Ważne! Rewolucja kociołkowa czyli nowy system Eliksirów i Zielarstwa!
► Poszukujemy śmierciożerców oraz aurorów!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Zielarstwa!
► Rozpoczyna się lekcja Eliksirów!
► Trwa bal! Uczestników zapraszamy tutaj! Dostępna bilokacja. Szczegóły o zabawie.
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

152
157
135
144

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Poddasze widokowe
Autor Wiadomość

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 319
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Sob Lip 14, 2018 9:22 pm   
   <Multikonta: N.W.


W nerwowym geście przeczesał włosy palcami nie wiedząc co w zasadzie może jej jeszcze powiedzieć. W wymownej ciszy więc wysłuchiwał tego co miała do powiedzenia, co jakiś czas zerkając na nią niepewnym spojrzeniem. To była jedna z takich chwil, kiedy ani nie było mu do śmiechu, ani nie miał nawet chęci, żeby komuś patrzeć w oczy - uciekał gdzieś wzrokiem zatrzymując się na jakichś bardziej interesujących punktach, które mogły przyciągnąć jego uwagę i przy okazji pozwalając na tyle skupić spojrzenie, aby nie rozpraszało go wszystko inne. Tak, dokładnie tak było teraz. Żadnego patrzenia w oczy, a jedynie ukradkowe spojrzenia były dla niego najlepszym rozwiązaniem, bo w innym przypadku zapewne puściłyby mu nerwy i tak już zszargane tą całą sytuacją.
Staranie próbował sobie przypomnieć co mówiły dzieciaki i choć było to tylko kilka słów to trzeba przyznać, że w tym momencie rozpamiętywanie tego przychodziło mu z dość sporym trudem. Nie mógł się skupić, w pewnym momencie już nawet to koncentrowanie się na danym przedmiocie mu nie pomagało. Bardzo zdziwił go fakt, że bez zbędnych ogródek zaproponowała ojca jako potencjalnego poszukiwanego, uniósł nawet brwi w mimice pełnej zaskoczenia. Czyli, że ojciec był na miejscu w Hogwarcie? Ta sprawa robiła się dla niego jeszcze bardziej ciekawsza. Nie miał zamiaru jednak wypytywać jej o kogo chodzi, przecież to nie jego sprawa, aby dowiadywać się z kim przespała się dziesięć lat temu. Poza tym i tak w końcu to wyjdzie, więc nie było sensu męczyć jej jeszcze bardziej, w końcu to nie jego rola. - Zdaje się, że powiedziały 'on. Albo jego. Hmm... zdefiniowały mężczyznę. - mruknął, bo zaczęło mu się to wszystko mieszać. Przydałaby mu się tu teraz taka jedna, która zdzieliłaby go ponownie w ryj i doprowadziła do porządku. Jeszcze nie ogarnął się po tym wszystkim na tyle, by być w pełni sprawnym psychicznie.
Tym razem spojrzał na nią i choć już wcześniej zauważył, że powstrzymuje się od płaczu, to jednak dopiero teraz nerwy puścily jej najwyraźniej całkowicie. W ogóle nie dziwił się jej stanowi ogólnemu, sam zapewne przeżywałby to równie mocno, gdyby był na jej miejscu. - Hej, hej... - podszedł do niej i bez zbędnych ogródek, najzwyczajniej na świecie ją przytulił. - Będzie. Zrobimy wszystko, żeby było. - powiedział, niestety nie było na tym na końcu magicznego obiecuję. Nie mógł tego obiecać. Ta misja była mniej niż nierealna do wykonania, ale tak jak powiedział.
Zrobią wszystko.
_________________

alter ego | hymn | życiowe motto
Violetta Strauss napisał/a:
[...] ...jej wzrok zarejestrował postać profesora Verendala, który niewerbalnie dał znać, że będzie miał na nie oko. [...] I tak wiedziała, że z niego dobra dusza i najwyżej nieco popsioczy jak się schleje w sztok, a finalnie będzie nawet pomagał ulżyć przeładowanemu żołądkowi trzymając włosy, żeby te rozpuszczone kudły nie stanęły na trasie zwrotu brzusznej zawartości.
 
 
     

April Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 45
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Lip 15, 2018 12:42 am   

Starała się być silna i myśleć o wszelakich pozytywnych rzeczach. W końcu to, że dwa rude dzieciaki szukały matki w Zakaznym Lesie i opisem pasowały do jej potomstwa wcale nie oznaczało, że były jej, prawda? W końcu istnieje dużo rudych ludzi o
nazwisku Jones, w okolicy Hogwartu. Zaczęła nerwowo stukać palcami. Cała ta sytuacja mocno zszargała jej nerwy. Mogła jedynie stać, patrzyć w dal i kręcić głową z niedowierzaniem. Co mogło wpłynąć, na to, że jej maluchy zostały obskurodzicielami? Była pewna, że nic wielkiego się z nimi nie dzieje, ale fakt, nie była zbyt dobrą matką, jeżeli wysyłała im jedynie prezenty i spotykała trzy razy w roku (przy dobrych wiatrach). Kiedy Chris wspomniał, że rudzielce uczyły formy męskiej, by określić co je tu sprowadza, była bardziej niż pewna, że chodzi o latynosa. Zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle go poinformować o tym co się właśnie dzieje. W końcu nawet nie wiedział, że po ich wspólnej nocy zaszła w ciążę. Może nie powinna przysparzać mu więcej problemów? I tak miał już Sorena na głowie, nie potrzebował kolejnej dawki zmartwień. Będzie musiała porządnie to przemyśleć.
Kiedy Kanadyjczyk ją przytulił pozwoliła sobie w końcu na łzy. Mimo, że nie znali się jakoś super poczuła, że ktoś ją rozumie i wspiera. Nie wiedziała, że ten jest ojcem i zapewne rozumie ból, który towarzyszy rodzicowi przy czymś takim, mimo wszystko jednak doceniała to co robił. Mógł w ogóle ją zignorować, obrócić się i wyjść, a on nawet starał się ją pocieszyć. Jest naprawdę dobrym człowiekiem, a w tych czasach takiego to ze świecą można szukać. W końcu się uspokoiła, wytarła oczy i szepnęła ciche podziękowania. Wyjaśniając, że musi to przemyśleć zeszła z wieży uśmiechając się blado do nauczyciela miotlarstwa. Podziękowała mu za wszystko i udała się do swojego gabinetu, słysząc trochę cięższe kroki mężczyzny za sobą. Nie miała ochoty na rozmowę, więc nawet nie zwróciła na niego uwagi pogrążona w myślach.
<ztx2>
_________________

"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.K.Michaelson

 
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 192
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pią Paź 05, 2018 12:44 am   
   <Multikonta: RC


