym to bez wahania.
Wielokrotnie Ci powtarzałem, że Elise była śmierciożercą, ale nigdy nie wspominałem, skąd to wiem. Widziałem jej Mroczny Znak, widziałem także jak dopuszcza się każdego czynu z długiego aktu oskarżenia, opublikowanego przez Wiznegamot. Pamiętasz, jak pytałaś się mnie, dlaczego niemal wyrzucili mnie w 1971 z Durmstrangu? Właśnie przez jej praktyki.
Czego nie jestem w stanie potwierdzić, to przeszłości naszego ojca. Wydaje mi się aż nieprawdopodobne, by ze swoim ślepym zauroczeniem i psim oddaniem Elise, nie przekroczył za nią granic czarnej magii. Niemniej dwadzieścia lat temu, stojąc przez sądem, poddany działaniu Veritaserum, zeznałem, że nie jest śmierciożercą. Znasz oficjalny wyrok sądu, oczyszczający Osvalda z zarzutów. Chciałbym, żebyś uwierzyła w jego prawomocność, tak jak ja. Pomyśl, że to wręcz niemożliwe, by tylu wybitnych czarodziejów dało się zwieść zwykłemu aurorowi.
Pewnie głowisz się dlaczego, mając okazję do wydania ojca, zeznałem zgodnie obowiązkiem krwi. Musisz sobie uświadomić jedną, bardzo ważną rzecz, Maren. Auror, który rzuca niecelne zaklęcie, nie różni się niczym od śmierciożercy. Rzuca klątwę aby zabić. Tamtej nocy uświadomiłem to sobie aż nazbyt dokładnie. Nie różnimy się od siebie; po prostu stoją za nami inne idee, inni przywódcy. A skoro zabijają wszyscy, to czy naprawdę któraś ze stron jest lepsza od drugiej?
Dużo myślałem na swoją przeszłością i decyzjami, które podejmowałem. Analizując wszystko doszedłem do wniosku, że wyciągnąłem stosowną lekcję z błędów rodziców i zrobiłem absolutnie wszystko, byś Ty nigdy nie musiała uczyć się na moich porażkach. Po ukończeniu Durmstrangu miałem kilka możliwości. Mogłem pójść z ślady matki, która i tak wprowadzała mnie w tajniki czarnej magii lub postąpić wbrew wszystkim. Dlatego zdecydowałem się na aurorstwo, a potem na starożytne języki. Nie chcę Cię zachęcać, byś przechodziła wydeptaną przeze mnie ścieżką. Jesteś dobra z zielarstwa, a Twoja wiedza naprawdę pomaga ojcu. Uzdrowiciel w rodzinie nic jej nie ujmuje. Powiem więcej: spotkałem nawet kiedyś uzdrowiciela, który wiele mnie nauczył. Myślę, że odwdzięczyłem się mu jak na Rostgaarda przystało.
Zapytałaś się mnie kiedyś, dlaczego nie pracuję w terenie. Pamiętam Twoje oburzenie, gdy znalazłaś mój dyplom z tytułem profesorskim i zarzuciłaś mi, że z tą wiedzą mógłbym komuś naprawdę dokopać. Prawda jest taka, że więcej mogę zdziałać z katedry niż podczas rzeczywistej walki. Młode umysły można nagiąć do swoich racji – i pokazać im inną drogę. Tak długo, jak młodzież będzie przekonana, że żyjemy w czarno-białym świecie, tak długo prawdziwa szarość pozostanie niedostrzegalna. A właśnie w tej szarości tkwi nasz ojciec. I, po części, ja sam. Ta szarość to wszystkie niecelne zaklęcia, mamrotane przez żółtodziobów w terenie. Ta szarość to po równo śmierciożercy i aurorzy. Tylko Elise była zadeklarowaną czernią.

Pewnie jeszcze tego nie rozumiesz, ale gdy przyjdzie odpowiedni czas, wszystko się rozjaśni.
Będziesz wiedziała, po której stanąć stronie.

S.



11. Zawód: profesor katedry Czarnej Magii na Uniwersytecie Nauk Magicznych, prodziekan ds. studenckich.
12. Stan cywilny: kawaler
*13. Statystyki:
Zielarstwo: 15/100
Eliksiry: 40/100
Zaklęcia Zwykłe: 70/100
Zaklęcia Defensywne: 67/100
Zaklęcia Ofensywne: 70/100
Transmutacja: 20/100
Miotlarstwo: 0/100


+ 20 pkt Śmierciożerca
+ 10 pkt podanie, genetyka magia bezróżdżkowa
+ 2 pkt +2 punkty do statystyki magii z racji rdzenia

Ciekawostki:
Jego wykształcenie przedstawia się natępująco:
1964 – 1971 Instytut Magii Durmstrang
1971 – 1974 Uniwersytet Nauk Magicznych im. Nicolasa Flamela w Londynie, kierunek: Aurorstwo
1974 – 1977 Uniwersytet Nauk Magicznych im. Nicolasa Flamela w Londynie, kierunek: Starożytne języki i liczby
13. Doświadczenie zawodowe:
1974 – 1980 Auror, Członek Brygady Uderzeniowej
1981 – 1983 Adiunkt katedry Aurorstwa na Uniwersytecie im. Nicolasa Flamela w Londynie
1983 – 1989 Profesor Uniwersytetu im. Nicolasa Flamela w Londynie, katedra Aurorstwa
1989 – 1990 Roczny staż w Instytucie Magii Durmstrang na stanowisku: nauczyciel Zaklęć i uroków
1990 – 1993 Łamacz Klątw, sekcja obrony przed czarną magią
1993 – 1994 Roczny staż w Hogwarcie na stanowisku nauczyciel Zaklęć i uroków
1994 – 2000 Nauczyciel Zaklęć i uroków w Instytucie Magii Durmstrang
2000 – obecnie Nauczyciel Zaklęć i uroków w Hogwarcie

– tak, umie w magię bezróżdżkową (patrz podanie niżej)
– jest mistrzem czarnej magii i konsultantem w problematycznych przypadkach forum
Ostatnio zmieniony przez Soren Rostgaard Czw Lut 27, 2020 1:28 am, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Dołączył: 26 Lut 2020
Posty: 11
Wiek: 46 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Bezimienny
Różdżka: morela, 13 cali, świergotnik
Ekwipunek: różdżka, książka zaklęć, piersiówka
Sakiewka: -
Poziom życia: 100%
Wysłany: Czw Lut 27, 2020 1:06 am   


Fight every battle everywhere, always, in your mind.


