Są już wyniki plebiscytu Złote Tiary!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Zielarstwa!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Rusza lekcja Transmutacji!
► Ruszają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Didy
Autor Wiadomość

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Wto Lis 06, 2018 12:50 am   

Nie ma co, można było przyznać, że stanowili całkiem zgrany duet jeśli chodziło o rozpierdol na Madagaskarze. Ledwo weszli na ląd, a już znajdowali się pośrodku dżungli, Betha została postrzelona, rana przypalona, kilkanaście godzin później wygryzła gardło podrzędnej szlamie, a teraz czekała ją ucieczka z bambusowej klatki w której była więziona, bo wcześniej jeszcze strzelili do niej pociskiem usypiającym. To… naprawdę bardzo intensywne czterdzieści osiem godzin. Mimo wszystko, z Carterem nie było tak źle, zwłaszcza, ze był mózgiem całej operacji. Pomimo tych nagłych zwrotów akcji i nieprzewidzianego potoczenia się całej wyprawy, ich cel został niezmieniony. Przylecieli tu po smoka, to kurwa planowali wyjechać ze smokiem. Albo chociaż powalczyć w jego imieniu.
Posoka cieknąca z gardła strażnika z każdą kolejną chwilą zalewała jej gardło i ciekła po pysku barwiąc jej złotą sierść na szkarłatną czerwień. Metaliczny posmak zostawał jej na języku, a ona z każdą kolejną sekundą zaciskała kły na mięśniach szyi mężczyzny dopóki ten nie przestał się wiercić i wydawać jakichkolwiek odgłosów. Początkowe próby krzyku natychmiastowo zostawały stłamszone, aby przerodziły się następnie w bulgotanie ostatecznie milknąc już na dobre. Kiedy Betha była pewna, że mężczyzna już nie wstanie, puściła jego bezwładne ciało pozwalając, aby to upadło na ziemię. No cóż. Nie powie, że nie chciała tego już od dawna zrobić…
Wtedy też do jej uszu dotarło poruszenie wśród obozowiska. Słyszeli strzał. Musieli słyszeć. Jego echo rozniosło się po całej dżungli. Ech, i cały plan bycia cicho poszedł w pizdu. Betha zerknęła szybko na Cartera w sekundzie wracając do swojej pierwotnej postaci. Splunęła w bok i wierzchem dłoni, na szybko wycierając usta z ostatków krwi na twarzy i widząc skinienie nauczyciela w kierunku dżungli, potwierdziła przyjęcie komunikatu. Szybko podebrała broń kompanowi broni z którego dalej ciekła krew i nie wiedząc jak się tym posługiwać, złapała mniej więcej tak samo jak oni to trzymali. Nie wiedziała za bardzo jak tym strzelać, ale szlamy tego korzystały do walki i robiło to poważne szkody w ciele człowieka. Głupia nie była, musiała to ze sobą wziąć, zwłaszcza, że była pozbawiona swojej biednej różdżki. Ech, za wszelką cenę musiała ją odzyskać.
Jeszcze zanim madagaskarscy kłusownicy wyszli z namiotów, dziewczyna pobiegła zaraz za Carterem, raz po raz oglądając się za sobą, jednocześnie nie chcąc stracić z oczu nauczyciela. Widok był nieco ograniczony, zwłaszcza, że im bardziej zagłębiali się w gęstwiny lasu w środku nocy, tym mniej widziała i musiała działać na słuch i skrawki ubrania, które znikały za kolejnymi rozłożystymi roślinami. Starała się trzymać blisko, zwłaszcza, że ich następnym przystankiem powinna być smocza jama w której powinni się znaleźć szybciej niż kłusownicy… którzy najpewniej teraz będą ich gonić i szukać. Znowu. Powtórka z rozrywki. Na pewno nie będą zachwyceni tym, że dwóch ich kolegów zostało powalonych. Ech. Kolejny ciężki dzień przed nimi. Nawet się nie odzywała wciąż czując nieprzyjemny posmak w ustach. Dodatkowo była zmuszona dzierżyć jakieś mugolskie ustrojstwo ze sobą, wcześniej jeszcze będąc pojmaną przez bandę szlam. Wszystko było przeciwko niej, na Merlina. Za dużo mugoli dookoła, za dużo niemagicznego ustrojstwa. Jakieś nie latające samochody, strzelające śrutem badziewia, wyspecjalizowani ludzie z dodatkowym chromosomem i brak różdżki. Weź tu teraz sobie radź w tych trudnych chwilach, chcąc się jednocześnie zachować jak na prawdziwą czystokrwistą ślizgonkę przystało. Cienszko.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Dołączył: 18 Maj 2010
Posty: 2500
Poziom życia: 100%
Wysłany: Wto Lis 06, 2018 12:03 pm   

Dla panny Michaelson była to szczególnie trudna ucieczka. Z ranną nogą, a więc nie w pełni sprawną częścią ciała, a na dodatek z dodatkowym sporym obciążeniem, bo broń jednak nie należała do przedmiotów wagi piórkowej jak różdżka. Skutkiem tego gdy już wypruli z obozowiska zanim pierwsze łby wyłoniły się z namiotów, studentka szybko zaczęła zostawać w tyle. Grunt mimo, że był w miarę prosty, to jednak nie pozbawiony mniejszej czy większej roślinności, która pałętała się niewygodnie pod nogami. To co przejechały solidne koła terenówek, nie było już tak łatwe do pokonania z buta. Tutejsza flora znacznie różniła się od tej znanej im na co dzień i niby taka paproć czy jakieś splątane zielone kłącza pod nogami to nie było nic wielkiego, ale jednak utrudniało nieco poruszanie się. Tym bardziej poruszanie się w nieznanym terenie i na dodatek w nocy. Na ich korzyść działało to, że wypruli wcześniej, więc zdobyli sporo przewagi. Przez jakiś czas mogli słyszeć jeszcze jakieś niewyraźne, męskie głosy, potem padły dwa głuche strzały, ale już po samym dźwięku można było domyślać się, że przeciwnicy zostali w tyle. Coraz bardziej w tyle zostawała też studentka, która musiała mierzyć się z dodatkowymi trudnościami. W końcu straciła z oczu nauczyciela i chociaż nadciągającego za nimi pościgu widać i słychać nie było, nie musiało to oznaczać, że go nie ma.
_________________
A skąd wiesz, że ty jesteś obłąkany? - zapytała Alicja
Po pierwsze - odpowiedział Kot - pies nie jest obłąkany. Zgadzasz się z tym?
- Chyba tak - odpowiedziała Alicja.
- No, więc widzisz - ciągnął Kot - że pies warczy, jak się rozgniewa,
a kiedy jest zadowolony - macha ogonem.
Otóż ja normalnie warczę, kiedy jestem zadowolony,
a macham ogonem, jak się rozgniewam.
I dlatego jestem wariat."
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 231
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Wto Lis 06, 2018 8:44 pm   
   <Multikonta: RC


