► Rozpoczyna się lekcja Eliksirów.
► Trwa lekcja Mugoloznawstwa.
► Rusza krukońska lekcja wychowawcza!
Wyniki konkursu naukowego z ONMS!
► Zakaz wycieczek do Hogsmeade!
► Event Kadra vs Uczniowie zakończony!
► Poszukujemy nauczycieli Starożytnych Run, Numerologii, Zielarstwa, Wróżbiarstwa i Obrony przed Czarną Magią!

Minęły dwa lata od Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall, a życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Nie oznacza to jednak, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone, a tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony. Czytaj więcej.
Listopad 2000r.
Pełnia: 01-03.11 (22-25.08)
Pochmurno, nieustający deszcz i silne wiatry. W dzień ok. 6'C, w nocy temperatura spada do ok. 2'C. Możliwe okoliczne przymrozki.
129
362
132
180


Poprzedni temat «» Następny temat
Stara rezydencja
Autor Wiadomość
Dołączył: 28 Lip 2018
Posty: 21
Wiek: 74 lata
Krew: Czysta
Pupil: Czarna, wilkopodobna suka Erendira; harpia wielka Askr
Różdżka: Jad buchorożca, 14 cali, morela, giętka.
Ekwipunek: Różdżka, sztylet, magiczny globus
Sakiewka: 50g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 50
Zielarstwo: 43
Transmutacja: 47
Z. zwykłe: 80
Z. ofensywne: 77
Z. defensywne: 75
Wysłany: Sob Kwi 06, 2019 11:57 pm   Stara rezydencja
   <Multikonta: Verendal, Wheller
 


_______________________________________

Potężna rezydencja - znajdująca się na południowej z Wysp Owczych, w mieście Vagur - należy nie tyle co do samej panny Magnier, co do całego zakonu Akolitów, choć być może i Śmierciożercy znajdą tu jako-takie schronienie.
Chroniona potężnymi zaklęciami ochronnymi - w tym Fideliusa - jest całkowicie niewidoczna dla mugoli i niechcianych gości, a postać jaką przyjmuje skutecznie odstrasza maruderów od wchodzenia na jej teren ani nie wzbudza podejrzeń.

_________________
dead people don't bite.

I will hurt you without a reason. A day will come when you think yourself safe and happy,
and suddenly your joy will turn to ashes in your mouth, and you'll know the debt is paid.
 
 
     
Dołączył: 12 Sty 2019
Posty: 5
Wiek: 46 lat
Krew: czysta
Pupil: dwa kruki - Askavi i Ebon
Różdżka: włókno ze smoczego serca | 15 cali | morela | bardzo sztywna
Ekwipunek: sztylet | różdżka
Sakiewka: 50g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 30
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 35
Z. zwykłe: 65
Z. ofensywne: 70
Z. defensywne: 50
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Kwi 07, 2019 7:38 pm   
   <Multikonta: DC | RC | WF
 