Dymitr Rozonow lata temu wyciął swoje serce, rzucając je na pożarcie wygłodniałym wilkom, dlatego teraz zapełniał ziejącą po nim pustkę lamentem i depresją uczniów. Czasem nie wystarczała mu czysta rozpacz podopiecznych – potrzebował także ich przerażenia, zgryzoty i rozpaczy. Im bardziej wymyślne tortury stosował, tym więcej negatywnych emocji budził. Był przy tym tak zimny i obojętny, że niektórzy podejrzewali go o wampiryzm. Jakby plotka o wyciętym organie nie wystarczała.
Rozonow uniósł niewidzący wzrok na klasę, lustrując dokładnie każdego ucznia z osobna. Nikt nawet nie drgnął pod ołowianym spojrzeniem nauczyciela – po tylu latach już wszyscy wiedzieli, że jakikolwiek ruch był jednoznacznym sygnałem do ataku. Dymitr nie potrzebował wiele, żeby wybuchnąć. Irytował go każdy przejaw optymistycznej radości, w którym dopatrywał się impertynencji, głupoty i lenistwa. Ostatnio zlał witką uczennicę, gdy ta uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Następnego dnia posłano po jej rodziców, bo, zdaniem dyrektora, Durmstrang nie był miejscem dla niej. Soren tylko raz widział dziewczynę na oczy i rzeczywiście, ten łagodny łuk, w który rozciągały się jej małe, różowe usta, potrafił rozjaśnić cały korytarz.
Do tego bardzo skutecznie wyganiał zimno z zatęchłych murów zamku.
Nic dziwnego, że Rozonow, naczelny malkontent kadry nauczycielskiej i samozwańczy prezydent Republiki Wiecznego Żalu, poczuł, że jego czarny humor jest zagrożony. Przy takiej uczennicy mógłby się jeszcze – nie daj Merlinie – rozluźnić i zaśmiać. A wtedy tytuł wampira trafiłby prosto w szpony nauczycielki eliksirów.
Rostgaard odetchnął cicho, gdy Rozonow skierował swoje paciorkowate ślepia dalej, za jego plecy. Niedowidział, ale miał tak rozwinięty szósty zmysł, że nic mu nie umknęło. Soren wciąż walczył ze sobą, żeby nie zadrżeć: nadciągała zima, a w kominkach, zarządzeniem dyrektora, nie wolno było palić. Wieczorami grzali się z chłopkami przy lewitujących świecach, śpiąc pod dwoma zestawami przyciężkiej kołdry. Za dnia chodzili w długich płaszczach podszytych futrem, w grubych rękawicach z zajęczej skóry, w uszatkach naciągniętych niemal na oczy. Byle tylko nie przeniknąć wszechobecnym zimnem; nie było nic gorszego nić przemarznąć durmstrangowym chłodem. Rostgaard klął się na wszystko, że rok temu tak się zaziębił, że całe lato w Danii przechodził pod wełnianym swetrem. Odtajał dopiero z początkiem roku szkolnego.
– Jesień się jeszcze nie skończyła, a wy już przygnieceni szatami – mruczał pod nosem Rozonow, najwidoczniej niezadowolony, że nikt nie przyciągnął jego wzroku na dłużej. Trzecia klasa, też mi coś, ni to myślał, ni mamrotał niezrozumiale. Zdawał się być zawiedziony, ale nikt nigdy nie miał okazji zobaczyć go w innym stanie ducha. Ktoś kiedyś powiedział, że Rozonow za młodu miał jakiś niezrozumiały błysk w oku i potrafił określić potencjał magiczny ucznia rzucając mu jedno, krótkie spojrzenie zza dziennika. Podobno właśnie on odkrył talent Grindelwada.
Plotka mówiła, że to Dymitr Rozonow wprowadził czarnoksiężnika w arkana czarnej magii.
A inna pokątna wieść głosiła, że na jego zaliczenie trzeba się objeść czosnku, to przepuści dalej, nie przeciągając egzaminu do północy.
– Zgodnie z kalendarzem, jest już zima, proszę psora. – Trudno było powiedzieć, kto był bardziej zaskoczony nagłym naprostowaniem nauczyciela – uczeń ławkę za Rostgaardem, czy Dymitr za swoim potężnym biurkiem.
Soren słyszał, jak kolega za jego plecami głośno przełyka ślinę. Sam wolno wypuścił powietrze, nakazując sobie spokój. Rozonow pochylił się do przodu, wwiercając przyobleczone mgiełką jaskry oczy w Skandynawa.
– Zimno panu? – Nauczyciel zasyczał, a jego krzesło zaskrzypiało, gdy uniósł tyczkowate ciało. – Raczy Pan zdjąć płaszcz, Panie… – Umilkł, spuszczając oczy na pożółkły pergamin na biurku. Soren zacisnął zęby, obiecując sobie, że jeśli profesor go wytypuje, obłoży kolegę klątwą wypadających włosów. – Panie Rostgaard.
Skandynaw dźwignął się do pionu, już teraz czując chłód prześlizgujący się wzdłuż pleców. Nie chciał wiedzieć, jak zimno mu będzie bez futra.
– Wolałbym nie. – Wychrypiał, ale wzrok, który posłał mu nauczyciel nie zrobił na nim wrażenia. Miał matkę, która specjalizowała się w przekazywaniu niewerbalnych komunikatów. Przy niej Rozonow był jak kuguchar w konfrontacji z nundu.
– Nie pytam, co by Pan wolał, Panie Rostgaard. Ściągaj Pan płaszcz i stawaj na środek klasy. – Soren zagryzł język, żeby nie odwarknąć czegoś, co zagwarantowałoby mu kąpiel w lodowatym jeziorze do końca semestru. Rozpiął ubranie, a gdy przewieszał je przez krzesło, syknął do kolegi z tyłu: – Jeśli przeżyję, to cię zabiję.
Tak jak się spodziewał, gdy tylko pozbył się ciepłej warstwy futra, zaraz zacząć drżeć. Ściągnął łopatki, trzymając ręce blisko ciała. Czuł się niemal jak musztrowany żołnierz. Z tym, że wojskowi na pewno nie dygotali jak osika na wietrze.
– A różdżka gdzie?! – Nauczyciel obszedł biurko, strosząc dłonią włosy. Niewidzące oczy ciskały gromy. – Na pojedynek też Pan przyfrunie bez różdżki?
Rostgaard zmełł przekleństwo w ustach, sięgając dłonią po różdżkę. Nie mógł jej wyciągnąć w grubych rękawicach – co oczywiście nie uszło uwadze nauczyciela.
– Tyle, nie żyje Pan. – Machnięciem ręki odprawił ucznia, tracąc nim jakiekolwiek zainteresowanie. – Jeśli przymierza się Pan do płodzenia dzieci, to odradzam. Z pożytkiem dla świata czarodziejskiego powinien Pan pozostać bezdzietny.
Soren zdębiał. Zamrugał, wpatrując się z niedowierzaniem w nauczyciela. W ogóle nie myślał o potomkach, nie wspominając o jakimkolwiek wkładzie w magiczne społeczeństwo. Chciał przejść do następnej klasy i wrócić na lato do rodziców.
– Ale… ale ja mam dopiero…
– Co tam brzęczysz? – Rozonow odwrócił się do niego plecami, wyraźnie dając do zrozumienia, że nawet blat biurka jest od niego ciekawszy. – Że ile masz? Jedenaście? Trzynaście? JA w twoim wieku byłem wielce obiecującą partią, młodzieńcze. Tak obiecującą…
– Przecież nikogo pan nie ma. – Akurat Skandynaw złapał różdżkę, to i pewniej się poczuł. Wyciągnął ją, ignorując drżenie rąk.
Dymitr zgrzytnął zębami i, nim Rostgaard zdążyłby w ogóle pomyśleć o jakiejkolwiek obronie, rzucił w niego wściekłe Ottorius, odrzucając na koniec klasy. Soren gruchnął głucho w ścianę, opadając na kamienną podłogę bezwładnie. Dudniło mu w uszach, plecy bolały na samą myśl o jakimkolwiek ruchu, a w ustach zbierał się nieprzyjemny, metaliczny posmak. Przełknął, unosząc się na wiotkich rękach. Najważniejsze, że różdżka była cała.
Rozonow wydał jakieś polecenie – jego posępny głos rozniósł się po całej komnacie, ale docierał do Sorena z poważnym opóźnieniem. W końcu, dopiero gdy znów stanął wyprostowany przed katedrą, wrócił ćmiący ból.
– Nikogo. – Powtórzył Rostgaard z uporem osła, patrząc odważnie na nauczyciela. Nie wiedział, czy to wstrząs mózgu, czy halucynacja, ale zarejestrował dziwny błysk w oczach Rosjanina.
A potem znów dostał Ottoriusem, nawet mocniej niż wcześniej. Tym razem podnosił się znacznie dłużej, ale nie wymyślił sobie ciszy, która mu towarzyszyła. Klasa całkowicie umilkła, wpatrując się w jego niezdarne, koślawe ruchy.
Dymitr cierpliwie czekał, chociaż mógłby przecież cisnąć w niego klątwą, kiedy tylko odnotował ruch na podłodze.
– Nikogo Pan nie ma i śmie Pan… – nie dokończył, ale spróbował odbić klątwę. Różdżka wyślizgnęła się spomiędzy jego palców, choć urok nie odrzucił go tak daleko.
Znając Rozonowa, przypomniał sobie, że za zabicie ucznia dostanie oficjalną reprymendę od dyrektora.
Albo, co wyklarowało się w umyśle Duńczyka, gdy znów prostował się przed katedrą, unosząc zacięty wzrok na Rosjanina, zaklęcie tarczy zadziałało.
No, zadziałało to za dużo powiedziane, skoro i tak profesor zbił go z nóg, ale przynajmniej nie stracił przytomności.
Za trzecim razem Soren już ledwo trzymał się w pionie. Kołysząc się na boki, próbował zdyscyplinować swoje ciało do jeszcze kilku minut posłuszeństwa.
Dymitr zmrużył powieki i, obracając w palcach magiczne drewno, spoglądał z nieczytelnym wyrazem twarzy na chłopaka. Ruchem dłoni dał znak, że może kontynuować.
– Nikogo Pan nie ma. – Skandynaw przełknął, w końcu rozpoznając metaliczny posmak w ustach. Krew. – I śmie mnie Pan pouczać.
– Nie ma Pan różdżki – odpowiedział nauczyciel syknięciem, marszcząc się szpetnie. – I śmie mi Pan zwracać uwagę?
Po prostu wiedział, że na nogach utrzymuje go wyłącznie duma. Nic więcej – oddychanie zaczynało sprawiać problemy, podobnie jak nagle splątany język.
– Tak – oświadczył z całą mocą i, nim Rozonow znów posłałby w jego stronę zaklęcie odrzucające, padł nieprzytomnie na podłogę.
I dobrze, bo widok nikłego uśmiechu, który wykwitł na wąskich wargach nauczyciela, niechybnie przyprawiłby Sorena o zawał.

Następne zajęcia Czarnej Magii Rostgaard spędził w skrzydle szpitalnym pod cienkim pledem, z nieprzerwanymi dostawami ciepłych ziół, trzynogim widmowym psem u boku i tajemniczymi czarnomagicznymi księgami, które co noc pojawiały się na krześle nieopodal. Miał pogruchotane żebra, zwichnięty bark i strzaskane prawe kolano, ale poza tym, jak to stwierdził ich uzdrowiciel, „czerepu sobie nie obtłukł”. Spróbował też whisky, bo znachor zawzięcie powtarzał, że to mu dobrze zrobi. Poszczypało w gardle, wykrzywiło twarz i wymusiło taki napad kaszlu, że żółte oczy psa wpatrywały się w niego jeszcze długo po.
Chociaż, musiał to uzdrowicielowi oddać, zrobiło mu się minimalnie cieplej.
Keith, jego kumpel, który zaraz po zajęciach przyniósł mu różdżkę, wytrwale spędzał przy nim każdą wolną chwilę. Przyłaził na przerwach, donosząc najróżniejsze wieści. W większości plotki, które bez ładu i składu rozsiewali uczniowie. Większość dotyczyła osoby nauczyciela Czarnej Magii – jednego dnia Rozonow miał odebrać wypowiedzenie z rąk dyrektora, a drugiego otrzymywał awans. Pogłoski o ewentualnej karze za odesłanie ucznia w kawałkach pod opiekę uzdrowiciela, prześcigały się z teoriami o niedługiej emeryturze, objęciu innej katedry czy nawet przejęciu stanowiska kierownika Instytutu. Jedno pozostało niezmienne – po incydencie w klasie, nauczyciel potwierdził swoją reputację szkolnego potwora. Nikt już nie wątpił, że tytuł wampira Durmstrangu bezdyskusyjnie należy do szalonego Rosjanina.
– Karkaroff mówił, że Rozonow miał kochankę, dlatego się tak wkurzył – relacjonował z pełnymi ustami Keith, ściągając chlebem gęsty sos z talerza. – A wiesz, on jest z ostatniej klasy, więc na pewno wie, o czym mówi.
Duńczyk przerzucił stronę książki, upijając łyk bulionu z kubka. Wzruszył ramionami, nie ciągnąc tematu. Jego rodzina znała się z Karkaroffami, zawsze mieli dobre relacje. Z Igorem średnio się dogadywał, ale ten wolał długonogie brunetki, a Soren oglądał się za blondynkami. To rodziło zabawne konflikty, które, obiecali sobie już dawno, rozwiążą za pośrednictwem różdżek.
– Właściwie, to skąd to masz? – Szkot przełknął, oblizując ze smakiem usta. Rostgaard złapał się na tym, że śledzi z fascynacją ruch jego języka. – Możesz chodzić do biblioteki?
Duńczyk parsknął, przymykając tom, ale wcześniej zapobiegawczo wsunął palec między strony, żeby nie szukać potem fragmentu, na którym przerwał. Lektura nie zaliczała się do specjalnie pochłaniających, ale czasem trafiał na ciekawe spostrzeżenia, które zapisywał w swoim pergaminie.
– Przecież ty mi je przynosisz. – Obrzucił kumpla rozbawionym spojrzeniem, ale, widząc jego niepewną minę, zmarszczył brwi. Poruszył się pod kocem, sapiąc, gdy kolano odezwało się na zmianę pozycji bólem. – Myślałem, że są od ciebie.
Rudzielec sięgnął po jedną książkę z krzesła, wertując ją bez zainteresowania. Skakał oczami od strony do strony i, w miarę, gdy wyławiał więcej zdań z tekstu, jego brwi wędrowały wyżej. Zamknął wolumen z cichym trzaskiem, rozglądając się panicznie wokół. Przysunął się do Sorena tak, że niemal właził mu na łóżko.
– One nie są z naszej biblioteki – wyszeptał z niespotykanym przejęciem, wiercąc się na siedzeniu.
– Co? Przecież ty nawet nie wiesz, gdzie mamy bibliotekę. – Zakpił Duńczyk, ale niepokój kumpla zaczynał mu się udzielać. Rzucił okiem na drzwi, jakby spodziewał się, że ktoś ich przyłapie.
– Dla twojej informacji, znajduje się gdzieś we wschodnim skrzydle. – sarknął Keith, ale szybko się skorygował, gdy Rostgaard posłał mu triumfujące spojrzenie. – Zachodnim, znaczy. Oj przestań, każdy wie, że książki są zaczarowane. I mają herb Durmstrangu na stronach, którego nie widzisz, ale wyczuwasz palcami.
Duńczyk musiał przyznać mu rację. Rzeczywiście cały księgozbiór Instytutu opatrzono zaklęciem lokalizacyjnym, dzięki któremu nikt nie mógł wynieść żadnego egzemplarza poza tereny szkoły. Już dawno przestał zwracać uwagę na wyczuwalne na stronach dyskretne znaki, przedstawiające poroże i dwugłowego orła.
Dopiero teraz skojarzył, że żadna z książek, które spoczywały na krześle, nie została oznaczona jako biblioteczne zbiory. Wszystkie egzemplarze pochodziły z czyjejś prywatnej kolekcji. To wiele wyjaśnia, pomyślał, wracając pamięcią do cytatów, które spisywał. Nie były kontrowersyjne, ale też nie odpowiadały aktualnemu podziałowi magii.
– Pewnie ktoś się zgrywa – rzucił bez przekonania, wracając do przerwanej lektury.
Keith, prewencyjnie, odstawił książkę na krzesło, wycierając spocone dłonie w spodnie.