Cóż, nie bardzo potrafił zrozumieć na jakiej podstawie zniknęli sobie z oczu, kiedy był wiele składowych na to, żeby tak się nie stało. Zarówno on jak i Betha mieli baczenie na siebie, Carter jeśli się nie oglądał za siebie to słuchał czy ex Ślizgonka szeleści za nim, a chyba potrafił rozpoznać czy szeleści trzy metry za nim czy trzydzieści; Miał też świadomość, że Betha jest tutaj razem z nim i że była ranna i że prawdopodobnie musiałby się powiesić gdyby postrzelili ją w drugą nogę, dla zasady bo do tego się nie dopuszcza; Inna sprawa, że Michaelson pewnie sama dałaby mu znać, iż odpada i wróciliby do starego sposoby przemieszczania się, jak wtedy gdy ją postrzelili. Dało radę? Dało. Teraz też by dało.
Jednak Betha zniknęła w tajemniczych okolicznościach, magiczne zniknięcie bez różdżki.
Oczywiście, że jeśli faktycznie zniknęła to musiał zdać sobie sprawę z tego niemalże natychmiast. Naprawdę, choć sprawiał wrażenie, to nie był egoistycznym bubkiem, który ratowałby tylko swoją dupę. Z tą ucieczką i okrzykiem "śmierć słabym jednostkom" to był żart. Władował w to wszystko Michaelson i musiał ją z tego też wyciągnąć, nawet jeśli głośno zamierzała potem ogłaszać, iż sama sobie poradziła; nie przeszkadzałoby mu to w żadnym stopniu.
Trudno, skoro nagle zniknęła i nic miało wcześniej tego zniknięcia nie zwiastować, to i tak musiał dość szybko się zorientować, że nie ma za sobą Bethy, wobec czego zatrzymał się i zaklął pod nosem. Okręcił się o sto osiemdziesiątkę i ruszył truchcikiem przed siebie, bo przecież ta kuternoga nie mogła być daleko; raz że biegła przez cały czas w tym samym kierunku, dwa że skoro biegła tak wolno to tym żółwim tempem daleko też nie zapędziła. To aż dziwne, że nie zwróciła jego uwagi żadnym pomrukiem, westchnieniem czy kaszlnięciem, czy po prostu półszeptem, kiedy czuła, ze opuszczają ją siły. A w ogóle coś takiego czuła? Tak czy siak - cofnął się, pewnie też nie za daleko, bo jeszcze się z powrotem w obóz załaduje.
A gdy Bethę znalazł to zaraz mruknął do niej po cichaczu, żeby tuptała przed nim, a on dostosuje tempo do niej. Nikogo w tyle nie zostawiał, nigdy. Nieważne czy był to jakiś paź pod jego "opieką" czy Betha, jeśli kogoś w coś wciągał to brał za niego odpowiedzialność. Podczas tej wycieczki brał też odpowiedzialność za życie i zdrowie Michaelson. Nie zamierzał mieć kolejnej osoby na sumieniu a tym bardziej będąc całkowicie świadomym tego, co robił. Po prostu nie.
_________________



 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Wto Lis 06, 2018 10:51 pm   

Naprawdę starała się szybko podążać za nauczycielem ONMS i nawet z obolałą nogą, próbowała go nie zgubić z pola widzenia, które niestety i tak było ograniczone. Cały czas wszystko było przeciwko nim. Pomijając oczywiście tą jedną dobrą akcję, która wyszła na ich korzyść, którą było powalenie dwóch strażników i wydostanie się z bambusowej klatki. Teraz przed nimi była długa droga pośród całkowitych ciemności i buszu, który wcale nie ułatwiał im sprawy. Dodatkowo Betha, która sama ważyła niecałe pięćdziesiąt kilo musiała dzierżyć zabraną z miejsca zbrodni broń, która też swój ciężar miała. Mimo wszystko, wiedziała, że konsekwencje rozdzielenia się w tej chwili i w ich przypadku mogły być naprawdę opłakane, a nie chciała sobie na to pozwolić, więc mimo, że była nieco wolniejsza, z całych sił starała się nadganiać Cartera. Z bolącą nogą i z dodatkowym obciążeniem nie było to łatwe, ale musiała sobie jakoś radzić. Nie mogli sobie po raz kolejny pozwolić na pomyłkę.
W pewnej chwili wszystko zaczęło się zlewać w jedną całość, a każdy kolejny szelest zdawał się być tym samym, który sama wywołała poruszając się wśród liści. Nawet głuche odgłosy wystrzału broni jej nie zdezorientowały, bo nie chciała się rozkojarzyć akurat w takiej chwili, gdzie jeszcze trochę i naprawdę znajdą się w bezpiecznej odległości. Nie było czasu na odpoczynek, musieli biec przed siebie, nawet jeśli ich tempo nie było zawrotne. To wszystko przez ten głupi postrzał. Mimo, że rana była zasklepiona, mięśnie wciąż się nie zregenerowały, były obolałe, osłabione i rozgrzane. Jak wróci do domu… o ile wróci do domu, to wpierw pójdzie do Raylene po profesjonalną opiekę, a potem przeleży w łóżku co najmniej tydzień, aby dojść do siebie po tym wszystkim.
Nawet nie zauważyła kiedy Carter oddalił się na odległość na której całkowicie straciła go z zasięgu wzroku. I słuchu. Nagle. Rozpłynął się w ciemności i nawet próbowała go nawoływać półszeptem „Carter”, albo „człowieku przez którego się tu znalazłam i stracę swoje zdrowie i życie”, ale ten nie zawracał. Co jej zostało, jak wciąż podążanie w tym samym kierunku, z nadzieją, że w końcu się na niego natknie? Tak więc robiła mając nadzieję, że po ciemku wciąż podąża w tym samym kierunku, bo zgubienie się teraz nie byłoby zbyt ciekawą opcją. Zwłaszcza, że miała ze sobą broń, której nie potrafiła używać, dalej nie posiadała swojej różdżki i była ranna. No i zamordowała kolegę kłusowników. Jeżeli ją znajdą, na pewno nie będzie to przyjemne spotkanie.
Całe szczęście po niedługiej chwili Carter się znalazł, a jej kamień spadł z serca. Czyli nie umrze sama pośrodku jakiejś Madagaskarskiej dżungli, bez pożywienia, wody, różdżki i orientacji w lasach. Jej przygotowanie do survivalu było praktycznie zerowe, bo wszystko opierała na magii. Całe jej życie się wokół niej kręciło, więc nigdy nie miała powodu, aby uczyć się funkcjonowania bez niej. No cóż, teraz właśnie wychodziły takie mankamenty, ale kto by przypuszczał, że kiedykolwiek znajdzie się w takiej sytuacji? Pewnie jej matka się teraz w grobie przewraca.
Tym razem, gdy ruszyli ponownie, ani na moment wolała nie tracić go z oczu, dlatego też co jakiś czas kantem oka starała się zobaczyć, czy na pewno biegnie za nią i czy nie wpadł do jakiejś zakopanej pułapki, czy coś. Musieli być cholernie ostrożni, zwłaszcza w tych warunkach.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Dołączył: 18 Maj 2010
Posty: 2500
Poziom życia: 100%
Wysłany: Śro Lis 07, 2018 12:06 am   