  Zastój.
  Nienawidził tego słowa. A jednak dokładnie to odczuwał, odkąd dał się skaptować tym całym akolitom licząc, że może dzięki nim coś w końcu ruszy się na tej scenie i wypełni pustkę powstałą po Riddle’u. Typ ostatecznie mógł okazać się kompletnym idiotą, ale nie zmieniało to faktu, że wiedział, jak rozkręcić dobrą ‘imprezę’ i zapewnić mu wystarczającą rozrywkę, żeby nasycić jego apetyt. Jasne, de Vries mógłby sam próbować coś zorganizować, pozbierać jakoś tych niedobitków spośród śmierciożerców, którzy mieli wystarczająco dużo oleju w głowie, żeby po wojnie nie dać się dopaść aurorom, może nawet aspirować do tytułu nowego Czarnego Pana czy innego przywódcy podobnie uroczej kompani, ale… to nie była jego rzecz. W sensie władza. Od rządzenia byli inni, jemu w zupełności odpowiadała rola gościa od brudnej roboty i nigdy specjalnie się z tym nie krył; nie miał problemów z zaakceptowaniem czyjegoś zwierzchnictwa tak długo, jak długo dostawał wolną rękę w działaniu, a ewentualnie rozkazy nie kolidowały z jego własnymi ‘zasadami’ i nie nakładały nań żadnych ograniczeń, szczególnie na tle jego… profesji. Problemy zaczynały się, kiedy tak się nie działo – de Vries nie był nigdy ani potulnym, ani subtelnym stworzeniem, jeśli przychodziło do okazywania własnego… niezadowolenia.
  Nie trzeba go było specjalnie przekonywać, żeby swój żywot związał z innym ugrupowaniem – dostrzegł w tym przedsięwzięciu potencjał, którego obecnie zupełnie brakowało rozbitym w drobny mak śmierciożercom zachowującym się wręcz jak upośledzone owce we mgle, które nie potrafiły ruszyć się z miejsca bez swojego przewodnika. Rhun nawet nie zastanawiał się nad ‘odejściem’ od nich – na chwilę obecną praktycznie nie istnieli, nikt też specjalnie nie kwapił się, żeby jakkolwiek ten stan rzeczy zmienić, a poza tym jego wierność była i tak dość… względna; wyznawane przez nich poglądy nie były faktorem, który go przy nich trzymał – robiły to poczucie potęgi i możliwość otwartego działania w najbardziej odpowiadający mu sposób, a w tym momencie panował niedostatek i jedno, i drugiego. W tym świetle Akolici stanowili idealną alternatywę; dzięki nim mogło w końcu znów zacząć się coś dziać, czego Holender nie chciałby na pewno przegapić. Czas jednak mijał i… absolutnie nic się nie zmieniało. Stagnacja jak trwała tak trwała. Nawet ten mały incydent z parkiem w wykonaniu Winchestera niewiele zmienił tak naprawdę, a przynajmniej ta… samowolka ze strony pupilka Magnier nie dała bardziej długotrwałych i namacalnych efektów. Wciąż nie robili wiele więcej poza siedzeniem na jakimś zadupiu pośrodku niczego, obserwowaniem i czekaniem nie wiadomo w sumie na co dokładnie. Dogodny moment? Lepszą chwilę? Holendra zaczynało to coraz bardziej frustrować, bo od niechwalebnego upadku Czarnego Idioty nie robił właściwie niczego innego – siedział, czekał i obserwował. Z początku zachowywanie niskiego profilu było koniecznością i de Vries rozumiał to doskonale, inaczej nie zdołałby raczej ani zachować wolności, ani przeżyć czasów po obu wojnach, ale sytuacja zaczynała się zmieniać. Świat zaczynał czuć się coraz bezpieczniej co wydawało się idealnym momentem, żeby pokazać społeczeństwo w jak wielkim jest błędzie. Licho wszak ma to do siebie, że nigdy nie umiera – jedynie przysypia, by później wylec znienacka ze swej nory – i warto byłoby wszystkim o tym fakcie przypomnieć.