Ostatniej nocy, wpatrując się z stos przeczytanych tomów, Soren nie mógł zasnąć. Wielokrotnie wertował poszczególne księgi, poszukując jakiegoś znaku personalizacji, czegokolwiek, co mogłoby mu wskazać właściciela. Miał kilka pytań, które układał w swojej głowie, hierarchizując poszczególne zagadnienie. Pierwsze było proste: do kogo właściwie należą te monografie? Dlaczego nie wszystkie zostały poprawnie podpisane przez autora?
Jego matka, profesor Uniwersytetu im. Flamela, nigdy nie przepuściłaby takiej pracy. Rostgaard był pewien, że jako promotor była tylko minimalnie bardziej wyrozumiała niż jako matka.
Te nieopisane tomiszcza, wydane na cienkim, kruchym papierze, wyglądały jakby ktoś przechowywał je kilka wieków. Poruszały się co jakiś czas, drapały okładką krzesło. Opowiadały niestworzone hipotezy, broniły niesprawdzonych teorii, opisywały tak nadzwyczajne sytuacje, że Duńczyk zaczynał je rozpatrywać w kategorii literatury fantastycznej. Jedna, jego ulubiona, z pogranicza nauki i fantasy, prawiła o animagii – jej naturze, genezie, potencjale magicznym czarodziejów i możliwymi ścieżkami rozwoju umiejętności. Potem przechodziła gładko w znajomy opis wilkołactwa, który mógł znaleźć w niemal każdym podręczniku Obrony przed Czarną Magią. Przywoływała kilku znanych metamorfomagów i, na koniec, jako zwieńczenie spójnego wywodu, magię bezróżdżkową.
Rostgaard mimowolnie odtwarzał w pamięci słowa autora: „przypisywana wybitnym magom, szczególnie potężnym, których potencjał magiczny sprzyja rozwojowi sztuki zaklęć, jak i charakteru”.
Nie dał rady zwizualizować własnej matki, która czarowałaby bez różdżki. Ojciec, który przecież zasilał szeregi aurorów, też kiepsko się prezentował bez magicznego drewna.
Szybkim ruchem odrzucił od siebie koc, stając na zimnej podłodze. Nie rozglądał się – o tej porze nawet stary uzdrowiciel pochrapywał w swojej maleńkiej sypialni. Trójnogi pies uniósł widmowy łeb, patrząc żółtymi ślepiami. Jego ogon pacnął bezdźwięcznie o podłoże, gdy chłopak otworzył księgę. Przytknął palec do zapisanej strony, wyszukując interesujący go fragment.
– Ruch musi być taki sam, jak z różdżką – powiedział do psa, który tylko podsunął się bliżej. Wyszczerzył kły, co Soren uznał za dobry znak. – Intencja jest najważniejsza, pamiętaj. Intencja i dykcja.
Podszedł niezgrabnie do kufra, w którym uzdrowiciel trzymał przygotowane eliksiry. Whisky chyba też tam wcisnął, ale chłopak nie dałby sobie za to ręki uciąć.
– Chcę ją otworzyć – mruknął do siebie, żeby, zgodnie z przeczytanym fragmentem, przeniknąć swoim zamiarem. Skierował dłonie nad kufer i, bez przekonania, wykonał prosty ruch zaklęcia otwierającego, mamrocząc jednocześnie inkantację. Zamarł z bezruchu, czekając.
Skrzynia nie drgnęła.
Spróbował jeszcze raz, tym razem odważniej – zamachnął się energiczniej, wypowiadając czar głośniej. Wpatrywał się w wieko przez kwadrans, zakładając, że magia ma opóźnienia. Po dwudziestym razie kopnął niewdzięczną skrzynię, zaciskając palce w pięści. Po trzydziestym uderzył drewno otwartą dłonią. Pies, widząc bojową postawę chłopaka, pochylił się na tylnych łapach i warknął z głębi gardła.
Teraz albo nigdy, zadecydował, ustawiając się zdeterminowany przed kufrem. Podwinął rękawy, nie zważając na skostniałe stopy czy przeciąg, który nagle odczuł na gołych kostkach. Odetchnął powoli i z myślą, że musi otworzyć skrzynię, wykonał gest prawą ręką, jednocześnie pozwalając zaklęciu wybrzmieć w skrzydle szpitalnym.
Momentalnie odskoczył, gdy zawiasy zaskoczyły, a wieko podskoczyło w górę. Radość trwała krótko – wystarczyło, że w polu widzenia pojawiła się ciemna, tyczkowata sylwetka Rozonowa. Chłopak miał na końcu języka wyjaśnienia, ale nic nie wydukał, obserwując jak nauczyciel chowa swoją różdżkę do rękawa.
– Twój duński akcent kaleczy zaklęcie – zaznaczył Rosjanin i, taksując Skandynawa pobłażliwym wzrokiem, odszedł, zarzucając czarną szatą.
Pies pobiegł za nim, merdając ogonem z zadowoleniem.
Gdy Soren odwrócił się do łóżka, książek już nie było.


Everyone is your enemy, everyone is your friend.

