► Ogłoszenie dotyczące nowego wyglądu!
► Zakończenie modernizacji statystyk!
► Ruszył nowy rok szkolny w Hogwarcie.
► Ukazał się nowy Prorok Codzienny!
► Rozpoczyna się trening Puchonów!
Na błoniach rozpoczyna się ONMS.
► 27.04 rozpocznie się lekcja Wróżbiarstwa!
► Poszukujemy nauczycieli Starożytnych Run i Historii Magii!


Minęły dwa lata od Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall, a życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Nie oznacza to jednak, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone, a tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony. Czytaj więcej.
Wrzesień 2000r.
Pełnia: 06-08.09 (18-21.04)
Niebo coraz częściej przysłaniają ciemne, deszczowe chmury. W dzień ok. 16'C, w nocy temperatura spada do ok. 10'C.
000
000
000
000


Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Vanessa Harvin
Pią Lut 15, 2019 12:56 am
Wielka Sala
Autor Wiadomość

Madelaine Davies
VII Rok | Prefekt Hufflepuffu
Dołączył: 04 Lip 2018
Posty: 125
Wiek: 17
Krew: półkrwi
Pupil: sóweczka zwyczajna - Vishal
Różdżka: pióro dirikraka, 9 i pół cala, brzoza, giętka
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 10g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 18
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 11
Z. zwykłe: 12
Z. ofensywne: 10
Z. defensywne: 13
Miotlarstwo: 8
Wysłany: Wto Sty 22, 2019 6:04 pm   
   <Multikonta: RW | FL


 — Może, jeśli mi się zachce — odgryzła się od razu, nie tracąc wesołego ducha. Terry mógł się obruszać ile wlezie, ale to nijak nie miało prawa odwieść jej od upartego odbijania piłeczki, aż przeciwnik się nie podda.
 — No powiedzmy, że mogę — odparła, szczerząc się w jakże wymownym uśmiechu. Pomysł był przecież dobry; skoro już i tak mają spędzać czas w swoim towarzystwie, zawsze to lepiej wybrać się do pubu Pod Trzema Miotłami na dobre rzeczy niż szorować stoły późnym wieczorem, póki ręka człowiekowi nie odpadnie. Dla Madelaine ten sposób kary i tak był troszeczkę śmieszny, bo w założeniu rozkaz wykonania jakiejś pracy bez użycia magii miał być dla niesfornego dzieciaka swego rodzaju nauczką. Wielu bowiem uczniów posługiwało się magią na co dzień, mogli nawet w trakcie wakacji ćwiczyć zaklęcia i żaden urząd kontroli się ich nie czepiał, bo nagięcie przepisów pozostawało niewykrywalne. Kiedy zaś chodziło o Davies, była przyzwyczajona do robienia wszystkiego "ręcznie", nie wspominając nawet o magii. Wystarczyłoby, żeby któryś z sąsiadów zauważył przez okno samomyjącą się patelnię, a byłaby afera. Nawykła więc do życia jak mugol i czasem nawet będąc w szkole zapominała, że niektóre rzeczy da się załatwić jednym machnięciem różdżki. O ile więc szlaban z gatunku zrób to bez użycia magii stanowił karę w kwestii ucięcia wolnego czasu, sama praca fizyczna nie wadziła jej ani odrobinę.
 Wreszcie pojawił się nauczyciel, który chyba uciął był sobie drzemkę i zapomniał o skazańcach w Wielkiej Sali. Przynajmniej zapowiedział szybkie zakończenie kary, a to od razu dodawało człowiekowi nowej energii do pracy. Łatwiej było machać szmatą kiedy pomyślało się, że nie tylko właściwie trzy stoły mieli już za sobą, ale też tylko jeden dzielił ich od powrotu do dormitoriów i legnięcia każde w swoim łóżku. Po takim wysiłku z pewnością będą spać jak zabici, Maddie była o tym przekonana przynajmniej względem samej siebie.
 — Okej! — Oczywiście, że przyjęła wyzwanie bez wahania. Zakład i nagroda nie były potrzebne, największe trofeum w postaci snu było tuż-tuż na wyciągnięcie ręki. Pozostawał ostatni zryw energii, ostatnia prosta przed metą. Za szorowanie czwartego blatu zabrała się więc z takim zapałem, jakby to było jej życiowe powołanie i jedyny cel.
_________________
 
 
     

Terrence Lee
Uczeń | VI Rok
Dołączył: 23 Wrz 2018
Posty: 80
Wiek: 16
Krew: pół na pół
Różdżka: Włókno z skrzydła chochlika, 12 cali, jarzębina giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 5+1+1=7
Zielarstwo: 5+1=6
Transmutacja: 6+1+1=8
Z. zwykłe: 9+2=11
Z. ofensywne: 11+2=13
Z. defensywne: 11+1=12
Miotlarstwo: 13+2+2=17
Wysłany: Pią Lut 01, 2019 1:19 am   
   <Multikonta: Bianchie