  W ostatnim czasie Rhun był zadziwiająco grzeczny i przez wzgląd na namiastkę swego rodzaju szacunku jakim obdarzał założycielkę Akolitów – jedyną osobę na świecie, którą obecnie wliczał do tej kategorii – zgodnie z poleceniami nie wychylał się, choć taki kompletny brak działania go nużył i jedynie podsycał narastającą w nim frustrację. Był trochę jak dzikie zwierzę krążące niespokojnie w zamkniętej klatce i łypiące na świat za nią wygłodniałymi ślepiami; równie nieobliczalny i z łatwością mogący wyrwać się spod kontroli. Właśnie dlatego większość czasu spędzał poza akolicką bazą mając przy tej okazji oczy i uszy szeroko otwarte, szukając jakichkolwiek okazji, którą można by wykorzystać na korzyść Akolitów; nie zastępowało mu to może otwartego działania, ale przynajmniej dawało chwilowe poczucie, że nie jest zupełnie bezczynny i odrobinę uspokajało jego wewnętrzną bestię. Praktycznie nic jednak się nie działo, a on w dodatku szybko przekonał się jak łatwo przychodzi ludziom przejść do porządku dziennego, jak niewiele trzeba, żeby z każdym kolejnym dniem ich czujność ulegała coraz większemu uśpieniu. Nic dziwnego, że ktoś dał radę wykorzystać sytuację i w zasadzie pod samym nosem aurorów rozwalić wielką imprezę sportową (i to z jaką klasą!), pokazując tym sposobem ponownie jak bardzo potrafią być niekompetentni. Banda wyspecjalizowanych jednostek. To musiało być doprawdy piękne widowisko, którego nie mógł być świadkiem, szkoda jedynie, że nie było dziełem żadnego z nich. Cóż za wejście by tym sposobem zaliczyli! Może troszeczkę oklepane, w końcu w podobny sposób śmierciożercy wyszli na światło dzienne podczas finału Mistrzostw w ’94, ale to tam szczegół, na który nie warto zwracać uwagi. Ale nie, to jakiś pieprzony anonim rozkręcił sobie całkiem niezłą zabawę, a tymczasem oni nadal siedzieli na tyłkach gdzieś w cieniu i nic z tym faktem nie zrobili. Trudno, żeby go to wprawiało w zadowolenie, raczej powodowało zgrzytanie zębów na samą myśl, choć i tak de Vries całkiem długo wytrzymał nim frustracja wzięła nad nim górę sprawiając, że ani myślał dłużej siedzieć w jednym miejscu i czekać na cholera jedna wie co. Nie był to może jeszcze poziom, kiedy całkowicie tracił nad sobą kontrolę, ale granica w tym przypadku była bardzo cienka.
  Mężczyzna wyszarpnął wbity przed momentem w blat stolika sztylet i po schowaniu go do pochwy przy pasie, opuścił swoje prywatne kwatery w rezydencji Akolitów i ruszył dobrze znaną sobie trasą do gabinetu zajmowanego przez zarządcę całego tego cyrku. Tak, zdecydowanie pora, żeby coś z tym zrobić. Mijani po drodze Akolici ustępowali mu z drogi wyczuwając zapewne instynktownie, że Rhun nie jest w najlepszym nastroju (jakby kiedykolwiek w ogóle był w takowym) i dla własnego dobra lepiej go nie zaczepiać, jeśli nie chce się skończyć z wykręconą ręką i mówimy tu o najlepszym przypadku. Nie to, żeby to w jakiejkolwiek sytuacji był dobry pomysł, ale mniejsza z tym.
  – Długo to jeszcze będzie trwać? – rzucił wyzywająco od samego progu wkładając w otwarcie drzwi nieco więcej siły niż to było konieczne i od razu zawieszając swoje dwukolorowe ślepia na postaci przy biurku pochylonej nad jakąś lekturą. Anthea Vendetta Magnier. Wielu na pewno odczuwało przed nią lęk, ale de Vries zdecydowanie nie zaliczał się do tego grona, o czym chociażby mogła zaświadczać niniejsza konfrontacja. Szacunek nie równał się wszak strachowi i nie robił z Rhuna całkowicie oddanego, służalczego pieska ani nikogo tego pokroju; nie sprawiał, że będzie wygłaszał jedynie peany na jej temat, a każde jej słowo stanie się dlań jakąś świętością. Podszedł do biurka i oparł się o nie szeroko rozstawionymi rękami pochylając się przy tym swoją blisko dwumetrową sylwetkę, by móc spojrzeć siedzącej za nim kobiecie prosto w twarz. Wzrok miał równie wyzywający co ton głosu. Godverdomme! Czy już nie wystarczająco długo siedzimy z założonymi rękami, Magnier? – Pomimo posługiwania się płynną angielszczyzną wyraźnie zaciągał przy tym holenderskim akcentem, którego nigdy nie zdołał się wyzbyć. – Nie po to dałem się w to wciągnąć.
_________________
you can say that i'm sick on the inside
bet you don't know i like it that way

