Rewolucja zaklęć! Koniecznie przeczytaj!
► Poszukujemy nauczyciela Starożytnych Run!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Trwa lekcja Transmutacji!
► Trwają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
► Ukazał się nowy Prorok Codzienny!
► Pamiętamy! II rocznica Bitwy o Hogwart!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Skrzydło Szpitalne
Autor Wiadomość

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 155

Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Lip 27, 2018 11:56 pm   
   <Multikonta: MD | FL


Wciąż nie mogła przyzwyczaić się do tego, że wróciła. Tak, to było zdecydowanie dziwne uczucie znaleźć się w Hogwarcie nie jako uczennica, ale jako część kadry - na równi z tymi, którzy przecież jeszcze nie tak dawno uczyli ją najróżniejszych dziedzin magicznych. Musiała się jednak do tego przyzwyczaić, najlepiej zresztą jak najszybciej. Wczesna wiosna była dość spokojnym okresem funkcjonowania Skrzydła Szpitalnego, jednak urazów i tak nigdy nie brakowało. Najgorzej zawsze było wtedy, gdy powracał sezon Quidditcha i jakże liczne upadki z mioteł, zderzenia podczas gry i inne kontuzje, z którymi trzeba się było jak najszybciej uporać.
Na chwilę obecną miała w Skrzydle tylko czterech uczniów. Drobne wypadki przy zaklęciach i eliksirach, nic szczególnie groźnego, ale wypadało zostawić ich na miejscu w ramach obserwacji. Skoro jednak pacjentów nie było wielu, zajęcie się nimi zajmowało ledwie chwilę. Kiedy w końcu posnęli - temu małemu Krukonowi z trzeciego roku wreszcie przestało się odbijać Bardzo Źle Przyrządzonym Eliksirem, na szczęście! - miała trochę czasu dla siebie. Czasu, który zamierzała spędzić w ciszy i spokoju, na błogim wpatrywaniu się w gwiazdy i rozmyślaniu o-
- Raaaaay?
- Och matko... - mruknęła. Ledwo zdążyła sobie usiąść, bo i tak co pięć minut nerwowo przechodziła między łóżkami "dla pewności", to coś się oczywiście musiało stać. Rany, byle tylko dzieciaki się nie obudziły!
Wystrzeliła ze swojego pokoiku, by zlokalizować przybysza. Zatrzymała się natychmiast na widok Vanessy i... jakiegoś typka? To ją dopiero zbiło z tropu. Rozmyślanie, o co mogło chodzić, nie miało najmniejszego sensu. Zapewne i tak lada moment dowie się, kogo też pani profesor jej przyprowadziła i co się w ogóle dzieje, że ograbiają ją z zasłużonego, wyczekiwanego odpoczynku.
- Hm? W czym mogę pomóc? - zapytała wręcz odruchowo, po kilku mrugnięciach oczyma przybierając na twarz uprzejmy uśmiech. Profesjonalizm i uprzejmość - jej dwie atutowe karty - nie mogły jej opuścić nawet w niesprzyjających warunkach. Z czymkolwiek przyjdzie jej się zmierzyć, weźmie problem za bary.
_________________


 
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Sob Lip 28, 2018 12:01 am   
   <Multikonta: RC


Musiał jej zrobić niezwykłą przyjemność tym, że nie odzywał się przez całą podróż. Co nie znaczyło, że stracił swoje zainteresowanie jej osobą i podziwiał zamek. Hogwart jak Hogwart, w jego oczach niewiele się zmienił. W zasadzie teraz widział go z całkiem innej perspektywy, bo nie w panoramie. Chociaż zdołał się już dawno przyzwyczaić do nowego pola widzenia, w końcu trochę czasu już minęło.
Jakby nie było - trzymał się Vanessy, zachowując bezpieczną odległość. Ze zwykłej ostrożności, bo jeszcze zaraz usłyszy, że dwa metry to stanowczo za blisko i niech on trzyma się co najmniej dwa piętra od niej. Pozostawiony już całkiem na pastwę Harvin, bo jego zwierzęcy przyjaciel ani myślał za nimi podążać, człapał za nią, nawet zgrabniej niż przez cały czas kiedy jej nie było i kiedy go nie dobiła, rzucaniem o drzewa. Wymagało to zaciśnięcia zębów i nieco więcej energii niż wcześniej. No, ale jakby jeszcze go zapytała czy mu pomóc i przekopać go na miejsce, to całkowicie straciłby jakąkolwiek wiarę w świat.
Po chwili zakodował, że zmierzają do skrzydła szpitalnego. Och, Vanessa. Jeszcze trochę i wszyscy pomyślą, że masz jakiekolwiek serce. I to nie z kamienia.
- Dobry wieczór. - Powiedział swoim naturalnym, stentorowym głosem, uśmiechając się przy tym dość... przepraszająco. Za całą, zaistniałą sytuację. Za to, że w środku nocy nachodzili pielęgniarkę. No jak tak można? Nie planował angażować osób trzecich. W każdym razie należało zachować pełny profesjonalizm, prawda?
Cóż, towarzysz profesor Harvin wyglądał jak postrach lasu. Nie mówiąc już o jego pokiereszowanej mordzie ze ślepym okiem, z którymi nie dało się już właściwie nic zrobić, to miał połamane kilka żeber (wcześniej były może tylko dwa, dzięki, Harvin), wyraźnie źle zrośniętą kość promieniową lewej ręki, problem z kością udową, nie mówiąc już o skrajnym wycieńczeniu i wyziębieniu. I choć starał się nie słaniać na nogach, to średnio mu to szło, kiedy nie było się o co podeprzeć. Bo gdyby podparł się o taką Harvin na przykład to by wyleciał przez okno. A z możliwych "wysokich" (ha-ha.) podpórek była najbliżej. Dwoiło mu się w oczach, a już jedna Vanessa dla niektórych była postrachem. To co dopiero dwie.
Na pytanie pielęgniarki zerknął kontrolnie na Vanessę, jak gdyby powierzając jej swój los. Jeśli będzie chciała, żeby go otruć, no to trudno. Przynajmniej problem z głowy. Nie odezwał się zatem, stojąc minimalnie za Harvin, a na jego porysowanym pysku na ułamek sekundy wpłynął nieznaczny, asymetryczny uśmieszek. Jak gdyby cała ta sytuacja miała być w jakiś sposób zabawna. A może co innego go tak cieszyło. Że w dupsko zastrzyk dostanie? A może po prostu był zbyt wyczerpany, by trzeźwo myśleć. Można było mu to darować.
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Lip 28, 2018 12:29 am   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