Pozłacany szyld Gregorovitcha kołysał się lekko na chłodnawym wietrze w Carkitt Market – to odbijał nikłe promienie słońca, które prześwitywały przez nieliczne przerwy między budynkami, to znów ciemniał, niemal całkowicie znikając. Soren wypatrzył znajome logo już z krańca ulicy; jego młodszy brat dostrzegł sklep z różdżkami dopiero, gdy znaleźli się kilka kroków przed przeszklonymi witrynami.
Powiedzieć, że Ulrik był podekscytowany, to stanowczo za mało. Praktycznie wyrywał się z uścisku starszego brata, lgnąc do okna, za którym, w równym rzędzie, ustawiono zużyte różdżki. Przytykając twarz do szyby wpatrywał się jak urzeczony w stare, rozwarstwiające się drewna, podskakując w miejscu. Był jeszcze za mały na zakup swojej pierwszej różdżki – nie przekreślało to jednak jego towarzystwa przy kupnie następnego patyka dla Sorena. Starszy chłopak stanął przy młodszym, sycąc wzrok rozentuzjazmowaniem brata. Młody nie potrafił jeszcze poprawnie artykułować wszystkiego, co rzeczywiście chciał powiedzieć, więc wskazywał palcem wszystkie różdżki, które sięgał wzrokiem i pytał, czy akurat tę wybierze Soren. A ten, jak mantrę powtarzał, że to on zostanie wybrany przez różdżkę nie na odwrót.
– A jak żadna nie będzie ciebie chciała? – spytał smutno Ulrik, odrywając nos od witryny. Starszy Rostgaard zamyślił się głęboko, ale zaraz pokręcił głową.
– Zostanie mi kostur – skwitował ze zbolałą miną, a Ulrik, jak na zawołanie, wybuchnął głośnym śmiechem.
Po prawdzie Soren nie narzekał na kostur, którym obdarowywano każdego z uczniów Durmstrangu. Nadawał się do rzucania prostych zaklęć, ale pełnił głównie rolę reprezentatywną. Po V roku większość uczniów była już na tyle wysoka, by dzierżyć kostury bez notorycznego wykrzywiania na wszystkie strony, ale i tak przeważnie używali ich na oficjalne sabaty. Dwa, góra trzy razy w roku – i na obchody założycielki, kiedy po tańcu, walkach i pokazach ognistych sztuczek, mogli zasiąść do wykwintnej wieczerzy.
Ulrik utożsamiał kostur z kijem od miotły. To zrozumiałe – nigdy nie widział go w akcji, bo Soren swoim zwyczajem zawieszał badyl nad łóżkiem, gdy wracał do rezydencji. Kostur ojca wisiał w honorowym miejscu w jego gabinecie, ale on był wyróżnionym absolwentem Durmstrangu. Otrzymał na pożegnanie zdobiony kostur, ze złotym, dwugłowym orłem na szczycie.
W końcu najmłodszy Rostgaard pozwolił się odciągnąć od szyby, by zniknąć między regałami po zamknięciu drzwi sklepu. Gregorovitch powitał ich mętnym spojrzeniem czarodzieja, który był już za stary na bieganie za dziećmi po własnym lokalu, a jednocześnie zbyt młody, by narzekać na wychowanków rodziców swojego pokolenia. Skandynaw przeszedł od razu do rzeczy, zerkając przez ramię na młodszego brata, który – chwała Merlinowi – był za niski, by dosięgnąć któregokolwiek pudełka.
– Muszę zakupić nową różdżkę – poinformował sprzedawcę, napotykając złośliwe spojrzenie zza siwiejących, krzaczastych brwi. – Stara…
– Stara, zakupiona rok temu, pewnie się „popsuła”, hę? – Gregorovitch zacmokał głośno, kręcąc powoli głową z rozczarowaniem. – Nie szanujesz ty różdżek, w ogóle. Machasz nimi na prawo i lewo, łamiesz całkiem solidne drewno!
Soren dyplomatycznie milczał, co jakiś czas oglądając się przez ramię na jasną czuprynę Ulrika. Nawet nie mogąc doskoczyć do regałów z różdżkami, był zachwycony samym faktem swojej obecności w podobnym sklepie.
– Tylko ty jeden tak często wymieniasz różdżki, a zaopatruję niemal wszystkich uczniów Durmstrangu. – Przemyciwszy rekomendację własnych wyrobów, mężczyzna wyciągnął przed siebie dłoń. – No, już, już. Oddaj coś zniszczył.
Rostgaard naprawdę doceniał, że Mykew nie zadawał przesadnie wiele pytań. Jego różdżki były wytrzymałe, ale nie układały się wygodnie w dłoni. Solidne wykonanie i upodobanie do naturalnego wyglądu, nie pozwalały Gregorovitchowi na dodawanie rączki. Miał jednak to do siebie, że nie stał w miejscu – prosił, żeby klienci przynosili zużyte różdżki. Mógł w ten sposób zbadać, jak starzeją się rdzenie, jak zużywają poszczególne komponenty. I, co chyba najważniejsze, w jaki sposób się psują. Raz nawet, przejęty dokonanymi przez Sorena zniszczeniami (to naprawdę był wypadek – skąd Rostgaard mógł wiedzieć, że różdżka nie podoła zaklęciu tarczy przechodzącemu zaraz w gwałtowne zaklęcie ofensywne?), pożyczył mu zbiór swoich publikacji na temat rdzeni różdżek.
Położył w dłoni sprzedawcy połamany patyk – w sumie cztery kawałki głogu, o jasnym rdzeniu włosa z ogona jednorożca. Mykew wyglądał, jakby Soren właśnie wskoczył na grób jego matki i zaczął namiętnie stepować. W trakcie ceremonii pogrzebowej.
– Chyba wypaczyło ją zaklęcie – zaczął po chwili przedłużającej się ciszy, bo wzrok sprzedawcy pochmurniał z każdą minutą. – Ale jeszcze mnie osłoniła – obronił różdżkę, w gruncie rzeczy naprawdę z niej zadowolony. Nie służyła mu zbyt długo, ale ostatnimi czasy… bardzo zintensyfikował jej użycie. Rozonow dbał, by jego nowy podopieczny nauczył się rzucać zaklęcia w każdej sytuacji.
I z różdżką, i bez niej.
– To twoja trzecia różdżka. – Mykew zamknął dłonie na szczątkach patyka, przykładając je do piersi. Wydawał się głęboko zamyślony, jak zwykle, gdy analizował własny asortyment. – Kolejna i trudniej będzie o znalezienie odpowiedniej.
Soren nic nie odpowiedział; przeczuwał, że prędzej czy później usłyszy to od wytwórcy różdżek. Czarodzieje zużywają różdżki, to oczywiste. Czasem w kilka, a czasem w kilkadziesiąt lat. Ale nie zmieniają ich jak kobieta rękawiczki.
Nie łudził się, że do momentu, gdy każda różdżka się na niego wypnie, on opanuje magię bezróżdzkową. Miał ledwo siedemnaście lat i, po intensywnych lekcjach z Rosjaninem, jedno na pięć rzucanych zaklęć bez pomocy różdżki, rzeczywiście się powodziło. Efekty były różne – raz udało się wyczarować lekki odrzut przeciwnika w trakcie walki, a innym tylko muśnięcie lekkiej bryzy. Obojętnie ile czytał, ćwiczył i machał patykiem – Rozonow wciąż go strofował, sprowadzał do parteru i jeszcze dociskał butem, tak dla pewności. Rostgaard obiecywał sobie wtedy solennie, że to ostatni raz, gdy ląduje tak nisko.
A nie mijało kilka minut, gdy znów leżał twarzą w podłodze.
– Radzę się zastanowić, kim jesteś, chłopcze. Inaczej marnie widzę szukanie różdżki. – Mykew nie odmawiał świadczenia usług, ale jednoznacznie dawał do zrozumienia, że bez współpracy ze strony czarodzieja, nigdy nie znajdą odpowiedniego towarzysza do czarów.
– Przecież wiesz, kim jestem. Jestem Soren Rostgaard, syn Osvald–
– Ja wiem. A ty?
Chłopak cofnął się o krok, śmiertelnie urażony. Już otwierał usta, by wygłosić znaną formułkę, gdy coś w lewej alejce sklepu zadygotało i zwaliło się z głośnym stukotem, unosząc wokół wirujący kurz. Ulrik!, pomyślał z przerażeniem Soren i rzucił się do alejki, ale sprzedawca zastawił mu drogę. Jak na siwiejącego maga, który głównie dłubie w drewnie, był nadzwyczaj silny. I uparty. Stanął tak, że uczeń Durmstrangu nie mógł go obejść – nie wspominając o wychyleniu przez ramię i zerknięciu profilaktycznie na zasięg szkód.
– Kim jesteś, chłopczyku z bogatego domu? – Dziwny akcent Gregorovitcha przykuł uwagę chłopaka. Odruchowo prześlizgnął dłonią po płaszczu, ale nie natrafił na znajome wybrzuszenie różdżki. Pierwsza szpila paniki wbiła się w jego myśli, przyśpieszając oddech.
Mykew uśmiechnął się szpetnie, ukazując rząd białych zębów.
Ulrik jęknął w tle, a wyczulony słuch starszego brata odnotował wyższe, piskliwie nuty. Młody wkrótce zamierzał dać koncertowy popis swoich zdolności wokalnych. I na pewno usłyszą go wszyscy na Pokątnej – a może i w całym Londynie, jak się postara.
– Przejdź – warknął wściekle Soren, napierając na sprzedawcę. Mężczyzna drgnął, ale natychmiast zaparł się nogami. Przypominał murowaną ścianę – kompletnie niewzruszoną dla gołych rąk. – Rusz się albo cię przesunę.
– Jak, dzieciaku? Moim głogiem, 11 cali, z włosem z ogona jednorożca? – Zripostował czarodziej, groźnie marszcząc brwi. – Sztywna, chyba zbyt sztywna.
– A żeby cię feniks popieścił. – Rostgaard zamachnął się, ale jego pięść natrafiła na twardy blok. – Ulrik? Ulrik, wszystko w porządku?
Odpowiedział mu przydługi jęk, stłumiony przez pudła.
– Przejdź pan, bo jak matkę kocham…
– Oby nie jak twój ojciec, bo to byłoby niezdrowe.
Tym razem pięść Duńczyka dosięgnęła celu, lądując w akompaniamencie chrzęstu łamanej kości na twarzy sprzedawcy. Mykew cofnął się o kilka kroków i Soren, napierając, niemal zobaczył czubek jasnej głowy Ulrika, wystający zza tafli pudełek. Niestety sam nieco się zachwiał i dostał łokciem w szczękę. Dopiero gdy Gregorovitch poprawił pięścią, przed oczami chłopaka stanęły gwiazdy.
– Wynocha z mojego sklepu, szczylu. Nie będzie mi byle kto…! – Odgrażał się mężczyzna, machając przed nosem Duńczyka zaciśniętą dłonią. Ulrik zakrztusił się pierwszym spazmem powstrzymywanego płaczu.
A jego brata trafił szlag.
– Słuchaj, ty przeklęty dziadygo – warknął w jego stronę, nie odrywając od niego zimnego wzroku. – Jestem Søren Víðarr Rostgaard i nie interesuje mnie, co myślisz, że wiesz na mój temat. – Pochwycił go za klapy marynarki, unosząc lekko. – Kazałem ci się przesunąć. Ottorius! – Sam nie wiedział, dlaczego wykrzyknął zaklęcie, ale cholernie chciał przesunąć tego starca na drugi kraniec sklepu i w końcu sprawdzić, czy z Ulrikiem wszystko w porządku.
Nie zarejestrował, że Mykew rzeczywiście wylądował na ścianie, dopóki sam nie przykucnął przy blondynie, wyławiając go ze stosu kartonów. Młody miał lekkiego siniaka i przetarte dłonie, a poza tym wyglądał, jakby się przeturlał po strychu w Aalborg. Kilka razy. Ostatecznie tylko pociągał melodramatycznie nosem, gdy, już w ramionach brata, opuszczali sklep Gregorovitcha. Mykew powiódł za nimi zadowolonym spojrzeniem, pocierając dłonią tył głowy.
– Nie wspieram konkurencji, ale idź do Ollivandera – doradził im na odchodne, otrzepując marynarkę z kurzu. – Ma dobrą serię z morelą, coś dla siebie znajdziesz. – Mówił to nad wyraz spokojnym tonem, jakby codziennie dostawał w nos od klientów. Albo przepychał się z nimi w alejkach sklepu. – A, i nie chcę pana więcej widzieć, panie Rostgaard.
Żegnał ich ze skrzywionym uśmiechem i cieniem sympatii na dnie starych, mętnych oczu.

Ollivander spotkał się z nieopisanym, dziecięcym zauroczeniem. Ulrik był nim urzeczony – począwszy od koronkowych mankietów koszuli, po elegancko upięty żabot, na zawartości kieszeni szaty kończąc. Gdyby Soren zaczął przepraszać za wszędobylskie, ciekawskie łapska młodszego brata, zeszłoby im się pewnie w sklepie do wieczora. Czekały ich jeszcze zakupy podręczników i poszukiwania miotły, na której widok Duńczyk nie dostałby mdłości.
Trudno było powiedzieć, jak starszy czarodziej podchodził do Ulrika. Z jednej strony przesuwał go na swojej ladzie jak nieprzydatną lampkę, a z drugiej trzymał zaraz na rękach, gdy Soren testował podsuwane różdżki.
Generalnie traktował Ulrika jak zwierzątko. Urocze, ale nieprzydatne.
Po czwartej nietrafionej różdżce, która zbiła Ollivanderowi wazon, sprzedawca fuknął.
– Wyglądem przypomina Pan ojca, ale pasje dzieli Pan z matką – orzekł głosem nieznoszącym sprzeciwu, przekładając blondyna z jednej dłoni w drugą, gdy grzebał pośród regałów.
Gdyby tak Rostgaard zapomniał młodszego brata, Garrick zapewne jakoś by się do niego przyzwyczaił.
– Myślałem, że rodzice zaopatrywali się u Gregorovitcha. – Mruknął, nieco zawiedziony nieszczerością rodzicieli. Ollivander już na wstępie powitał delegację duńskiej rodziny skróceniem kariery różdżek do trzeciego pokolenia wstecz.
Uwzględnił nawet siostrę matki, Agnethe.
– Swego czasu pański ojciec korzystał z jego usług. Na początku, bo Durmstrang jest na tyle surowym miejscem, by wymagać dzikich, nieokrzesanych różdżek. – Wyjaśnił, przemykając długimi palcami po starych etykietach pudełek. – Ale pańska matka zawsze przylatywała właśnie do mnie. 11 cali, cis, z włóknem z serca świergotnika. Poręczna, choć marudna. – Olivander odpłynął na moment, a widząc uniesione brwi ciemnowłosego, pośpieszył z wyjaśnieniem. – Różdżka, nie pańska matka.
Soren chrząknął, mrucząc coś w pogranicza: „no tak” i „ciekawe”.
To Ulrik podał mu pudełko z różdżką, pod bacznym okiem sprzedawcy.
– 13 cali, morela – zaczął Ollivander, machnięciem ręki odganiając pulchne łapska Ulrika od ozdobnej broszki przy żabocie.
Nie dokończył – Rostgaard podniósł różdżkę, pierwszy raz czując zamknięty obieg energii. Zaczynała się na czubku różdżki, przechodziła przez całe ciało i wracała przez rączkę do krańca magicznego drewna. Poderwał dłoń do góry, a cichy świst zdradził rdzeń.
– Świergotnik – wyszeptał Soren, bo z żadnym innym dźwiękiem nie był tak zaznajomiony, jak z pogwizdem różdżki matki, gdy ta rzucała zaklęcia.
– Mówiłem. Pasje po matce.
Chłopak nie zrozumiał dokładnie, o co chodzi, ale był zbyt przejęty, by korygować Ollivandera.
Przecież eliksiry w ogóle go nie interesowały.
 
