Rewolucja zaklęć! Koniecznie przeczytaj!
► Poszukujemy nauczyciela Starożytnych Run!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Trwa lekcja Transmutacji!
► Trwają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
► Ukazał się nowy Prorok Codzienny!
► Pamiętamy! II rocznica Bitwy o Hogwart!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Ogród
Autor Wiadomość

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670

Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Wto Cze 28, 2016 11:04 pm   Ogród
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Część przyległa do zamku od strony południowej przypomina swym wyglądem park bądź ogród. Nie brakuje tu bogactwa roślin czy świergotających ptaków. Ścieżki wyłożone są płaskimi kamieniami, a co jakiś czas można napotkać ławeczcę i spocząć w cieniu rozłożystych drzew.
 
     

Bird Shane Lewis
Zawodowy gracz Quidditcha
Dołączyła: 20 Wrz 2018
Posty: 8
Wiek: 20
Krew: mugolska
Różdżka: Włos z ogona centaura, 13 cali, jarzębina, giętka
Ekwipunek: Pałka do Quidditcha, różdżka.
Sakiewka: 10 g.
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 20
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 10
Miotlarstwo: 30
Wysłany: Czw Wrz 27, 2018 11:46 am   
   <Multikonta: --


Chyba się stresowała. Chyba nawet bardzo i chyba nawet lekko pozieleniała z tego wszystkiego, co zdarzało się Bird bardzo rzadko, bo jak to tak, zielenieć ze stresu? Przeżyła tyle rzeczy i nie zieleniała, a teraz? Teraz to była zupełnie inna sytuacja i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Teraz w grę wchodziły UCZUCIA. Kiedy pierwszy raz zobaczyła tego człowieka... Wiedziała, że nie jest w stanie przejść obok niego obojętnie. Teraz już nie była w stanie wygrzebać z pamięci powodu, dla którego pojawiła się wtedy w parku... A może tak naprawdę nie było sensownego powodu i poszła tam, bo czuła, że tak właśnie ma zrobić? Iść do parku i czekać, aż coś się stanie. Tak, chyba tak właśnie było. No i wtedy coś się jednak stało. Pojawił się ten mężczyzna i zaczęła z Nim rozmawiać. Czuła się, jakby rozmawiała nie z nieznajomym, ale z osobą, którą znała od lat, z którą się przyjaźniła, z którą... Och, tak dziwnie wtedy zabiło jej serce. Tak było chyba tylko kiedy w pobliżu był Longbotttom. Oczywiście, zdarzało się, że odczuwała jakieś zauroczenia, ale to mogło być coś innego. Zupełnie się tego nie spodziewała, ale kto by się spodziewał?
Wróciła do tego parku po roku i usiadła na dokładnie tej samej ławeczce, ściskając w palcach ostatni list od Niego. Pergamin był pomięty od czytania go po tysiąc razy i obracania w palcach. Bird nawet teraz wczytywała się w słowa, chcąc się upewnić, czy aby na pewno przyszła w dobre miejsce. Rok im zajęło dojrzenie do decyzji o spotkaniu. To chyba trochę długo, ale w ich sytuacji może niekoniecznie? Jakby nie było, ich relacja nie była taka znowu zwykła. Ta ich różnica wieku... Lewis nie chciała o niej myśleć, bo przecież Soren wcale nie wyglądał na swój wiek (przynajmniej nie według Bird), ale zdawała sobie z niej sprawę. Zdawała sobie sprawę z tego, że jeśli przyznałaby się matce do tej relacji, oberwałaby po głowie. Ale z drugiej strony... Co to kogokolwiek obchodzi? Na dobrą sprawę, nie robili nic złego. Tylko się przyjaźnili, tak? Tylko. Się. Przyjaźnili. Chyba. Może. A może jednak Bird od samego początku czuła, że byłoby dobrze złapać w dłonie Jego cudowną, brodatą twarz i chociaż w czoło Go ucałować?
_________________
 
     

Soren Rostgaard
Prof. Zaklęć
Dołączył: 10 Maj 2018
Posty: 92
Wiek: 47 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Brage
Różdżka: morela, włókno z serca świergotnika, 13 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, depresja, czarny humor
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 40
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 60
Z. ofensywne: 65
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Pią Wrz 28, 2018 9:49 am   
   <Multikonta: --