No i wydobyła z czeluści Skrzydła Szpitalnego panią pielęgniarkę. To co mogła o niej na pewno powiedzieć, że była młoda. W zasadzie Van też była młoda jak ją do szkoły na stanowisko przyjmowali, ale u niej rola stażystki, a później nauczycielki była pewną formą ochrony zapewnionej jej przez Dumbledore'a. Na szczęście nadal pozostała młoda, ekhem. Prawie nic się nie zmieniła. A ta... praca w Hogwarcie może nie była najlepiej płatna, ale zawsze stanowiła jakieś wyzwanie. Dla niektórych zdecydowanie ponad siły, ale póki jeszcze pani pielęgniarka nie spakowała walizki, to trzeba liczyć na to, że wytrzyma.
- Mam jeńca. - obwieściła jej niemal równie formalnym i profesjonalnym tonem, chociaż zachowując jakąś uprzejmość w głosie, co było bardzo trudne z racji towarzystwa Deanga i tego co musiała przez niego jeszcze chwilę temu przechodzić.
Oczywiście nie mogła jej powiedzieć co i jak, bo to by było... hmm... za bardzo skomplikowane. Poza tym, wolała nie wywlekać za bardzo niektórych spraw, bo pomijanie czy przemilczanie pewnych faktów byłoby jeszcze bardziej kłopotliwe. Chociaż zawsze mogła kłamać. Tak jak teraz.
- Spadł ze schodów. - urwała na chwilę. - Kilka razy.
Oczywiście brzmiało to absurdalnie w tej sytuacji, ale jako, że prawdy nie zamierzała mówić, to takie tłumaczenie można też potraktować jako próbę zatuszowania czegoś. Zbyt oczywistą, żeby pielęgniarka tego nie dostrzegła, ale jednocześnie wyraźnie sygnalizującą, żeby nie dopytywała o więcej, bo przynajmniej Van nic więcej w temacie przyprowadzonego tu więźnia nie powie.
- Jakbyś mogła sprawdzić czy nie potłukł się za bardzo... i ewentualnie coś mu naprawić. - nawet nie spojrzała na niego, chociaż słowa wypowiedziane do pielęgniarki mogły przesiąknąć odrobiną sarkazmu przypadkiem.- Ale tylko wtedy jesli nie wyda ci się zbyt... groźny, chociaż... jeśli trzeba będzie użyć bardziej stanowczych środków, masz moje pełne poparcie.
Nawet jej wargi drgnęły ledwo ku górze. Tak, po Van chyba trudno się tego spodziewać, ale teraz przynajmniej mogła po cichu liczyć na to, że niespodziewany gość będzie pod stałą obserwacją.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 155

Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Lip 28, 2018 1:10 am   
   <Multikonta: MD | FL


- Jeńca? - powtórzyła z lekkim niedowierzaniem. Brwi same podskoczyły w wyrazie lekkiego zdumienia, podczas gdy wzrok przeciągnął niespiesznie po sylwetce nieznajomego. Wyglądał rzeczywiście jak ostatnie nieszczęście, jednak większą zagadką od tego, gdzie się tych wszystkich kontuzji nabawił, było kim on u cholery jest? Na pewno nie uczniem, nauczycielem też nie - nawet tych nowych Ray zdążyła już zapamiętać choćby z twarzy. W dodatku określenie "jeniec" użyte przez Vanessę wydawało się nie mieć nic wspólnego z żartem. Jeśli mówiła to na serio, to działy się jakieś mocno podejrzane rzeczy.
- Skąd żeś go wytrzasnęła, u licha... - mruknęła na wpół do siebie, na wpół do nauczycielki. Nie zamierzała za to dopytywać, co miała wspólnego ze stanem mężczyzny i czy przypadkiem nie ponosiła winy za jakąś złamaną kość czy szramę na mordzie.
- Nie zamierzam go tu trzymać z uczniami. Zrobię co się da na już - zadecydowała. Celowo nie zwracała się bezpośrednio do nieznajomego; naturalnie o wiele bardziej ufała pani profesor niż jakiemuś menelowi z lasu, nawet jeśli miał na tyle kultury, by się przywitać. - To co? - zainteresowała się wreszcie pacjentem, rzucając mu firmowe spojrzenie. Niebezpieczny czy nie, to nadal osoba w potrzebie, więc miała dla niego odpowiednią porcję troski i zainteresowania... rzecz jasna do czasu. - Będziemy współpracować i naprawimy parę usterek, a potem.. no właśnie, co potem? - Zerknęła znów na Van, zaciskając nieco wargi. Ona go tu przywlekła, niech więc decyduje.
_________________


 
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Sob Lip 28, 2018 1:22 am   
   <Multikonta: RC