Uparta, mała wiewiórka. A jaka zawzięta! Terry posłał jej mordercze spojrzenie, tylko chlapiąc ją wodą ze szmaty. Tak jakby to miało przepędzić jej zapędy do odbijania piłeczki. Mała cholerka. Ale przecież za to ją lubił, za tą zadziorność i poczucie humoru.
-Jakie powiedzmy? Normalnie idziemy na piwo czy chcesz czy nie. Ty stawiasz i zdecydowanie to nie jest randka. Niech ci się w tej rudej główce nic takiego nie roi – zapowiedział wręcz z oburzeniem. Oczywiście jak zwykle udawanym i zbyt teatralnym, ale akurat w kwestii randkowania będąc absolutnie szczerym. Nie żeby nie chciał się na takową z Maddie wybrać, ale powiedzmy, że mimo wszystko romantyczne wyjście z niemal siostrą było dość nie na miejscu. Plus Mad chyba miała faceta? Albo przynajmniej kogoś kto się wokół niej kręcił. Jeśli nie, to już naprawdę nie wiedział, co jest z tymi facetami nie tak.
Fakt, ta kara wcale nie była najgorsza. Zwłaszcza w ich przypadku. Oboje byli połówkami i oboje żyli w okresie wakacyjnym w mugolskich miasteczkach. Co prawda u niego w domu, magia była wszechobecna, ale nigdy nie miał problemu z tym, by posprzątać bez jej użycia. Był to też dobry sposób, żeby nie musieć spędzać czasu ze swoją macochą, bo przecież pokój sam się nie posprząta. Tak samo jak prasowanie ubrań. Co z tego, że żelazko było magicznie zmodyfikowane by nie trzeba było używać prądu. Wolał sam zająć się swoimi ubraniami, niż różdżką pozbywać się zagnieceń. To miał zarezerwowane na momenty , w których naprawdę się spieszył lub był poza domem. Na dobrą sprawę była w stanie obyć się bez magii. Tak samo jak uczył tego Vinca za każdym razem, kiedy ten w wakacje przesiadywał u niego w domu.
Dokończył swoją część stołu, zwłaszcza, ze nie zostało tego dużo i wtedy dołączył do tej narwanej wiewiórki po drugiej stronie ostatniego blatu. Zerknął na nią i na znak oboje ruszyli do szorowania w zawziętym tempie. Mads miała łatwiej, w końcu jej połowa była nieco mniejsza i proporcje były jakieś 35% do 65% ale nie zamierzał narzekać. Chodziło przecież o przyjacielską rywalizację i jak najszybsze pozbycie się brudu oddzielającego ich od końca szlabanu. Nic więc dziwnego, że gdy przeciągnął ostatni raz szmatą po drewnie, padł jak długi na kamienną posadzkę dysząc lekko.
-Uznaj, ze wygrałaś bo dałem ci fory ok? – pokazał jej język mając gdzieś fakt, że przegrał, a i jego idealna fryzura jest teraz w kompletnym nieładzie. Merlinie, dobrze, że nikt poza Mad go teraz nie widzi, bo jej wizerunek byłby zdruzgotany na wieki. –To co, włamujemy się jeszcze do kuchni? – zażartował podnosząc się do siadu i już sięgając po różdżkę, odesłał środki czyszczące tam gdzie ich miejsce. Resztą zajmą się skrzaty. Niemrawo też ruszył dupę z podłogi i przeciągnął się w towarzystwie głośnych trzasków wydobywających się z jego stawów. –Będę spał jak zabity – oczywista oczywistość czyż nie. W zasadzie dopiero teraz poczuł jak bardzo jest zmęczony, a o jutrzejszych zakwasach i treningu wolał po prostu nie myśleć.
 
     
Dołączył: 18 Maj 2010
Posty: 2567
Poziom życia: 100%
Wysłany: Pią Lut 01, 2019 9:15 pm   

Nadszedł ostatni dzień roku szkolnego, kiedy to zgodnie z tradycją cała szkoła zbiera się na uczcie pożegnalnej w Wielkiej Sali. Jeszcze zanim uczniowie przesiądą się do Hogwart Expressu i będą mogli porzucić szkolne mundurki, jeszcze zanim nauczyciele odetchnął w błogiej ciszy i spokoju, musieli się tutaj spotkać by godnie celebrować przetrwanie ostatnich dziesięciu miesięcy. Główne pomieszczenie zamku nie zostało jeszcze właściwie udekorowane, zarówno członkowie szkolnej kadry jak i młodzi adepci sztuki czarodziejstwa dopiero zbierali się na miejscu zajmując właściwe siedziska, plotkując i o tym kto słusznie czy niesłusznie miał zdobyć najważniejsze wyróżnienie tego roku i o tym kto jakie plany ma na wakacje. Kolejni mieszkańcy zamku przekraczali próg Wielkiej Sali, która z każdą chwilą zapełniała się coraz bardziej.
_________________
A skąd wiesz, że ty jesteś obłąkany? - zapytała Alicja
Po pierwsze - odpowiedział Kot - pies nie jest obłąkany. Zgadzasz się z tym?
- Chyba tak - odpowiedziała Alicja.
- No, więc widzisz - ciągnął Kot - że pies warczy, jak się rozgniewa,
a kiedy jest zadowolony - macha ogonem.
Otóż ja normalnie warczę, kiedy jestem zadowolony,
a macham ogonem, jak się rozgniewam.
I dlatego jestem wariat."
 
     

Oliver Thornton
Uczeń | II rok
Dołączył: 23 Paź 2018
Posty: 96

Wiek: 12
Krew: pół na pół
Różdżka: Pióro znikacza, 11 cali, dziki bez, giętka
Sakiewka: 2g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 3
Zielarstwo: 3
Transmutacja: 3
Z. zwykłe: 7
Z. ofensywne: 6
Z. defensywne: 3
Miotlarstwo: 12
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 12:08 am   

Kto najbardziej czekał na całą tę imprezę związaną z zakończeniem roku? Wiadomo, pierwszoroczni. Oliver nie był tutaj żadnym wyjątkiem. Zdążył już usłyszeć to i owo o ceremoniach zakończenia roku. No a do tego wszystko wskazywało, że Puchar Domów przypadnie Puchonom. Nic więc dziwnego, że z tego wszystkiego przybył do Wielkiej Sali trochę za wcześnie. Tak dla odmiany, bo zwykle wszędzie był spóźniony. Podszedł do stołu przydzielonego Hufflepuffowi. Przez moment stał nieco bezradnie jak ostatnia sierota starając się dojrzeć kogoś mniej lub bardziej znajomego. Niestety Ci się tak nie pospieszyli z przybyciem i zwykłe dosiadnięcie się do kogoś znajomego chwilowo nie wchodziło w grę. Z braku pomysłu podszedł do pierwszego lepszego miejsca, gdzieś w środku stołu i je zajął. Koło niego było trochę pusto, ale wszystko wskazywało na to, że wszystkie siedzenia zostaną zajęte.
 
     

Vincent Rowle
Uczeń | VI Rok
Dołączył: 07 Wrz 2018
Posty: 81
Wiek: 16 lat.
Krew: Półkrwi.
Różdżka: pióro żmijoptaka, 12,5 cala, buk, sztywna
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 9
Zielarstwo: 6
Transmutacja: 9
Z. zwykłe: 12
Z. ofensywne: 7
Z. defensywne: 9
Miotlarstwo: 25
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 12:39 am   
   <Multikonta: MSP | RL