     
Dołączył: 26 Lut 2020
Posty: 11
Wiek: 46 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Bezimienny
Różdżka: morela, 13 cali, świergotnik
Ekwipunek: różdżka, książka zaklęć, piersiówka
Sakiewka: -
Poziom życia: 100%
Wysłany: Czw Lut 27, 2020 1:13 am   


Every possible series of events is happening all at once.


Tym razem powrót do domu był inny.
Ulrik co prawda, rzucił się na brata, ojciec spojrzał przychylniej z fotela, a matka posłała mu jeden, protekcjonalny uśmiech, ale coś w ich postawach było nie takie, jak zwykle. Osvald zdawał się być bardziej wyciszony, a Elise przesadnie wyprostowana. We dwójkę stanowili tak zgrany zespół aktorów, że Soren nie wątpił, że zdradzają się wyłącznie dla niego.
– Nie męcz brata, Ulrik, przecież wiesz, że źle znosi zaklęcia deportujące. – Blondynka płynnie zsunęła się z fotela i, z niespotykaną czułością ucałowała policzek męża, by zaraz wyciągnąć otwarte ramiona ku najstarszemu z synów. – Dobrze cię widzieć w domu.
Chłopak patrzył na nią niewzruszenie tak długo, aż sama pokonała dzielącą ich odległość, otulając go ciasno ramionami. Uścisk wypadł dość niezgrabnie – Soren nie dostawił kostura, Ulrik wczepił się w jego nogę, a kufer, o który się oparł, zatrzeszczał, gdy Elise ich przechyliła. Ojciec skwitował ten pokaz głębokim westchnieniem, bardziej zaabsorbowany Prorokiem Codziennym niż pielęgnowaniem rodzinnych więzi.
– Podobno poparłaś Czarnego Pana – syknął, w końcu obejmując ją dłonią w talii. Nie pozwolił się jej wyszarpnąć, więc potraktowała go wdzięcznym, perlistym śmiechem.
– Cały ród poprał politykę Czarnego Pana – wyszeptała mu wprost do ucha, składając na policzku delikatny pocałunek. Uśmiechnęła się przy tym diabolicznie, odsuwając na wyciągnięcie ręki. Zmierzyła syna oceniającym wzrokiem, a chłodny błękit jej oczu przywołał nieprzyjemny dreszcz.
– Masz za sobą długą podróż. Wypocznij. Porozmawiamy przy obiedzie. – Zaserwowała mu swoje ulubione kłamstewko, całując na odchodnym w drugi policzek. Kucnęła, by odczepić Ulrika i przenieść ze sobą na fotel. – Skrzaty cię obudzą.

Nie obudziły go skrzaty – zrobiła to Elise. Przydługim, upiornym jękiem, który mroził krew w żyłach i momentalnie spinał całe ciało. Soren, wyposażony w różdżkę, zszedł na dół, skradając się do jasnej smugi światła, która wychylała się płochliwie zza niedomkniętych drzwi.
Obrazek jak z koszmaru – krew spływająca po nogach stołu, matka rozłożona bezwładnie na blacie, ojciec pochylony nad nią, całujący żarliwie jej wilgotne czoło i Czarny Pan naprzeciwko, z oczami jak wąż i głosem z pogranicza syku. Chłopak cofnął się o krok, bo przecież już to widział. Już raz Elise miała wypalany znak wierności Lordowi Voldemortowi; już raz Osvald był z niej dumny i już raz Soren stanął twarzą w twarz z Czarnym Panem i…
– Avada… – Głos przeszedł w długi syk, a chłopak, nawet przykładając dłonie do uszu, wciąż go słyszał. Pod zamkniętymi powiekami pojawiło się zielone światło i Soren zaczął zaprzeczać, bo nie, to nie było tak, Czarny Pan przecież nikogo wtedy nie zabił, wtedy…
Wyrwany ze snu chłopak zamarł, podciągając się pod ramę łóżka. Skopana pościel wylądowała na podłodze, poduszka była morka od potu, różdżka skrzyła się za każdym razem, gdy po nią sięgał. Nie potrafił złapać oddechu – nie był w stanie się uspokoić. Rozgorączkowanym wzrokiem przeskakiwał po nieznanych konturach mebli, palce zaciskał na prześcieradle i próbował namierzyć dzikie dudnienie, które niemal rozsadzało mu czaszkę.
Dopiero gdy opanował oddech zorientował się, że bębnienie w uszach to jego własne serce.
Opadł na łóżko dopiero po kilkudziesięciu minutach, oddychając miarowo, patrząc bezmyślnie w sufit sypialni. Przypomniał sobie dokładnie, jak się tu znalazł – przyjechał cztery dni temu – co tu właściwie robił – miał wakacje – i dlaczego to, co zobaczył było przede wszystkim koszmarem – bo pamiętał ten moment inaczej. Podsumował się kilka razy w myślach, zginając i prostując palce, wsłuchując się w nocną ciszę.
Syk, który usłyszał z okolic podłogi sprawił, że zamarł. Dźwięk, który narastał, zniecierpliwiony, leniwie się unosił, jakby jego źródło prześlizgiwało się wyżej. Umilkł dopiero, gdy Soren odwzajemnił spojrzenie ogromnego węża. Gad rozwarł paszczę, Rostgaard przyciągnął różdżkę i… pojawił się Osvald, z krańcem drewna rozświetlonego zaklęciem Lumos. Wąż momentalnie zsunął się na podłogę i prześlizgnął się między nogami seniora rodu, znikając w ciemności.
– Już czas, Vidar. Nie wolno ci się spóźnić.

Czarny Pan nie pojawił się osobiście – co Soren przyjął z ulgą większą niż obietnicę Rozonowa, że nigdy go z premedytacją nie zabije – ale wysłał zaufanego śmierciożercę. Typ był mieszanką eleganckiego dostojnika z przeciętnym drwalem, który przeszedłby Amazonkę uzbrojony wyłącznie w siekierę.
Zaczęło się całkiem niewinnie – rzucił w chłopaka kilka zaklęć, które ten mógł z łatwością ominąć, bez konieczności sięgania po własną różdżkę. Zakaz czarów poza obrębem szkoły zdjęto z Sorena już kilka miesięcy temu, ale do tej pory nie miał okazji wystosować żadnego czaru poza murami Durmstrangu.
Szybko się okazało, że dał się podpuścić – odpowiedział dwoma celnymi zaklęciami, zawężając krąg pojedynku. Robił dokładnie to, czego nauczył go Rosjanin: jeśli masz przewagę, przyj do przodu, zmniejszając odległość. Większość zaklęć, które mogłyby skończyć walkę, odrzucały oponenta w tył, gwarantując kilka cennych minut na ucieczkę. Z tej złotej zasady Duńczyk chciał skorzystać.
Wszystko poszłoby idealnie, gdyby nie drugi śmierciożerca, który, zaatakował Sorena od tyłu. Ciemnowłosy uniknął pojedynczego zaklęcia, ale seria, którą zaserwował mu duet przeciwników, był ponad jego siły. Obracał się, odpowiadał klątwami, przeskakiwał, turlał się po ziemi. Jednego potraktował pięścią, drugiego podciął. I tak przegrał, ale przynajmniej zażarcie się bronił, nie ustępując im pola.
– Spodziewałam się czegoś więcej – odezwała się Elise, przekładając w dłoni swoją różdżkę. Osvald za nią również nie wydawał się przesadnie zadowolony z wyniku starcia. – A teraz bez różdżki.
W jednej chwili dwa świergotniki zaświszczały, odbijając zaklęcia. Różdżka Elise wylądowała u jej stóp, podczas gdy syn wciąż mocno zaciskał palce na swoim drewnie.
Soren nie wątpił, że gdyby nie szok wywołany własną obroną, ojciec nie rozbroiłby go tak łatwo.

Wakacje okazały się zabójczo schematyczne i dokładnie rozplanowane. Dnie Soren spędzał w bibliotece, sporadycznie pokazując się bratu, a nocami ćwiczył – najczęściej z ojcem, rzadziej z matką i, raz w tygodniu, ze śmierciożercami, których imion i tak nie spamiętywał. Nie potrzebował żadnej dodatkowej motywacji – nikt nie musiał się zniżać do szantażu, gróźb czy złudnych obietnic. Rostgaard sam stawiał się o północy w wyznaczony miejscu i wyjątkowo rzadko wracał o własnych siłach. W pierwszym miesiącu wygrał dwa razy, w następnym cztery. Może i uzależnił się od adrenaliny, którą gwarantowały ćwiczenia, może ból fizyczny determinował go bardziej niż jakiekolwiek obelgi, słowa otuchy czy gesty dumy. Było niemal jak na zajęciach Czarnej Magii. Z tym, że lekcja dobiegała końca po godzinie, a w skrzydle szpitalnym czekało na niego zaścielone łózko, ziołowa herbatka z prądem i trójnogi pies. W domu mógł liczyć na zdegustowany wzrok matki, milczącego ojca i nadzwyczaj aktywnego brata, który nie rozumiał, dlaczego nie może skakać po gojących się żebrach brata.
W domu była także biblioteka, w której szperał, węszył, szukał – pochłaniał stare książki liberalnych czarodziejów, odnotowywał zapomniane zaklęcia, odświeżał psychologiczny aspekt uroków. Znalazł też jeden tom poświęcony klątwom manipulacyjnym, które skutecznie zwodziły umysł i ujawniały intencje drugiego czarodzieja.
Poznał styl walki rodziców, nauczył się ich ulubionych uroków, preferowanego rodzaju inkantacji i mocnych stron, identyfikując słabsze. Ojciec walczył honorowo i to on wpajał mu, żeby każdy pojedynek kończył z przeciwnikiem wciśniętym w ziemię. Styl Osvalda był typowo ofensywny – napierał, walczył, nie cofał się, nawet gdy musiał wystosować tarczę. Rzucał zaklęcia fizyczne, których efekty były od razu widoczne. Matka miała inną technikę – niepozorna i złośliwa, potrafiła płynnie przeskakiwać od jednego stylu walki, do drugiego, wymykając się określonym schematom. Jednocześnie Elise wszystko kalkulowała, przewidując ruch przeciwnika. To od niej Soren nauczył się zimnej analizy oponenta, żonglowania podejściem i błyskawicznej reakcji na niespodziewane.
Dwa miesiące intensywnego treningu to za mało, powiedział matce na pożegnanie, a ta odpowiedziała wszechwiedzącym uśmiechem. Kto powiedział, że to koniec?, spytała czule, mrugając kokieteryjnie rzęsami. Ojciec ten jeden raz uściskał syna na pożegnanie, przedłużając moment rozstania.
Elise miała rację – w Durmstrangu czekał na Sorena Rozonow. I zapowiedział już na wstępie, że przed pojedynkiem Rostgaard miał oddawać różdżkę.
Za każdym razem, gdy Soren zwijał się z bólu, lądował na podłodze, uderzał w ściany i tracił przytomność, Rosjanin miał dla niego jedno, jedyne lekarstwo, które zrywało obolałe ciało, budziło ogień w gasnącym spojrzeniu i buzującą energię w żyłach.
– Bez różdżki jesteś jak mugol – nieprzydatny i do zabicia.
W pewnym momencie Rostgaard przekonał się, że we wszystkich plotkach tkwi ziarno prawdy. Dymitr Rozonow naprawdę nie miał serca.
I zrobił wszystko, by wyrwać je z piersi Skandynawa do końca swojej kadencji w Durmstrangu.