Jeńca? Uniósł lekko brew spoglądając kątem oka na Vanessę. Nie skomentował ażeby jej nie podpaść. W końcu teraz mógł się cieszyć chwilą spokoju od krzyków i ciskania w niego zaklęciami. Lepiej celebrować tę chwilę niż ją rujnować. Zresztą, wreszcie ktoś go do kupy poskłada bo jego cielsko nie widziało się z medykiem od paru lat? Jak na taki czas to i tak dobrze się trzymał. No nic, pozwolił jej mówić. W zasadzie to chyba i tak nie miał wyjścia.
Słysząc jej wypowiedź o schodach, momentalnie opuścił głowę, że niby coś niezwykle interesującego zobaczył na podłodze, pewnie knuta, a tak naprawdę to za wszelką cenę starał się pohamować rozbawienie, które wpłynęło na jego pysk, gdy usłyszał tę absurdalną wymówkę. Chyba na długo zapamięta ten moment. Zresztą, gdyby trochę przymknąć oko na zaistniałą sytuację, naciągnąć prawdę, można by pomyśleć, że Vanessa ma jakiekolwiek poczucie humoru a to był dowcip. No nic, jego to bawiło. A chyba nie powinno. Dlatego też szybko doprowadził się do porządku i podniósł spojrzenie na pielęgniarkę, podczas gdy w jego oczach wciąż jeszcze dogorywało rozbawienie. I całe szczęście, że łaskawa pani nie raczyła na niego spojrzeć. Tę jedną, jedyną chwilę mu to w pełni odpowiadało. W pozostałych sytuacjach ten chłód bijący od niej bolał. Może i dla niej jakieś lekarstwo panna piguła powinna przygotować. Jak się leczyło skrajną znieczulicę?
Nawet mu nie przeszkadzało jak się tak targowały co robić, zachowując się jak gdyby go tu nie było. Był nad wyraz grzeczny.
Kiedy padło na niego spojrzenie pielęgniarki i hasło "To co?" wzniósł powoli obie dłonie, jak to w parodii gestu poddania się i mruknął, pół żartem pół serio
- I tak panie mają przewagę liczebną. - Powiedział, w formie zgody na współpracę. Tak jakby miał się nie zgadzać. Po co miałby pyskować, skoro - no nie oszukujmy się - miała mu pomóc dojść do siebie. To by było nierozsądne. Choć z drugiej strony nierozsądne było też pokazywanie się Vanessie Harvin po takim czasie (fakt, że nie miał z tym nic wspólnego, ale Harvin wolała trzymać się swojej wersji wydarzeń), więc co on tam może wiedzieć o rozsądku.
Wolał odhaczyć wizytę tutaj, jeśli mu zaoferowano pomoc. Zaskakujące, naprawdę mógłby przysiąc, że w Vanessie pojawił się jakiś pierwiastek współczucia. Potem chciał się z nią rozmówić. Podejść do tego po raz drugi, po pierwszej fali uderzeniowej huraganu Harvin. W zasadzie rozwinięcie tej drugiej rozmowy pomoże mu zdecydować, co dalej. Temat dość ciężki.
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Lip 28, 2018 4:49 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Mruknęła tylko potakująco na pierwszy pytanie pielęgniarki. Jakby to miało jakieś znaczenie... na dobrą sprawę to można nawet tak go potraktować. Bez różdżki (o ile rzeczywiście jej nie miał, ale nie... nie miała zamiaru bawić się w przeszukiwanie go, żeby sprawdzić czy naprawdę tak jest) był prawie bezbronny. Mogłaby go zamknąć nawet w jakiejś ciemnej, głuchej, szkolnej piwnicy. Oczywiście obowiązkowo takiej bez beczek wina, chociaż z tego co się orientowała to hogwardzkie lochy nie były aż tak wyposażone. Można więc przyjąć, że pełnił rolę więźnia, bez różdżki mało który czarodziej był w stanie sobie poradzić. Przecież to niemal prawa ręka. I tak dziwne, że był w stanie przetrwać tyle czasu pozbawiony tego magicznego kijka jeśli jego historyjka była prawdziwa. Ale nie, nie była. Przyczyna ewentualnego braku różdżki musiała być inna, jednak teraz nie zamierzała się nad tym głębiej zastanawiać.
- Znalazłam go blisko Zakazanego Lasu... - zawahała się na moment, co dalej mogła powiedzieć, żeby nie brzmiało równie głupio jak podawany przez Deanga powód jego tutejszej obecności. - Wołał sykla na ognistą.
Tak, Van... to na pewno brzmi sensowniej niż ta jego bajka. Chociaż, szczerze mówiąc sama by się teraz napiła ognistej whisky.
- Właściwie... miałam nadzieję, że go tu u ciebie na trochę zostawię. Muszę czegoś... poszukać. - odchrząknęła pod nosem. - Twierdzi, że jest bez różdżki, więc uczniom raczej niczego nie zrobi. Jakbyś miała z nim kłopoty, możesz stosować wszystkie możliwe środki, nawet te najbardziej radykalne. - przez jej twarz przemknął niewielki cień uśmiechu, aczkolwiek nadal była zupełnie skupiona na pielęgniarce, ignorując całkowicie obecność Cartera.
Postąpiła kilka kroków w stronę pielęgniarki i odciągnęła ją na bok na tyle, żeby nieznacznie oddalić się od znalezionego w Zakazanym Lesie intruza.
- Jest szczepiony. - uprzedziła ją półgłosem, przychylając się w stronę jej ucha, ale nie starała się mówić aż tak bardzo cicho by Carter tego ewentualnie nie usłyszał.
No cóż, pielęgniarka podchodziła do obcego bardzo nieufnie co było zrozumiałe w jej przypadku, ale nie... ten były szkolny nauczyciel wścieklizny nie miał. Chyba. W każdym razie nie chciała aby Raylene go przypadkiem wyrzuciła ze Skrzydła Szpitalnego tylko dlatego, że przypomina teraz rozpijaczonego bezdomnego spod Dziurawego Kotła. De facto, był przecież kiedyś profesorem, może nawet niektórzy starsi uczniowie go pamiętają, ale patrząc na wiek pielęgniarki raczej rozminęła się ona z Carterem i dla niej był to niezidentyfikowany obiekt, zapewne niepożądany na terenie szkoły. A Van potrzebowała, żeby ktoś miał na niego oko.
I po tej oto jakże ważnej informacji przekazanej młodej pielęgniarce, nauczycielka transmutacji skierowała się od razu do wyjścia rzucając tylko Deangowi jedno krótkie spojrzenie. I w tym jej spojrzeniu było coś z rozbawionej bezczelności. W innych okolicznościach nawet by uznała to za zabawne. To ciekawe... mieć jeńca. Ale nie, w tej sytuacji jednak nie było jej do śmiechu.
<zt>
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Sob Lip 28, 2018 8:47 pm   
   <Multikonta: RC