Na szczęście nauczyciel w porę zorientował się, że kogoś mu zaczyna brakować. Gdyby się bardziej od siebie oddalili mógłby być problem, bo bez różdżek w ciemnej dżungli na obcej ziemi nie łatwo byłoby im siebie namierzyć i jeszcze nie trafić przy okazji na złodupców, którzy na pewno nie byli zadowoleni z ich ucieczki. W każdym razie gdy się państwo już odnaleźli, to ich położenie nadal było zastanawiające. W tej dzikiej roślinności i na dodatek w ciemnościach krajobraz wydawał się nie zmieniać. Coś pohukiwało, coś postukiwało pośród nocnej ciszy, co nie było raczej niczym więcej niż standardowymi dźwiękami natury. Pościgu za nimi ani widu ani słychu, właściwie po pierwszych alarmujących odgłosach, które rozległy się już jakiś czas temu, nic nie wskazywało na to by ktoś siedział im na ogonie. Czy pościg w ogóle ruszył tego też tak naprawdę nie wiadomo, czy może trzeba się spodziewać, że zaraz zza jakiś krzaków wyskoczy jeden z tych kłusowników... nic nie sugerowało jakiejkolwiek ich obecności w pobliżu, tym bardziej, że uciekający jednak wywalczyli sobie trochę przewagi. W każdym razie, byli u stóp tych wyżyn, gdzie niejako miała osiedlić się smoczyca. W końcu norwegi lubią trudno dostępne miejsca położone na wysokościach. Pasmo tych wyżyn składało się z kilku mniej czy bardziej strzelistych pagórków. Bardziej były rozłożyste i rozciągnięte w przestrzeni niż wysoko sięgające nieba. Jedne wyżyny nakładały się na inne, tworząc jak można się domyślić jakiś taki specyficznie ukształtowany teren, a przynajmniej tyle można było dostrzec w tych nocnych ciemnościach. Póki co sytuacja była spokojna, nie wiadomo ile czasu pozostało do świtu, nie wiadomo nawet jak i czy w ogóle było bezpieczne ich obecne położenie.
_________________
A skąd wiesz, że ty jesteś obłąkany? - zapytała Alicja
Po pierwsze - odpowiedział Kot - pies nie jest obłąkany. Zgadzasz się z tym?
- Chyba tak - odpowiedziała Alicja.
- No, więc widzisz - ciągnął Kot - że pies warczy, jak się rozgniewa,
a kiedy jest zadowolony - macha ogonem.
Otóż ja normalnie warczę, kiedy jestem zadowolony,
a macham ogonem, jak się rozgniewam.
I dlatego jestem wariat."
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 231
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Nie Lis 11, 2018 1:03 am   
   <Multikonta: RC


Całe szczęście, że ta, którą wciągnął w to wszystko nie zgubiła mu się; aż tak bardzo. Gdy znalazł Michaelson to kamień spadł mu z serca, bo jednak raz - wciągnął ją w to wszystko to nie mógł porzucić, nawet jeśli była ranna, dwa - wchodzą oboje i wychodzą też oboje. Koniec, kropka i trzy wykrzykniki. No i nie będzie mu Verendal huczał nad głową, że zgubił jego dupeczkę gdzieś w dżungli. No i sam będzie miał przed sobą czyste sumienie - tak, miał sumienie. Wbrew wszystkim pozorom miał te ludzkie odruchy i odczucia;
Po takim sprincie, który ciągnął się przez nie wiadomo ile należał im się odpoczynek, bardziej Michaelson niż jemu, ale przecież nie będzie się obnosił z tym, że to ona jest osłabiona i to przez nią zdecydował się na chwilę przerwy. Zresztą było coś, co należało wyprostować. Sprawa mugolskiej broni, którą porwali z obozu. Carter zdołał zaobserwować u kłusowników podstawy operowania bronią palną, podstawy jej trzymania, nie było to trudne, kiedy tyle sztuk giwer wycelowane jest w ciebie, a on, podobno pozbawiony instynktu samozachowawczego, zamiast martwić się o swoje życie - przyglądał się mugolakom. Zresztą, to nie była jego pierwsza styczność z tym wszystkim, kłusownicy dokuczali magicznym stworzeniom - głównie ci magiczni, ale parę razy zaplątali się ci z mugolską bronią.
- Michaelson, chodź tu. - Mruknął, spoglądając w jej kierunku. - Nie mamy różdżek, trzeba nadrobić naszą stratę. - Dodał, po czym odłożył trzymaną przez siebie wcześniej mugolską broń na ziemię, w swoim pobliżu. - Teraz będę cię dotykał, postaraj się mnie nie zabić. - Przejął od niej broń, - Skup się, będziemy oboje mieli kurs wyrównawczy ze strzelania. - Rzucił beznamiętnym tonem, ustawiając się za nią. Mieli ograniczone pole widzenia, wobec czego bardziej musieli skupić się na samym dotyku na broni, a nie jej oglądaniu. Carter przełożył strzelbę ponad jej głową i ustawił ją, jakby to ona miała ją trzymać. Kolbę broni oparł o jej ramię, nie pozostawiając tam wolnej przestrzeni. Przytrzymał broń lewą ręką i prawą sięgnął po prawą dłoń Bethy, by ustawić ją pod bronią i pewnie ją chwycić.
- Prawa dłoń odpowiada za uchwyt, Betha, lewą tylko ją podtrzymujesz. Daj teraz lewą. - Gdy już otrzymał od niej wybraną część ciała, umieścił w chwycie pod bronią, w pobliżu okienka załadowczego. Przez cały ten czas pomagał jej trzymać sprzęt, dopóki nie opisze jej wszystkich potrzebnych jej aspektów. - Na końcu broni będziesz miała taki mały pierdoliczek, który będzie pomagał ci celować. Najlepiej w łeb. Teraz - powoli zwolnił swój chwyt, pozostawiając Michaelson samą z wagą broni. Ujął delikatnie jej palec wskazujący prawej dłoni i przesunął go powoli w stronę spustu, a raczej w stronę kabłąka, będącego osłoną dla samego spust. - Ta ramka, to tutaj trzymasz palec, w jej wnętrzu znajdziesz spust, który uwolni z broni pocisk i będziesz mogła komuś łeb rozwalić. Lewa ręka, po każdym strzale, musi przeładować broń, to nie jest broń szybkostrzelna i z pojemnym magazynkiem. Po każdym strzale łapiesz ten pierdolnik, który masz przed lewą dłonią, przeciągasz go w swoją stronę i z powrotem. Teraz pamiętaj, żeby lewa ręka tylko podtrzymywała broń, nie zaciskaj jej na niej, a jedynie podeprzyj. Prawa sama odpowiada za chwyt i za trzymanie kolby przy ramieniu. Chętnie pokazałbym ci jaki ma to odrzut, ale szkoda pocisków. Nie mamy więcej amunicji.
Po tym wszystkim wycofał się od Bethy, nie przedłużając za bardzo tego kontaktu fizycznego, bo naprawdę nie chciał dostać w pysk. Od Michaelson czy Verendala. Nie to, żeby Carterowi było tak łatwo zajebać, ale same próby też były upierdliwe.
- To co? O świcie pobawimy się w partyzantkę?
_________________