 Vince wciąż nie potrafił uwierzyć w to, jak szybko minął jego piąty rok nauki w Hogwarcie. Miał nieprzyjemne wrażenie, że im bardziej zbliżał się do końca swojej uczniowskiej kariery, tym bardziej czas gnał do przodu, nie myśląc nawet o tym, żeby na chwilę się zatrzymać. Oczywiście im był starszy, tym więcej zajęć miał w ciągu dnia, a to z kolei przekładało się na ciągłą walkę z zegarkiem i kalendarzem, zwłaszcza przez ostatnie parę miesięcy, gdzie ledwo nadążał, starając się pogodzić przygotowania do SUMów, opracowywanie taktyk i treningów Quidditcha oraz uczestnictwo w tych ostatnich. A przy tym wszystkim nie można było odciąć się od znajomych!
 Wydawać by się mogło, że Rowle będzie miał tego wszystkiego po dziurki w nosie, z niecierpliwością oczekując powrotu do domu i kilku tygodni słodkiego lenistwa… nie do końca tak wyglądała rzeczywistość. W końcu Puchon (jak pewnie wielu innych uczniów) uwielbiał Hogwart – ze wszystkimi swoimi obowiązkami, z każdym wymaganiem, które przed nim stawiano i z każdą zarwaną nocą, gdy Terrence o czwartej nad ranem dosłownie targał go z Pokoju Wspólnego do dormitorium, żeby położył się przynajmniej na tę godzinę czy dwie. Perspektywa spokojnego snu i niestresowania się egzaminami (chociaż nie miał jeszcze wyników, teraz były już one poza zasięgiem jego wpływów, więc zamierzał cierpliwie poczekać na werdykt, zamiast wyrywać sobie włosy z głowy) była przyjemna, ale już sama kwestia powrotu do szarej rzeczywistości rodzinnego domu niespecjalnie. Na całe szczęście przynajmniej drugą część wakacji miał spędzić z przyjaciółmi…
 Jeżeli zaś o przyjaciołach mowa, nie mógł pojawić się w Wielkiej Sali sam jeden, zostawiając ich w tyle. Niby zagroził Terry’emu, że jeżeli ten się nie pospieszy, pójdą bez niego, ale było to na jakąś godzinę przed rozpoczęciem uroczystości zakończenia. Cóż, po pięciu latach miał na tyle doświadczenia, by wiedzieć, że Lee należało wygonić do łazienki ze znacznym wyprzedzeniem.
 Tym też oto sposobem, osławiona trójka Puchonów z piątego roku wmaszerowała do Wielkiej Sali relatywnie wcześnie, oczywiście jak zawsze pogrążona w rozmowie. Z jednej strony zaplanowali wspólne wakacje już dawno temu (tradycję zapoczątkowali po pierwszym roku i, tak szczerze mówiąc, niewiele się od tamtego czasu zmieniło), ale przecież wciąż było jeszcze mnóstwo zmiennych: co będą robić, na jaki mecz Brytyjskiej Ligi Quidditcha się wybiorą, kiedy i gdzie będą trenować do nowego sezonu i tak dalej, i tak dalej…
 Kiedy Vincent dostrzegł przy stole ich domu siedzącego samotnie Olivera, postanowił z miejsca zmienić ten stan rzeczy. Jeszcze zanim zajął miejsce obok niego i zarzucił mu rękę na barki, rozczochrał jasne włosy, szczerząc się do niego radośnie.
 – Mówiliśmy ci, że pierwszy rok minie szybko? Po wakacjach oficjalnie widzę cię w drużynie – oświadczył całkiem na serio, chociaż jego ton był bardzo daleki od tego, którego zazwyczaj używał na treningach, gdy rzeczywiście „włączał mu się tryb kapitana” – jak to pięknie Terry kiedyś określił.
 
     
Odetta Doherty
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 11:30 am   

Koniec roku.
Zdecydowanie nie spodziewała się go tak szybko. Zdecydowanie nie spodziewała się, że dopiero co zacznie szósty rok nauki, a zaraz będzie musiała myśleć o owutemach. Zaraz skończy Hogwart i będzie pełnoprawną czarownicą. Cieszyła się, ale jednocześnie odczuwała żal, bo wiedziała, że będzie tęsknić za tą szkołą.
Niemniej jednak, teraz nie był czas na wspominki, a na udanie się do Wielkiej Sali na uroczystość, co zaraz prędko zrobiła. Nie szła z nikim ze swoich znajomych, nie miała też żadnych planów na wakacje - ot, trenowanie do sezonu i leniuchowanie. Chociaż z pewnością ciekawie byłoby rzeczywiście jakoś efektywniej spędzić wolny czas, niż na leżeniu do góry brzuchem i czasami polataniem na miotle. Z drugiej strony, to były jej ostatnie chwile na leniuchowanie, bo po wakacjach zaczynała siódmą klasę i nadchodziła powoli wizja wyczerpujących egzaminów, z których co najmniej pięć przedmiotów musiała mieć zdanych na dobrym poziomie. Etta weszła pewnym krokiem do Wielkiej Sali, od razu kierując się do stołu Puchonów, gdzie siedziało już parę osób. Dostrzegła jednak znajomą jasną czuprynę Olivera i siedzącego przy nim Vincenta, więc prędko zajęła miejsce naprzeciwko nich, uśmiechając się do nich szeroko. Akurat jeszcze zdążyła usłyszeć słowa Rowle'a i zmarszczyła na niego brwi, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Nie przejmuj się nim - powiedziała do Olivera, wzruszając ramionami. - Ale rzeczywiście, ten rok minął zaskakująco szybko... A za rok owutemy.
Skrzywiła się na swoje ostatnie słowa, przeczesując dłonią włosy i westchnęła ciężko. Już się nimi przejmowała, a przecież jeszcze miała na to czas.
- Tak czy inaczej, jakieś ciekawe plany na wakacje?
 
     

Iga Ewans
Uczeń | III rok
Dołączył: 08 Cze 2018
Posty: 71
Wiek: 12
Krew: poł na pół
Pupil: kot i sowa
Różdżka: 11 cali jabłoń,Łuska węża morskiego,wydaje swist przy machnięciu
Ekwipunek: to co jest na liście do szkoły
Sakiewka: 60
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 7
Transmutacja: 6
Z. zwykłe: 7
Z. ofensywne: 6
Z. defensywne: 6
Miotlarstwo: 6
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 1:11 pm   

W sali pojawiła się również mała krukonka wciąż kichała, kichała i kichała... Ile można kichać? Z wykorzystanych chusteczek można by zbudować wieżę Eiffla.
Kogo jak kogo, ale Igi nie mogło zabraknąć. Wchodząc do sali zerknęła okiem na tablicę punktacyjną - cóż,puchoni wygrali.
Za rok to mój dom wygra ot co.Tak jak zwykle musiała parę razy czesać włosy związała je w zwykły kok zastanawiała się nad wieloma innymi rzeczami.
Pchnęła drzwi do Wielkiej Sali i pobiegła w stronę stołu Krukonów nie dostrzegła nikogo ze swojego domu
- Hej? - zwróciła się do puchonów.
 