Live that way and nothing will surprise you.

To ojciec powiedział, że pierwsza Avada, którą wypowie, zmieni go nie do poznania. Soren długo się nad tym zastanawiał, rozkładając wszystkie trzy Zaklęcia Niewybaczalne na czynniki pierwsze. Analizował je na każdy możliwy sposób, przysłuchując się słowom matki – przeważnie była zadowolona ilekroć rzucała Niewybaczalnym – by zaraz porównać je ze zdaniem ojca. Osvald zwykle odpowiadał po dłuższym namyśle: nie, wolałby uniknąć tak ostatecznych zaklęć. Z drugiej strony to on miał za sobą epizody czynnego ratowania życia innych. Elise mogła co najwyżej sporządzić odtrutkę na wcześniej przyrządzoną przez siebie truciznę.
– Te klątwy naprawdę zmieniają, Vidar. – Osvald zaciągnął się w fotelu fajką, pykając nią z wprawą. Po salonie rozniósł się zapach ziół. – Nie ma w nich nic przyjemnego.
Syn uniknął przenikliwego wzroku ojca, wpatrując się obojętnie w płomienie.
– Niektórzy zasługują na śmierć – usłyszał swój głos, nim ugryzł się w język. Nie odrywając ziemnego spojrzenia od ognia, zaciągnął się gryzącym zapachem tytoniu. Z kominka buchało ciepłem, podczas gdy Rostgaard czuł jak kostnieją mu z chłodu palce. – Nie zmienisz tego.
– Nie, nie zmienię. – Podjął mężczyzna, nieprzerwanie wwiercając świdrujące spojrzenie w rozmówcę. – Ale ty także nie.
Soren odwrócił się po dłuższej ciszy, odwzajemniając palący wzrok. Ma moje oczy, pomyślał mimochodem Osvald, spoglądając prosto w lustrzane odbicie własnych tęczówek. Brudny popiół, tak je określali na przestrzeni wieków. Genetyczna wada Rostgaardów, znak charakterystyczny rodu. Podobno Merlin miał dokładnie takie same oczy – Osvald nawet próbował kiedyś udowodnić, że jego ród wywodzi się w prostej linii od legendarnego czarodzieja.
– Na twoim miejscu nie byłby tego taki pewien, Gunnar. – Chłopak dźwignął się na równe nogi z fotela, zostawiając rodziciela w stanie rosnącego niepokoju.

Nie przyjął Mrocznego Znaku, ale na zadanie się zdecydował. Doskonale wiedział, że będzie inwestycją, nie wojownikiem na pierwszej linii frontu. Voldemort zlecił mu co prawda zabicie rodziny mugoli, ale Rostgaard traktował to bardziej jako test, aniżeli wyznacznik misji, jaką przypisze mu Czarny Pan. Ponieważ oficjalnie nie zasilał szeregów śmierciożerców, był traktowany jak dodatek. Wiedział dostatecznie dużo, by wykonywać proste zlecenia, ale zbyt mało, by wydać się pożytecznym.
Zresztą, miał dopiero 20 lat. Nie był nawet pionkiem w tej grze – przypominał bardziej rezerwę, coś, co być może uda się wkrótce wykorzystać.
Dlatego zdziwił się, gdy otrzymał wezwanie. Studiował aurorstwo i, chociaż narzekał na jakość przekazywanej wiedzy i jej pospolitość, zachowywał uwagi o łagodnym traktowaniu studentów dla siebie. Widocznie nikt inny nie oczekiwał, że profesor wejdzie do sali i zacznie typować z audytorium skazańców na pokazowy pojedynek. Czasem Soren przysiadał nad podręcznikami w bibliotece i, przesuwając znudzonym wzrokiem po zapisanych stronach głowił się, gdzie nauczyciele pokroju Rozonowa czy Elise, którzy nie szczędzili słów krytyki i nagradzali umiarkowaną pochwałą prawdziwe osiągnięcia podopiecznych.
Rozwiązaniem zagadki okazała się Madeline Veluion, która uczyła poprawnej dykcji i ekspresji zaklęć. Nie wspominając o tym, że przychodziła prosto z Biura Aurorów, by wykładać na uniwersytecie i wbijać tępym głowom elementarną widzę.
Jej zajęcia były jedynym, na które Rostgaard rzeczywiście się uczył. I niejednokrotnie odnosił wrażenie, że mógłby przewertować wszystkie książki z uczelnianej bibliotece, a profesor Madeline i tak zgięłaby go w żurawia z papieru. Miała niesamowitą dykcję, niezwykły talent oratorski i kompletnie ignorowała książkową teorię, polegając na praktyce.
– Praktyka – mówiła głośno, maszerując po klasie. – To jedyna gwarancja przetrwania. Śmierciożercy nie zabijecie książką!
Miała jednak pewną wadę, rysę, przez którą początkowe uwielbienie Rostgaarda stygło, przekształcając się w chłodny szacunek. Nie przynosiła rozwiązania problemu Czarnego Pana. Powielała jego schematy, pod sztandarem Ministerstwa Magii.
– Soren Rostgaard, tak? – Rzuciła niespodziewanie w trakcie wykładu, gdy wypomniał zaskakujące podobieństwo obu przyjętych ideologii. Zmierzyła go wzrokiem, a w jej zielonych oczach rozbłysło zrozumienie. – Twoja rodzina wspiera Czarnego Pana.
Skinął w milczeniu głową – następnego dnia otrzymał sowę, że ma się u niej natychmiast stawić. Nieuzbrojony.

Rzuciła w niego zaklęciem już w chwili, gdy otworzył drzwi. Po latach spędzonych na walce z aurorem i nauczycielem Czarnej Magii nie spodziewał się po niej tak niecelnej klątwy. Odpowiedział Drętwotą, ale niewiele wskórał. Może i ofensywnie nie potrafiła go z miejsca roznieść w pył, o tyle defensywnie nie miał z nią szans.
Z impasu zdali sobie sprawę po godzinie zaciętej walki – i Rostgaard dziękował matce za surowe wychowanie, pozbawione cieplejszych uczuć, bo inaczej nie ukrywałby prawdziwych emocji tak skrupulatnie. Fakt, że nie okazywał po sobie zmęczenia i przejmującego strachu sprawił, że Madeline się zawahała.
– To nie ma sensu. – Przemówienie aurorce do rozsądku graniczyło z cudem, ale Soren i tak spróbował. – Nie jestem śmierciożercą.
Podwinął rękaw, żeby pokazać czystą skórę lewego przedramienia. Pozwolił kobiecie rzucić zaklęcie odkrywające, a gdy na jego ciele nie wykwitł Mroczny Znak, ostrożnie przeniósł ciężar ciała ze słabszej, prawej nogi nalewą. Na wszelki wypadek.
– To dokładnie coś, co powiedziałby śmierciożerca! – wykrzyknęła tryumfalnie i, nim cisnęła w niego klątwą, rozbroił ją.
Zaraz potem Veluion rozbroiła jego. Bez różdżki.

Madeline przeturlała się na łóżku, wodząc dłonią po pościeli. Skrzywiła się, gdy napotkała chłód prześcieradła. Uniosła się zaraz na łokciach, by zmierzyć studenta urażonym wzrokiem. Nawet na nią nie spojrzał, przeglądając jej ulubione książki.
– Wszystkie są po francusku – rzucił po chwili, bo wyczuwał świdrujące spojrzenie aurorki, a sam nie miał na czym zawiesić oczu.
– Co z ciebie za czystokrwisty bez francuskiego? – prychnęła, wyślizgując się z kołdry. Soren ocenił ją dyskretnie, koncentrując się na wąskiej talii i pełnych, brzoskwiniowych ustach. Ładna, dojrzała brunetka z ciekawym pieprzykiem tuż nad lewym kącikiem warg.
– Znam rosyjski – rzucił, przerzucając strony.
– To lepiej naucz się francuskiego, jeśli chcesz je wypożyczyć – wymruczała, wskazując na pobliskie biurko. Rostgaard dołożył wszelkich starań, by nie patrzeć na jej rozchylone zachęcająco uda.
– Mówiłaś, że mój ojciec zabił twojego.
– I tak nigdy go nie lubiłam. – Wzruszyła ramionami i dała się pociągnąć do przydługiego pocałunku.