akta × theme × kruki

 
 
     
Dołączył: 25 Paź 2018
Posty: 90
Wiek: 37 lat
Krew: Czysta
Pupil: parka sokołów wędrownych -
Różdżka: morela 13 cali kieł cerbera sztywna
Ekwipunek: Wpierdol; Eliksir Śmierci, Veritaserum
Poziom życia: 10%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 61
Z. ofensywne: 70
Z. defensywne: 40
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Nie Maj 05, 2019 12:57 am   
   <Multikonta: DC | RC | AA
 

Tego dnia Rivett miał bardzo dobry humor. Pomijając zwadę, w którą wdał się na Nokturnie (którą oczywiście sam sprowokował, dla własnej rozrywki) to nie zdarzyło się nic takiego, co mogło mu zmącić samopoczucie. Kupił to, co było mu potrzebne, chwilę posiedział w jakimś obskurnym pubie i zwinął się z powrotem do siedziby Akolitów. Był wtedy późny wieczór, a on śmignął do swojej komnaty by poleżeć chwilę i poczytać. Tak, potrafił czytać; i tak, lubił to robić - wbrew pozorom. Dopuścił do siebie wyłącznie swojego wiernego sługę - garbatego charłaka, który niekoniecznie dobrze mówił po angielsku, wobec czego na kolację Rivett dostał "ryd z wadiwami, łeptowinę i itrupka z seronej katuty". Cokolwiek to było bo wyglądało jak gówno i pewnie tak samo smakowało. Dlatego też Tofik jak przyszedł z zestawem na tacy tak wyszedł z rozpłaszczonym na pysku. Wszystkie smaki zmieszane na jego niemagicznej mordzie. Dalej nikt mu nie przeszkadzał. I wtedy, gdy Rivett wertował piętnasty rozdział jakiejś tam księgi, dostał objawienia na miarę zstąpienia anioła z niebios po pojawieniu się gwiazdy betlejemskiej. Przecież on już jakiś miesiąc temu wpadł na pomysł! On! Głównie wykonawca, rzadko myśliciel. Zatrzasnął księgę, odłożył ją na bok i wrzasnął "Tofik" przyzywając do siebie swojego wiernego pazia. Charłak pędził do swojego pana, wypieprzył się na zakręcie, wpadł przez próg, potykając się o listwę dylatacyjną i przeturlał się po pokoju, lądując pod nogami siedzącego na łóżku Rivetta.
- Idź po niewolnicę Izaurę - Zarządził krótko.
- Panie? - Odezwał się zaciekawionym, sepleniącym głosem charłak.
- Idziemy do Anthei. - Odpowiedział Winchester, podnosząc się z łóżka.
- Och... OCH! Ifsiemy do PANI?! - Podekscytowany sługa przestępował z nogi na nogę. - So bęfsie soś śfie siało?
- Nie gadaj tylko leć po tę Izaurę. - Rivett sprzedał kopa Tofikowi na rozpęd, ale charłak zaskoczony takim obrotem spraw (choć nie był to pierwszy raz kiedy dostawał po dupie (nie "w dupę")) stracił równowagę i niczym oponka potoczył się do wyjścia i wypadł przez drzwi. Zebrał się prędko z ziemi i pognał wgłąb korytarza. Winchester westchnął ciężko, wyklinając że jest skazany na jakiegoś kretyna za sługusa, ale to prezent od Anti na jego urodziny, więc go jeszcze nie zlikwidował. Jakiś sentyment czy coś. Nie no - fajnie było czasem kogoś pokopać i nie musiał to być Lancaster. Zresztą Tofik dbał o Rivetta jak jakaś mamusia z odzysku. Gotował (co prawda chujowo, ale zawsze), prał, sprzątał, zbierał klamoty. Ogólnie wywiązywał się z obowiązków. Żeby tylko tak nie pluł dookoła za każdym razem jak próbował "foś mófiś".
Opuścił swoją komnatę i zaczął zmierzać w kierunku gabinetu Anthei, gdzie spodziewał się ją zastać. Po drodze dogonił go Tofik, prowadząc Izaurę na sznurku i Winchester wytłumaczył im jaki jest plan. Był prosty, zdawało się, że niedorobieni towarzysze będą w stanie temu podołać. Tofik jeszcze pobiegł po rekwizyty i byli gotowi do wejścia. Rivett słyszał prującego się w środu Rhuna. Idealnie. To był dobry moment na pojawienie się. Akurat ten uroczy psychol miał wąty do Anthei o to, że siedzą na dupie i nic nie robią. Jego też już to zaczynało wkurwiać, a to, co przekazał mu chrystusowy anioł przy objawieniu, gdy po raz pierwszy morda skaziła mu się myślą, było całkiem... interesujące. Oczywiście widzial wzmianki o pożodze w parku w Proroku i stanowiło to dobre podłoże. Dobre preludium do tego, co chciał zrobić. A to, co chciał aby zrobili było całkiem interesującym pomysłem na wyjście z cienia i zapowiedzenie światu czarodziejów kolejnego wpierdolu. W tym wszystkim liczył na to, że wykorzysta znudzenie Rhuna i tym samym poprze on ten pomysł. Dlatego też, pełen nadziei i z sercem na ramieniu, kopnął w drzwi, które otworzyły się z hukiem, odbiły od ściany i przytrzasnęły Tofika, który wchodził do pomieszczenia zaraz za swoim panem. Pisnął on przeraźliwie, Izaura pomogła mu się wykaraskać z tego więzienia. W międzyczasie, w chwilę po wykopie i w momencie przekraczania progu żwawym krokiem Rivett zawołał "Mam zajebisty pomysł".
Czyli będzie dobrze.Kiedy (zapewne) wszyscy wstrzymali oddech (a Anthea wcale nie załapała miny na wzór tej, z jego avatara) Rivett zrobił pauzę dla efektu. To było bardzo ważne, żeby zrobić dobre wrażenie. W tym czasie Izaura zaczęła walić w przyniesione przez siebie werble. Kiedy już prawdopodobnie Rhun zaczął się wkurwiać za bardzo przedłużonym momentem ciszy na zbudowanie napięcia, Rivett przedstawił swój genialny plan:
- Spalmy Big Bena. - Powiedział dramatycznym tonem szarlatana, a Tofik zza jego pleców wyrzucił ręcznie wycinane w biegu konfetti z Proroka Codziennego. Trochę go poniosło bo zawołał przy tym "tada", na co Rivett furknął by szczymał ryj. - Najpierw Big Bena, potem inną większą mugolską atrakcję. Pozostawmy im tylko łeb Nundu. Niech wiedzą, że coś nad nimi wisi. Niech niemagiczni i czarodzieje odczytają ten znak jako zapowiedź zbliżającego się nowego porządku. - Kontynuował dalej dramatycznym tonem lalkarza voodoo z Księżniczki i Żaby.
I teraz tylko czekać na aprobatę. Jak nie to pójdzie sam. Szczerze męczyło go siedzenie na dupie, jego druga strona robiła się nieznośna i potrzebowała by się... wyżyć. I to tak konkretnie. Na niemagach. Potrzebowała rozlewu ich krwi, ich cierpienia. Potrzebowała się nakarmić by umilknąć na następne chwile.
_________________