Osobiście nie miał takich zainteresowań. Wciąż miał skrzywioną psychikę i źle kojarzyły mu się lochy i inne piwnice, a tym bardziej łańcuchy i sznury. I chyba nawet nie potrafiłby Harvin spętać, chyba że byłoby to konieczne bo za bardzo by jej na dekiel siadało, ale tak to - nie kręciły go te klimaty, absolutnie. Przynajmniej na razie. Niemniej kierując się tymi sadystycznymi zapędami Vanessy można było dojść do wniosku, że coś takiego mogłoby się jej spodobać. Zresztą, nie zaskoczyłoby go to, gdyby Vanessa przystała na tę propozycję, pewnie też z entuzjazmem. Tylko partnera miała jakiegoś takiego pokrzywionego, że nie miał ochoty na zabawę rodem z książki, której tytuł jest raczej wszystkim znany. Nudziarz.
Kiedy zgodziła się z nim pójść to nie zaczął podskakiwać. Nie bardzo chciało mu się wierzyć, że teraz rzucą wszystko i polecą brać ślub u McGonagall czy April. Jeszcze jedno i drugie powinno się oswoić z myślą, że zdecydowali się na ślub ( w przyszłości bliższej lub dalszej). Carter raczej musiał przetrawić myśl, że Vanessa się zgodziła, a nie pogoniła go różdżką. Na to, że chciał z nią wziąć ślub był przygotowany (mniej-więcej, nie pytałby gdyby tego nie planował). Tak czy siak - nie zamierzał się oświadczać a potem unikać tematu samej ceremonii zaślubin. No ale takie prędkie i płynne przejście z etapu narzeczeństwa to małżeństwa nie było jednak normalne. Było?
Choćmy stąd? Ale jak to, przecież tu było tyle alkoholu i tyle jedzenia, a ona kazała mu stąd iść? No i przecież powiedziała, że już nie wrócą! Będzie głodny. Nie jadł nic, bo wcześniej się denerwował i nic mu przez gardło nie chciało przejść, a potem nie było kiedy. Trudno, żeby po usłyszeniu od niej "tak" i po zaobrączkowaniu jej, miałby ją odepchnąć na bok i pobiec do stołu. Tak, będzie głodny. Już był głodny, ale nie chodziło o zwykłe jedzenie dla śmiertelników. Chodziło o pokarm masochistów, chodziło o Harvin.
Spojrzał na nią uważnie, kiedy zasugerowała mu ulotnienie się z imprezy, potem przesunął wzrokiem po sali. Cóż, przynajmniej nie będą pierwszą parką, która się zwinęła. Ale za to będą drugą parką, która zwinęła się i wszyscy będą wiedzieli po co. Bethstopher po całuskach uciekli gdzieś, wiadomo po co; no a teraz Danessa też się ulatnia. Oh god, ciekawe czy teraz wjadą wśród uczennic (głównie chyba u nich) takie shipowe nazwy.
Kiwnął głową i grzecznie podreptał do wyjścia. A raczej utorował Harvin drogę przez rozszalały, pogujący tłum i wirujące blondynki. I brunetki.
I nie dane było mu się schlać z Mattem. Kak żal.
Jak już wypadli z tej Wielkiej Sali to podreptał za Vanessą, ufając że jak już go stamtąd wyciągnęła to chociaż zaprowadzi w jakieś konkretne miejsce, najlepiej z jedzeniem. Niekoniecznie tym od skrzatów. W zasadzie nie odzywał się przez całą drogę, jedynie gapił się przed siebie, jak gdyby jeszcze oswajając się z tym, co się wydarzyło. A przecież sam to wszystko zaplanował, skąd ten problem z odnalezieniem się w nowej sytuacji. W nowej roli. To ta jej zgoda, to chyba to tak zaskoczyło go. Bo przecież nie mógł być pewien, że się od razu zgodzi. A tu taka niespodzianka. Miła niespodzianka.
Gdzieś na pewnym etapie podróży uśmiechnął się do siebie pod nosem. Jakoś nie mógł się powstrzymać, chyba już oswajał się z tym wszystkim.
Kiedy już wdrapali się na górę, a Vanessa wchodziła po schodach pierwsza, żeby mógł poobserwować jej pupę, a nie dlatego, że był gentlemanem, rozejrzał się po tym miejscu, potem spojrzał na Vanessę. Czemu wybrała takie chłodne miejsce? Co, to temperatura jej serca? Nie no, oczywiście wiedział, że Harvin nie ma serca z lodu, bo przecież nie odrzuciła go w Zakazanym Lesie i nie odmówiła mu tego dnia.
Poprawił sobie swoją tasiemkę owiniętą wokół szyi, zwaną dalej krawatem, aż dziwne że go Harvin nie udusiła, jak wiązała.
- Popatrz, popatrz. Czy to nie na wysokości obiecałem ci, że zostaniesz moją żoną? - Zapytał spoglądając na nią wymownie. A tu jakiś powrót na wieżę. - Jakiś sentyment? - Dorzucił, podchodząc do niej powoli.
I to na wierzy też na niego nafukała, że chyba go pojebało i wolałaby się ze Ślizgonami przepraszać niż go poślubić. Sama sobie przeczyła teraz. Albo chyba sama nie wiedziała czego chce lub co czuła do niego. Ale coś musiała przecież czuć. W końcu nie zamordowała go, a miała ku temu wiele sposobności.
- To na czym my to... a, tak. Miałaś mnie zabić. Tu nie będzie świadków. - Mruknął, mając utkwione spojrzenie swojego ślepia w jej oczach. Dalej Carter po prostu postanowił chyba walczyć o własne życie, bo nie chciał się dać tak po prostu zamordować, wobec czego ujął jej twarz w dłonie i pocałował czule, w końcu musiał też poprawić ten krótki pocałunek po zaręczynach. Tam McGonagall patrzyła. W zasadzie to wszyscy patrzyli. Nie to, żeby miało to dla niego jakieś większe znaczenie, Carter nie liczył się z innymi i w dupie miał to, czy coś wypadnie dobrze czy nie. Taktu i ogłady także był pozbawiony.
_________________

    Czekamy do ślubu - she said.
    A few moments later:




 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3619
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Paź 05, 2018 3:18 am   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Sam zaproponował podwieszanie, co akurat mocno zaskoczyło pannę Harvin, bo nie sądziła, że coś takiego leży w jego guście. W jej nie leżało, aczkolwiek zawsze istniała pewna furtka, która dawała możliwość przekonania ją do tego. Można powiedzieć, że była otwarta na propozycje, aczkolwiek wbrew jej dość sadystycznemu usposobieniu niektóre z tych propozycji znajdowały się trochę poza jej obecnym zasięgiem. Dlatego właśnie nie skierowali się na dół do tych nieszczęsnych piwnic, tylko po schodach nie piechotę raczej rady nie damy. Nie? A jednak dali radę, może właśnie dlatego, że nie przelało się tych trunków tak wiele. Poza tym, Carter miał chyba uraz do podziemnych kondygnacji, o czym co prawda pamiętała dość dobrze, ale w tych okolicznościach mogło jej to uciec z głowy. No proszę, ktoś się jej oświadczył, to się nie zdarza na co dzień. Takie cudowne zdarzenia uzasadniały chyba każdą amnezję. W każdym razie, pociągnęła go na górę z jeszcze jednego powodu. Im wyżej tym mniej słychać, prawda? Wszyscy skupieni na balu, który odbywał się na parterze zamku, więc nie ma opcji, żeby jakiekolwiek odgłosy z wieży astronomicznej dotarły do ich uszu. Tu już nie chodziło o dźwiękoszczelne ściany, bo skoro taka parka znika nagle po oświadczynach to łatwo się domyślić w jakim celu. Hogwardzka gawedź miała kolejny temat do plotek. Im jednak dalej od centrum wydarzeń tym więcej spokoju. I prywatności. Chociaż w zasadzie znajdowali się teraz na terenie otwartym, no ale... tutaj przynajmniej nie miał kto podsłuchiwać. Chyba, że sowy z sąsiedniej wieży.
Mogli zostać na tej uroczystej uroczystości. Gdyby Deangelo chciał, to nawet nie mrugnęłaby okiem na taką sugestię, tylko grzecznie zajęła na powrót swoje miejsce przy stole nauczycielskim i wróciła do sączenia napojów wyskokowych (o ile ktoś zadbałby o napełnienie jej szklanki właściwą zawartością). Tylko, że jej narzeczony nie oponował w żaden sposób, więc potraktowała to jako milczącą zgodę, wyciągając go z tego tłumu. Nie zdążył się napić z Mattem, szkoda. Vanessa nie zdążyła się napić z Min, też szkoda. Tym bardziej, że podczas tego wspólnego delektowania się ognistą dość konkretnie wyjaśniłaby byłej gryfonce dlaczego wychodzenie za mąż za byłego ślizgona to zły pomysł. Ale nauczycielka postara się, żeby ten temat w końcu wrócił, a wtedy już nie podaruje pannie Park srogiego wywodu na temat nieprzydatności ex ślizgonów do życia.
Póki co jednak musiała odciągnąć Cartera. Gdzieś... daleko. Gdzieś, gdzie nikt nie będzie słyszał ani widział tego jak się nad nim pastwi. Bo przecież musiała sobie odbić te zaręczyny. Carter przyprawił ją niemal o zawał serca, nagle wyskakując z takim pomysłem. Czy to przygotowywał wcześniej czy nie, dla niej to było wystarczająco szokujące. Do tej pory wydawało się jej to zupełnie niemożliwe, chociaż wcale nie była z tego powodu niezadowolona. Perspektywa skończenia jako stara panna nigdy nie wydawała się jej zła czy jakkolwiek upokarzająca, a tymczasem trafił się samobójca gotów do podjęcia się wyzwania, które wbrew pozorom zaczynało się dopiero po zaobrączkowaniu tej szkolnej bestii. Nie została jeszcze zaobrączkowana, co najwyżej zapierścionkowana. To było dopiero preludium. Właściwy utwór zaczynał się przed McGonagall albo przed April albo... ciekawy jaki idiota zgodziłby się zostać gwarantem tej wieczystej umowy. Miała tylko nadzieję, że nie ten pawian z idiotycznym wyrazem twarzy. Tak czy inaczej, działając bardziej pod wpływem chwili pociągnęła Deangelo do jednego z najwyższych punktów Hogwartu. Gdy tylko znalazła się na tej domyślnie otwartej przestrzeni, od razu poczuła jak owiewa ją nieco chłodniejsze powietrze. Nauczycielce nie przeszkadzało to ani trochę, wręcz pozwoliło nieco otrzeźwić jej myśli, dotychczas nieprzytomne od nadmiaru bliżej niezidentyfikowanego szczęścia. O ile do tej pory niemal cały czas trzymała jego łapę w swojej ręce, o tyle teraz go puściła, podchodząc w stronę okalającego całą wieżę murku. Ciekawe czy Deangelo spróbowałby ją zrzucić... zawsze to jakiś sposób na wykręcenie się od pochopnie rzuconej deklaracji małżeństwa.
- Czegoś brakuje... jeszcze nie skończyłeś w dziobie mojej sowy - odpowiedziała, przyglądając mu się nieustannie, z tymi swoimi iskierkami rozbawienia w oczach.
Widziała jak się zbliża, widziała utkwione w sobie spojrzenie tego ślepia. Carter nie powinien mieć żadnych wątpliwości co do tego co czuje wobec niego nauczycielka transmutacji. Po pierwsze, już to powiedziała, po drugie zgodziła się zostać jego żoną, a ona takich deklaracji nie składała pod wpływem chwili czy pod presją osób trzecich. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego w co się pakuje, ale to chyba Deangelo powinien się obawiać. Niby miał już świadomość tego jak ciężki jest charakter panny Harvin, ale czy był gotów znosić ten charakter przez następne kilkanaście czy kilkadziesiąt lat? To nie była krótkoterminowa umowa, widziały gały co brały. A w tym przypadku brały... naprawdę trudny materiał.
- Na szczęście... nie będzie - przyznała, zaraz jednak zatapiając się w pocałunku i to dość dosłownie, bo w tym momencie zupełnie przestało się liczyć to gdzie jest, co robi i czy pora już na wieczorynkę.
Dłonie zatrzymała na jego ramionach, ale dość szybko palce przemieściły się w stronę niepotrzebnych fragmentów ubrań. Czy wszystko musiało być tak skomplikowane? W pierwszej kolejności odwiązała mu ten krawat, który wyraźnie go upijał. Nie odsuwała się jednak od jego ust, a wręcz pogłębiła ten pocałunek. Dłonie zsunęła na dół, chłonąc każdy jego fragment. Jeszcze nie pod ubraniem. Ale czy panna Harvin była na tyle okrutna, żeby narazić Deangelo na chorowanie? Tak, była. Najwyżej Carter dostanie w pakiecie żona osobistą pielęgniarkę i nie, to nie będzie Raylene. Ograniczaj się Carter, ograniczaj. Co prawda zastanawiała się, czy nie zatrzymać się czasem przy okazji tej wspinaczki na szczyt wieży astronomicznej w gabinecie jakiegoś profesora w ramach przystanku, skoro i tak większość biesiadników było zgromadzona w Wielkiej Sali, ale... chyba na aż takie szaleństwo nie była jeszcze gotowa.
- Atencjusz. Mogłeś o to zapytać bez kilkuset świadków - odchrząknęła na moment odrywając się od jego ust, ale zaraz potem znów zachłannie do nich przylegając, a jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Panna Harvin w takim razie była niebywale głodna, a ten pocałunek był dopiero wstępem do głównego posiłku. Ściągnęła mu ten krawat. Niepotrzebny. Jak nic, będzie z tego zapalenie płuc i jak nic Raylene będzie miała dwóch pacjentów do wyleczenia. W tym momencie jednak aż tak bardzo się to nie liczyło. Chodziło tylko o jedno. Mieć Cartera. Znowu. Blisko, bliżej, po prostu mieć.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 192
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pią Paź 05, 2018 6:31 pm   
   <Multikonta: RC