     

Diana Irving
Uczeń | II rok
Dołączyła: 24 Wrz 2018
Posty: 90
Wiek: 12
Krew: pół na pół
Różdżka: pióro z ogona hipogryfa, 10 cali, jarzębina, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 3
Zielarstwo: 4
Transmutacja: 4
Z. zwykłe: 6
Z. ofensywne: 8
Z. defensywne: 4
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 2:05 pm   
   <Multikonta: --


Diana weszła do Wielkiej Sali, a trzeba przyznać, że wyszykowała się na ten dzień wyjątkowo. Jej szata była bez jednego pyłku, co dziewczynka sprawdzała jeszcze tego ranka, specjalnie wstając wcześniej z tego powodu. Niesforne włosy po długich i bolesnych zabiegach, które mało co nie doprowadziły jej do szału, udało jej się ułożyć w gładki kok. Założyła swoje najładniejsze kolczyki – w kształcie złotych łezek – a paznokcie pomalowała patriotycznie na gryfońskie kolory: czerwony i złoty.
Diana rzadko poświęcała czas na refleksję, ale nie mogła teraz myślami nie wracać do ostatniego roku. Jeśli to miało być prognozą na kolejne lata, to dziewczynka nie mogła się doczekać. Nowe znajomości, mnóstwo, ale to mnóstwo nowych, fascynujących rzeczy, których dowiedziała się o magii, no, i przygody, które nie umywały się do niczego, co mogło ją spotkać w Liverpoolu. Dziewczynka uśmiechnęła się pod nosem, przypominając sobie rady, jakie dawała jej rodzina. Rodzice prosili, by nie pakowała się w kłopoty, podczas gdy ona radośnie pomaszerowała do Zakazanego Lasu. Chris sugerował, żeby uważała na to, co mówi, a tymczasem była to chyba jedyna rzecz, której Diana praktycznie nigdy nie robiła.
Spojrzała na stół Gryffindoru. Nie było jeszcze jej wielu kolegów, więc postanowiła podejść na chwilę do stołu Puchonów, tym bardziej, że miała coś do powiedzenia Oliverowi.
Zauważyła przy stole również Igę.
-Hej, Iga przywitała się. -Co tam u ciebie? Też chciałaś postać przy stole zwycięzców? - zażartowała, mówiąc o Pucharze Domów. -Ale serio, za rok to my wygramy – zaznaczyła. Pamiętała, że to między innymi jej wybryki doprowadziły do tego, że Gryffindor zajął w tym roku ostatnie miejsce i obiecała sobie, że za rok do tego nie dojdzie.
-Ollie odezwała się po chwili. -Nie wiem, jak ci dziękować. Gdyby nie ty, to na pewno nie zdałabym tej historii magii. Weź coś wymyśl, żebym mogła ci się jakoś odwdzięczyć, bo uratowałeś mi życie. I żadnych tam bzdur, że nie ma za co, nie trzeba czy coś.
Obok Olivera zobaczyła... Dopiero co myślała o Chrisie, a tu przed nią było jego wcielenie, czyli Vincent.
-Cześć, Vincent powiedziała tylko. Pozostałych Puchonów znała z widzenia, ale Diana stwierdziła, że wypadałoby się przedstawić.
-Diana Irving, Gryffindor – powiedziała, jak to miała w zwyczaju. -Chyba nie przeszkadzam, co? Jak coś, to powiedzcie, i tak zaraz sobie idę. Chciałam się tylko przywitać z tym tu cudotwórcą – wskazała na Olivera – który może nauczyć każdego wszystkiego, z kolegą z pary – lepiej nie mówić Vincentowi, że stał się praktycznie jej starszym bratem; kto wie, co by na to powiedział – i zapytać jedną Krukonkę, co robi w wakacje. To co robisz, Iga?
 
 
     
Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 256
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Genetyka: wilkołak
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 6
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 40
Z. ofensywne: 50
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 3:01 pm   
   <Multikonta: RC


 Burek łaskawie wytoczył się z nory, w której zaszył się na parę dni, zaraz po tym jak wypełzł ze Skrzydła Szitalnego, a wypełznął bardzo szybko, na własne życzenie. Wolał uniknąć sensacji wywołanej tym, że któryś z profesorów, oczywiście on, wylądował w Skrzydle Szpitalnym. A po co? A czemu? A co się stało? Ciekawe czy za rok będzie nowy nauczyciel? Otóż nie będzie, Carter przeżył (jakoś) atak wilkołaka i to prawdopodobnie tylko dzięki temu, że się nie poobrażał ze swoją różdżką i dzięki temu, że Vanessa miała wgrany jakiś radar anty-carterowskie-szlajanie. Znalazła go i wezwała pomoc. Szczęśliwie Callaghan pewnie dostał kosza od tej biednej pielęgniarki, więc nie zajmował jej wieczoru. Nawet nie zakodował momentu, w którym ten zabiedzony luj faktycznie pojawił się koło niego, gdy Raylene kończyła go opatrywać. Prawdopodobnie wtedy pożegnał się już ze swoją świadomością albo na wskutek odniesionych obrażeń i utraty krwi albo dzięki gorączce wywołanej zakażeniem. Albo jedno i drugie. Nieważne.
 Nie czuł się za dobrze przez te ostatnie kilka dni, mało jadł, a to samo w sobie było wskazówką, że jest coś z nim nie tak. Mało się odzywał, nawet niewiele pyskował Vanessie. Ograniczał się wyłącznie do "Mhm" oraz "Taa" czasem posilił się na "Nie wiem". Gonił od siebie każdego, bo przecież był biedną, poranioną królewną, która miała te dni i potrzebowała czasu dla siebie. A tak naprawdę to musiał przetrawić sam fakt zakażenia likantropią. Czyli co? Czekały go comiesięczne występy w futrze, recitale do księżyca i wycieczki po Zakazanym Lesie? No cudownie, lepiej być nie mogło. Ciekawe czy jak naszczeka na Vanessę to znowu wymierzy w niego Avadą. Której notabene nie potrafiła rzucić, hehe.
 Przyszedł na Wielką Salę, bo przecież trzeba było wszystkich zaszczycić swoją, wątpliwego pożądania, osobistością. A tak naprawdę to wolałby uniknąć zjoby od McGonagall, że jako profesor się nie pojawił na Ceremonii. Poza tym należało pogratulować zwycięskiemu Domowi, nie? I na pewno nie miał to być Gryffindor.
 Gdzieś po drodze zgubił Vanessę, choć niewykluczone, że na czas swojego "poprzemianowego okresu" przeniósł się do swojej komnaty, żeby przypadkiem nie ugryźć Vanessy w swoim fochu i nie zarazić swoim syfem. Choć z drugiej strony byłoby to całkiem ciekawe gdyby oboje znikali na czas pełni aby hasać po Zakazanym Lesie, wyć do księżyca i się szczenić. Ale romantycznie! Spierdalaj.
 Przechodząc koło Puchonów i Diany, spojrzał na nią, przy okazji unosząc lekko brew. Mogła go nie lubić za to, że pogonił ją z Zakazanego Lasu i urwanie tylu punktów, ale Carter był teraz doskonałym przykładem dlaczego nie powinna była tam dłużej zostać. Nie potrzebował usprawiedliwienia dla siebie, aczkolwiek czuł się lepiej ze świadomością, że takową karą uchronił prawdopodobnie dwójkę dzieciaków od śmierci z kłów i pazurów wilkołaków. W końcu zaatakowały go nie tak daleko od miejsca, w którym spotkał dwójkę uczniów. Wystarczyło parę chwil później i zbierałby poszczególne części ich ciał by zanieść Vanessie i wręczyć ze słowami "Trzym Puzzle Gryfoni Edition".
 Przeniósł spojrzenie przed siebie i ruszył dalej w stronę stołu dla nauczycieli. Jeszcze powinien plusa dostać za to, że przyszedł tak wcześnie. Przed czasem. Zajął swoje miejsce, splótł ramiona na blacie i oparł się o nie, wlepiając wzrok przed siebie. Wreszcie koniec, wreszcie będzie mógł... no właśnie? Co on będzie robił w te wakacje? W końcu to jego pierwsze wakacje od czterech lat.