Rivett Winchester
Fly away like the wind, some things God can't forgive Why is war justified, while the innocent die? They can tear us apart, I'll still live in your heart If your spirit gives up, don't surrender your love. And the world will survive, if we stand side by side. One day hope will arrive, now I must say goodbye. Dead Silence! will come to rescue me, when violence, has took this world away. Dead Silence! a fate we can't escape 'til death do us part in the end

Ω Ω Ω

theme x arm tattoo x hallmark x rampage theme
 
     
Dołączył: 28 Lip 2018
Posty: 21
Wiek: 74 lata
Krew: Czysta
Pupil: Czarna, wilkopodobna suka Erendira; harpia wielka Askr
Różdżka: Jad buchorożca, 14 cali, morela, giętka.
Ekwipunek: Różdżka, sztylet, magiczny globus
Sakiewka: 50g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 50
Zielarstwo: 43
Transmutacja: 47
Z. zwykłe: 80
Z. ofensywne: 77
Z. defensywne: 75
Wysłany: Nie Maj 19, 2019 10:12 pm   
   <Multikonta: Verendal, Wheller
 

Charakterystyczne skrobanie ptasiego pióra cichutko rozchodziło się po wygłuszonym co do decybela pomieszczeniu. Nikt nie trzymał go w dłoni ani nim nie kierował. Czarne pisadło samodzielnie zapisywało równie ciemnym atramentem kolejne litery, jakby było napędzane przez myśli siedzącej obok osoby, starannie nakreślając - kaligraficznym wręcz pismem – następne słowa, a później całe zdania i akapity. Było w nim coś straszliwie hipnotyzującego, niepozwalającego oderwać wzroku przypadkowej osobie, która raz by się na nie zapatrzyła. Jego właścicielki jednak to kompletnie nie dotyczyło. Lilakowe oczy skupione były na kolejnych wersach trzymanej w dłoniach magicznej księgi o nieznanym tytule, na tyle starej, że skutecznie biła rekordy wszystkiego co znajdowało się w tym pomieszczeniu – łącznie z człowiekiem. Kolejne strony przewracały się równie samoistnie co pisanie pióra, a sama zainteresowana musiała wyłącznie poruszać oczami, aby móc ją czytać. Czarodziejem być. Żyć, nie umierać.
Uwielbiała taki spokój i ciszę i czasami naprawdę ich potrzebowała. To był właśnie taki dzień, w którym wolała nie widzieć nikogo poza swoim psem, zresztą leżącym tuż obok potężnego, hebanowego biurka, za którym siedziała ona sama. Doskonale jednak wiedziała, że w takie właśnie popołudnia czy też wieczory, kiedy cisza była jej sojusznikiem, a skrobanie tego cholernego pióra brzmiało jak uspokajająca muzyka, stanie się coś albo przyjdzie ktoś, ktokolwiek, z czymkolwiek albo inną radosną nowiną. Nie czekała długo.
Długo to jeszcze będzie trwać?
Nawet nie drgnęła. Nadal wertowała kolejne strony książki jak gdyby nigdy nic, siedząc na swoim głębokim i być może nieco niewygodnym fotelu, kompletnie nie zwracając uwagi na [nie]spodziewanego gościa, jakim był de Vries. Poznała go może nie tyle co po głosie, co po jego zachowaniu, bo z tej niewielkiej grupy jaką dysponowali to on odznaczał się największym brakiem wychowania i cierpliwości, w każdym razie do niej. Zaiste jej brak reakcji bynajmniej nie oznaczał ignorancji jaką miałaby go obdarzać. Było to bardziej coś pokroju daj mi skończyć rozdział, a wtedy m o ż e z Tobą porozmawiam. No bo co ona poradzi, że ta ponad stuletnia książka była ciekawsza niż nieistotne problemy mniej-niż-półwiecznego, może nieco zbyt nadpobudliwego człowieka?
…zakończone dodaniem kilku kropel soku z pijawek.
Huk zamykanej księgi był może i nieco zbyt głośny i wymowny jak na panujące tu warunki. Czarny wilczur podniósł łeb dopiero w momencie, kiedy zaczęło dziać się coś ciekawszego niż samo wkroczenie innego Akolity, który w opinii malediktusa nie był jakimś szczególnym zagrożeniem, a nawet jeśli to i tak nie zdążyłaby zareagować przed siedzącą obok czarownicą.
- Dużo słów Rhun. – odwróciła się w jego kierunku, całkowicie spokojnym głosem zwracając się do nań. Fioletowe oczy zlustrowały jego postawę, a jej głowa oparta była o dłoń. Wykazywała znudzenie? Zażenowanie? Kto poza nią by wiedział. Nie powiedział niczego nowego, sensownego, de facto wnoszącego do sprawy bądź poprawiającego jej stan. Skoro był taki chętny do czynów, to dlaczego nie zaczął? Nie musieli mieć jej pozwolenia, żeby zacząć rozsiewać pomniejszą zarazę, co zresztą robił już Winchester.
Nie wywołuj wilka z lasu mówili....
Mam zajebisty pomysł!