Cóż, na wylądowanie w dziobie Cheri miał jeszcze czas, w końcu obiecał jej, że zostanie jego żoną, a nie wkrótce-żoną. Jedno wywodziło się od drugiego, ale to nie było przecież spełnienie jego obietnicy. Jedynie zaczęło się dziać coś w tym kierunku i mogło to już dać do myślenia. Na tytule wkrótce-męża Harvin nie zamierzał poprzestać, nawet gdyby innym wydawało się to chore i sprawiało, że posądzali go o skłonności samobójcze. Sprawa wyglądała tak, że Carter w dupie miał kto i co o nim myślał (pojemna dupa) za to nie miałby już w dupie tego, gdyby ktoś się niepochlebnie wyrażał o Harvin. Bo mówić źle mógł o niej tylko on i to do niej samej, za wszystko inne rozdawałby gongi, jeden za drugim. Obrońca się znalazł.
Wybór miejsca przez nią (on z tym nic wspólnego nie miał, ale gdyby chciała go wciągnąć do pokoju wspólnego Gryfonów to by się już stawiał, prawdopodobnie w obawie o to, że Jamal wracając z imprezy do dormitorium jeszcze by się zrzygał na niego) był chyba dobrze przemyślany. Czyżby taktycznie wybrała wieżę astronomiczną, żeby być jak najdalej od jakichkolwiek świadków? Żeby nikt jej nie usłyszał? A co z takim Christopherem i Bethą, którzy byli na dziedzińcu? Oni też nic nie usłyszą? Betha już wiedziała jak brzmi ranny buchorożec, na pewno rzuci się z pomocą, po drodze zastanawiając się co ten ranny buchorożec robi na wieży astronomicznej, jak on tam wlazł?
Nie było świadków, nie miał mu kto przyjść z pomocą (chyba że ci z dziedzińca), mógł się stać ofiarą dla Vanessy Harvin, ale nie widać było różdżki w jej dłoni, wolała dopuścić się rękoczynów? Czy raczej "rękodzieła"? Kiedyś ktoś mu powiedział, że brak mu instynktu samozachowawczego i chyba była to racja. Bo skoro Harvin chciała go zabić, miejsce było dobre i bez świadków, to czemu nie uciekał? Czemu to on sam się do niej zbliżył? A może on planował odwrócić role? Może to on chciał ją zabić? Za to wszystko, za to jaka była? Przecież w tekście było, że chciał z nią umrzeć. Jak romantycznie, czyli to nie były słowa bez pokrycia?
Raz kolejny cały świat zwolnił, kiedy Harvin przywarła do niego swoimi ustami. Nie miało znaczenia dla niego, czy zaraz pojawi się tu jakaś zbłąkana uczniowska dusza (lub prawdziwy duch) i czy będzie świadkiem ich makeout session. W zasadzie to lepiej teraz niż później, bo później czekałoby kogoś takiego co najmniej pięć lat terapii indywidualnej.
Objął ją, ale chyba tylko po to, by ułatwić sobie dostęp do jej pleców, po których zaczął wodzić powoli dłońmi, zapoznając się z misternym mechanizmem służącym do ubierania, a co ważniejsze, także ściągania tych wszystkich falban. To było o tyle interesujące, że rozpracowanie tego nie trwało zbyt długo, a gdy już się ten mechanizm rozbroi to Harvin skończy przed nim w samej bieliźnie. Chyba że go mile zaskoczy i okaże się, że bielizny nie miała. Obraziłby się, gdyby pod tą sukienką miała jeszcze jedną warstwę ubrań. Sam miał nieco trudniejszy orzech do zgryzienia, Harvin kazała się tak ubrać to niech Harvin teraz cierpi. Wszystkie tasiemki, marynarki, koszule, miłej zabawy. Chciał iść w dresie i koszulce to nie pozwoliła.
Jednocześnie Carter zaczął napierać na Harvin, zmuszając ją do wycofywania się (jak nie to się ją podniesie i przestawi) i wyjątkowo nie z zamiarem wypchnięcia jej poza niezabezpieczoną krawędź. Wepchnął ją na zimny mur (filar, kto co woli). Przynajmniej nie będzie mogła narzekać na gorąc. Przynajmniej przez jakiś czas. Oparł prawą dłoń na ścianie, gdzieś obok ucha Harvin, a drugą osadził na jej biodrze, przy okazji odrywając się od niej. Czy to wyraźnie dało do zrozumienia, kto był w niebezpieczeństwie? I że raczej nie był to on?
- Chyba mi nie powiesz, że cię zaskoczyłem. - Mruknął do niej, unosząc przy tym kącik swoich ust w lekkim, ironicznym uśmiechu.
Jak to? Nie spodziewała się tego? Nie wiedziała, że Carter się oświadczy? Prawdopodobnie prędzej postawiłaby na to, że znowu zniknie (niezależnie od powodu) niż, że klęknie przed nią i poprosi o rękę. - Mogłem, ale nie zrobiłem. Przynajmniej nie będzie trzeba "wychodzić z ukrycia". - Dodał po chwili, przechylając się w jej stronę.
Czemu to było takie małe? Niby różnica nie tak rażąca, pomniejszona jeszcze przez jej obuwie, a jednak wciąż musiał się schylać. Nie to, żeby mu to jakoś przeszkadzało. Ale wyraźnie Harvin kiedy rozdawali wzrost wykupowała wszystkie pakiety wredoty.
- Mówiłaś, że mamy czekać do ślubu, tak? - Przypomniał jej, unosząc przy tym wymownie brew. Więc w takim razie przyszli tutaj patrzeć na niebo? No, ładne. Carter chyba nawet na nie nie spojrzał, więc mógł tylko zakładać, że było ładne.
Przypomniawszy jej propozycję, przysunął swój odrapany pysk do niej i ucałował delikatnie, a przy tym jakże niewinnie, kącik ust Harvin. Nie czekając na odpowiedź i wyraźnie mając zamiar utrudnić ewentualną ripostę, skierował swoje usta ku jej szyi, chłonąc jej zapach (czy to sosna?). Dopiero po krótkiej chwili złożył na jej skórze przeciągły pocałunek.
_________________