Nie odczuwał niepokoju. Nawet opuszczając Hogwart na weekend, zasłaniając się pilnymi sprawami rodzinnymi, nie zauważył u siebie żadnego nerwowego tiku, przyśpieszonego kroku czy zniecierpliwienia. Prawdopodobnie rok listownego porozumienia, połączony z mglistym wspomnieniem spotkania w parku, wystarczał mu na tyle, by otwarcie nie tęsknić. Już lata temu doprowadził do perfekcji rekompensowanie braku bliskich osób poprzez pracę, alkohol i subtelne, pomocnicze zaklęcia. Urok koncentracji rzucony z przyzwyczajenia nad wypracowaniem, rozgrzewający, ostry eliksir poprawiający pamięć czy pełne zaangażowanie w miesięczne badania nad wielopoziomowymi klątwami, pomagały przytłumić niechciane myśli.
Wykorzystując jeden ze świstoklików na peronie, teleportował się pod gmach uniwersytetu, zwyczajowo przystając tuż przed schodami do głównego budynku. To zauroczenie, racjonalizował, śledząc wzrokiem rząd brudnych kolumn, fascynacja, ciekawość i złudzenie duchowego porozumienia. Wmawiał sam siebie, że to przecież nic wielkiego, gdy zakręcał w znajomą boczną uliczkę, prowadzącą w głąb kampusu. Zwykle potrafił się przekonać, że uczucie, które hodował z każdą zapisaną stroną listów, zaliczało się jedynie do chwilowej niepoczytalności. W końcu nie był to jego pierwszy raz – miał już za sobą większe i mniejsze miłostki, w tym jedną, trudną relację, której piętno prześladowało Skandynawa po dziś dzień. Oczarowanie kogoś nie wymagało niewiadomych umiejętności, polotu czy wiedzy. Wszystko koncentrowało się na gładkim przejściu z fizycznego pożądania w stronę mentalnego uzależnienia. Ten punkt krytyczny, ta transformacja z czystej pasji w niezdrową obsesję, już raz miała miejsce. Wobec tego Soren był pewien, że nie pozwoli sobie na wplątanie w sieć kolejnej, problematycznej relacji.
Gdy metalowa brama ogrodu zamknęła się za nim z przydługim jękiem, znieruchomiał, oceniając sytuację. Postępował kompletnie nielogicznie i wiedział o tym od samego początku. Pierwszy list miał załagodzić podrażnioną dumę, drugi przemówić do rozsądku, a po trzecim pojawiły się kolejne i nim się obejrzał, palił w kominku plik pustych kopert, zaadresowanych zgrabnym, kobiecym pismem. Zadziwiające jak ponętna może być kobieta nieświadoma własnej atrakcyjności – z jakim urokiem może opisywać swój świat, dzieląc się opiniami, osiągnięciami i najskrytszymi marzeniami. Rostgaard doskonale pamiętał jej niepozorną figurę, błysk w ciemnych oczach i ten melodyjny śmiech, który sprawił, że zatrzymał się przy jej ławce na dłużej. Jego charakteryzował gorzki cynizm, zgorzknienie i podejrzliwość, ona z kolei przenosiła ze sobą energetyzującą falę, optymizm i naiwność idealistki, w towarzystwie buńczucznego ducha. I na przekór wszystkiemu, dysponowali na tyle otwartym światopoglądem, by doszukiwać się wzajemnych podobieństw. Ustawiają na jednej szali doświadczenie Skandynawa, a na drugiej energię Walijki, osiągali wyważone nuty przyjacielskiej konwersacji.
Przyjaźń, stwierdził, zerkając pobieżnie na srebrny zegarek, bezpieczne słowo. Definiowanie ich znajomości w jakikolwiek inny sposób było niedopuszczalne – nie dla niego, raczej dla Bird. Ptaszyna miała przed sobą całe życie; lata wyzwań, wyrzeczeń, spełniania pragnień. Była jeszcze w tej komfortowej pozycji, która zwalniała z podejmowania istotnych decyzji. Pewnie dlatego Soren czuł się przy niej jak mentor, mistrz, który podsuwał możliwe ścieżki rozwoju, czekając cierpliwie, aż uczennica wybierze którąś z proponowanych dróg. On z kolei miał zobowiązania względem rodu, powinien godnie reprezentować familię, dopilnować, by jej interesy zawsze znajdowały się na szczycie priorytetów – zarówno jego, jak i młodszej siostry.
Maren jest w jej wieku, przypomniał sobie niepotrzebnie, wychodząc na żwirową ścieżkę. Przystanął w półkroku, spoglądając wprost na drobną dziewczynę – kobietę, poprawił się zaraz w myślach, kobietę. Taką ją zapamiętał, dokładnie w tym samym cieniu rozłożystego drzewa, ze wzrokiem skaczącym ruchliwie po okolicy. Tutaj natknęli się na siebie pierwszy raz – pewnie dlatego wybrał to miejsce jako najodpowiedniejsze do ponownego spotkania.
Nie miał dla niej kwiatów ani czekoladek, żadnego magicznego przedmiotu, dyskretnej biżuterii czy innego symbolu oddania. Po prostu przyszedł, co, zważywszy na specyfikę ich relacji, równało się największemu poświęceniu. Oto właśnie rozsądny Duńczyk świadomie popełniał głupstwo. I, o dziwo, był z tego zadowolony.
Podarował jej wąski, niemal niedostrzegalny uśmiech, prześlizgując dłonią po wytwornym płaszczu. Ukłonił się Bird płynnie, wyciągając ku niej otwartą dłoń. Jeśli ją pochwyciła, to jednym ruchem przyciągnął ją do siebie, do krótkiego, mocnego uścisku. Typowego dla dwójki znajomych, którzy mają za sobą całe lata solidnej przyjaźni.
I tylko przez krótki moment mogłoby się wydawać, że trzyma nos przy jej włosach, zaciągając się zapachem kobiety. Równie dobrze mogłoby to być złudzenie, bo trwało ledwie mgnienie oka.
Cieszę się, że cię widzę – powitał ją pomrukiem, wypuszczając ze swoich objęć. Nie odstąpił, wciąż trzymając się na tyle blisko, by nikt nie wątpił, że zjawił się tu jedynie dla niej. Nie kłamał, co uznał za dobry znak. Bezpieczna relacja, przywołała w myślach, taksując Bird wzrokiem. Schudła? – Całą i zdrową. – Nie byłby sobą, gdyby nie przemycił nuty zwątpienia względem ekstremalnego sportu, w którym Bird czuła się jak ryba w wodzie. On sam mioteł nienawidził, co potęgował lęk wysokości.
_________________