Miała już kontynuować swoją myśl w kierunku de Vriesa, wtem w drzwiach pojawiła się cała wesoła gromadka, poczynając od Rivetta, kończąc na nieznanej jej dziewczynie, która zapewne była jakąś kolejną branką swojego właściciela. Czarownica nie ruszyła się jednak z miejsca, w zasadzie poza skierowaniem wzroku na Rivetta i wymownym uniesieniem brwi, nie zmieniła nawet swojej pozycji. Spalmy Big Bena.
Już miała coś powiedzieć, odezwać się, skomentować to w jakikolwiek sposób. Najlepiej sugerując przy tym, żeby wszyscy się stąd wynosili i dali kontynuować jej popijanie ziołowej herbaty i czytanie książki, ale nie. Powstrzymała się w ostatniej chwili i wciąż wpatrując się badawczo w Winchestera, rzuciła:
- Widzisz de Vries. Mówisz-masz.
_________________
dead people don't bite.

I will hurt you without a reason. A day will come when you think yourself safe and happy,
and suddenly your joy will turn to ashes in your mouth, and you'll know the debt is paid.
 
 
     
Dołączył: 28 Maj 2019
Posty: 20
Wiek: 42 lata
Krew: czysta
Pupil: kruk - Edgar
Różdżka: głóg, róg dwurożca, 11 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, sakiewka, peruwiański proszek natychmiastowej ciemności
Sakiewka: 15 galeonów, 12 sykli
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 45
Z. zwykłe: 40
Z. ofensywne: 50
Z. defensywne: 49
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Wto Lip 02, 2019 2:24 am   
   <Multikonta: Jimin, Violetta
 