    Czekamy do ślubu - she said.
    A few moments later:




 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3619
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Paź 05, 2018 11:56 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Akurat pokój wspólny Gryfonów był niezwykle przytulnym miejscem, w którym nie brakowało wygodnych materaców do ćwiczeń. Nie wiedział co tracił. Tym bardziej, że obecnie nie było tam nikogo. Przynajmniej nie powinno być nikogo. A gdyby nawet ktoś się trafił, ukochana Opiekunka bardzo szybko by oddelegowała intruza, przy okazji umawiając się z Grubą Damą na niespodziewaną zmianę hasła. Tak na wszelki wypadek, gdyby jednak któryś z uczniów postanowił wcześniej zakończyć zabawę na balu. Niestety, ostatecznie nie znaleźli się na wygodnym fotelu albo wygodnej kanapie w pokoju wspólny, a na wieży astronomicznej. Od parteru to jednak był kawałek drogi, ale jakimś cudem bez większych przystanków udało im się tu dotrzeć. A mogli przystanąć na I piętrze i skręcić do jej gabinetu. Mogli też skręcić do łazienki prefektów poziom wyżej albo jeszcze kilka kondygnacji w górę do biblioteki. Po co do biblioteki? Niedaleko jest Dział Ksiąg Zakazanych, a tam już na pewno by ich nikt nie szukał i stamtąd też już na pewno by ich nie słyszał. Tylko trochę niewygodnie i mało komfortowo pośród piętrzących się regałów o nieciekawej treści.
Na szczęście panna Harvin pomimo niezbyt imponującej kondycji potrafiła całkiem sprawnie poruszać się po zamku. Opanowane do perfekcji miała sunięcie po szkolnych korytarzach w szybkim tempie, po drodze jeszcze recytując ile i komu punktów odejmuje. Kiedy był to Slytherin, to nawet nieważne było za co. Nie stanowiło więc dla niej większego wysiłku przetransportowanie się z Carterem z poziomu parteru na niemal szczyt Hogwartu. Wysiłek to się dopiero może zacząć tutaj, bo ćwiczenia z Deangelo wymagały wprawienia w ruch większej ilości mięśni i były zdecydowanie bardziej intensywne. Jeszcze trochę i będzie z niej rasowa sportsmenka i żadne maratony nie będą jej straszne.
Miała pod spodem bieliznę. Nie ma opcji, żeby poszła na taką imprezę bez. Gdyby tak przypadkiem sukienka się jej przedarła (bo przecież różne cuda się zdarzały, a skoro zdarzyły się oświadczyny to nawet powtórne odrodzenie Voldemorta było prawdopodobne), to byłoby... złe. Po prostu złe. Dlatego jednak była wyposażona w coś pod spodem. Chociaż, faktycznie w jej przypadku po prostu dużo łatwiej ją pozbawić wierzchniej garderoby. Wystarczyło trafić na odpowiedni suwak (bo wszystkie sukienki musiały mieć suwak, a te które nie miały niech spłoną w męczarniach), a reszta schodziła sama. To ona miała tu więcej roboty, bo wszystko trzeba z Cartera zdejmować osobno. Pechowo nie miała przy sobie różdżki. Co za nieszczęście! Było takie jedno zaklęcie, które rozbierało oponenta z ubrań, więc od razu kłopot z głowy. Najwyraźniej jednak pani profesor uznała, że impreza jest całkowicie bezpieczna i obędzie się tu bez swojego magicznego kijka. Oby tylko nie okazało się, że rozbrajając się w ten dobrowolny sposób popełniła poważny błąd. Błąd, który chociażby Carter mógł wykorzystać przeciwko niej.
Krok za krokiem kierowała się do tyłu zbyt zaabsorbowana pocałunkiem by zwracać uwagę na cokolwiek innego. Dopiero gdy jej plecy dotknęły chłodnego muru, zorientowała się, że nie ma gdzie uciec. W zasadzie nie zamierzała dać nogi w tak pożądanej sytuacji, ale niewątpliwie została zagoniona pod ścianę i to Deangelo znajdował się w korzystniejszej pozycji. Rzecz jasna ani trochę ją to nie przestraszyło. Wręcz przeciwnie, bo wlepiła w niego uważne spojrzenie, zatrzymując dłonie na wysokości jego torsu.
- Ja się z tobą nie ukrywam - odpowiedziała mu tylko, uczepiając palcami krawędzi jego marynarki tak by dość sprawnie, zsunąć mu ją z ramion, bo przecież przy niej to na pewno nie zmarznie, o ile oczywiście jej PRAWIE-MĄŻ będzie współpracował.
Mruknęła coś chyba potakująco pod nosem, ale nie próbowała nawet się opierać czując jego bliskość, jego oddech na swojej skórze, a zaraz potem i wargi na szyi. Nie, nie pachniała sosną. Ani brzozą. Ani żadnym... drewnem. Wstrzymała oddech, przymykając oczy i instynktownie odchylając bardziej głowę. Jedna jej dłoń powędrowała wyżej, znajdując dogodny punkt na jego karku. Każdy taki dotyk wciąż przynosił jej mnóstwo satysfakcji jakby nie miała dość, a każdy jego pocałunek zupełnie wytrącał ją z równowagi. Traciła grunt pod nogami za każdym razem, chociaż kompletnie jej to nie przeszkadzało. Mogła się w tym zatracać nieustannie, zapominając przy okazji o całym świecie. I o pracach domowych, które niedawno trafiły na jej biurko czekając na sprawdzenie. Kolejna porcja obowiązków gdzieś w tej przyziemskiej rzeczywistości, która teraz była tak mało istotna. Priorytetem stawały się kwestie innego rodzaju. Na przykład to jak sprawnie rozebrać Deangelo. Jak za mocno poszarpie mu to wdzianko, to rozerwie, a nie miała przy sobie różdżki, żeby to potem naprawiać. Igły i nici też przy sobie nie nosiła, żeby to później pozszywać. Za dużo... guzików. Tak. Impreza na dole, gdzieś w oddali czyhający na nich śmierciożercy, a ona przejmowała się guzikami jego koszuli. Innych problemów w tym momencie nie było. W zasadzie i tak na innych problemach skupić by się nie mogła, bo Carter skutecznie odsuwał od niej wszystkie inne myśli, koncentrując na sobie całą uwagę nauczycielki z niewielkim procentem uwagi przeznaczonym na guziki. Idiotyczny wymysł ludzkości. Trochę rozdrażniona tym stanem rzeczy, po prostu szarpnęła za materiał koszuli na dole, żeby zaraz wsunąć pod niego dłoń i poczuć pod palcami go jeszcze bliżej. Bo to co miała do tej pory zdecydowanie nie wystarczało.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 192
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Sob Paź 06, 2018 1:50 pm   
   <Multikonta: RC