 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Nie Lis 11, 2018 9:16 am   

Od świtu miał się zacząć dopiero trzeci dzień ich podróży, a ona już miała go serdecznie dosyć. Była zmarznięta, poobijana, postrzelona przez jakąś cholerną mugolską broń, porwana, przetrzymywana i przypalana. Jeżeli to wszystko dalej miało tak wyglądać, to ona coś czuje, że nie wróci cała z wyjazdu, o ile w ogóle z niego wróci. Miała jednak nadzieję, że nie potoczy się to tak drastycznie i obydwoje ostatecznie wrócą do swoich domów. Wystarczyło jeszcze tylko dojebać kłusowników, uratować smoka i nie dać się zabić. Co mogło pójść źle? Każda z trzech rzeczy? Naah, niemożliwe.
Fakt, że już raz się zgubili zdawał się nie wróżyć niczego dobrego. Było ciemno, zimno, a widoczność była mocno ograniczona. Na całe szczęście było cicho, więc na słuch dało radę się poruszać za drugą osobą. O wiele pewniej się czuła jednak mając Cartera za plecami, bo dzięki temu to ona narzucała tempo poruszania się i nawet jeśli nie było ono szczególnie szybkie, to ten się nie odzywał. Nie jej wina, okej? Noga w dalszym ciągu ją bolała. Mięśnie drżały i jedynie jej usilne próby ignorowania rozrywającego bólu trzymały ją w ryzach. Nie wiedziała ile biegli przedzierając się przez dżunglę podtrzymywani przez płynącą w ich żyłach adrenalinę i wolę przetrwania, ale należał im się odpoczynek. Chociaż na chwilę.
Gdy w końcu się zatrzymali, dziewczyna pomimo naprawdę dobrej kondycji fizycznej, czuła drżenie zmęczonych, obolałych mięśni. Na całe szczęście nie było słychać kłusowników, którzy mogliby za nimi podążać, więc mieli kilkanaście minut na złapanie oddechu i przemyślenie jakiegoś w miarę wykonalnego planu. Szkoda, że nie mieli przy sobie żadnej zdatnej do picia wody, bo w tej chwili by się przydała. Tak samo jak domowe jedzenie, łóżko i druga, ukochana w nim osoba, ale z tym też musieli obydwoje poczekać. Musieli wrócić chociażby dla nich i ich opierdolu.
Michaelson, chodź tu. Jak widać Carter nie tracił czasu. Dziewczyna spojrzała w jego kierunku, a po jego słowach domyśliła się co chciał zrobić. Szybka lekcja korzystania z mugolskich badziewi. Na Merlina, jakby tylko tata Michaelson się dowiedział, że jego jedyna córka bawi się czymś tak żałosnym, wydziedziczyłby ją w oka mgnieniu. Ale z drugiej strony zamierzała to wykorzystać przeciwko szlamom. Powinno się jako tako równać, nie?
Teraz będę Cię dotykał, postaraj się mnie nie zabić. To byłby cios w kolano i ścięgno Achillesa jednocześnie. Nawet jeśli jej przestrzeń osobista była zarezerwowana, tak w tej chwili musiała pozwolić na więcej niż zwykle. Dla dobra nauki oczywiście. I śmierci wrogom ojczyzny smoka. Stanęła więc nieopodal profesora ONMSu wyczekując jego ruchu. Gdy stanął za nią i przełożył przed nią broń, dziewczyna zgodnie z instrukcjami podążyła dłońmi po metalowym sprzęcie. Był zimny i ciężki. Wydawał się być także w miarę łatwy w obsłudze. Tu podtrzymujesz, tu celujesz, tu strzelasz, to przeładowujesz. Kiedy jednak została sam na sam z ciężarem broni, na moment ręce się pod nią ugięły, ale szybko odzyskała pewność chwytu i przyzwyczaiła się do poręczności oręża. Chcąc mniej więcej na własną rękę ogarnąć jej działanie, przymierzyła się i przymknęła nieco oczy patrząc przez celownik na końcu broni i celując w jedno z drzew kawałek dalej. Wszystko wydawało się w miarę do ogarnięcia. Co prawda różdżka to nie była, łatwa, szybka, lekka, z większym polem od popisu, ale musieli sobie radzić z tym czym mają, nawet jeśli były to jakieś diabelskie mugolskie wynalazki.
- Gdyby ojciec mnie teraz widział, zapewne wykląłby mnie na wieki.- mruknęła pod nosem dalej trzymając bogu ducha winne drzewo na muszce. Dopiero po chwili opuściła broń i spojrzała na Cartera. Nie wiedziała jaki to coś ma odrzut, ale widziała, że nawet mężczyzn cofało trochę do tyłu, gdy oddawali strzał. No cóż… chyba o świcie czekało ich kolejne podczas tej wyprawy YOLO. Samobójstwo kontrolowane.
- Rzucamy się w paszczę nundu.- bo przecież nie zwykłego, przeciętnego lwa. - Ale chyba nie ma lepszego wyjścia. - chociaż zawsze mogli wrócić do wioski i jak najszybciej spierdalać z wyspy. To też brzmiało jak całkiem spoko rozwiązanie. Oni jednak postanowili iść trudniejszą drogą i wykonać tu to, po co przyszli. Jeżeli zabiją chociaż kilku, to będą trochę do przodu.. Wolała ich pozabijać, niż narażać się na kolejne osaczenie i schwytanie.
- Idź spać, Carter. Dzisiaj ja przejmuję wartę.- nawet jeśli obydwoje się w miarę wyspali dzięki środkom, które wstrzelili w nich kłusownicy, to musieli wyrównać jakoś swoje poczynania na tym Madagaskarze. On nie spał wcześniej, ona nie pośpi dzisiaj. I chuja ją obchodziło, że mógł nie spać przez trzy noce i czuć się dobrze. Miał iść w spanko. - Poważnie mówię. Idź spać.- dodała w razie jakby chciał się z nią kłócić. Może i dopiero miała przyspieszony kurs survivalu, ale szybko się uczyła i przystosowywała do nowych warunków. Zwłaszcza, kiedy od tego zależało jej życia.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
  
 
     

Dołączył: 18 Maj 2010
Posty: 2500
Poziom życia: 100%
Wysłany: Nie Lis 11, 2018 12:49 pm   