Nie tylko de Vries chciał jak najszybciej przejść do jakiegokolwiek działania. Była łamaczka klątw również chciała coś zrobić. Miała coraz większą ochotę na to by zanurzyć się w chaosie i zniszczeniu. Potrzebowała tego. Zapewne tak samo jak Holender, który mimo wszystko był o wiele bardziej niecierpliwy niż ona i tym bardziej nie mógł się doczekać jakiejkolwiek akcji. Trzeba jednak przyznać, że Anthea wspaniałomyślnie nie trzymała ich na jakiś łańcuchach przymocowanych do obroży niczym psy, a dawała im w zasadzie wolną rękę, co do urządzania pomniejszych danetejskich scen, ale nie po to Cassiopeia przystała do akolitów. Miała znaleźć się wśród ludzi, którzy byliby do niej nieco podobni i mieli stać się dla niej kimś w rodzaju towarzyszy broni. Inaczej w ogóle nie przyszłaby do Magnier, a po prostu wyłapywałaby kolejnych aurorów, by jednego po drugim zabić ich na wymyślne sposoby. Chociaż brzmiało to niezbyt interesująco i wymagałoby od niej naprawdę wielkiego pokładu kreatywności, by nie popaść w rutynę i nie znudzić się przy piątym, dziesiątym, dwudziestym zabitym... I tak aż do czasu, gdy możliwe, że skończyliby jej się wysłannicy Ministerstwa. I co wtedy?
Ainsworth ostatnie dni spędziła w rezydencji Vagur wśród innych akolitów, starając się zgłębić nieco bardziej swoją wiedzę w zakresie czarnej magii i stosowanych w nich starożytnych run. Klątwy wciąż pozostawały jej swego rodzaju pasją. Tylko, że obecnie badała je bardziej pod kątem rzucania niż łamania. Jeden z oprawionych w skórę tomów, który posiadała w swoim pokoju został już przez nią uważnie przeczytany. Odłożyła go na znajdujący się przy łóżku stolik oraz wyszła z pomieszczenia, by nieco rozprostować nogi. W zasadzie nie wiedziała czy powinna wrócić do swojego domu czy też może wpaść do tego, który należał do Jo... Jak na osobę, która posiadała naprawdę sporo opcji to nie potrafiła się nigdy zdecydować na jakąś konkretną. To wszystko przez to, że po prostu nie miała nic do roboty i to ją niezwykle irytowało. Przechodząc korytarzem budynku zauważyła jakieś poruszenie przy swego rodzaju gabinecie Anthei. Co prawda nie wiedziała o co dokładnie chodzi, ale podchodząc bliżej drzwi, które Izaura zostawiła otwarte zauważyła, że w środku znajdował się już Rhun, Rivett oraz jego charłak przy czym dwójka akolitów najwyraźniej rozmawiała z Magnier.
Brunetka podeszła do tego specyficznego zbiorowiska, przekraczając próg pomieszczenia. Zdawało jej się, że przegapiła właśnie coś ważnego. Wyminęła niewolnicę oraz sługusa Winchestera, by stanąć nieco bliżej dwóch mężczyzn i przewodzącej im kobiecie po czym całą trójkę obdarzyła uważnym spojrzeniem.
- Wybaczcie za spóźnienie. Coś mnie ominęło? - rzuciła dosyć beznamiętnie, a jej wzrok na dłużej zatrzymał się na Holendrze, gdy wypowiedziała to pytanie.
Sądziła podświadomie, że to on może udzielić jej najsensowniejszej odpowiedzi i wyjaśni o czym była mowa nim weszła do pomieszczenia. Cokolwiek miało miejsce to chciała stać się tego częścią o ile było to możliwe. Co prawda czuła się dziwnie wpierdalając się w środek jakiegoś planu, ale chęć działania była o wiele silniejsza od całej reszty.
_________________
 
 
     
Dołączył: 12 Sty 2019
Posty: 5
Wiek: 46 lat
Krew: czysta
Pupil: dwa kruki - Askavi i Ebon
Różdżka: włókno ze smoczego serca | 15 cali | morela | bardzo sztywna
Ekwipunek: sztylet | różdżka
Sakiewka: 50g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 30
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 35
Z. zwykłe: 65
Z. ofensywne: 70
Z. defensywne: 50
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Śro Lip 03, 2019 5:25 am   
   <Multikonta: DC | RC | WF
 