Carter, mimo iż średnio (raczej wcale) interesowała go opinia otoczenia i nie bawił się w rozpatrywanie co wypada, a czego nie wypada przy innych ludziach, to jednak miał jakieś limity i pokój Gryfonów jakoś by go nie przekonał. Już nawet nie chodziło o to, że jakiś zabłąkany uczeń (lub taki, który wolał zostać w dormitorium) zobaczyłby jego węża. Gorsze by było poczucie, że jakiś uczeń gapił się na wirujący tyłek Harvin. On by chyba dołączył do tej pięcioletniej terapii mając taką świadomość. Vanessę trzeba będzie wcisnąć w worek pokutny, owinąć szczelnie i tak wypuszczać do ludzi, żeby się nikt nie gapił. Bo to jego skarb. Gollum.
Jego ubiór był wyłącznie jej winą. Ze spodniami dresowymi i zwykłą koszulką nie byłoby tyle problemów, ale nie - Harvin kazała mu się ubrać jak pajac. Co prawda mógł się nie zgodzić, ale z drugiej strony myśl, że miałby przed nią klęknąć w dresie to... no w sumie i tak byłoby bardzo w jego stylu. Tak czy inaczej Harvin musiała teraz pokutować za te swoje wymysły. On zadanie miał bardzo łatwe. Zapewne tylko dlatego, by mogła jakoś nadgonić jego przewagę, nie pozbawił jej jeszcze tej sukienki. Miała też tyle szczęścia, że ta jej kiecka nie miała żadnych skomplikowanych guzików czy haftek, bo wtedy po prostu by rwał. Nie przejmując się ewentualną wściekłością Harvin. Za to on posiadał takie utrudnienie i skoro to był pomysł Harvin to on teraz z chęcią będzie obserwował jak ona z tym walczy. Ciekawe czy miała w ogóle tyle siły by tę koszulę porwać, by w ogóle się nad tym zastanawiać.
Nie ukrywała się z nim? No tak, gdyby się ukrywała to pewnie zamknęliby się w jakimś schowku na miotle czy kabinie w toalecie, bądź wróciliby do komnaty, a oni byli na samym szczycie wieży astronomicznej. Zrozumiał motyw przewodni tej nocnej eskapady. Szczyt. Ale przecież mieli się wstrzymać do ślubu? Dobrze, że Carter nigdy tej propozycji nie wziął na poważnie.
Czuł jej dotyk na sobie, zaatakowała jeden z jego słabszych punktów. Jego kark. Sam nie wiedział czemu, ale to jeden z niewielu punktów, na których dotyk robił wrażenie. To było lepsze niż drapanie za uchem, trust me.
Czas na kombinowanie jak zmniejszyć jego przewagę jej się skończył, dłoń Cartera z biodra Harvin prześlizgnęła się w znanym już sobie miejscu (wcześniej odnalezionym), by złapać za suwak i poprowadzić go w dół. Wszelki opór zamka błyskawicznego byłby bezcelowy, albo szkodliwy dla samej sukienki, Carter nie miał cierpliwości a już na pewno nie do takich bzdet. W dodatku potem Harvin miałaby problem z powrotem do komnaty, gdyby rozszarpał jej sukienkę, musiałaby się przekradać korytarzami, albo chować za nim. Ewentualnie należałoby ją zawinąć w jego marynarkę i wynieść.
Zabrał swoją łapę z dolnej części pleców Harvin, również oderwał się od jej szyi. Przesunął wzrokiem po jej twarzy, uśmiechając się przy tym zadziornie kątem ust. A może zaczekamy do ślubu.
Nie, nie zamierzał.
Przywarł do jej ust, po chwili wkradł się językiem między jej wargi wciągając ją w dalszą zabawę. Nie to, żeby miała to być jakaś dywersja, ale jednocześnie Carter zsunął jej ramiączko od sukienki, najpierw jedno, a potem drugie. A potem pomógł jej pozbyć się jej problemu. Byle tylko nie zmarzła. I miał tyle szczęścia, że ubiór Vanessy z nim współpracował, nie to co jego pajacerski gajerek, który stawiał się Harvin na każdym kroku gdy próbowała go w łagodny sposób rozbroić. Może to ją nauczy jak praktycznie ubierał się na co dzień Carter.
Porzucił usta Harvin, składając na jej wargach krótki pocałunek, po czym wraz ze zsuwanym materiałem, zaczął sam schodzić niżej, tycząc ścieżkę krótkimi pocałunkami składanymi na jej skórze, jeden niżej od drugiego. Oczywiście w taki sposób sprawdzał temperaturę ciała Vanessy, nie chciał przecież żeby mu tu zmarzła, prawda? Minął się z jej (niestety zapakowanym) biustem, przewędrował przez jej brzuch i zatrzymał się dopiero przed krawędzią kolejnej durnej, materiałowej przeszkody. Jednocześnie, o ironio, znajdował się teraz w tej samej pozycji, w której prosił ją o rękę. Zbezczeszczenie gestu, jak nic.
I teraz ewidentnie nie chciał jej się oświadczać.
Po co ci to? warknął w myślach, spoglądając na materiał jej bielizny. Bo po co? Jasne, bała się że skończy z gołym pupskiem gdyby suknia jej się porwała, ale teraz kiedy miała skończyć z gołym pupskiem to nie skończyła. Tak więc kolejna robota przed nim, nieco łatwiejsza, bo czymże było pociągnięcie w dół tego skrawka jej garderoby.
W nie to, żeby się spieszył, bo zaraz ktoś przyjdzie. Chociaż potem będzie się właśnie tak tłumaczył, gdyby zrobiła mu wyrzuty o to, że działał zbyt raptownie.
Nie podniósł się, porzucił biedną górną część Harvin (nawet cycki!) i swoje zainteresowanie przeniósł na tę dolną.
Niech się Harvin lepiej złapie jakiejś rurki (niekoniecznie Cartera) czy czegokolwiek, bo Carter zaczynał trening z nią. Przewędrował dłonią po jej zewnętrznej części uda, a potem bez pytania, bez ostrzeżenia, przerzucił sobie jej udko (nie z kurczaka) przez ramię, ułatwiając dostęp do tej części ciała Harvin, która go bardziej interesowała.
Łypnął krótko w górę, dalej z bezczelnym uśmiechem, a potem zbliżył swój pysk, co gorsza dla niej - swoje usta, do jej kobiecych partii ciała, by zacząć Harvin drażnić, jedyny jej guzik, swoim językiem. Chodziło przecież o to, żeby nie zmarzła. I o jego własną satysfakcję. Nie wspominając już o satysfakcji Harvin. No i o tym, że chyba już czas na hejnał z wieży astronomicznej.
_________________

    Czekamy do ślubu - she said.
    A few moments later:




 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3619
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Paź 06, 2018 7:03 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Już w momencie, w którym poczuła jak Carter pracuje nad suwakiem jej sukienki, wiedziała, że powrót z tej wieży będzie trochę problematyczny. Finalnie rzeczywiście może to wyglądać tak, że będzie ją znosił na pierwsze piętro i to nie z tego powodu, że nie będzie miała co na siebie przywdziać. Jeszcze nie miała na tyle wytrenowanej kondycji, żeby w tak ekstremalnych sytuacjach sobie doskonale radzić i chociaż w normalnych warunkach takie przetransportowanie się z najwyższej kondygnacji szkoły na niemal najniższą nie stanowiło dla niej problemu, to Carter zdecydowanie podnosił poziom trudności tego zadania. A nocowanie na pod gołym niebem w środku wiosny to był jednak kiepski pomysł. Podobnie jak wybranie tego miejsca na konsumpcję zaręczyn to niemal jak proszenie się o zwolnienie lekarskie od Raylene. W końcu więc trzeba będzie się stąd ewakuować i jeśli nauczycielka transmutacji nie będzie miała na to dość siły, to Carter będzie odpowiedzialny za transport. Na szczęście jemu chyba energii nie brakowało.
Uchwyciła jego spojrzenie. Wiedziała, że nie będzie się krępował. Wieża astronomiczna, czy nie... nie przyszli tutaj na romantyczne pogaduszki o wspólnym domku z ogródkiem (wybiegiem dla smoków), wspólnym kredycie (jedna skrytka w Gringocie) czy gromadce prześlicznych dzieci (ten smok ma ślepia po tobie, Carter). Zresztą, panna Harvin nie najlepiej trawiła takie tematy nie potrafiąc czy nawet nie chcąc zbyt daleko wybiegać w przyszłość. Rzecz jasna, była gotowa spędzić z Deangelo resztę swojego życia, ale planowanie z nim czegokolwiek i tak było bezsensowne. I tak ją czymś zaskoczy, i tak wywróci jej świat do góry nogami. Już to zrobił.
Łapczywie odwzajemniała pocałunek. Od jego bliskości jej zmysły zaczęły wariować. Czując jego skórę pod swoimi palcami mogła czerpać satysfakcję z każdego zbadanego przez nią fragmentu ciała. I nieważne, że pewnie już wcześniej miała do czynienia z tak sprawdzanym skrawkiem, bo takie badania trzeba często powtarzać, a przeprowadzane na nowo za każdym razem przynosiło satysfakcjonujące wyniki. Wodziła zatem opuszkami w górę jego brzucha, bo skoro nie miała cierpliwości do guzików, musiała dobrać się do niego sposobem. Takie rozwiązanie też nie było zupełnie zadowalające, ale tymczasowo musiało wystarczyć. I tak nie miała teraz głowy do męczenia się z tym zapięciem skupiona na smakowaniu jego warg, testowaniu zwinności języka i próbie zagłuszenia coraz szybciej bijącego serca. Pozbawiona sukienki mogła liczyć tylko na jego ciepło, a Carter nie tylko miał wbudowaną funkcję grzejnika, ale i troskliwie zadbał o to by i jej udzielił się ten skok temperatury. Początkowo chłodne powietrze zdawało się nieprzyjemnie szczypać jej ciało, ale nie minęło dużo czasu by to odczucie zniknęło całkiem, wypierane przez żar od środka. Z każdym pocałunkiem, z każdym jego oddechem, który przyprawiał ją o gęsią skórkę. Wysunęła dłoń spod jego ubrania, instynktownie i drugą dłoń kierując wyżej wraz z każdym niewidocznym śladem zostawianym na jej skórze. Już w niej kipiało. Przylgnęła bardziej plecami do tej ściany za sobą, z każdą chwilą coraz mniej panując nad oddechem. Gdzie on sięgał tymi łapami? Będzie jej zimno. Dość szybko została niemal całkiem pozbawiona ubrań. To było zbyt proste. I niesprawiedliwe, bo ona miała tutaj z jego ciuchami pod górkę. Zdecydowanie musi opróżnić swoją szafę z sukienek. Na złość Carterowi będzie chodzić w samych spodniach i koszulowych bluzkach. Takich z dużą ilością małych, wkurwiających guzików.
Był coraz niżej, a ona niemal bezradnie oparła jedną dłoń o ścianę za sobą. Zupełnie bezradnie drugą rękę zacisnęła na jego ramieniu. Carter, cholera. Nie tam. Poczuła jego wargi, jego język i wbiła paznokcie w jego ramię. Najwyżej rozerwie mu tą koszulę, najwyżej go trochę przeora pazurami. Gubiła oddech. Próbowała powstrzymać ciche jęki uciekające spomiędzy jej warg, ale się nie dało. Dobrze, że się go trzymała i miała coś za sobą, bo nogi teraz miała jak z waty i nie wiadomo jakim cudem by się na nich miała utrzymać. Odchodziła od zmysłów z tej przyjemności, nie potrafiąc opanować ani drżenia ciała ani własnego głosu. Tego było zbyt wiele. I tak była cicho. Nie będzie jej na pewno słychać na dole, nie ma opcji. Jeszcze trochę. Z jednej strony miała dość, z drugiej chciała więcej. Jeszcze trochę i uciekł jej oddech zupełnie. Na szczęście się go trzymała. Na szczęście nie było nikogo w pobliżu, kto słyszałby nauczycielkę. Nie, to nie był hejnał. I jak dobrze, że cała gawedź zgromadzona była na parterze. Żadnych świadków, bo gdyby jakiś się trafił, to niechybnie by zginął. Panna Harvin tak właśnie rozwiązywała konflikty.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 192
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Nie Paź 07, 2018 4:01 pm   
   <Multikonta: RC