Najwyraźniej zdecydowali się przeczekać noc, co było tak samo ryzykowne jak i podjęcie tej wyprawy teraz. W końcu, wiedzieli, że kłusownicy mają w planach wyruszyć z samego rana na smoka. Nie mogli być pewni czy i jak ich plany zostaną skorygowane po ucieczce dwóch czarodziei i chociaż wątpliwe by grupa podjęła się nocnej wyprawy, to na pewno będzie im zależało na tym by bardzo szybko dotrzeć do gada, nawet pomimo tego, że nie znali jego dokładnej lokalizacji. Nie wiadomo więc czy nauczyciel i studentka w tym wypadku będą na przodzie czy raczej będą gonić kłusowników. Na dobrą sprawę nie wiadomo też ile tej nocy zostało im do świtu. Niebo było całkiem czarne, ciemność spowijała całą okolicę i tylko zarys wzgórz przysłaniał część horyzontu. Zarówno profesor jak i panna Michaelson mniej więcej wiedzieli gdzie się udać, kwestia sprecyzowania lokalizacji smoka zależała tylko od znalezienia odpowiednich śladów i wyruszenia w drogę, kiedy się na to zadecydują. Mogli też wrócić do wioski, mogli iść w puszczę szukać ananasów, a mogli też skierować się do obozowiska zbiorów, póki jeszcze ktoś tam był. Jeśli zdecydowali się wypocząć i oddać w objęcia Morfeusza, noc okazała się krótka, ledwo dwie godzinki spanka. Gdyby nad rankiem chcieli ruszać do koczowiska kłusowników, już nikogo tam nie zastaną, oprócz pozostawionego ciężkiego sprzętu jak auta czy ciężką artylerię i opustoszałych namiotów. Jeśli z kolei nad rankiem, chcieli wyruszyć na smoka, to mniej więcej mieli pojęcie gdzie go szukać. Kwestia tylko tego, żeby działać.
_________________
A skąd wiesz, że ty jesteś obłąkany? - zapytała Alicja
Po pierwsze - odpowiedział Kot - pies nie jest obłąkany. Zgadzasz się z tym?
- Chyba tak - odpowiedziała Alicja.
- No, więc widzisz - ciągnął Kot - że pies warczy, jak się rozgniewa,
a kiedy jest zadowolony - macha ogonem.
Otóż ja normalnie warczę, kiedy jestem zadowolony,
a macham ogonem, jak się rozgniewam.
I dlatego jestem wariat."
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 231
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Nie Lis 11, 2018 6:01 pm   
   <Multikonta: RC


Przyspieszony kurs strzelania z mugolskiej broni. W dodatku nie był profesorem strzelectwa a ONMS, swoją wiedzę musiał oprzeć głównie na tym, co widział i co słyszał, głównie to pierwsze. Wolał pokazać Michaelson, jak należy obchodzić się z tym narzędziem, żeby jakoś zmniejszyć przewagę kłusowników nad nimi, żeby mieć jak się przed nimi bronić. Kamień też by zrobił robotę, ale z tym to było trudniej i na pewno mniej skutecznie. No chyba, że w bezpośrednim starciu. Jedno huknięcie i ktoś miałby już po swojej czaszce. W sumie to wszystkim dałoby się walczyć, ale jeśli mieli już pod ręką ten niebezpieczny, mugolski sprzęt to należało go wykorzystać.
Uniósł lekko brew, słysząc pomruk Bethy. Cóż, nie zdążyłby jej wykląć na wieki, gdyby dostał kulkę między oczy, miała przewagę. Jej ojciec by się rozproszył wyklinaniem jej i to na wieki, a ona musiałaby nacisnąć tylko spust. Nie odpowiedział jednak, bo zdanie raczej nie było wycelowane do niego, to raz, a poza tym - nie wpieprzał się w rodzinne potyczki, ale z tego, co widział, to miał skłonności do trzymania się blisko pełnokrwistych z family issues. Jak nie Harvin z bratem to Michaelson z ojcem. Jego rodzina nie była problematyczna, a jednak już nie istniała - przez jego własne działania.
Jeśli teraz się wplącze w zakładanie nowej rodziny to na starcie w pakiecie powitalnym dostanie patologię w formie szwagra. Trudno, raczej się z tym liczył. Carter od zawsze wtykał siebie i wszystko co jego tam gdzie nie trzeba i nie powinien; najwyraźniej ciągnęło go w nieprzystępne warunki, stąd cała relacja z Vanessą, jak i chęć do oficjalnego, papierem spisanego, związania się z nią.
- Jest wyjście, Betha. Zawsze możesz wrócić. - Powiedział, a formy takiej użył tylko dlatego, żeby zaznaczyć, że on nie zamierza się teraz cofnąć.
Carter wrzucił Michaelson na drzewo, po czym sam się wciągnął na inny konar, bo ich na ziemi jakaś fossa opierdoli (a na drzewie wąż). Usadowił się jakoś wygodnie, o ile można było o wygodzie na drzewie mówić (Tarzanem nie był). Jeśli chodzi o jego spanie - no nie bardzo mu się do tego spieszyło, niemniej by uniknąć marudzenia, przymknął ślepia, choć i tak nie było widać czy są zamknięte czy otwarte i już się nie odzywał.
Zbiórkę zarządził, kiedy to pierwsze promienie słoneczne zaczęły się pojawiać, w momencie kiedy rozpoczął się świt. Until Dawn. Zsunął się ze swojego drzewka, broń przewiesił przez ramię bo zaopatrzona była w super pas, a potem skinął na Michaelson.
- Chodź, Betha. Zbierajmy dupska, czeka nas wspinaczka. Idziesz przodem. - Oznajmił i to nie dlatego, że chciał się jej gapić na tyłek, ale po to, by mieć baczenie na jej tempo i później przy wspinaczce na to, czy się nie zsunie mu. Zawsze mógł ją złapać - ona z łapaniem masy Cartera to... no powodzenia. Dlatego gdyby coś poszło nie tak i Carter miałby się odczepić od zbocza (choć starał się wybierać takie, na które spokojnie mogliby się wskrobać bez większego wysiłku) to nie zepchnąłby sobą przy okazji Michaelson.
- To z twoją animagią... teraz by ci się kozica górska przydała.
Haha, jaki dowcipniś. No słaby. Tak czy siak, zachowywał czujność, będąc przekonanym, że zorganizowaną grupę kłusowników będzie łatwiej wypatrzyć na takim terenie. No ale może mugole znów ich zaskoczą, więc tak czy siak musieli zachować czujność. Carter, choć z tyłu, to narzucał tempo, jakkolwiek by to teraz nie zabrzmiało.
_________________