Szczerze? Zjawiając się w Zakazanym Lesie z zamiarem spotkania się z Vanessą ani myślał, że ona okaże mu jakiś gram współczucia. I nawet się nie mylił. Nie zależało mu zresztą na tym, żeby ktokolwiek, nawet Harvin, załamywał ręce nad jego stanem. Wystarczyło mu, że był żywy. I wolny od tego psychopaty. Czy to tymczasowo czy na stałe. Chociaż czuł, że bardziej prawdopodobne jest to, że tamten go w końcu dorwie. Nie brał pod uwagę opcji, w którym tamten odpuszcza. Chyba za bardzo mu podpadł i już nie chodziło o fakt, że wolałby pozostać anonimowy. A może Hartley znajdzie sobie całkiem nową zabawkę? Nie to, żeby komukolwiek tego życzył. Ale nie ukrywajmy - miło by było. Ostatnie dwa tygodnie miał spokój i to było całkiem inne życie. W ogóle to było życie. Z drugiej strony jakieś dziwne. Ostatnio zdołał się przyzwyczaić do zupełnie innych... Standardów? Mocno naciągane określenie.
‌Nie ukrywając - ulżyło mu z faktu, że dostanie pomoc ze strony medyka. Nie to, żeby nie dało się z tymi obrażeniami funkcjonować ale mając jednak możliwość wyleczenia się to jak mógłby odmówić? W ogóle to chyba nie wolno było mu odmówić bo by go Vanessa skrzyczała. Przecież on się jej taaak bardzo bał. Hehe.
‌Niech sobie ulży tymi złośliwościami, on to wszystko słyszał. Nie robiło to na nim większego, tym bardziej negatywnego, wrażenia. Jak się wyładuje to może zacznie myśleć i działać racjonalnie.
Uśmiechnął się mimowolnie pod nosem na jej bezpardonową uwagę odnośnie tego, że był szczepiony. Bo owszem, słyszał. Jak się hasało po lesie przez jakiś czas to słuch się wyostrzał. Mała złośnica. Z naciskiem na "mała". Spoglądał przez ten czas tak jakoś dziwnie. Jak gdyby wcale przed chwilą nie rzucała nim o drzewo. Spojrzał na nią, gdy zaczęła się oddalać. Miał przynajmniej jeden moment, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały. Dalej przeprowadził ją wzrokiem, mimowolnie lub nie, oglądając się przez ramię za nią.
Wrócił spojrzeniem na pielęgniarkę. Powinien ją kojarzyć? Urody na pewno nie miała typowej dla Europy. Wyróżniała się z tłumu. Może widział. Na przykład w Hogwarcie? Szkoda tylko, ze miał problemy z pamięcią.
Odchrząknął.
- Ta, byłem szczepiony i nie gryzę. - Zapewnił ją. - Carter. Niedawny opiekun smoków, wcześniej nauczyciel Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami - przedstawił się ażeby odzyskać chociaż trochę honoru, który Vanessa swoimi komentarzami wcześniej tak zadeptała. Zasadniczo hasło "opiekun smoków" mogło z automatu tłumaczyć wyraźną szramę po pazurach bestii idącą przez jego lewe oko. Przynajmniej nie miał tej mordy poparzonej.
Nie było to dla niego tajemnicą kim był. Mógł być nawet z tego dumny. Z jednej i drugiej posady. W obu w końcu robił to, co umiał i co lubił.
- Dużo będzie ze mną problemów? - Pod względem medycznych oczywiście. O innych problemach nie mówił. Zresztą był grzeczny.
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 155

Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pon Lip 30, 2018 12:28 pm   
   <Multikonta: MD | FL


Jeszcze chwila i chyba musiałaby sobie rzucić zaklęcie powiększające na czoło, bo z minuty na minutę jej brwi unosiły się coraz wyżej. Jeśli dobrze interpretowała urywki informacji, które jej serwowano, sytuacja była bardzo, hm... oryginalna. A więc mieli tu jakiegoś nieznanego jej czarodzieja, który szwendał się nie wiedzieć skąd i po co w Zakazanym Lesie. Tam znalazła go profesor Harvin i też żadna cholera nie wie, co tam robiła w środku nocy. A teraz ona, zamiast wypocząć po całym dniu czuwania nad zdrowiem uczniów, niała nie dość, że doprowadzić tego obdartusa do jakiegoś porządku, to jeszcze przechować go w Skrzydle tuż obok swoich podopiecznych.
To nie tak, że odmówiłaby pomocy temu mężczyźnie, gdyby jej o to nie poproszono. Wyglądał trochę tak, jakby miał lada moment rozpaść się na kawałki i już gołym okiem zauważała, czym trzeba będzie się zająć. Najbardziej niepokoiła ją ta niejasna sytuacja i konieczność zachowania dodatkowej ostrożności w obecności obcego typa, a na to była już zbyt zmęczona.
- Dobra. Oby tylko to przechowanie nie trwało zbyt długo - zaznaczyła, kierując ku Vanessie wymowne spojrzenie. Cierpliwość Winchester też miała swoje granice, miło by więc było, gdyby decyzja o dalszym losie "jeńca" zapadła wkrótce. Skrzydło Szpitalne mogło być dla niego co najwyżej stacją pośrednią; kiedy odzyska siły, będzie musiał prawdopodobnie opuścić teren zamku, chyba że Harvin miała co do niego jakieś inne plany.
Wreszcie nauczycielka wyszła, zostawiając Raylene sam na sam z nieoczekiwanym gościem. Ta westchnęła cicho, przybierając na twarz klasyczny wyraz "kocham to co robię, ale strasznie mnie to wkurwia". Delikatnie krzywy uśmiech i wydęty policzek szybko jednak ustąpiły miejsca bardziej neutralnej, uprzejmej ekspresji.
- Uczył pan tutaj, czy w jakiejś innej szkole? Nie przypominam sobie, żebym pana wcześniej poznała. - ostatnio chyba kadra Hogwartu zmieniała się dość dynamicznie. Ray wcale się nie dziwiła tym, którzy po przetrwaniu bitwy woleli przejść na jak najbardziej zasłużoną emeryturę. Teraz większość nauczycieli była raczej młoda, a przynajmniej takie odnosiła wrażenie. Cóż, do tej pory nie poznała jeszcze osobiście ani połowy nowego personelu, nie mogła więc na razie wyrobić sobie opinii. A póki co miała większe zmartwienie na głowie - tajemniczego leśnego menela.
- Mam nadzieję, że nie. Prosiłabym pana o zachowanie ciszy; dzieciaki już śpią i Merlinie broń, żeby mi się pobudziły. Proszę za mną. - Nie przejmowała się takimi banałami jak, choćby to, by się przedstawić. Jeszcze kiedy mówiła, wyjęła ze stojącej w narożniku szafy odpowiednią buteleczkę. Później poprowadziła do najbliższego pustego łóżka, gdzie stał także taboret dla odwiedzających. Wskazała łagodnym gestem dłoni na krzesełko.
- Proszę, proszę sobie usiąść - Na obliczu Winchester pojawiło się pełne skupienie. Bez pośpiechu wydobyła z kieszeni różdżkę i poczekała, aż jej polecenie zostanie wykonane. Wtedy też przystanęła nad pacjentem i przystąpiła do dzieła. Na początek zeszło długo z zaklęciami oczyszczającymi ubranie i skórę, tak żeby facet przypominał mniej długowłosego psa przeturlanego przez błoto, a bardziej człowieka. Raylene niewiele mówiła w trakcie, ograniczając swoje wypowiedzi tylko do rzeczowych, ale wypowiedzianych z niebywałym wdziękiem komunikatów - proszę się obrócić, teraz wyprostować, odsłonić rękę i tym podobne. No właśnie, źle zrośnięta kość była chyba jednym z gorszych obrażeń Cartera. I na to jednak magia miała już odpowiedź; odpowiednia kombinacja zaklęcia znieczulającego, łamiącego i wymuszającego ponowny zrost powinna sobie z tym poradzić. Operacja wymagała od Winchester niebywałego skupienia - zaklęcie znieczulające trwało w końcu tylko marne pół minuty - i kiedy skończyła, miała wrażenie jakby minęły godziny. W końcu wręczyła mężczyźnie buteleczkę, którą wcześniej przygotowała i miała ją schowaną w kieszeni.
- Dwa łyki, nie mniej i nie więcej. Powinno wystarczyć na resztę pańskich dolegliwości. - Było to w pewnym sensie pójście na łatwiznę z tym eliksirem, jednak rozdrabnianie się na poszczególne urazy, badanie i diagniza zajęłyby zdecydowanie zbyt wiele czasu. I choć zapas powoli się kończył, nie bez lrzyczyny miało się pod ręką solidne, szkolne zaplecze składników i osoby uzdolnione w dziedzinie ich użycia. Gdyby przyszła potrzeba, to i sama Ray mogłaby się pokusić o odrobinę odświeżenia praktycznej wiedzy z warzenia eliksirów, a co.
- Jak się pan teraz czuje? Czy wszystko w porządku? - dopytała. O ile teraz nie wystąpią żadne niepożadane skutki czy dodatkowe objawy, prawdopodobnie będzie można położyć nieproszonego gościa do snu. I wreszcie mieć święty spokój.
_________________