To oni nie przyszli w takie ustronne miejsce, żeby porozmawiać o tym, co wydarzyło się na balu? Nie przyszli omawiać swojego przyszłego ślubu? Ano, nie. Prawdopodobnie Vanessa zwabiła go tutaj (bo on stawiał ogromny opór, ale ona była zbyt silna), żeby urządzić sobie noc poślubną. Przed ślubem. Na długo, długo przed ślubem. A może to po prostu miała być próba nocy poślubnej? Jedna z wielu? Jak dobrze przygotuje go Vanessa przed rzeczywistą nocą poślubną? A tak poza tym to czego była to próba? Ich zgrania czy może właśnie akustyki. Całej tej oprawy dźwiękowej. Doskonałe miejsce sobie wybrała na taką próbę - dźwięk poniesie się wszędzie. Ci na dole będą mieli koncert, jeśli tylko będą chcieli się wsłuchać w otoczenie.
To było normalne, że dość szybko wykorzystał swoją przewagę nad Vanessą. To też podobno miało oduczyć jej ewentualnych prób wciśnięcia go w podobne wdzianko na najbliższy czas. Podobno, problem w tym czy to przypadkiem nie będzie odwrotne w skutkach i jeszcze bardziej jej nie zachęci. Jakby nie było to, co robił wcale nie było najgorszą z możliwych kar. W ogóle jego metody karania Harvin nie przynosiły zamierzonego skutku, choć trzeba było wziąć pod uwagę, że nigdy tak naprawdę nie chciał jej karać. Gdyby chciał to znalazłoby się coś mniej przyjemnego.
Tym bardziej, że Carter się dopiero rozkręcał - dopiero co zaczął. I nie, nie zamierzał się spieszyć, bo ktoś mógł przyjść. Faktycznie, jak się wplącze jakiś świadek to wyfrunie z wieży astronomicznej, upozoruje się to na samobójstwo. Nieistotne czy będzie to uczeń czy nauczyciel astronomii, który tu gdzieś w pobliżu miał swój gabinet. Dla jego zdrowia, psychicznego także, zalecane było by bawił się tam na dole jak najdłużej.
Zmarszczył czoło, gdy poczuł jej paznokcie wbijające się w jego skórę. Bolało. Ale po raz kolejny był to ten rodzaj bólu, który tylko podnosił w nim poziom podekscytowania i jednocześnie zachęcał do dalszego działania. Nie mówiąc już o tym, że ten jego mały potestyzator znów zaczął działać, dobrze słyszał. To kolejny element, który podnosił mu ciśnienie. Uwielbiał to, przeszywało to jego umysł, dawało niemałą satysfakcję. Każdy kolejny, nawet najcichszy dźwięk, który uciekał jej spomiędzy warg, tylko jeszcze bardziej przypieczętowywał jej los. Bo to sprawiało, że Carter zapominał o całym świecie i skupiał się tylko na jednym, na Harvin. Nie można mu było zarzucić, że był egoistą. Jakby nie patrzeć to dążył do tego, żeby to ona była zadowolona. A brzmiała na... no zadowoloną. W każdym razie niczym nie zdradzała, że miałby przestać, wobec czego nakręcał się jeszcze bardziej w tym wszystkim.
Do jego autorskiej zabawy, podczas której Harvin niewiele miała do gadania (a więcej za to do wzdychania) dołączyła jego łapa, konkretniej palce, choć początkowo to jeden, który zakradł się do wcześniejszej kryjówki widłowęża, z zamiarem dokładnego zbadania jej. Zaraz do wycieczki dołączył jego kolega i tak we dwóch zwiedzali tę ciasnotę Harvin, a raczej starali się znaleźć jeden, konkretny punkt, może lepiej powiedzieć guzik - zapalnik dla większej dawki przyjemności dla Harvin, podczas gdy sam Carter ani myślał oderwać się od jej łechtaczki. Jego cel na dziś (i każdy kolejny raz) - doprowadzić ją do szału. Może i był okrutnym człowiekiem, może się nad nią pastwił, ale czy to faktycznie było aż takie złe? Bo chyba nie kazała mu przestać?
Wszystkie te pieszczoty przybrały na intensywności, a on sam poczuł, że robi mu się cholernie gorąco i to nie dlatego, że się czymkolwiek zmęczył, że mu się ten nadgarstek u dłoni operującej w Harvin zmachał (nadgarstek wyćwiczony, prawda). To wszystko była wina Harvin, jej reakcji, każdej najmniejszej rzeczy, jaką robiła Każdy dźwięki, każde zaciśnięcie palców na nim, cokolwiek. To ona sprawiała, że się gotował od środka. I swojego rodzaju złość, że jego jeszcze w niej nie ma. Co prawda sam sobie to robił, ale czasem z czegoś trzeba było zrezygnować, czasem z czymś się wstrzymać, by wydłużyć przyjemność dla swojej partnerki (kto by się tam cieszył z trzech minut).
Nie zamierzał słuchać się jej, zamierzał działał po swojemu, chyba w ten sposób chcąc manifestować swoją dominację nad nią. Raz na wozie, raz pod wozem. Raz się jedno pastwi, raz drugie. Ważne, żeby się zamieniać.
_________________

    Czekamy do ślubu - she said.
    A few moments later:




 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3619
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Paź 07, 2018 10:02 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Nie będzie żadnego koncertu, a już na pewno nie będzie takiego koncertu, który mógłby zgromadzić większą grupę słuchaczy. Liczba odbiorców tej audycji była ograniczona do jednego miłośnika i lepiej niech tak zostanie. Na parterze zamku odbywał się bal, a orkiestra zapewniająca oprawę muzyczną tego wydarzenia dokładała wszelkich starań, żeby dźwięki z Wielkiej Sali rozchodziły się niemal po całym Hogwarcie. Poza tym... nie miała zwyczaju drzeć się jak rozdarte prześcieradło, bez przesady. To było słuchowisko dla pojedynczego odbiorcy i jakoś nie wyobrażała sobie by ktokolwiek poza nim miał jeszcze być tego świadkiem. Uśmierciłaby takiego słuchacza nawet z samego faktu biernego uczestnictwa w jej recitalu. Carter chyba tez nie miałby być z czego dumny. To był koncert dla niego. Tylko. Raczej nie chciałby się dzielić nauczycielką transmutacji z kimkolwiek innym, nawet jeśli w grę wchodziły wyłącznie odgłosy przyjemności. A jeśli chciał, to będzie musiał pogodzić się z tym, że panna Harvin tego nie chce. Albo była tylko dla niego albo powstawała sprzeczność. Jak przy dzieleniu przez zero.
Bo choćby chciała, to jednak nie mogła tego powstrzymać, bez względu na to jak bardzo by się starała i bez względu na to jak bardzo by się na tym teraz skupiła. Jeśli miała być cicho, to chyba tylko trzydzieści metrów od Cartera, bo na krótszej odległości mogła go jeszcze za coś ofurczeć gdyby tak próbował ją z dystansu wyprowadzić z równowagi. Z kolei mniejszy odstęp między nimi groził sytuacjami takimi jak te. Jedno rzucało się na drugie stosując przemoc w związku. Vanessa wolała przemoc psychiczną, a Deangelo był zwolennikiem przemocy fizycznej. Tak oto byli wobec siebie przemocowcami i wzajemnie się tą przemocą uzupełniali.
Działał na nią wystarczająco by bez względu na miejsce i okoliczności nie była w stanie go zatrzymać ani mu przerwać. Zawsze chciała go mieć jak najbliżej, a gdy już czuła jego dotyk, zapach i smak nie wyobrażała sobie po prostu z tego zrezygnować. Nie odchodzi się od stołu bez skończonego posiłku. Miała do niego wciąż niezrozumiałą dla niej samej słabość i to pod każdym względem. Gdyby chciał teraz wybrać się do gabinetu McGonagall dokończyć tą ich noc przedślubną, pewnie tylko przez chwilę traktowałaby to jako kiepski żart, a potem to już modliłaby się, żeby dyrektorka nie postanowiła skończyć zbyt wcześniej zabawy na balu. Bo inaczej to dyscyplinarka i pod most.
Z trudem łapała oddech. Pomimo chłodu panującego na zewnątrz była rozpalona jak w gorączce. Zapalenie płuc gwarantowane. A Carter na tych męczarniach nie zamierzał poprzestać. Musiał zdawać sobie sprawę z tego jak odchodziła od zmysłów, bo to doskonale słyszał i nawet poniekąd czuł. Próbowała się nie wiercić tylko o tyle, żeby jakoś się utrzymać przy tej ścianie. Jakkolwiek. Instynktownie napinała bardziej mięśnie, przylegając do niego bardziej nawet pomimo tego, że już teraz tej przyjemności było zbyt wiele, chociaż wciąż nie dość. Każdy jego ruch języka stwarzał impuls, który przeszywał jej ciało. Jak tak dalej będzie ją męczył i doprowadzał do szaleństwa, to jak nic wyląduje w Mungu i to nie z powodu anginy czy przeziębienia. Pragnęła, żeby po prostu ją wziął. Teraz. Chciała się z nim kochać czy tutaj czy gdziekolwiek indziej, ale już i natychmiast. I poczuć go w sobie. I poczuła, tylko, że Carter zamiast przystąpić do dania głównego dalej się nad nią bezczelnie pastwił. W jeszcze gorszy sposób. Wiedziała co chce zrobić, ale nie było szans, żeby się temu przeciwstawiła. Dręczył ją. Jego palce to był dodatkowy zastrzyk bodźców, które mieszały jej w głowie, wprawiały w drżenie jej ciało i pobudzały jeszcze bardziej. Cholera. Długo tego nie zniesie. Pojedyncze westchnięcia przechodziły w ciche jęki. Wbiła paznokcie we wnętrze dłoni, by zaraz oprzeć tą wolną rękę bardziej o fragment muru za sobą, wyprężając się pod wpływem kolejnych jego ruchów i kolejnych doznań. Już zdążyła się zmęczyć, już była wilgotna od potu i wypełniającego ją żaru. Zostawiła jego ramię w spokoju. To nie wystarczyło. Musiała drugą ręką podeprzeć się ściany za sobą, żeby to wytrzymać do końca. Kosmyki włosów lepiły się jej do twarzy. Szczęśliwie nikt w niej teraz by nie rozpoznał tej codziennej Vanessy Harvin. Bo teraz po prostu nie wyglądała na siebie. W ogóle nie wyglądała... najlepiej. Bardziej na ofiarę odprawianych nad nią egzorcyzmów. Odchyliła w końcu głowę do tyłu gdy poczuła jak wypełnia ją kolejna fala rozkoszy. Dobrze, że się podpierała o ten skrawek muru, bo jej ciało wygięło się tak, że cudem nie straciła równowagi. Przeciągły (ale wciąż jeszcze umiarkowanie cichy) jęk wydobył się z jej ust. Chwilę dyszała jakby ktoś kazał jej kilka razy okrążyć cały zamek na pełnym sprincie i dopiero po kilku sekundach zaczęła próbować stabilizować oddech. Ten sam oddech, który teraz palił jej gardło. Była mokra, spragniona i wymęczona. W wewnątrz i na zewnątrz. Półprzytomnym spojrzeniem natrafiła na Cartera. Zaraz mu do kurwy nędzy rozerwie te koszule i się skończy zabawa. Bo miała tego dość i chciała to zakończyć we właściwy, przyzwoity sposób.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 192
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Śro Paź 10, 2018 3:03 am   
   <Multikonta: RC


Gdyby ktokolwiek się zbliżał, to najprawdopodobniej ani jedno ani drugie nie zdałoby sobie z tego sprawy na czas. Carter, choć z początku czujny, to teraz wyraźnie rozproszony tym wszystkim, co się działo. Wyłączył się na otoczenie, swoją uwagę poświęcając w pełni Harvin. I na pewno nie żałował. Zresztą, to ona była roznegliżowana i skupiłaby na sobie większą uwagę. On tylko klęknął przed nią, żeby zawiązać sznurówkę. Gdzieś mu się tylko palce omsknęły i tyle, nic złego przecież nie robił, to wszystko wina Vanessy. I jasne, dałoby się uniknąć możliwości wystąpienia takiej sytuacji, ale czy Vanessie nie chodziło czasem o dreszczyk emocji? Gdyby naprawdę chciała dreszczyk emocji, to zaprowadziłaby go prosto do gabinetu McGonagall. To byłby dreszczyk emocji. Chowaliby się potem po szafach przed nią i nasłuchiwali jak załamuje się nad bałaganem nieznanego pochodzenia. Zresztą - taka szansa jeszcze nie przepadła, będą mogli to nadrobić. Bo najwyraźniej sypialnia stała się passé, trzeba było szukać nowych doznań w nowych miejscach; całe szczęście, że Hogwart był ogromnym zamczyskiem. Różnorodności co do lokacji w nim nie brakowało. A jak zamek się znudzi, to będą szukać dalej.
Poza tym, chyba nikt nie planował wybrać się w najbliższym czasie na wieżę astronomiczną, prawda? Prawda?
Człowiek stara się być dobrym kochankiem, stara się zapewnić przyjemność partnerce, więc skąd określenie tego, co robił jako "pastwienie się". Dbał o Harvin, może z czystej złośliwości (i najwyraźniej autodestrukcyjnych zapędów) nie dołączył bezpośrednio do tego, co się rozgrywało. Nie w taki sposób, w jaki mogłaby sobie Harvin tego życzyć, chociaż nie mogła chyba na to narzekać. Przynajmniej nie słyszał wyrazu sprzeciwu. Jedyne co docierało do jego umysłu to wszelkie jęki, westchnięcia i sapnięcia, co raczej opowiadało się za tym, żeby nie przestawał, bo jednak jej się to podoba. Jemu się podobało to, że jej się to podobało. Albo raczej - sposób w jaki dawała mu to do zrozumienia. Działało to na niego cholernie, zamieniało jego (i tak już wątpliwej wielkości) mózg w jakąś breję, jego myśli ciągnęły już tylko jednym torem.
Oderwał się od niej w pewnym momencie, składając ostatni, delikatny pocałunek na swoim poprzednim placu zabaw, jego palce zaprzestały badań i wymknęły się z Harvin. Przesunął dłonią po jej udzie, delikatnie odstawiając jej nogę na ziemię. Zarządził przerwę i to nie dlatego, że Harvin się męczyła czy jej potrzebowała. Z czystej, carterowskiej złośliwości, gdzie to on ją rozgrzał i teraz bawił się w powściągliwego. Podniósł się z kolan (kolana) i wyprostował niespiesznie, mając czas przy tym na obserwowanie całej sylwetki Vanessy. Przesunął po niej wzrokiem i zatrzymał spojrzenie na wysokości jej oczu, jak gdyby próbując znaleźć tam jakąkolwiek podpowiedź, co w niej teraz ma największe prawo głosu. Podniecenie? Wściekłość? Chęć zemsty? Rozczarowanie?
Nie zamierzał jej w niczym pomagać, już na pewno nie przy ściąganiu, bądź zrywaniu, jego koszuli. Nad spodniami jeszcze by się zastanowił, ale to już chyba żadna filozofia pokonać taki pasek, guzik i rozporek. No, chyba że to mogło stanowić problem.
Tak czy inaczej - ułożył swoje wargi na jej skórze, gdzieś na wysokości obojczyka, składając krótki pocałunek, przesuwając się potem kawałek dalej, w zagłębienie ponad mostkiem. Jego dłonie ułożyły się na jej biodrach, podczas gdy on po prostu, najzwyczajniej w świecie, się z nią drażnił. To tak jakby mieli jakieś zawody, kto podjudzi drugą osobę bardziej. I to w tak bestialski sposób, w tego typu chwilach. Nie myślał teraz o tym, jak mógłby wyglądać odwet Harvin (bo na pewno przez chwilę pożałuje tej zabawy i tego, co będzie mu robiła), w chwilę obecną chłonął jej obecność i wyciszał swój umysł, próbował uspokoić swoje ciało, mając na względzie to, że taka sinusoida będzie lepsza (i nie potrwa trzy minuty). Poza tym - wiadomy powód - uśpienie czujności Harvin lub raczej wywołanie swojego rodzaju niepokoju. No, czyli dochodzimy do punktu, w którym on faktycznie się nad nią znęca.
_________________