 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Nie Lis 11, 2018 6:55 pm   

W warunkach jakie mieli wszystko musiało być przyspieszonym kursem. Musiała się dopasować do sytuacji i wykorzystać to co miała, aby poradzić sobie w późniejszych niedogodnościach. Nawet jeśli broń była w miarę ciężka i nieporęczna, to na pewno się później przyda. Bezbronna byłaby łatwiejszym celem, zwłaszcza, że nie mogła użyć swojej różdżki, która przepadła w dłoniach zdradzieckiego Bambo. Jego też trzeba było zabić. Dużo krwi przeleje się przez ich ręce podczas tych dnia na Madagaskarze, ale cóż. Nie mieli raczej zbyt dużego wyboru. Albo kłusownicy, albo oni. Bez magii, musiała sobie radzić używają – o zgrozo – mugolskich narzędzi. Tylko teraz, bo zapewne nigdy więcej do nich nie sięgnie, a odkażać się będzie przez następne zawsze, ale naprawdę nie chciała, aby jej ciało zostało porzucone w dżungli i zjedzone przez fossy i inne drapieżniki.
Zawsze możesz wrócić. Not gonna happen, Carter. Postanowiła jednak tego głośno nie komentować, posyłając nauczycielowi bardzo wymowne spojrzenie. Jakby teraz miała go zostawić po tym wszystkim, to równie dobrze mogłaby nie wracać do Hogwartu, bo Harvin by ją zajebała na miejscu. Dodatkowo nie mogłaby ze sobą żyć wiedząc, że zostawiła go tu, na pastwę tej bandy zidiociałych kretynów polujących na smoka. Kto jak kto, ale akurat Carter by ją prześladował. Jakby był mugolem, może nie miałaby z odejściem większego problemu, ale teraz mogła go jedynie obrzucić spojrzeniem w typie „nie wkurwiaj mnie nawet”. Chyba było zrozumiałe.
Koczowanie na drzewie było ciekawe, ale nie zasnęła nie chcąc zostać zaskoczoną przez wrogów, którzy przecież mogli pojawić się w każdej chwili. Sen i odpoczynek był im potrzebny, zwłaszcza, że przed nimi był naprawdę ciężki poranek. Dlatego, gdy tylko pierwsze promienie słońca zaczęły przedzierać się przez rozłożyste drzewa, postanowili nie tracić więcej czasu i od razu ruszyć w dalszą drogę. Przewiesiła broń przez ramię, wcześniej już przyzwyczajając się do jej ciężaru i skierowała się w raz z Carterem w stronę wzgórz, które miały ich zaprowadzić do smoka. Albo chociaż na trop jak dojść do smoka.
Idziesz przodem. Betha spojrzała w górę wzgórza, a jej spojrzenie wcale nie było zadowolone. Noga ją bolała, miała na plecach obciążenie, a teraz jeszcze musiała ją dodatkowo obciążyć i wysilić swoje mięśnie dłoni, próbując dojść na szczyt. Nawet jeśli wzniesienie nie było jakieś specjalnie strome, bo Carter specjalnie wybierał takie, aby się od razu nie zabili, to dalej wizja wspinaczki nie była wspaniała. Nie miała jednak wyboru.
- Ja pierdole… Czy ten smok nie mógł żyć, no nie wiem, na Malediwach w jakiejś grocie do której prowadzi łatwa droga z barem po drodze? - mruknęła ironicznie, po czym westchnęła pod nosem, niepewnie łapiąc się pierwszego kamiennego wybrzuszenia. Kilka razy sprawdzała chwyt i jak tylko weszła kilka kroków wzwyż (wcześniej oczywiście upewniając się, że każde miejsce gdzie stawia stopę, czy dłoń jest stabilne) poczuła grawitację przyciągającą ją w dół. Wszystko ją tam ciągnęło. Tylko się teraz nie zjeb, Michaelson. - Albo jakiś ptak. - i by tylko sobie podleciała do góry i zaczekała na niego na szczycie. No cóż, niestety musiała sobie radzić tak jak teraz, mając nadzieję, że nie spadnie i mięśnie jej nie zawiodą.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Dołączył: 18 Maj 2010
Posty: 2500
Poziom życia: 100%
Wysłany: Nie Lis 11, 2018 9:36 pm   

Górskie i podgórskie tereny na Madagaskarze miały to do siebie, że były dość kamieniste i pomimo otaczającej dżungli nie były zbyt porośnięte całą tą bujną roślinnością. Jasne, jakaś tam trawka, krzewy czy inna flora, której nie straszne były nieco trudniejsze warunki, ale im wyżej tym tych kamieni było więcej, a drzewek mniej. Teren do wspinaczek nie był łatwy, pomimo tego, że wysokościowo nie były to zbyt imponujące wzgórza. Trzeba było jednak uważać na stawiane kroki, bo nie raz trafiało się ostrzejsze podejście i tak jak wspominali kłusownicy trasa nie była łatwa, nie było mowy o tym by wjechało to auto, a i wniesienie cięższej broni nie wchodziło w grę. To co wcześniej mogli już zobaczyć to to, że był to w zasadzie kompleks nakładających się na siebie wyżyn poprzecinanych dolinami czyli całkiem niezłe miejsce dla norwega, które uwielbiały takie tereny. Po pewnym czasie teren okazał się już tak stromy, że musieli nieco zmienić drogę i zejść w bok, żeby kontynuować poszukiwania. I wtedy mogli poczuć odór gnijącego mięsa. A raczej resztek mięsa. Gdzieś na jednym ze spadów poniżej nimi leżał szkielet poobgryzanej krowy. Nad martwym zwierzakiem kłębiło się stado much, kości oblepione resztką mięsa wyglądały na zmiażdżone i jedynie łeb ostał się w całości. Wraz ze zmianą trasy, mogli też dostrzec na sąsiednim wzgórzu mrówczy ciąg. W zasadzie nie tyle mrówczy, co po prostu z oddali niewielkie sylwetki ludzi przypominały czarne kropki podążające jeden za drugim po podobnie trudnym szlaku. Byli daleko, ale w znacznie mniejszej liczbie niż można było oszacować liczyła cała grupa kłusowników. Gdzieś połowa z tego. Nie wiadomo dlaczego ciągnęli akurat na tamto wzgórze, czy mieli konkretny ślad czy to był tylko ślepy trop. W każdym razie, obchodząc dalej tą konkretną wyżynę, którą okupowali nauczyciel wraz ze studentką, coraz bardziej zbliżali się do większych czy mniejszych dolin przecinających okolicę. Szlak stawał się coraz węższy, zdawać się mogło, że oplatał akurat to konkretne wzgórze prowadząc ich coraz wyżej i odsłaniając im widok na kolejne sąsiadujące wyżyny. Jeśli gdzieś norweg miał strzec swoich jaj to tylko w tak trudno dostępnym miejscu. Kawałek dalej, w kolejnej dolince mogli dostrzec kolejny szkielet jakiegoś zwierza, ale na tym nie został już ani ślad mięsa, a zatem musiało spoczywać w tej okolicy już jakiś czas.
_________________
A skąd wiesz, że ty jesteś obłąkany? - zapytała Alicja
Po pierwsze - odpowiedział Kot - pies nie jest obłąkany. Zgadzasz się z tym?
- Chyba tak - odpowiedziała Alicja.
- No, więc widzisz - ciągnął Kot - że pies warczy, jak się rozgniewa,
a kiedy jest zadowolony - macha ogonem.
Otóż ja normalnie warczę, kiedy jestem zadowolony,
a macham ogonem, jak się rozgniewam.
I dlatego jestem wariat."
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 231
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pon Lis 12, 2018 3:58 pm   
   <Multikonta: RC