 
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pon Lip 30, 2018 1:27 pm   
   <Multikonta: RC


Sytuacja dość specyficzna i niezrozumiała dla każdego postronnego obserwatora. Szkopuł w tym, że jeden z tych postronnych obserwatorów został w pewien sposób w to wciągnięty i poproszony o doprowadzenie Cartera do stanu używalności. Z jednej strony to miłe ze strony Harvin, że o tym pomyślała, jednak z drugiej Carter dość sceptycznie do tego podchodził. Fakt, był wdzięczny w duchu za możliwość opatrzenia, ale jego wypracowana nieufność wobec obcych, choćby i pracowników Hogwartu, darła się żeby skakać przez okno i uciekać. I może gdyby to nie było trzecie piętro to by skoczył. Jednak to nie tylko świadomość znajdowania się na tym trzecim miejscu trzymała go tutaj, ale wewnętrzna, dość paląca potrzeba dokończenia tej... rozmowy z Vanessą. Choć w zasadzie ciężko było nazwać to rozmową, każde z nich targowało się o swoje racje, a sama Harvin najwyraźniej nie była skłonna mu uwierzyć. Najprawdziwszej prawdzie, dlatego też w ogniu "walki" zasugerował jej, żeby posłużyła się veritaserum. Nie panował nad oklumencją, nie potrafił się przed tym osłonić. Nie był też "rodowo" uodporniony na działanie eliksiru. Prawda była taka, że gdyby podać mu veritaserum to wyśpiewałby, w przeności, wszystkie odpowiedzi na zadawane mu pytania. Choć tak szczerze nie bardzo uśmiechała mu się ta wersja wydarzeń, bo nigdy nie wiadomo jak bardzo pociągnęłaby go za język i w jakich tematach. Nie to, żeby miał coś do ukrycia. Cenił sobie jednak swoją prywatność.
- Uczyłem w Hogwarcie jakieś pięć lat temu, pewnie się minęliśmy. - Doprecyzował krótko, zerkając na nią badawczo. Z całą stanowczością się minęli, Carter nie pamiętał, żeby wtedy w Skrzydle Szpitalnym buszowała młoda, całkiem ładna pielęgniarka. Wtedy była chyba jakaś stara, garbata klępa. Albo nie? Może to po prostu stereotypowe spojrzenie na funkcję szkolnej pielęgniarki? Tak czy inaczej - nie kojarzył jej. Na pewno nie jako pracownika Hogwartu. Dość szybko jednak przeniósł spojrzenie z "nowopoznanej", bo tak naprawdę to się nie zapoznali, postaci na jakiś martwy punkt przed sobą. Nie na długo, bo kiedy kobieta poprosiła go, żeby siedział cicho i aby przemieścił się z nią w inne miejsce, zerknął na nią kątem oka i bez słowa podążył za nią. Jego czujne spojrzenie obserwowało uważnie otoczenie, kiedy przechodzili do wolnego łóżka, jak gdyby sprawdzając, czy w pobliżu nie było jakiegokolwiek zagrożenia dla niego. Jasne, może i miał lekką paranoję, ale ktoś z jego bagażem emocjonalnym, też martwiłby się o wszystko wokół. Oczywiście pamiętał, że Hogwart jest jako-taki bezpieczny, a jednak jego czujność nie chciała zapaść w sen.
Posłusznie klapnął na krawędzi wskazanego łóżka, przesuwając wzrok z otoczenia na postać, która miała się nim zająć. Może trochę ją sprawdzał, może patrzył na ręce, ale nie oszukujmy się - to było na razie u niego normalne. Nieufność wobec obcych. I to obcych, którym powierzał swoje zdrowie. Naturalnie w duchu skarcił się za to, że w ogóle podejrzewa o coś pielęgniarkę, bo jakby nie patrzeć to do tej pory nie wykazała się niczym podejrzanym. I wiedział, że takie podejście do ludzi jest złe, mimo to - nie potrafił inaczej. I pewnie gdyby ktoś mu to wypomniał, to niczym skarcone zwierzątko - spojrzałby przepraszająco, może nawet te przeprosiny przekazałby werbalnie.
Mimo swojego podejścia, odwrócił wzrok od kobiety, pozwalając jej doprowadzić go do porządku. I nawet pranie zaliczył, to miłe. Przynajmniej nie musiał się już tarzać w śniegu, nie? Znaczy, bez obrazy dla śniegu - był świetną formą utrzymania higieny. Taka woda w proszku. Problem był tylko z praniem, bo przy przymrozkach to miałby sztywne ciuchy, można by było je złamać. Stąd ta leśna otoczka na jego ubraniu. Z braku pralni w środku lasu, naturalnie. Nie reagował na jej zabiegi, i nawet gdyby coś poszło nie tak, to by pewnie nie zareagował. Jeśli nie reagował to pewnie znaczyło, że zaklęcie znieczulające działało. Chociaż niewątpliwe, że na żywca po tym wszystkim jakkolwiek by się przejął. Tak czy inaczej - nie przeszkadzał jej w pracy, tylko gapił się gdzieś w eter. Myślami będąc w zupełnie innym miejscu. Nie tak dawno opuszczonym przez niego miejscu.
Wrócił do rzeczywistości dopiero gdy zmaterializowała się przed nim buteleczka w ręce pielęgniarki. Początkowo łypnął na nią kątem oka, a potem odwrócił swój szkaradny pysk w stronę medyka. Bez zbędnych komentarzy wychylił te dwa łyki, zasadniczo nawet się nie zastanawiając co mu podała. A mogła to być płynna trutka dla szczurów, dlaczegoby nie? Przynajmniej tak się wydzierał stłamszony głosik w jego głowie.
- Jestem twoim dłużnikiem, pani doktor. - Odpowiedział na jej pytanie dość naokoło, bo pytała go w końcu jak się czuje. Czuł się dobrze, może nawet powoli wracał od półżywych do żywych. Nie bardzo miał jak się odwdzięczyć za udzieloną pomoc, dlatego z góry mianował się dłużnikiem. No a Carter spłacał swoje długi, więc gdyby kiedykolwiek zwróciła się do niego o przysługę to pewnie by nie odmówił.
Pomimo jego wysokiego poziomu zmęczenia, nie potrafiłby zasnąć. Ostatnio męczyło go to strasznie i pewnie to właśnie brak snu spotęgował jego paskudny look. Przed snem sam się wzbraniał, gdzieś w podświadomości. I choć zwykle spał czujnie, potrafił go zbudzić każdy, nawet najmniejszy szelest, to wciąż uważał sen za ogromną słabość. No i pomijając fakt, że w każdym śnie od ucieczki wracał do dworu Hartleya. Przechodził jeszcze raz, na nowo, wszystko przez co tamten go przeczołgał. Już o wiele przyjemniejsze miał sny będąc faktycznie w tej przeklętej posiadłości. Z tym, że ten jego sen stał się kilkadziesiąt minut temu jawą i nie wiadomo czy nie okazał się równie bolesny co obecne.
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 155

Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pon Lip 30, 2018 6:46 pm   
   <Multikonta: MD | FL


Przetarła czoło wierzchem prawej dłoni, której to palce wciąż zaciskały się na różdżce. Najtrudniejszą część zadania miała już za sobą, choć w swojej własnej opinii było wręcz na odwrót. Składanie złamanych kości, zasklepianie ran i przywracanie sił wyczerpanym pacjentom było jej chlebem powszednim; może nie była tak doświadczona jak jej niektórzy przełożeni z Kliniki czy jeszcze niedawno widziani wykładowcy, jednak miała za sobą te kilka lat pracy i niejedno już przyszło jej robić. Pod pewnym względem praca z uczniami była łatwiejsza niż niejedne przepychanki, których przyszło jej zakosztować podczas praktyki zawodowej. Kiedy ze względu na wygląd mylono ją ze starszymi dzieciakami, mogła sprawę sprostować i kończyło się na śmiechu; wystarczyło zaś przypomnieć sobie starą panią Garrey, by Ray przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Bycie okładanym laską po głowie w akompaniamencie wrzasków: "Ty mnie okłamujesz! Nie jesteś żadnym lekarzem! Wracaj odrabiać lekcje!" z ust przygłuchej kobieciny plasowało się bardzo wysoko na liście wspomnień, do których Winchester nie chciała wracać. Starucha omal nie wyrwała jej połowy włosów, choć kiedy chodziła, ledwo była w stanie się poruszać. Wszystkim pracownikom Kliniki ulżyło, kiedy krewni wreszcie odebrali panią Garrey z terapii i zawieźli do domu, choć oni nie wyglądali na ani odrobinę zadowolonych.
- Winchester, jak już. Tytuł "doktora" mi raczej nie pasuje - stwierdziła, uśmiechając się odrobinę. Skoro już uporała się z medyczną częścią swoich ostatnich na dzisiaj obowiązków, pozostawała już tylko jedna kwestia: co dalej zrobić z tym całym Carterem? Nie wiedziała, dlaczego był w zamku i skąd w ogóle pomysł, by miał w nim pozostać, ale trudno było teraz dociekać prawdy. Pani Harvin wyraźnie nie zamierzała ujawniać jej prawdy, a i jej "jeniec" nie miał żadnego powodu, by nie wcisnąć byle szkolnej pielęgniarce pierwszego lepszego kłamstwa. Raylene potrzebny był plan.
- No i co teraz z panem zrobimy? - wypaliła z pełną szczerością. Skoro już miała się nad czym zastanawiać, facet mógł jej przynajmniej pomóc. W końcu jak by nie było, sprawa przede wszystkim jego dotyczyła.
- Mogę oczywiście przenocować pana tutaj, choć nie powiem, żeby mi się to uśmiechało. Mam nadzieję, że rozumie pan moje powody. Bezpieczeństwo uczniów jest dla mnie priorytetem. - Choć minę miała wciąż przyjazną i niepodważalnie miłą, słowa kładły się w eterze chłodno, jak gdyby grawerowała je w stali. - Możemy też ustalić, że opuści pan tereny Hogwartu... w tym wypadku mam nadzieję, że po dobroci. Ewentualnie odwiedzimy panią Harvin i oddam pana w jej ręce.
Spojrzała na Cartera z jednej strony tak, jakby czekała na jego opinię, ale z drugiej trochę jak gdyby nie miał tu jednak nic do powiedzenia. Zdecydowanie zamierzała go wysłuchać i rozważyć wszelkie propozycje, a ostateczną decyzję podjąć już sama.
_________________


 
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pon Lip 30, 2018 7:29 pm   
   <Multikonta: RC