  Zastygł niemal w bezruchu ze spojrzeniem wbitym w sylwetkę przed sobą wciąż pochyloną nad starą księgą. Kobieta nawet nie drgnęła, kiedy tak bezpardonowo wkroczył do jej gabinetu; nawet choćby drobnym gestem nie okazała, że w ogóle zwróciła na niego chociażby cząstkę swojej uwagi, niezmiennie zagłębiona w swoją lekturę. Rhun nie odebrał tego w żaden sposób; ich współpraca nie zaczęła się wczoraj, więc można rzec, że Holender zdołał do pewnych rzeczy… przywyknąć. Powiedziawszy co miał do powiedzenia, po prostu stał pochylony nad biurkiem i czekał aż Magnier jakkolwiek odniesie się do jego słów, nie mając zamiaru ruszyć się stąd nawet na krok nim uzyska jakieś odpowiedzi.
  Och, świetnie sobie zdawał sprawę, że jego wypowiedź nie była niczym nowym ani odkrywczym; że nie powiedział niczego, co zapewne już nie krążyło po umysłach innych Akolitów, tylko jakoś nikt inny nie kwapił się tego wyrazić na głos. Bynajmniej nie miał na myśli tego, że mają całkowicie związane ręce i nie mogą absolutnie nic robić, bo wiedział, że tak nie jest; sianie pomniejszego chaosu, co zapewne zacząłby robić, gdyby ta ogólna stagnacja miała potrwać dłużej, było jedynie rozwiązaniem krótkotrwałym. Ponadto było to również czymś co mógł swobodnie robić na własną rękę, bez całego ugrupowania za swoimi plecami. Fakt, że pomimo zdobycia pewnej reputacji udało mu się bez większego wysiłku przetrwać czasy powojenne, a aurorzy w tym czasie nawet specjalnie się doń nie zbliżyli (choć bacząc jacy są, to chyba nie jest zbyt duże osiągnięcie) wyraźnie pokazuje, że mężczyzna jest w stanie zadbać o własne cztery litery. Nie, do Akolitów zgodził się przystać, bo liczył na coś dużego i spektakularnego, coś co wstrząśnie na nowo samymi posadami świata zarówno czarodziejskiego, jaki i mugolskiego, a tymczasem nie spotkało go nic innego poza rozczarowaniem.
  Ciszę panującą w gabinecie w końcu rozdarł huk zamykanej księgi, a fiołkowe oczy uniosły się na jego twarz. Twarz de Vriesa w tym momencie nie wyrażała nic, choć spojrzenie dwubarwnych oczu wciąż pozostawało prowokujące. Mężczyzna czekał na jakiś konkret ze strony kobiety, bo jak na razie jej odpowiedź absolutnie nic nie wniosła. Całkowicie niecierpliwy w niektórych kwestiach, w innych potrafił wykazywać się wręcz zadziwiającą cierpliwością, taką godną drapieżnika, którym jakby nie patrzeć przecież był.
  Nie doczekał się jednak żadnych dalszych słów od Magnier, bo właśnie na scenę wjechał cyrk pod dyrygenturą Winchestera.
  Holender, z rękami wciąż opartymi o biurko, odwrócił głowę w kierunku drzwi, kiedy te huknęły aż miło o ścianę i odbiwszy się od niej, skosiły po drodze charłaka, który tarabanił się właśnie do środka tuż za swoim właścicielem. Tą wesołą ferajnę uzupełniała jeszcze jakaś nieznana mu dziewczyna na sznurku. Targała też ze sobą… werble? Codokurwy. Sam Winchester zaś wparadował do środka z radosnym okrzykiem pt. „Mam zajebisty pomysł!” Rhun wyprostował się i odwrócił w ich kierunku, krzyżując przy tym ręce na piersi. Minęła jedna chwila, potem druga i de Vries zaczął coraz bardziej tracić cierpliwość w związku z tym wszystkim. To ma w końcu ten zajebisty pomysł czy go jednak kurwa nie ma i jedynie odwala jakiś bullshit nie wiadomo po co? Momentami naprawdę zastanawiał się po jaką cholerę Anthea go przy sobie trzyma. On sam chyba już dawno by go zajebał na jej miejscu, więc w sumie dobrze, że na nim jednak nie był.
  Nim resztki jego cierpliwości zdążyły wypalić się do cna, Rivett w końcu zdecydował się przerwać dramatyczną pauzę i kontynuować. Spalmy Big Bena. Idea podpalenia jednego z najbardziej charakterystycznych punktów Londynu nie była mu obca, swego czasu został wszak zaproszony na spotkanie i w pewne rzeczy wtajemniczony. Najwyraźniej nadeszła właściwa pora, żeby wcielić to w życie.
  Uniósł jedną rękę i palcami zaczął pocierać swój szorstki od niedbałego zarostu podbródek, jakby właśnie zastanawiał się nad słowami Winchestera. Nie trwało to jednak zbyt długo, parę sekund góra, kiedy kiwnął przytakująco głową.
  — Nie wierzę, że to mówię, ale… — Urwał jednak, gdy do gabinetu wkroczyła jeszcze jedna osoba zwabiona najwyraźniej poruszeniem w pomieszczeniu. Cassiopeia Ainsworth. — Poza przedstawieniem w wykonaniu trupy teatralnej Winchestera? Niewiele. Nasz kolega dramaturg — tu kiwnął głową w stronę Rivetta — właśnie przedstawił swój plan palenia rozpoznawalnych mugolskich obiektów, od Big Bena począwszy, żeby nieco rozruszać czarodziejów i mugoli — odparł na pytanie brunetki, gdy jej spojrzenie z jakiegoś powodu akurat na nim spoczęło na moment dłużej niż na pozostałych
_________________
you can say that i'm sick on the inside
bet you don't know i like it that way

akta × theme × kruki

 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Szybka odpowiedź
Użytkownik: 


Wygaśnie za Dni
 
 
 
 
 
 
 

Na forum wykorzystano materiały z angielskiej i polskiej potterowskiej wikipedii, pottermore, innych źródeł oraz pomysły własne. Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Hogwart Dream, 2010 - 2019.
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight
















Dragon Ball New Generation Reborn









Fairy Tail Path Magician

over-undertale









Amaimon



Eclipse



















Agrest



Strona wygenerowana w 0,28 sekundy. Zapytań do SQL: 9