Też by wolał jakąś prostszą misję, ale gdyby pochwycenie smoczycy było proste to albo tamci z rezerwatu by już ją dawno złapali albo już dawno byłaby torebką. Oczywiście, że wolałby wylegiwać się w komnacie, względnie próbować zapanować nad bandą gówniarzy. Przynajmniej po takiej imprezie jak ta na Madagaskarze może mu Harvin pozwoli zalegać przez dwa dni w łóżku. Jak go będzie ścigać już po powrocie to skoczy z okna, chuj że skacząc z jej okna pewnie by się nie zabił, ale może straciłby przytomność na trochę i wtedy dane by mu było odpocząć; na razie nie było co planować. W końcu jeśli umrze tutaj to się naodpoczywa po wsze czasy.
- Drinka to ci postawię w Szkocji, ewentualnie w Londynie, jeśli powrotem zaczepimy o Dziurawy Kocioł. - mruknął ironicznie.
Nie wspominając o tym, że zaraz zrobi się głodny, bo miał już za sobą pełny dzień bez żarcia i teraz zaczynał się drugi. Pewnie zaraz zacznie mu na mózg siadać, jak nie przyjmie protein w dowolnej formie. Szczęśliwie Carter był dość zahartowany w... głodowaniu? Nie po to był tarzanem obgryzającym hubę w lesie by teraz skisnąć z głodu w tropikalnej dżungli. Jego żołądek jeszcze nie zaczynał się skarżyć, aczkolwiek była to kwestia czasu. Harvin go rozpieściła tym całym all inclusive od Skrzatów Domowych.
Nie było to wybitne wyzwanie dla alpinisty, ale i tak - bez sprzętu było trudniej. Szczęśliwie na razie nie musieli pokonywać pionowych ścianek czy nawet takich ułożonych równolegle do ziemi, ale i tak - bez różdżek czy też bez mugolskiego sprzętu - to nie było takie proste.
Carter zatrzymał się, kiedy dostrzegł padlinę i uniósł lekko brew. Zaczął się zastanawiać czemu norweg porzucił truchło tutaj, dlaczego zeżarł je tutaj a nie zawlókł do leża, żeby na jak najmniej opuszczać jaja, które przecież smoczyca musiała grzać swoim oddechem. Plus, była potężnych rozmiarów, więc przeniesienie zwykłego krówska nie mogło być dla niej problemem. Można było zrzucić to na ranne skrzydło, które mogło utrudniać sam lot, a tym bardziej lot z obciążeniem w postaci bydła.
W żaden sposób nie sugerował się tymi mrówkami, mając w pamięci słowa, że to on miał ich doprowadzić do leża smoka, w takim razie bez niego były to dzieci błądzące we mgle. Przynajmniej taką miał nadzieję, że to była ich przewaga, że oni złapali trop smoka, bardziej znaczący lub mniej, ale jednak - truchło to truchło, oznaka bytowania smoka. I niekoniecznie smok musiał je rozrzucać w jakiejś chronologii. To musiały być zdobycze smoczycy, nie było innego wyjaśnienia by krowie truchła znalazły się w górach i jeszcze pogruchotane. No chyba ze to tem czas, kiedy krowy nauczyły się latać. Nieskutecznie.
Wobec tego kontynuowali swoją ścieżkę w poszukiwaniu wyższych szczytów czy formacji skalnych, w których możliwe mogły się znaleźć jamy czy raczej jaskinie. Miał na uwadze tamte kropli by ich nie przyczaily, starał się iść bardziej osłoniętym od ich strony szlakiem, bo gdyby dreptali szczytem ponad dolinką to takie dwa punkty z łatwością by były do wychwycenia.
_________________



  
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Pon Lis 12, 2018 4:44 pm   

No cóż, nie można mieć wszystkiego. Jednak najwyraźniej byli upartymi samobójcami, którzy wolą uratować smoka niż samych siebie. W końcu mogli przecież zawrócić, pójść do wioski i wydostać się z tej cholernej wyspy. Może już następnego dnia znaleźliby się u siebie w łóżku, w pokoju z własną łazienką, z dala od kłusowników i tego całego niebezpieczeństwa, ale nie. Oni postanowili zakończyć to co zaczęli, bez względu na wszystko. Była pewna, że ich brawura i upór ich kiedyś zgubi, ale miała nadzieję, że to nie było dzisiaj, ani jutro, ani przez najbliższe kilkadziesiąt lat. Trzeba było im jednak przyznać, że instynktu samozachowawczego to raczej nie posiadali.
Droga przed nimi była w miarę trudna, ale nie do nie pokonania. Może i zajmowała trochę czasu, ale hej, byli zmotywowani, zwłaszcza, że kłusownicy w każdej chwili mogli się pojawić za nimi i znowu postrzelić tym cholernym śrutem. Betha właśnie odkrywała w sobie zdolności o które nigdy by siebie nie podejrzewała. Najwyraźniej oddech śmierci na karku posuwa ją do wielu poświęceń i podjętych wyzwań. Była pewna, że jak tylko wróci do domu, to padnie na łóżko i nie wstanie przez najbliższy tydzień. No i schudnie z kilka kilo. Nie tylko przez brak jedzenia, ale też przez stres i dużą dawkę ruchu, którą akurat mieli zagwarantowaną. Dietetycy jej nienawidzą, odkryła sposób na szybkie chudnięcie.
W pewnej chwili do jej wyczulonego nosa zaczął dochodzić bardzo nieprzyjemny zapach, zupełnie jakby coś się rozkładało jakiś już czas. Niedługo później dostrzegła pierwszą padlinę, która się pod nimi zarysowała. Stado much ją okupywało i nawet jeśli znajdowała się kawałek od nich, to odór wciąż był wyczuwalny.
- Ohyda.- mruknęła sama do siebie widząc martwe, objedzone zwierzę. To jednak znaczyło, że szli mniej więcej w dobrym kierunku. Jeżeli już znaleźli jeden z jej posiłków, to znaczyło, że musiała być całkiem niedaleko, prawda? Dziwnym jednak faktycznie było, że smoczyca porzuciła tutaj swoją zdobycz. Czemu nie jadła w grocie? Czemu zostawiła krowę właśnie tutaj? A co jeżeli młode się już wykluły i to one obgryzły zwierzę? Przecież nie wiedzieli ile czasu minęło od złożenia jaj. Równie dobrze smoczki mogły się już wykluć i teraz uczyć się polować. Jeżeli tak by było, to byłoby o wiele trudniej niż by przypuszczali. Niedługo później spostrzegli kolejny obgryziony szkielet. Dodatkowo ludzkie mrówki kierowały się w zupełnie przeciwnym kierunku. Betha zatrzymała na nich swoje spojrzenie i wciąż niepewnie podążając za Carterem zwróciła się do niego
- Jesteś pewien, że dobrze idziemy? - nie żeby kwestionowała jego wiedzę na temat smoków, ale fakt, że kłusownicy kierowali się w inną stronę trochę ją niepokoił. Może wiedzą coś o czym oni nie mieli pojęcia? Może pojawił się trop dzięki któremu nie potrzebowali już Cartera? - Martwi mnie, że oni idą gdzie indziej.- mruknęła, mając nadzieję, że naprawdę idą w złym kierunku, bo ich przewodnicy są beznadziejni i żałośni. Słabo by w końcu było jakby dotarli do smoka za późno. Całe ich poświęcenie poszłoby na marne, a to chyba byłoby najgorsze możliwe zwieńczenie tej historii. - Może wiedzą coś, czego my nie wiemy.- mówiła dalej, wciąż jednak rozglądając się za śladami smoka, które mogłyby dać im jakiś znak, że gad był tu w miarę niedawno. Jakiś pozytywny akcent by się im przydał w życiu, a ten pomimo, że niebezpieczny, byłby naprawdę satysfakcjonujący.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Dołączył: 18 Maj 2010
Posty: 2500
Poziom życia: 100%
Wysłany: Pon Lis 12, 2018 6:24 pm   