_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Oliver Thornton
Uczeń | II rok
Dołączył: 23 Paź 2018
Posty: 96

Wiek: 12
Krew: pół na pół
Różdżka: Pióro znikacza, 11 cali, dziki bez, giętka
Sakiewka: 2g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 3
Zielarstwo: 3
Transmutacja: 3
Z. zwykłe: 7
Z. ofensywne: 6
Z. defensywne: 3
Miotlarstwo: 12
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 4:22 pm   

Oliver w ciągu tej chwili przez którą był sam był pochłonięty przez średnio wesołe rozważania. To miały być jego pierwsze wakacje w trakcie nauki w Hogwarcie i szczerze mówiąc nie miał pojęcia czego oczekiwać po powrocie na lato do domu. Miał tylko niejasne przeczucie, że od tej pory jego świat i świat jego wcześniejszych kolegów zacznie się rozjeżdżać z roku na rok coraz bardziej.
Na szczęście z tych rozmyślań wyrwał go Vincent -Hej! - rzucił do niego przy okazji uśmiechając się szeroko. -Faktycznie mówiłeś i miałeś rację- przyznał szczerze. Wyszczerzył się w uśmiechu jeszcze bardziej gdy ten wspomniał o drużynie-Nie mogę się doczekać- zadeklarował. -W sumie... to miałbym prośbę, jeśli to nie kłopot. Jakoś pod koniec sierpnia... pomógłbyś mi wybrać miotłę i sprzęt? - poprosił jeszcze starszego kolegę.
W międzyczasie dołączyła do nich Odetta. Oliver również i ją obrzucił swoim uśmiechem. -Czym są Owutemy?- zapytał zaciekawiony nieznanym mu terminem. Nic dziwnego w końcu był dopiero na pierwszym roku. No a potem postanowił odpowiedzieć na jej pytanie -Sam nie wiem... pewnie pojadę gdzieś z rodzicami- to było całkiem prawdopodobne. Jeśli nie pojadą to jego mama pewnie nie wyrwie się z pracy... co tu dużo mówić była pracoholiczką.
Jeszcze parę minut temu był sam, a teraz zaroiło się wokół od przyjaciół i znajomych, a Oliver chyba pierwszy raz poczuł, że wcale nie ma ochoty wracać na wakacje.
-Cześć- przywitał się z obiema dziewczynkami, które podeszły do stołu Puchonów. No i zaraz potem porwał go słowotok Diany. Trochę go załatwiła tym pytaniem o odwdzięczenie się. Szczególnie, że nic takiego nie zrobił. Pokazał jej tylko parę sztuczek jak zmusić oporny mózg do zapamiętywania nudnych rzeczy.- wiesz... w sumie to sama się tego wszystkiego nauczyłaś, ale skoro już chcesz się odwdzięczać to mam pewien pomysł- zawiesił na moment głos. -W przyszłym roku będziesz wiernie kibicować Puchonom na meczach, okej? No może oprócz tych z Gryffindorem, te Ci odpuszczę- stwierdził wspaniałomyślnie. Zmieszał się nieco gdy Diana nazwała go cudotwórcą. Na prawdę nic takiego nie zrobił. Nic natomiast nie odpowiedział, bo akurat do Wielkiej Sali wszedł profesor Carter i Oliver akurat przypomniał sobie to co Diana mu mówiła o Zakazanym Lesie, no i jej obawy czy przypadkiem Carter akurat nie spotkał się z wilkołakiem, którego wycie słyszeli Gryfoni gdy wracali do zamku. Póki co Oliver wrzucił to do szufladki w swoim mózgu z etykietką "mało prawdopodobne", ale jeśli mężczyzna zacznie znikać w czasie pełni to zapewne połączy kropki. No, ale to problem na przyszły rok.
 
     

Terrence Lee
Uczeń | VI Rok
Dołączył: 23 Wrz 2018
Posty: 80
Wiek: 16
Krew: pół na pół
Różdżka: Włókno z skrzydła chochlika, 12 cali, jarzębina giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 5+1+1=7
Zielarstwo: 5+1=6
Transmutacja: 6+1+1=8
Z. zwykłe: 9+2=11
Z. ofensywne: 11+2=13
Z. defensywne: 11+1=12
Miotlarstwo: 13+2+2=17
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 4:54 pm   
   <Multikonta: Bianchie