Carter oglądał przez chwilę swoję rękę. Tę samą, którą przed chwilą pielęgniarka zmuszona była połamać by złożyć raz jeszcze, poprawnie. Nie tyle, co oceniał efekty pracy medyka, ale do tamtej, krzywej zdołał się już przyzwyczaić. Dziwnie się na tę "nówkę" patrzyło. Może i dziwnie, ale na pewno będzie o wiele bardziej sprawna niż poprzednio. Tak, był wdzięczny. I może w tej wdzięczności niezbyt wylewny.
Kiwnął głową, kiedy przekazała mu swoje, najpewniej, nazwisko. Dla utrwalenia w pamięci powtórzył je w myślach i dopiął metkę "ta, która mnie postawiła na nogi". Musiał ją pamiętać, w końcu miał u niej dług. A o takowych nie zamierzał zapominać. Nie zamierzał się też przypominać z tym, ale jeśli jednak Winchester kiedyś będzie czegoś od niego potrzebowała (choć to wątpliwe) to nie odmówi udzielenia jej pomocy. W granicy rozsądku oczywiście.
Zabawne, nigdy nie myślał że ktokolwiek będzie go sobie przekazywał z rąk do rąk, jak jakieś niechciane szczenię. No i oto jest, u boku panny Winchester, która w tym wypadku jednak daje mu jako-taki wpływ na jego dalszy los. Nie wiadomo czy pytała go o zdanie z grzeczności, nudów czy faktycznie zamierzała wziąć jego odpowiedzieć pod uwagę. Tak czy inaczej - odezwać się to się odezwał.
- Chce pani mojej szczerej odpowiedzi? Mam pewną sprawę do panny Harvin, pewnie nie zajmie długo. - Wzruszył barkami, podnosząc się ze szpitalnego łóżeczka, tym samym wskazując wyraźnie, że opcja z zostaniem tutaj najmniej mu leżała. I chyba ku jej uldze, bo wtedy chociaż nie musiała się martwić o pacjentów. Ani później tłumaczyć im się czemu taki i owaki, nieznany typ, wylądował w skrzydle szpitalnym. - Zatem jeśli byłaby pani tak uprzejma i oddała mnie w jej ręce to byłbym zobowiązany. - Zasugerował, po czym zastanowił się nad sensem zwrotu "oddać kogoś w ręce Harvin". To nie to samo co "wsadzić rękę do wazy z grzechotnikami?" Te dwa zwroty jeśli już, powinno się stosować zamiennie. Znaczenie miały bardzo, ale to bardzo podobne. Z tym, że grzechotniki jedynie by pokąsały, a z Harvin to nigdy nie wiadomo, wszystko zależne od jej obecnego humoru. A nie mógł liczyć na jej dobry humor, bo taki chyba nigdy nie występował?
Zerknął w stronę pielęgniarki, czekając na jej ostateczny werdykt. No, jakby nie powiedziała, tak by się stało. Carter nie zamierzał podpadać komuś więcej niż Harvin. Hogwart jako placówkę szanował, szanował też dyrektorkę. Nie było w jego planach bezsensownie napytać sobie biedy, walcząc o spotkanie z kimś, kto się tak bezceremonialnie ulotnił.
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 155

Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pon Lip 30, 2018 10:20 pm   
   <Multikonta: MD | FL


Pewien problem właśnie leżał w tym, że siedzący przed nią mężczyzna od początku wydawał się być traktowany jak bezpański pies. Najpierw znaleziony gdzieś w lesie, zaprowadzony - może i wbrew woli - na oględziny lekarskie i pozostawiony z praktycznie obcą osobą, a teraz i ona niekoniecznie życzyła sobie poświęcać mu więcej uwagi, niż to konieczne. Nie wynikało to bynajmniej z jakiejś niechęci Winchester wobec niespodziewanego pacjenta czy też, Boże broń, nieuprzejmości. Wręcz przeciwnie, im bardziej zdawała sobie sprawę z warunków otaczających pana Cartera, tym więcej rodziło się w niej współczucia dla tej biednej istoty. Prawdopodobnie pozbawiony różdżki, w gruncie rzeczy bezbronny - miałaby go jeszcze pozbawić szansy zdecydowania o własnym losie, choćby po części? Nie była aż tak okrutna. Pozostawiła dla siebie ostatnie słowo, ale prośby pacjenta wysłuchała z żywym zainteresowaniem i widoczną w spojrzeniu troską. Ledwie skończył, skinęła głową na znak zrozumienia.
- Też mi się wydaje, że tak będzie najlepiej. - Ostatecznie cokolwiek sprowadzało Cartera do zamku, było według wszelkiego prawdopodobieństwa sprawą wyłącznie pomiędzy nim a Vanessą. Niech więc oni we dwójkę się zajmą czym chcą, Raylene zaś, oddawszy "jeńca", będzie mogła udać się na zasłużony wypoczynek. Jak by nie było, mieli środek nocy!
Przeciągnęła palcami przez opadające na twarz włosy, odgarniając je od samego czoła. Różdżkę pozostawiła w dłoni, tak na wszelki wypadek, ale mimo czujności pozostawała spokojna. Ten obcy facet do tej pory nie zachowywał się agresywnie, a przecież gdyby chciał ją fizycznie zaatakować i rozbroić, miał ku temu już wystarczająco wiele okazji. Żadnej z nich nie wykorzystał, co działało na jego zdecydowaną korzyść.
- W takim razie, w drogę! - poleciła ze swoistym entuzjazmem. Posłała Carterowi ciepły uśmiech, jak gdyby czekała ich wycieczka do fabryki cukierków. W rzeczywistości zaś ruszyli na korytarz i po schodach dwa piętra niżej, gdzie nieszczęsnego przybłędę mogło spotkać zupełnie, dosłownie cokolwiek. I to najpewniej jakieś nie najmilsze cokolwiek.

[zt oboje]
_________________


Ostatnio zmieniony przez Raylene Winchester Wto Paź 16, 2018 11:30 am, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     

Laura Robertson
Uczeń | V rok
Dołączyła: 30 Wrz 2018
Posty: 28
Wiek: 15 lat
Krew: Czysta
Pupil: brak
Różdżka: Pióro dirikraka, 11', Kasztanowiec, Sztywna
Sakiewka: 50G
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 4
Transmutacja: 11
Z. zwykłe: 12
Z. ofensywne: 3
Z. defensywne: 5
Miotlarstwo: 11
Wysłany: Nie Paź 07, 2018 8:55 pm   
   <Multikonta: --


[Kontynuacja treningu Quidditcha Krukonów]

Ha ha ha ha, nie Ptaszyno. Okłady nie znaczą że musisz to jeść. Po prostu przykładasz na swędzące miejsce i po chwili zaczyna swędzieć mniej. Po wszystkim wyrzucasz a nie zjadasz. Twoja skóra jest gładziutka, ale nic nie stoi na przeszkodzie by była jeszcze bardziej. Poza tym im wcześniej zaczniesz o nią dbać, tym dłużej gładka pozostanie. Nie chcesz chyba za rok wyglądać jak dyrektor McGonagall? Trzeba myśleć przyszłościowo. A kąpiele, to tak jak ja możesz brać w mleku. To bardzo dobrze wpływa na urodę. Mleko znacznie lepiej nawadnia organizm niż woda, pomaga zachować naturalną równowagę sodu, węglowodanów i białka oraz utrzymywać płyny – czyli że mniej się pocisz. Kąpiel w mleku stosowały najpiękniejsze królowe, np. Kleopatra, Elżbieta I czy Elżbieta Bawarska zwana cesarzową Sissi. W mleku mamy kwasy tłuszczowe dzięki czemu dodatkowo nawilżają i odżywiają skórę wspomagając jej regenerację. A najlepsze – możesz też się napić podczas kąpieli i jest znacznie smaczniejsze niż woda! prowadziłam dalej rozmowę z młodą Krukonką wchodząc do skrzydła szpitalnego. Krukon Jones wyraźnie mający już dosyć słuchania o korzyściach kąpieli w mleku pomógł Idze usiąść na najbliższym łóżku i się odsunął. Nie zrozumiem chłopców, przecież to taki interesujący temat. No i bardzo praktyczny. A ten pewnie wolałby słuchać o tym jaka drużyna kiedy z kim i ile wygrała. Po co? Przecież znacznie ciekawiej jest samemu grać niż oglądać jak robi to ktoś inny. Takie oglądanie zawsze mnie nudziło.