Posuwając się naprzód, mieli przed sobą kolejne wzgórze, łączące się z ich szlakiem przesmykiem, który prowadził od jednej wyżyny do drugiej. Wystarczyło zejść trochę niżej, co prawda po dość stromym obsuwisku, ale nie na tyle odległym by stanowiło to wielką trudność. Wzgórze przed nimi było masywne, dość spiętrzone i podobnie przede wszystkim kamieniste, z mniejszą ilością porastającej roślinności. Przesmyk prowadził mniej więcej do wysokości połowy tego wzgórza, dalej trasa po wyżynie była równie nieprzychylna i chociaż nie mocno stroma to zmuszająca do wysiłku, ostrzejszych podejść czy czasem lawirowania między szerszymi czy węższymi szlakami, które nijak nie przypominały turystycznych ścieżek, a raczej urywane, losowe przejścia, które po prostu umożliwiały względne poruszania się po tej wyżynie. Jej szczyt zwieńczała skalna "czapa" i to właśnie zza tej "czapy" wyleciał znany im już norweg w momencie, w którym rozległ się gdzieś zza tego wzgórza niewielki wybuch, po którym w powietrze zaczęły wznosić się cienkie strużki dymu i zaraz potem dołączyły do tego odgłosy strzałów. Od drugiej strony atakowała to wzgórze połowa bandy kłusowników, którzy najwyraźniej musieli się po drodze rozdzielić. Widać było, że poruszali się od "tylnej" strony wyżyny, będąc dość blisko szczytu, ale póki co byli zupełnie zaabsorbowani smoczycą celując do niej z broni, która nauczycielowi i studentce była już dobrze znana. Gad miał problemy z lataniem, lot był nierówny i można było dostrzec, że dużo więcej siły zdaje się wkładać w zdrowe skrzydło, żeby zmusić się do utrzymania w powietrzu, a ostrzał nie ustawał. Kilku strzelających kłusowników rozlokowanych było na różnych poziomach wzgórza, podczas gdy dwójka nie prowadząca ostrzału pośpiesznie pokonywała kolejne przejścia i podejścia w stronę wieńczącej szczyt czapy. Norweg zakręcił koło nad wzgórzem, a z jego paszczy buchnął strumień ognia w stronę napastników. Część przywarła mocno do ścian wzgórza, a jeden palący się od smoczego ognia pan sturlał się w dół.
_________________
A skąd wiesz, że ty jesteś obłąkany? - zapytała Alicja
Po pierwsze - odpowiedział Kot - pies nie jest obłąkany. Zgadzasz się z tym?
- Chyba tak - odpowiedziała Alicja.
- No, więc widzisz - ciągnął Kot - że pies warczy, jak się rozgniewa,
a kiedy jest zadowolony - macha ogonem.
Otóż ja normalnie warczę, kiedy jestem zadowolony,
a macham ogonem, jak się rozgniewam.
I dlatego jestem wariat."
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 231
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pon Lis 12, 2018 10:10 pm   
   <Multikonta: RC


Prawdopodobnie jak on tak i kłusownicy błądzili, problem był tylko taki, że mieli przewagę liczebną, mogli się rozdzielić i tak pewnie zrobili. Carter oczywiście miał ochotę już na tym etapie postrzelać do wspinających się frajerów, ale szkoda by było zdradzać swoją pozycję czy w ogóle przypominać o swojej obecności. Nie miał pojęcia czy spodziewali ich się tutaj czy też mieli to w dupie, ale tak czy siak - nie mogliby wskazać dokładnie miejsca ich obecności. Chyba na razie.
Łypnął kątem oka na Bethę, kiedy się odezwała, ale nie odpowiedział; nie było mu dane odpowiedzieć, bo zaraz coś pierdolnęło i zaraz zaczęła się rozgrywać scena rodem z mugolskich filmowych fantazji (nie żeby oglądał, ale oglądał). Zaklął siarczyście pod nosem, bardzo nieładnie zresztą, niech ktoś go oduczy takiego języka, bo jeszcze na weselu mu się wymsknie, a wtedy przypał przed całą rodziną. Której nie miał, ale to nic. Jakaś odległa kuzynka kuzynki może by się znalazła by tę jego rodzinę reprezentować.
Wzrok Cartera skupił się na dwóch postaciach, które dalej przemykały naprzód, pomimo sceny, która zaczęła się rozgrywać. Skojarzył to też z miejscem, z którego wyskoczył norweg i dało mu to jeden wynik. Najprawdopodobniej, choć mógł się mylić - cała ta akcja miała na celu wyciągnięcie samicy z leża, odwrócenie jej uwagi, co pozwoliłoby na wyciągnięcie jaj/młodych z kryjówki. Zaś mu zniknęli chyba z pola widzenia, kiedy całkowicie schowali się za stroną wzgórza, której jego wzrok nie odejmował. Kolejne siarczyste przekleństwo. Wiadomo kto się najbardziej tymi jajami interesował, więc można było wydedukować, że to Bambo Potter popierdalał niczym alpinista w górę wzgórza.
Chyba mieli przewagę. Chyba.
- Betha... - Mruknął, kiedy zaczęli się przeciskać, a raczej zsuwać w stronę przesmyku. - Daj mi broń. - Powiedział, zanim wcisnęli się w ten cały przesmyk.
Daj, a nie proszę daj, więc nawet gdyby nie chciała dać to by sobie wziął. Jakkolwiek źle by to nie brzmiało. Puścił ją dalej przodem, wcześniej przewieszając sobie drugą pukawkę przez drugie ramię i zaczął przebijać się za nią przez te szczelinę, oh god. - Nasz kolega idzie na górę. Potrzebuję, żebyś była tam przed nim. Będę cię osłaniał. - Rzucił, a kiedy możliwie zbliżali się do ujścia przesmyku, sięgnął za plecy po pierwszą strzelbę i odbezpieczył. Po ewentualnym opuszczeniu przesmyku rozejrzał się za czymś, co mogłoby mu posłużyć za osłonę przed ostrzałem, zerknął kontrolnie na Bethę, potem na koleżków rozstawionych na wzgórzu. Dalej już wytężył wzrok tego jednego ślepia by lokalizować i ewentualnie próbować zdjąć jegomościa, który zdałby sobie sprawę z obecności Bethy i który chciałby ją postrzelić.
Czy miał plan? Nie miał planu. Czy dobrze się czuł z wystawianiem Bethy na szpicę? Oczywiście, że nie - on sobie siedział z bronią za skałką podczas gdy ona miała pędzić do jaskini do której zmierzali kolejni uzbrojeni, w tym najpewniej czarodziej. Czy jeśli cały plan walnie w łeb i uśmiercą mu córeczkę dostanie zapaści, znienawidzi mugoli i stanie się śmierciożercą? Jak najbardziej możliwe! Pierdolnie wszystko, zaszyje się w jakiejś ruderze (jego stara posiadłość się nadawała) i będzie wyskakiwał na wszystkich mugoli i mordował brutalnie. Już nawet nie Avadą a rozbijając ich czaszki o beton czy inne materiały. Cóż, grunt to mieć plan awaryjny?
_________________



 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Strona wygenerowana w 0,34 sekundy. Zapytań do SQL: 9