Uczta kończąca rok szkolny była czymś, czego nie wolno pod absolutnie żadnym pozorem pominąć. No chyba, ze jesteś całkowicie nieprzytomny i walczysz o swoje życie, to wtedy nieobecność była choć częściowo usprawiedliwiona. To wydarzenie było idealnym sposobem, by za jednym zamachem spotkać się ze wszystkimi w podniosłej atmosferze, najeść się do syta – a jak wiemy Hogwarckie skrzaty robią najlepszą pieczeń na świecie, oraz przedyskutować ostatnie plany wakacyjne. Dla innych był to też czas pożegnań, ale do tych bardziej rzewnych, Lee przygotowywał się dopiero za rok, kiedy jego teraz jeszcze szóstoroczni przyjaciele zaczną udawać dorosłych. Nie oszukujmy się, szósty rok pod wieloma względami był najlepszy. Bo owszem mieli za sobą dopiero co zdane egzaminy, ale w bliskiej perspektywie czekał ich ostatni luźny rok pełen swobody i realizowania tego w czym się jest najlepszym. Nie było wizji ciężkich egzaminów decydujących ostatecznie o twojej przyszłości, wymagania się nieco zmieniały, jak i ilość przedmiotów, a to wystarczyło, by puchon nie mógł się tego doczekać.
Vincent tylko tradycyjnie musiał go zagonić do szykowania się. Tego dnia, akurat idealny wygląd stał u Lee na pierwszym miejscu. Kiedy jak nie w dzień przyznaniu pucharu domów należało się w pełni odstawić? Godzinę przed ucztą należało mu tylko przypomnieć o upływającym czasie, to wszystko. A perfekcja jego ogromnych pokładów wymagała. Przecież włosy same nie ułożą się w lekkie, nieco rozwiane fale, a przedziałek nie znajdzie się w idealnie prostej linii. Tak samo jak lekki, naturalny makijaż tez wymagał odpowiednich pokładów pracy i oddania. I nie, wcale nie czuł się źle z tym, że jego przygotowania trwały dłużej niż nie jednej dziewczyny, jak również to, że potrafił lepiej dobrać podkład i odpowiednio go rozprowadzić niż jego współdomowniczki. Po tym jak ubrania zostały nienagannie wygładzone, a najmniejsze zagniecenie nie skalało materiału mundurku, spędził kolejne piętnaście minut na samym dobraniu kolczyków i broszy do krawatu, ostatecznie decydując się na ta z pomarańczowym kamieniem, kształtem przypominającym słońce. Po wyjściu z łazienki rzucił tylko spojrzenie pozostałej trójce, chcąc tym samy raz powstrzymać ich komentarze na temat przesadnego strojenia się, a dwa swój na temat wytknięcia im ich niedoskonałości. Jedynie co, to wymienił Vincentowi pasek twierdząc, że ten brązowy który ma na sobie zdecydowanie zbytnio się gryzie, a sprzączka jest za duża. Do Ila nawet nie próbował dotrzeć, tylko machnięciem różdżki wyprasował jego mundurek. Doprawdy, co oni by bez niego zrobili
W Wielkiej Sali pojawili się dość wcześnie za co Rowle otrzymał wielce zirytowane prychniecie. Przecież mieli jeszcze co najmniej dziesięć minut które mógł przeznaczyć na dopracowanie choćby ich wizerunku. Cóż, najwidoczniej tylko jemu w pełni na tym zależało. Bez zbędnego już ociągania, zajął miejsce obok Vinceta posyłając szeroki uśmiech Olivierowi oraz jego wiernką kopię Odettcie.
-Etta, my mu już w pierwszym czy drugim tygodniu zapowiedzieliśmy, że będzie naszym obrońcą. Olie ma talent, tylko musimy go jeszcze trochę podszlifować. – wyjaśnił dziewczynie z lekkim rozbawieniem. A później przy ich stole zaroiło się od pierwszorocznych, co sam Terrence przyjął raczej ze śmiechem niż czymkolwiek innym. Vincent naprawdę miał talent do przyjmowania roli starszego brata.
-Witaj Diano, Terrence. A nasza urocza Krukona jak się nazywa? Wybaczcie moje niedoinformowanie drogie panie – Lee skłonił lekko głowę zaraz posyłając blondynce przepraszający uśmiech. Widac, niektóre rzeczy nie mogły się zmienić.
-Ollie, daj mi swój krawat. Ten węzeł prosi się o poprawkę – poprosił wyciągając dłoń w kierunku chłopaka. Cóż, skoro reszta zajmuje się spełnianiem dobrych uczynków w postaci udzielania wyjaśnień, a Rowle został poproszony o pomoc w gromadzeniu sprzętu do gry, to Lee zrobi to, w czym jest najlepszy. Zadba o prawidłowy wizerunek.
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3876
Wiek: 29 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 5:57 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Nie miała najmniejszej ochoty się tu pokazywać. Jej Dom. Jej Gryffindor. Jej krwistoczerwone barwy spłynęły bolesną porażką, której nie potrafiła zrozumieć. Gdzie popełniła błąd? Najwyraźniej w którymś momencie nie dopilnowała swoich niesfornych podopiecznych i pozwoliła im na zbyt dużą samowolkę. Trudno. W przyszłym roku zaciśnie im trochę pasa i wprowadzi większą dyscyplinę. Z każdej przegranej trzeba wyciągać wnioski, chociaż wciąż nie poznała tożsamości swojego wroga numer jeden, który upierdolił gryfonom sześćdziesiąt punktów. Przetrzepała już kilku uczniów, podejrzliwie zerkała to na typa, który wykładał astronomię, to na tą świrniętą od wróżbiarstwa, ale to nie zbliżyło jej ani trochę do zdemaskowania sprawcy tego karygodnego czynu. A przecież obiecała sobie, że zmiecie z powierzchni ziemi nauczyciela odpowiedzialnego za takie pogrążenie jej Domu. Tego nie można było puścić płazem, nie miała pojęcia nawet za co aż tak bardzo oberwało się jej podopiecznym, ale bez względu na to, czego te diabły dokonały, był to absolutnie niewybaczalny występek. Może inny profesor nie potraktowałby tego tak osobiście, ale dla panny Harvin było to po prostu przekroczenie pewnej granicy. To ona odpowiadała za tych uczniów i nikt bez jej wiedzy nie powinien podejmować takich działań. Nikt.
Niestety, musiała się ruszyć ze swojego gabinetu na ucztę pożegnalną, chociażby po to, żeby się pokazać i odbębnić obecność na końcowej ceremonii. Poza tym, chodziło też o Cartera. Nie wiedziała czy się powlecze na uroczystość czy nie, bo takie spędy też raczej nie leżały w jego guście, a w ostatnim czasie wyjątkowo ciężko się było z nim porozumieć. Nawet ona w te dni była bardziej znośna w obyciu. Nie dość, że się szybko wyniósł ze Skrzydła Szpitalnego i to jeszcze bez jej zgody (kurwa, czy ty nie mógłbyś chociaż raz o siebie porządnie zadbać?!), to jeszcze zmrukliwiał i sposępniał do naprawdę nieznośnego poziomu (czy ty w ogóle słuchasz co ja do ciebie mówię?). Rozumiała, że na pewno przeżywał swoje nowe, futrzaste alter ego i na pewno potrzebował trochę czasu, żeby się z tym wszystkim pogodzić, ale to jednak nie był koniec świata. Uzbroiła się na wszelki wypadek w cierpliwość, oszczędziła mu ciągłego zrzędzenia, a jego burkliwość puszczała mimo uszu, chociaż brak nieco bardziej rozwiniętego kontaktu był jednak dość dokuczliwy przed końcem roku szkolnego. Trudno, przetrwa porażkę Gryffindoru, przetrwa i okres Cartera i chyba nawet to drugie było gorsze od tego pierwszego.
Zjawiła się w Wielkiej Sali od razu rzucając okiem na obsadę stołu nauczycielskiego i nie mogła się powstrzymać się od standardowego wywrócenia młynka oczami. Był na miejscu, porzucając co prawda swoją narzeczoną, ale przynajmniej nie musiała go szukać po całym zamku. Tylko krótkim spojrzeniem obrzuciła stół Gryfonów, szybko usadawiając się obok burka. Początkowo nic się nie odzywała, zaledwie kontrolnie mu się przyglądając.
- Mógłbyś w końcu przestać chować się przed całym światem? - mruknęła pomijając jakoś dzień dobry kochanie, co słychać. - I przede mną.
Uczniowie jak i nauczyciele dopiero schodzili się na ucztę pożegnalną, więc stoły nie były jeszcze zapełnione mieszkańcami zamku. Nie trwały żadne przemowy ani nie wygłaszano jeszcze ciągu ogłoszeń duszpasterskich, więc pozwoliła sobie uczepić się palcami jednej dłoni jego ręki, zastanawiając się czy wszystkie rany się już dobrze zagoiły, bo tego, że Carter zagwarantował sobie przy okazji nowy pakiet blizn to domyślała się od początku. Oszczędziła mu jednak zbyt nachalnego przesłuchania, bo jak miał jej tylko burczeć coś pod nosem, to i tak się zbyt wiele nie dowie. Wzrok wbiła w przestrzeń sali nie chcąc też, żeby ktoś pomyślał, że oto na oficjalnej ceremonii Harvin rozbiera Cartera wzrokiem... nie rozbiera. Carter jej zdziczał, rozbierać się nie dał.
- Żeby to się już skończyło... mam nadzieję, że McGonagall mnie nie zje za Gryffindor. - wymamrotała w zasadzie nie sądząc, że jakkolwiek może to interesować jej narzeczonego, ale jakby na to nie patrzeć to dyrektorka była wcześniej Opiekunem czerwonych, a panna Harvin naprawdę nie miała pojęcia jak jej wyjaśnić taki spadek Gryfonów i to przed samym końcem roku szkolnego. Jakby zostali na poziomie wcześniejszej punktacji, to nawet pomimo przegranej, byłoby to bardziej do przetrawienia, ale obecnym wynik był po prostu gorzej niż tragiczny.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
 