Madeline Veluion zginęła w zasadzce przygotowanej przez śmierciożerców. Rostgaard zadbał o wszystkie jej książki traktujące o magii bezróżdżkowej. Nie lubił francuskiego i często dłużej się zastanawiał zanim cokolwiek powiedział w języku paryżan, ale był czystokrwisty. Odebrał właściwe wychowanie – dlatego, ze słownikiem specjalistycznym języka francuskiego pod pachą, otworzył w pokoju akademika pierwszy z wypożyczonych tomów.
Nie minęło kilka miesięcy, a napisał przydługi list do Rozonowa. Jedno spotkanie przerodziło się szybko w następne i następne, kończąc się na regularnych zlotach w najdziwniejszych miejscach w Szkocji, Anglii, Danii i Rosji. Dymitr nie tylko przybywał na każde spotkanie, ale i się nie patyczkował. Przestał się ograniczać, wykorzystując pojedynki z Sorenem do odreagowania. Ciskali w siebie najróżniejszymi klątwami; werbalne czary mieszali z niewerbalnymi; magię bezróżdżkową konfrontowali ze skomplikowanymi zaklęciami. Dymitr przyznał, że Soren zrobił się nieco leszy – nie idealny, nie niezawodny, ale pewniejszy. Na początku nie zminimalizowali wygranych Rosjanina, ale Duńczyk przestał być totalnym zerem w ich rankingach. Nie bał się już rozbrojenia, świadom, że odpowiednio zmotywowany, będzie w stanie sięgnąć po pierwotną energię. Dopiero potem, gdy zbliżała się końcówka trzeciego roku studiów Rostgaarda, szanse zaczynały się wyrównywać.
Po walce zwykle pili, debatując nad klasyfikacją magii, czarodziejami z rodzin niemagicznych (ciekawe zjawisko, tak to nazywał Dymitr) i pozycją czarów w dzisiejszym świecie. Raz Dymitr wspomniał o swojej córce, tak śmiesznie rozmarzony nad butelką wódki, aż miło było patrzeć – blondynka, tak powiedział, spodobałaby ci się. Zachowywał się tak, jakby ktoś pożyczył mu serce. Albo, co gorsze, przypomniał, jak to było być człowiekiem.
Dzień później Osvald zjawił się na uniwersytecie, by przekazać synowi pierwszą samodzielną misję.
Rozonow miał zginąć za zdradę Czarnego Pana.

Zaprosił nauczyciela na oficjalne odebranie dyplomu od kierownika katedry aurorstwa. Dymitr z początku się wykręcał, ale w przeddzień uroczystości przyleciała sowa z odpowiedzią. Krótkie: „Będę” zapisane koślawą cyrylicą wywołało z pamięci Sorena ich niedawne spotkanie. Pamiętał zdziwienie, gdy w oczach profesora, prócz jaskry, zamigotały łzy. Roza, mówił o swojej córce, tłumacząc zawile po rosyjsku, dlaczego nazwał podopieczną jak kwiat.
Może, gdyby Rostgaard nie przeszedł jego treningu, uznałby, że to dobry powód, by odmówić wykonania zadania. Roza gdzieś tam przecież była i kochała swojego ojca.
Ale, do czego Soren doszedł niedługo później, gdy Rozonow zwijał się w spazmach bólu u jego stóp, nie nacieszyłaby się ojcem zbyt długo.
Pierwszym Zaklęciem Niewybaczalnym, które rzucił Rostgaard, był Cruciatus.

Drugie zadanie otrzymał po dwóch latach czynnej służby jako auror. Kończył wtedy kolejny kierunek, donosił śmierciożercom o najnowszych planach interwencyjnych Biura Aurorów i poznawał uroki studenckiego życia. Polubił akcje z innymi aurorami, bo w ferworze walki nikt nie zwracał uwagi na to, czy walczy różdżką, czy też nie. Nie znalazł innego miejsca na szlifowanie swojej magii bezróżdżkowej niż walki na śmierć i życie z poplecznikami Voldemrota. Nie oszczędzał nikogo, bo od drugiej strony także nie liczył na taryfę ulgową.
W Biurze był przesłuchiwany na bieżąco. Miał w rodzinie czynnych śmierciożerców i nie wyrzekał się tego. Nie dawał przełożonemu powodów do wątpliwości nad jego motywacją – romans z Madeline wypłynął tak szybko, jak to sobie wymarzył. Ciekawiło go, jakim cudem nikt nie wątpi w determinację mężczyzny, któremu śmierciożercy z zimną krwią zabili kochankę.
Po większej akcji, w której zginęło kilku uzdolnionych aurorów, został odznaczony – Order Merlina III klasy lśnił na piersi, gdy ustawiali całą Brygadę do grupowego zdjęcia. Miał wtedy zabić rodzinę mugoli, którzy mieszkali pod Londynem.
– Chwila, moment, gdzie tak pędzisz. – Jeden z Brygady, Brytyjczyk o nienaturalnie białych zębach, pochwycił go za rękaw, patrząc pijanym, rozanielonym wzrokiem. – Dzisiaj dokonaliśmy czegoś wielkiego!
Soren wyślizgnął się z uchwytu, wystudiowanym gestem poprawiając fałdy szaty.
Jedno kumple z Brygady często go parodiowali. Zaśmiewali się z niego, dopóki nie zobaczyli, jak wykonuje dokładnie ten sam ruch, po zabiciu śmierciożercy.
– Nie mam dzisiaj ochoty na popijawę, panowie – wyjaśnił ogólnikowo, ale, jak na zawołanie, zwróciły się ku niemu palące oczy przełożonego. Szef Biura Aurorów wbijał w niego tak świdrujące spojrzenie, że gdyby nie ustawa Ministerstwa zakazująca Legilimencji, Soren byłby pewien, że ten prześwietla jego myśli.
– Rostgaard nie ma ochoty chlać. Co za święto? – Mężczyzna uniósł się na siedzeniu, a Soren zdyscyplinował swoje ciało, by nawet nie pomyślało o drgnięciu w niewłaściwym momencie. – Jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że coś ukrywasz.
Szef bawił się różdżką i Rostgaard powstrzymał narastającą ochotę, żeby mu przyłożyć, potwierdzając sugerowaną teorię. Drewno tańczyło między palcami maga, a brwi unosiły się wyżej. Duńczyk poczuł pierwsze iskry przeskakujące między knykciami.
– Dzisiaj jest rocznica jej śmierci, szefie – rzekł Skandynaw, możliwie najchłodniejszym tonem, na jaki było go stać.
Mężczyzna zachwiał się, wybity z rytmu. Zmarszczył się, ustąpił o krok i pozwoli podwładnemu przejść.
Soren teleportował się z cichym trzaskiem.


Everything that happens will be something that you’ve seen before.

Nazywał się Jonathan Searwell i był w Brygadzie od dwóch miesięcy. Absolwent Beauxbatons, dobre stopnie, reputacja rodziny bez zarzutu, ocena psychologów dostatecznie wysoka, by wysyłać świeżaka na inicjujące rewidowanie terenu. Ani ojciec, ani matka nie byli w Brygadzie, ale powiązania z aurorami nie zaliczały się do obligatoryjnych wymogów. Miał narzeczoną, która figurowała w aktach jako pierwsza osoba do kontaktu w razie poważnego wypadku.
Średni wzrost, brunet, piwne oczy. Akcent z Yorkshire, domek w Walii. Dziecko w drodze, z tego, co mówili jego kumple. Unikał alkoholu, nie wychylał się na imprezach, zwykle wracał do siebie o ustalonej porze. Słowem – miły, przeciętny chłopak, któremu udało się spełnić dziecięce marzenie o byciu super-bohaterem.
To właśnie on stał przed Sorenem, rozpaczliwie roztrzęsiony, chorobliwie blady i zwyczajnie w świecie przerażony. Schudł – lekko pucułowata twarz zapadła się nieładnie, cera nabrała ziemistości. Wykręcał sobie palce na wszystkie strony i, o zgrozo, jąkał się jak ostatnia sierota.
– J-ja c-chciałem… prze… przeprosić – wydukał z wyraźnym trudem, zagradzając mu drogę. Zagryzł wargi, a Skandynaw przez krótki moment pomyślał, że mógłby go rzucić o ścianę jak szmacianą lalkę.
Dźwięk łamanych kości, chrzęst, może jakiś lichy jęk. I cudowna cisza, połączona ze spokojem ducha.
Soren uniósł powoli brew, obojętnie wpatrując się w nieszczęśnika. W przeciwieństwie do chłopaka Rostgaard miał na sobie żałobną szatę – podszytą ozdobną, złotą nicią na rękawach, cienką, szorstką, ale tak jednoznaczną i ponurą, że nikt nie śmiał się do niego zbliżyć.
W Biurze Aurorów tylko trzy osoby znały prawdę o ostatniej udanej interwencji w jego rodzinnej posiadłości. Szef, on i ten chłopak przed nim.
Soren już go sprawdził, wykorzystując zainteresowanie, jakie wzbudzały przesłuchania Osvalda. Rostgaard nigdy nie sądził, że można wlać w zwykłego człowieka tyle litrów Veritaserum. Powinien współczuć ojcu – powinien sprzeciwić się łamaniu podstawowych praw czarodziejów przez Wizengamot. Powinien też udusić aurora, który jednym niecelnym zaklęciem pozbawił życia małego, słodkiego Ulrika, który jedyne, co wiedział o Czarnym Panie to to, że w ogóle istnieje.
– Za co przepraszasz? – Spytał spokojnie, patrząc na Jonathana zimno. Za jasnymi oczami Duńczyka nie kryło się absolutnie nic. Żadnej pogardy, zniecierpliwienia, nienawiści, przebaczenia. Miał puste, mętne spojrzenie, które wywoływało u innych nieprzyjemny dreszcz. – Za to, że obsunęła ci się ręka? Za to, że zamordowałeś mojego brata? – Chłopak wyraźnie chciał uciec, zapaść się pod ziemię i nie wychodzić z niej do końca swych dni.
Mimo to wciąż stał przed Skandynawem, znosząc beznamiętny głos i martwy wzrok.
– Gdybym tylko mógł cofnąć czas… – zaczął rozpaczliwie, wyciągając ku rozmówcy drżącą dłoń.
Rostgaard odczekał dłuższą chwilę, ale Jonathan milczał, trawiony wyrzutami sumienia.
– To co? Przeniósłbyś się do czasów studenckich i nauczył rzucać celne klątwy? – Podpowiedział Soren, mrużąc powieki. Chłopak posłał mu żałosne, cierpiętnicze spojrzenie. – Dam ci lekcję życia, młody.
Podszedł bliżej, zniżając głos do szeptu. Pochylił się tak, by chłopak nie uronił żadnego jadowitego słowa, które sączył w niego mężczyzna:
– Przepraszam nikomu nie zwróci życia. Przepraszam nie sprawi, że konsekwencje twojej decyzji znikną. Przepraszam nie oznacza, że ci wybaczę i oczyszczę twoją duszę. – Położył ciężko dłoń na rozdygotanym ramieniu Jonathana, patrząc mu prosto w oczy – jego jasne tęczówki napotkały soczystą zieleń. Wyglądał jak sęp nad konającym zwierzęciem, czekającym cierpliwie, aż pojawi się okazja do biesiady. – Więc zrób mi łaskawie przysługę i nie pokazuj mi się nigdy więcej.
Searwell skinął głową, pociągnął głośno nosem i… zamiast się posłusznie oddalić, spróbował ponownie.
– Jeśli tylko mogę coś zrobić – cokolwiek, co ci pomoże, co pomoże twojej rodzinie… – zaczął, plącząc się pod koniec, bo tym razem we wzroku Duńczyka dostrzegł czystą, nieskazitelną furię. Cofnął się o krok, i jeszcze jeden, cofał się tak długo aż nie natknął się plecami o ścianę.
Rostgaard zatrzymał się kilka centymetrów przed nim. Jonathan czuł jego ciepły oddech na swojej twarzy. Mężczyzna osowiale sięgnął do koszuli chłopaka, zapinając równo guziki i poprawiając krzywy kołnierz. Potem strzepał z jego ramienia małe paprochy, wygładzając dłonią największe fałdy materiału. Dopiero potem przemówił, zimno i sucho, bez krzty emocji:
– Zrób coś dla mnie i żyj dalej. Ożeń się, wyremontuj dom, pomyśl o dziecku – mówił dalej, a jego oczy przeszły z wściekłości w głęboką nienawiść. – Awansuj, zalicz na boku jakąś sekretarkę. Żyj tak, jakby każdy dzień miał być twoim ostatnim. Bo uwierz mi, będzie.
Odsunął się od niego i odszedł, nie spoglądając już na niego ani razu.
Jonathan osunął się na kolana chwilę potem, jeszcze bardziej blady.