Akurat w naszą stronę zmierzała Pani Raylene, szkolna pielęgniarka. Odszukałam kawałek papierka, który naskrobał dla niej profesor Verendal i wyciągnęłam go w jej stronę.
Dzień dobry proszę Pani, byliśmy na treningu Quidditcha, gdzie Iga jakimś cudem opuściła boisko i wpadła w pokrzywy spadając z miotły. Profesor Verendal wysłał nas tu byśmy upewnili się, że nic jej nie będzie i dalej może bronić naszych obręczy. I tak mamy małe braki w składzie, a bez Igi to nie byłoby już to samo. Ona jest serduszkiem naszej drużyny. Na pewno Pani umie zrobić coś, by ja uleczyć, prooooszę zwróciłam się w kierunku pielęgniarki wyjaśniając sytuację i używając swojego uroku osobistego obdarzając ją jednym ze swoich pięknych uśmiechów.
_________________
 
 
     

Iga Ewans
Uczeń | II rok
Dołączył: 08 Cze 2018
Posty: 48
Wiek: 12
Krew: poł na pół
Pupil: kot
Różdżka: 11 cali jabłoń,Łuska węża morskiego,wydaje swist przy machnięciu
Ekwipunek: to co jest na liście do szkoły
Sakiewka: 70
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 5
Zielarstwo: 5
Transmutacja: 5
Z. zwykłe: 5
Z. ofensywne: 5
Z. defensywne: 5
Miotlarstwo: 5+1
Wysłany: Wto Paź 09, 2018 7:39 pm   

Krukonka razem z pomocą innych uczniów, pomału, małymi kroczkami doczłapała się do Skrzydła Szpitalnego.Była naprawdę wdzięczna koledze i Laurze,ale także za pomoc w przetransportowaniu jej na III piętro.Sama najprawdopodobniej nie dałabym rady, w każdym bądź razie na pewno nie w takim tempie. Kiedy podparta o kolegę i Laure, weszła do sali szpitalnej, rozejrzała się dookoła. Jakoś nigdy wcześniej nie miała okazji tutaj trafić.
Może dlaczego że jakoś nie zmuszała się do takich wyzwań,które groziłyby jakąkolwiek kontuzją, a może dlatego że zawsze zdrowie innych stawiała na 1 miejscu, a swoim przejmowała się jakby mniej. A więc jesteśmy tutaj same.
Pocieszała się jedynie, że mimo wszystko nie wygląda tak tragicznie i słabo.Ponownie rozejrzałam się po sali, na której nie przebywała akurat pielęgniarka. Wyswobodziłam się więc w objęcia ślizgonki, próbując stanąć samodzielnie, i zwróciłam się do niej.
- Będę żyć? - to było jedyne co wydusiła z siebie złotowłosa panienka.
- Cóż... miałam niezbyt przyjemne spotkanie z ziemią i pokrzywami - mruknęła cicho.- Ja tutaj grzecznie poczekam.
Iga złapała się machinalnie za bolące czoło, na którym był sporej wielkości guz. Głowa pulsowała niemiłosiernym bólem,po czym zaczęła się drapać po rekach.
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 155

Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Paź 11, 2018 9:53 pm   
   <Multikonta: MD | FL


Czy to nie ciekawe, że całkiem niedawno została ostrzeżona przed treningami Quidditcha i szkodami, jakie mogą przynieść w zdrowiu uczniów, a teraz miała okazję zapoznać się z żywym przykładem? Wystarczyło kilka pierwszych dni pracy w Hogwarcie, by przyzwyczaiła się do ciągłych wizyt uczniów z marchewkami rosnącymi z uszu, podrapanych przez zwierzęta, poparzonych przez rośliny czy skrzywdzonych w jakikolwiek inny sposób (i zazwyczaj poszkodowanych wyłącznie z własnej winy).
- Dzień dobry - wcięła się gdzieś w monolog starszej Krukonki, niezwykle gorliwie tłumaczącej przebieg zdarzeń. Upadki z miotły nie były oczywiście niczym nowym, a dziewczynka na szczęście była przytomna - to dało się stwierdzić na samym wstępie - dlatego z kuracją nie powinno być żadnych kłopotów.
- Dziękuję, panno Robertson. Z pewnością zrobię wszystko, by panna Ewans szybko wróciła do zdrowia - odpowiedziała, kryjąc lekkie zaskoczenie nieznacznym uniesieniem brwi. Nie do końca rozumiała, dlaczego uczennica czuje się w obowiązku błagać o pomoc, jak gdyby przyszła nie do Skrzydła Szpitalnego, a do krematorium. Czy zdarzyło się, żeby Winchester wyrzuciła któregoś ucznia z wieży albo odesłała z kwitkiem potrzebującego? Chyba musiałaby najpierw przejść ostre pranie mózgu. W kilka sekund zapoznała się z treścią otrzymanego liściku, po czym spojrzała na dwójkę starszych uczniów.
- Możecie wracać do swoich zajęć - zakomunikowała, po czym podeszła do usadzonej na wolnym łóżku Igi.
- Postaraj się nie drapać, dobrze? Za chwilę zajmiemy się poparzeniami, upewnię się tylko, czy nie masz obrażeń wewnętrznych - wyjaśniła spokojnie, przystępując do badania. Spodziewała się, że zaklęcie leczące zastosowane tuż po upadku poskutkowało prawidłowo, nie wątpiła bowiem w zdolności nauczyciela miotlarstwa, ale wiadomo - sprawdzić nie zaszkodzi. Jej przeczucia były jednak słuszne, a to oznaczało, że młodej Krukonce nie było trzeba żadnego wydumanego leczenia.
- Wszystko się ładnie pozrastało, nie ma się czego obawiać. Zrobimy ci okłady łagodzące swędzenie, więc pozdejmuj wierzchnie szaty i ubrania tak, jak czujesz że masz poparzenia. - Nie będzie przecież zgadywać za dziewczynkę, czy wleciała w pokrzywy od dłoni po barki, czy też trzeba ratować jej nogi. Dając Idze czas na przygotowanie się, sama podeszła do szafki z przyborami po maść i bandaże.
_________________


 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Amaimon

Strona wygenerowana w 0,57 sekundy. Zapytań do SQL: 10