     

Violetta Strauss
Uczeń | VII rok
Dołączyła: 06 Maj 2013
Posty: 370
Wiek: 17 lat
Krew: Czysta
Pupil: czarna kotka - Aletheia
Różdżka: Pióro żmijoptaka, 12 cali, cedr, bardzo sztywna
Ekwipunek: różdżka, sakiewka, eliksir chroniący przed ogniem, talia przeklętych kart (nie pytajcie po co)
Sakiewka: 115 galeonów, 7 sykli
Poziom życia: 70%
Eliksiry: 9
Zielarstwo: 5
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 24
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 12
Miotlarstwo: 24
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 8:37 pm   

Zakończenie roku szkolnego teoretycznie miało być czymś naprawdę przyjemnym. Jednak szczerze powiedziawszy Violetta jakoś nie miała wielkiej ochoty na powrót do domu. Nie miała żadnych wybitnych planów na to jak miałaby spędzić wolne miesiące, a dodajmy jeszcze do tego fakt, że tysiąc razy lepiej dogadywała się z opiekunem swojego domu niż ze swoim własnym prywatnym ojcem. Chociaż w zasadzie z każdym można mieć lepsze relacje niż z panem Straussem. Właściwie jedyne na co mogła liczyć w nadchodzącym czasie to kilka meczy Quidditcha w wykonaniu zawodowców, na które udało jej się zdobyć bilety oraz romansowanie z kilkoma książkami, bo chyba powinna się nieco poduczyć skoro czekały ją OWTMy. Chociaż z drugiej strony na co jej to było? Pewnie i tak da radę zaliczyć je z dosyć dobrym wynikiem. Może nawet trafią się jakieś wybitne.
Zjawiła się w Wielkiej Sali w momencie, gdy w środku znajdował się już dosyć spory tłum. Westchnęła ciężko i lawirując między niektórymi ze stojących w przejściu uczniów, znalazła pierwsze wolne miejsce przy stole Ravenclaw. Teraz tylko czekać aż cała impreza się rozpocznie i wszyscy będą się mogli rozejść. W zasadzie pewnie niewiele osób chciało tutaj zostać i uczestniczyć w tym zakończeniu i woleliby od razu udać się na pociąg, by móc wrócić w rodzinne strony. No, ale tradycja tradycją.
Strauss rozejrzała się jeszcze po sali, próbując namierzyć kręcących się gdzieś nauczycieli. Wyglądało na to, że jeszcze sporej ilości grona pedagogicznego nie było. W tym opiekuna jej domu. Chociaż Verendal może wleci na Nimbusie do sali w ostatniej chwili i wpierdzieli się w zastawę stołową niczym w trybuny w czasie meczu Quidditcha. To by było piękne.
_________________
 
 
     

Cecile Rosier
Uczeń | VI Rok
Dołączył: 26 Lis 2018
Posty: 19
Wiek: 16
Krew: czysta
Różdżka: Pióro żmijoptaka, 9 cali, Heban, sztywna
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10+3=13
Zielarstwo: 6+2=8
Transmutacja: 6+1=7
Z. zwykłe: 10+2=12
Z. ofensywne: 13+1=14
Z. defensywne: 15+1=16
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 8:50 pm   
   <Multikonta: Terry, Bian