Przesłuchania Osvalda odbywały się w towarzystwie dziedzica rodu – Soren uczestniczył w każdym, z nakazem milczenia, z zarekwirowaną różdżką i pod eskortą dwóch aurorów, na własne życzenie. Przesłuchania, zgodnie z protokołem, prowadził Szef Biura Aurorów. Częściej jednak pojawiał się jego zastępca. Przyczyna była prosta: szef doskonale znał Sorena, był jego przełożonym sześć długich lat. Po śmierci Ulrika nie potrafił spojrzeć swojemu podwładnemu w twarz.
Soren patrzył w milczeniu, jak wlewają w ojca Veritaserum. Nawet nie drgnął, gdy sięgano po zmyślne zaklęcia, a Osvald wykrzywiał się na krześle dziko, wyjąc jak zarzynane zwierzę. Tylko patrzył i patrzył, co jakiś czas weryfikując oficjalne raporty z przesłuchań. Pilnował, by wszystko, co mogłoby w jakikolwiek sposób zaszkodzić rodzinie Rostgaard, zostało skrupulatnie utajnione.

Żałoba trwała rok.
Na cały rok zniknął z życia, zamykając się w Aalbrog. Pojawiał się wyłącznie na przesłuchaniach, pozwalał się maglować długie godziny, zeznawał pod przysięgą przed Wizengamotem, przedstawicielami Biura Aurorów i Ministerstwa Magii. Nieprzyjemna sytuacja, tak mówił rodzinny prawnik, świadom, że stąpa po bardzo cienkim lodzie.
Soren najpierw zajął się kwestią oczyszczenia Osvalda z zarzutów. Wychodził z założenia, że skoro senior rodu przeżył interwencję, to nie powinien zszargać reputacji Rostgaardów. 4 miesiące walczył o ułaskawianie, poświęcając na przepychanki prawne nieprzespane noce, nerwowe dni i litry szkockiej. Ostatecznie duński ród oczyszczono, ale postawiono przed Sorenem szereg warunków, które musiał spełnić. W decyzji, którą mu odczytano, stało, że w uhonorowaniu jego zasług i w ramach zadośćuczynienia za wszelkie szkody, jakich ród doświadczył, Osvalda Gunnara Rostgaarda oczyszcza się z wszystkich zarzutów. Elise została pośmiertnie uznana winną wszystkich zarzucanych jej zbrodni.
Wizengamot wypuścił Osvalda z aresztu, ale mężczyzna był wrakiem człowieka. Soren podejrzewał, że nie tylko w jego obecności przeprowadzano przesłuchania – jednak podpisał oświadczenie i nie mógł niczego dowodzić Ministerstwu.
Kolejną naglącą sprawą był spadek i przepisanie wszystkich dóbr, łącznie z wyłączeniem ojca z linii dalszego dziedziczenia. Oficjalnie Soren otrzymał pierścień dziedzica po ukończeniu osiemnastego roku życia, ale załatwianie całej papierologii i składanie podpisów kosztowało go kolejne kilka tygodni.
W końcu należało zadbać o Maren, odnowić zdewastowaną rezydencję, wyciągnąć od banku ubezpieczenie posesji i obłożyć włości nowymi zaklęciami.
Dopiero gdy Rostgaardowie zaczynali się podnosić z popiołów, a zamówiony obraz matki zawisnął nad kominkiem w salonie, Soren mógł zająć się najważniejszym.

Była inna niż sobie wyobrażał. Powolna, tak idealnie niespieszna, jakby pozwalała mu do woli nacieszyć oczy. Hipnotyzowała – nie mógł oderwać od niej wzroku. Przyciągała go i nęciła, tak bliska, ledwie na wyciągnięcie ręki.
Była ciepła, a gdy zacisnął dłoń wychwytywał syk i zaraz między palcami pojawiał się jej cudowny gorąc. Dzięki niej nie czuł wszechobecnego chłodu. Fascynowała – kropla po kropli odmierzała czas, wtórując urywanemu oddechowi.
Była ciemna. Tkała pajęczynę, splatając cienką siecią każdą rysę na jasnej skórze.
Jeszcze nigdy nie wiedział tak czarnej krwi.
– Nullam Cultros – wyszeptał, wyciągając rękę przed siebie, na rozciągnięte bezwładnie ciało.
Nie usłyszał przeraźliwego krzyku, skoncentrowany na opieszałej wędrówce ciemnych kropli wzdłuż zawieszonego na łańcuchu mężczyzny.
Avada Kedavra padło dopiero gdy miał pewność, że wspomnienie poharatanego ciała aurora nie zastąpiło nienaturalnie przechylonej głowy Ulrika.

Szef zjawił się niemal po dwóch latach, bez zaproszenia. Przeszedł przez próg nerwowo, popatrując uważnie na Sorena, jakby spodziewał się, że ten oszaleje na jego oczach. Nie rozmawiali o niczym szczególnym – zarzucili kilka błahych tematów, żeby pociągnąć dyskusję i wypełnić ciszę, która czaiła się w rezydencji. Mężczyzna pogratulował odnowienia posiadłości. Rostgaard zauważył mimochodem, że najwięcej pracy kosztował go ogród.
W końcu gość rozsiadł się wygodniej na fotelu i, nie bawiąc się już w uprzejme konwenanse, skierował na Skandynawa przenikliwy wzrok.
– Właściwie przychodzę do ciebie z pytaniem, Rostgaard. I chcę od ciebie szczerej odpowiedzi – zastrzegł, wykorzystując cały swój nagromadzony przez lata autorytet. – Mam nadzieję, że nie zrobiłeś ostatnio nic głupiego.
Soren zdziwił się teatralnie, spoglądając w zamyśleniu na portret matki. Elise przekręciła głowę, uśmiechając się słodko.
Wspomnienie jej sukni przykrytej soczystą czerwienią, pustych oczu i półotwartych ust wróciło jak na zawołanie.
– Zamówiłem ten portret. Tej decyzji nie wpisałbym na listę mądrych wyborów. – Doskonale wiedział, że przy Szefie Biura Aurorów opłacało się mówić szczerą prawdę. Może i Legilimencja została zakazana, podobnie jak użycie Veritaserum i Niewybaczalnych przy przesłuchaniach, ale Rostgaard nie urodził się wczoraj.
Niezapowiedziany gość przytaknął niemrawo i, zbierając dłużej myśli pozwolił, by zawisło nad nimi pełne napięcia milczenie.
– Zaginął auror, Soren. Dobry i porządny auror – przyznał mężczyzna, opierając się łokciami o kolana, by nachylić się ku rozmówcy. – Dobry chłopak.
– Kto zgłosił zaginięcie? – spytał odruchowo, besztając się zaraz w myślach za nawyki ze szkolenia. Obiecał sobie, że już nie wróci do Brygady.
– Rodzice. Nie odzywa się od kilku miesięcy. Jego żony też nikt nie widział.
Rostgaard skinął głową w zamyśleniu, analizując sprawę. Wyjechali, pomyślał, wyobrażając sobie własnych rodziców na wakacjach we Francji, pewnie wrócą, jak poczują taką potrzebę.
– Dlaczego mi o tym mówisz? Nie pracuję już u ciebie.
Szef nie ruszył się z miejsca, nie odrywając od Skandynawa świdrującego wzroku. Wyjechali, przywołał w myślach Rostgaard raz jeszcze, na niezapowiedziane wakacje. Starli spojrzenia na dłuższy czas i zdawało się, że żaden z nich nie ucieknie, nie odwróci głowy.
Okazało się, że to jego były przełożony poddał się pierwszy.
– Jonathan Searwell zniknął bez śladu. Dopóki nie znajdziemy ciała jesteś poza podejrzeniami.
Skandynaw tylko uniósł brew.
– Wróć z oskarżeniem, jak znajdziesz ciało. – O ile je znajdziesz, zaćmiło mimowolnie w myślach Rostgaarda, gdy odprowadzał mężczyznę do wyjścia.
Nieproszony gość wyszedł bez słowa, wyraźnie zawiedziony.


Which is more dangerous the dagger brandished by an enemy, or the hidden one pressed to your back by someone you never even see?

Leonardo Covenbreeze należał do grona tych cudownych, ambitnych masochistów, który sprowadzało się do parteru i przyciskało butem do podłoża, patrząc, jak narasta wściekłość i urażona duma. Z początku stanowił rozrywkę – tutaj wypomniał mu kardynalny błąd, tam pociągnął za język, tutaj skorygował całą sentencję i naniósł własne uwagi. Wystarczyło piętnować każde, nawet najmniejsze drgnięcie, wypomnieć przejęzyczenie i skrytykować opłakaną dykcję.
Soren nazywał to dobrotliwą atencją, inni uczniowie – morderstwem z premedytacją.
Jednak Rostgaard nie żałował, że już na pierwszych zajęciach Leonardo próbował się wymigać, przekonany o własnej wyższości. Ten błysk w oku, który zarejestrował w nim później, oznaczał, że los postawił mu na drodze nieoszlifowany talent.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Na forum wykorzystano materiały z angielskiej i polskiej potterowskiej wikipedii, pottermore, innych źródeł oraz pomysły własne. Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Hogwart Dream, 2010 - 2019.
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight
















Dragon Ball New Generation Reborn









Fairy Tail Path Magician

over-undertale









Amaimon



Eclipse



















Agrest



Strona wygenerowana w 0,77 sekundy. Zapytań do SQL: 10