    Czekamy do ślubu - she said.
    A few moments later:




 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3619
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Śro Paź 10, 2018 12:35 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


W życiu nie pomyślałaby, że skończy w miejscu takim jak to, robiąc rzeczy takie jak teraz. To była przecież... Harvin. Ona nie miała w sobie dość szaleństwa, aby iść na całość nie przejmując się konsekwencjami, nie mając na uwadze, że taki wybryk może ją wiele kosztować i to nie tylko pod względem późniejszej kuracji pod okiem szkolnej pielęgniarki. To był wyskok, który mógł jej odebrać reputację, stanowisko i zapewnić mnóstwo wstydu (może wstydzić się czym nie miała, ale to nie oznaczało, że każdy mógł to oglądać). Na niej ciążyła odpowiedzialność szczególnego rodzaju. Była nie tylko pracownikiem tej szkoły, ale przede wszystkim nauczycielką i opiekunką jednego z Domów. To nie były tylko uprawnienia, ale też sporo obciążeń. A tymczasem panna Harvin jak gdyby nigdy nic znalazła się na jednej z najwyższych lokalizacji w całym zamku, niemal kompletnie rozebrana i to w towarzystwie Cartera, który wcale nie wyglądał na wiążącego sobie sznurówkę. Innymi słowy, coś poszło w zupełnie innym kierunku niż dotychczas i to coś sprawiło, że pani profesor dopuszczała się niecnych występków, na które nigdy wcześniej by się nie odważyła. I to nie dlatego, że brakowało jej odwagi, tylko dlatego, że jej statystyka głupoty była jednak na dość miernym poziomie. Można więc spokojnie zrzucić tutaj całą winę na Cartera (znowu). To pod jego wpływem zaczynała pozwalać sobie na więcej, zapominając o całym świecie. Niby to ona go tu zaciągnęła i niby od początku zdawała sobie sprawę, że to nie będzie romantyczna świergocząco-ckliwa pogaduszka, ale... tak po prostu na nią działał. Sprawiał, że miała ochotę być właśnie tutaj, robić to co robi obecnie i nie przejmować się niczym innym.
Miała chwilę na kilka spokojniejszych oddechów. Niekoniecznie pożądaną chwilę, ale pewnie potrzebną. Bo chciała go dostać już teraz i taka przerwa była jak dokuczliwy przytyk, który tylko dodatkowo ją irytował. Najpierw ją nakręcił, a teraz odpuszczał. To było dopiero podłe. Chwila, chwila... czy ona czasem nie sprezentowała mu ostatnio podobnych doznań? Zgapiał! Może forma była nieco inna, ale skutek dość zbliżony. I na pewno doskonale zdawał sobie z tego sprawę, na pewno to nie było tylko przypadkiem i na pewno nie dlatego, że się zmęczył. Wiedział w jakim jest stanie. Widział jak jej ciało drży i to nie z zimna, a z podniecenia, słyszał kolejno łapane oddechy i na pewno czuł pod palcami wilgotną od potu skórę. I jeszcze chciał ją dobić, odwlekając tak wyczekiwany moment. To podchodziło pod skrajny sadyzm. Gdy ona już myślała tylko o jednym, Carter po prostu odwlekał chwilę kolejnego spełnienia. Może i taka przerwa dobrze im zrobi, bo pozwoli nie tylko zebrać siły na dalszą część, ale także podkręcić napięcie, tylko że u panny Harvin to napięcie już i tak wywindowało ponad skalę.
Zwilżyła wargi językiem, łapiąc jego spojrzenie. Nie przesadzaj, Carter. Bo to się źle skończy. Nauczycielka zdecydowanie nie miała aż tyle cierpliwości przy okazji tego typu zabaw. W ogóle jej cierpliwość była kwestią dyskusyjną, a obecnie w zasadzie nie istniała. Nie miała cierpliwości ani do takich podchodów ani do jego ubrań, bo on był wciąż niemal całkiem zapakowany. Dobrze, że nie przewiązany wstążeczką zakręconą w fikuśną kokardkę, bo wtedy już szlag by ją trafił do reszty. Dlatego nie pozwalała mu dłużej na ten skrajny sadyzm. Przesunęła palcami wzdłuż jego linii szczęki i w zasadzie zmusiła, żeby przestał się interesować akurat tymi partiami jej ciała. Wpiła się zachłannie w jego wargi ujmując jego twarz w swoje dłonie i nie ograniczając się ani trochę w tym pocałunku. Po co? Carter i tak zwolnił hamulec, teraz niech za to odpowiada i ponosi konsekwencje. Zsunęła palce w końcu w kierunku jego koszuli. Następnym razem pójdzie bez tej części garderoby... albo nie pójdzie wcale. A wtedy ona zostanie razem z nim i problem w ogóle przestanie istnieć. Teraz istniał o czym boleśnie się musiała przekonać na własnej skórze, męcząc te guziki w tempie ekspresowym jeden po drugim. Niektóre były trochę oporne, ale po kilku szarpnięciach już zaczynało do nich docierać kto w tym starciu ma przewagę. Możliwe, że jeden czy dwa po prostu nie wytrzymały tak zaciętej potyczki, nici puściły, a guziki heroicznie poległy w walce o niepodległość i własną autonomię. Nieważne, nie zwracała na to uwagi, całkowicie skoncentrowana na kolejnych pocałunkach, które kończyły się tylko wtedy gdy brakowało już jej tchu. Po spacyfikowaniu wszystkich guzików, zsunęła mu niepotrzebny materiał z ramion. Sio. Nigdy więcej koszul. Stwarzają za dużo problemów. Następne zadanie było stosunkowo łatwiejsze. Jeszcze tylko przejechała palcami w dół jego torsu, chłonąc dotykiem to, co dla niej do tej pory było niedostępne, aż w końcu zatrzymała dłonie na pasku sprawnie pokonując tych kilka drobnych przeszkód, które dzieliły ją od pełnego roznegliżowania swojego prawie-męża. Dzięki niebywałej woli walki wyszła w ten sposób na prowadzenie, bo ona jeszcze co nieco miała na sobie i aż dziwne, że Deangelo do tej pory zostawił koronkowy materiał jej stanika w spokoju. Miała jednak wrażenie, że będzie próbował szybko nadrobić to niedopatrzenie i też będzie musiał radzić sobie na czuja, bo nie zamierzała teraz odrywać się od jego warg i mu ułatwiać, chociaż... właściwie jak dotąd nie miał z tym elementem garderoby większych problemów. Wyćwiczony najwyraźniej.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 192
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Czw Paź 11, 2018 11:11 pm   
   <Multikonta: RC


Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________

    Czekamy do ślubu - she said.
    A few moments later:




 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3619
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Paź 12, 2018 12:48 am   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 192
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pią Paź 12, 2018 2:11 am   
   <Multikonta: RC


Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________

    Czekamy do ślubu - she said.
    A few moments later:




 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strona wygenerowana w 1,04 sekundy. Zapytań do SQL: 9