Zakończenie roku musiało nadejść. Ostatnie tygodnie były jednym wielkim maratonem pomiędzy nauką, życiem towarzyskim, nauką i sprawami sercowymi. A pomiędzy to należało wstawić jeszcze czas dla siebie i na sen. Nie było łatwo, ale w momencie, w którym odłożyła pióro na blat, a pergamin z jej SUMAmi zniknął jej sprzed nosa poczuła ogromną ulgę. To już prawie koniec. Nauczyciele też dawali się zrozumieć, że po egzaminach, wymaganie od uczniów czegokolwiek innego niż nie przeszkadzanie na korytarzach byłoby szczytem okrucieństwa. Teraz zostało tylko dopełnić wszelkich formalności, odebrać puchar domu przez nie jej węże i można było wracać do domu. A te wakacje zapowiadały się wyjątkowo interesująco.
Do Wielkiej Sali wkroczyła na długo przed rozpoczęciem uczty. Niby w dobrym tonie byłoby wejść na ostatnią chwilę nie musząc spędzić długich minut na bezsensownym oczekiwaniu, ale tym razem Cecile postawiła na punktualność. Może to tez była kwestia tego, by nie drażnić się o te kilka minut dłużej ze swoją nordycką współlokatorką? Na to będą miały jeszcze mnóstwo czasu jeśli wszystko wypali po jej myśli.
W pomieszczeniu było już sporo osób, choć jej stół zionął na razie pustkami. Typowe. Dziewczyna uśmiechnęła ise pod nosem zanim nie ruszyła na swoje umownie przypisane w ciągu roku miejsce. Oczywiście, to nie było nic formalnego, coś czego by ktokolwiek wymawiał, ale już dawno zauważyła, że wśród niektórych grup, co takiego stawało się normą. Normą, której nie planowała na razie łamać. Kiedy więc wsunęła nogi za blat odetchnęła cicho, dopiero teraz w pełni rozglądając się po Sali i wyłapując znajome twarze. To, ze nie planowała zmniejszać tego dystansu było oczywistym, ale znowu jakieś pozory należało zachować. I przy tym mieć nadzieję, że długo nie będzie musiała tu tak sama sterczeć, bo nie było to coś z czym by się komfortowo czuła. Po prostu nie i już.
 
     

Vincent Rowle
Uczeń | VI Rok
Dołączył: 07 Wrz 2018
Posty: 81
Wiek: 16 lat.
Krew: Półkrwi.
Różdżka: pióro żmijoptaka, 12,5 cala, buk, sztywna
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 9
Zielarstwo: 6
Transmutacja: 9
Z. zwykłe: 12
Z. ofensywne: 7
Z. defensywne: 9
Miotlarstwo: 25
Wysłany: Sob Lut 02, 2019 9:57 pm   
   <Multikonta: MSP | RL


 Ostentacyjnie przewróci oczami, słysząc ten dźwięk pełny dezaprobaty ze strony Terrence’a. Kwadrans dłużej i pędziliby do Wielkiej Sali na złamanie karku, a ten niewdzięcznik miałby jeszcze czelność narzekać, że to Vincent był tym, który nie dopilnował zegarka i nie wygonił go do łazienki wcześniej. Gdyby młodszy z Puchonów był trochę bardziej wygadany (albo bezczelny), pewnie nawet wygarnąłby przyjacielowi tę hipokryzję, ale też przez ostatnie pięć zakończeń roku szkolnego niewiele się zmieniło, a co za tym idzie – zdążył się już przyzwyczaić do jego humorków i nauczył je ignorować, zamiast brać do siebie. Inaczej prawdopodobnie nigdy nie byliby najlepszą parą (no, trójką, ale znowu Il nie strzelał widowiskowych fochów z powodu nieprawidłowo ułożonej grzywki) najlepszych przyjaciół w całej historii Hogwartu. Zresztą, nawet narzekający Terry był niezastąpiony i Rowle za nic nie zamieniłby go na nikogo innego.
 Mrugnął do Odetty, gdy ta zajęła miejsce naprzeciwko nich, ale słysząc jej słowa zrobił oburzoną minę i już miał się odezwać, gdyby nie przeszkodził mu Lee. Przytaknął, ponownie mierzwiąc włosy ich ulubionemu pierwszoroczniakowi. Na całe szczęście ulitował się dość szybko, przywracając jasne kosmyki do ich pierwotnego stanu w kilku sprawnych ruchach. Jeszcze chwila i jego prawa ręka chciałaby go zamordować za psucie nienagannego wyglądu Hufflepuffu, w tak szczególny dzień, gdzie mieli lada moment zabłysnąć.
 – Jaki niby kłopot – oburzył się, kręcąc głową z niedowierzaniem i jednocześnie odchylając, żeby Terry mógł bez większych przeszkód dosięgnąć feralnego krawatu (Vince naprawdę nie widział w nim nic złego… ale znowu, to samo myślał wcześniej o swoim pasku, który Lee chyba najchętniej wymazałby z egzystencji na tym świecie). –Jasne, że się przejdziemy, będziemy w kontakcie – zapewnił gorliwie. Dopiero tutaj zerkając na Odettę. Przytaknął. – Poradzicie sobie z Maddie, nawet nie chcę myśleć o tym, że nas też to czeka za dwa lata… SUM-y mi na ten moment wystarczą. – Potrząsnął głową, jakby chcąc odgonić od siebie jakiekolwiek myśli o zaliczeniach. I pewnie było w tym sporo słuszności, zwłaszcza jeżeli znało się Vince’a i jego podejście do nauki albo chociaż zamieniło z nim kilka zdań podczas tygodnia egzaminacyjnego. Jakim cudem funkcjonował na tak małej ilości snu? – Sam nie wiedział. – Egzaminy kończące szkołę – wyjaśnił w skrócie, odpowiadając jeszcze na pytanie zadane przez Olivera.
 – Jak co roku, lepszą część spędzę u chłopaków – tu wyszczerzył się pod adresem Ila i Terry’ego – a przez resztę będę próbował przekonać ojca, że nie potrzebują mnie na tym konkretnym bankiecie. – Wzruszył ramionami. Naprawdę miał nadzieję, że rodzina w końcu zdecyduje mu się odpuścić, przecież wiedział, że tak naprawdę nikt nie chciał go w oficjalnym drzewie rodowym, był w końcu synem szlamy i skazą na honorze rodziny, jak to wielokrotnie podkreślała jego macocha, więc tak naprawdę zupełnie nie rozumiał, o co w tym wszystkim chodziło. Westchnął ciężko, odgarniając na bok niesforną grzywkę, która znowu zaczynała się robić trochę przydługa.
 – Cześć, Igo, Diano – przywitał obie dziewczynki, również i je obdarzając ciepłym uśmiechem. Słysząc ton przyjaciela, miał ochotę wybuchnąć śmiechem, ale zrezygnował i tylko kopnął go w łydkę pod stołem. Terrence urokliwy i czarujący jak zawsze.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Na forum wykorzystano materiały z angielskiej i polskiej potterowskiej wikipedii, pottermore, innych źródeł oraz pomysły własne. Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Hogwart Dream, 2010 - 2019.
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician

over-undertale









Amaimon



Raashtram PBF



Eclipse










Strona wygenerowana w 0,75 sekundy. Zapytań do SQL: 10