Dubious allegiance, nefarious intent

| Klub Pojedynków |
 
 
     

Bird Shane Lewis
Zawodowy gracz Quidditcha
Dołączyła: 20 Wrz 2018
Posty: 8
Wiek: 20
Krew: mugolska
Różdżka: Włos z ogona centaura, 13 cali, jarzębina, giętka
Ekwipunek: Pałka do Quidditcha, różdżka.
Sakiewka: 10 g.
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 20
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 10
Miotlarstwo: 30
Wysłany: Pią Wrz 28, 2018 7:51 pm   
   <Multikonta: --


Oddychała głęboko z nadzieją, że to jakoś ją uspokoi i ukoi skołatane nerwy. Nie potrafiła zrozumieć, skąd w niej tyle stresu. Kiedy wymieniali ze sobą listy (a przecież tyle ich było), Bird nie czuła się skrępowana, chociaż różnica wieku chyba powinna to spowodować, prawda? Powinna czuć się dziwnie, zwłaszcza, kiedy dostała pierwszy list. Nie przyzwyczaiła się do tego, że ktoś okazuje jej jakieś zainteresowanie. Nie, żeby nigdy nie miała chłopaka, żeby nigdy z nikim nie chodziła, czy żeby ktoś jej nie powiedział, że jest całkiem "niezłą szprychą". Zdarzało się, ale mimo to, Lewis nie przyzwyczaiła się do tego. Przeważnie były to dość krótkie romansiki, jeśli w ogóle można to tak nazwać. To Bird szybko traciła zainteresowanie i ucinała relację, widząc, że to po prostu nie jest to. Nie lubiła mężczyzn, którzy próbowali ją do siebie dopasować. Nienawidziła, kiedy ktoś rzucał jej w twarz, że powinna zapuścić włosy, że och, no nie, masz niezły tyłek, ale mogłabyś mieć lepszy, no generalnie to wszystko co robisz, to twoja wina. Tak często trafiła na takich ludzi, że była zniechęcona.
I nagle pojawił się On.
Co za dziwne uczucie, kiedy chłonęła Jego listy, czytała je po kilka razy, znała je niemalże na pamięć. Wcale tego nie planowała. Właściwie, chyba nikt nie planuje tego, że poczuje coś więcej. Wiedziała, że nie powinna się w to angażować, nie mogła przecież. To były tylko listy. Tylko wymieniali listy, nic więcej. Prawda? Nie mogła liczyć na nic więcej. Jakby to powiedział łotewski chłop - nie licz na więcej, niż na ziemniaka. I tak starała się na to Bird patrzeć! Że to wszystko jest tylko luźną znajomością... A jednak w każdy list wkładała tyle serca, że sama się sobie dziwiła, że potrafiła to zrobić. Chyba to prawda, że człowiek zna siebie tylko w sytuacjach, w jakich był.
Wreszcie Soren pojawił się w zasięgu jej wzroku i niemalże zabrakło jej tchu, kiedy wreszcie Go dostrzegła. Oddychała szybciej i zagryzała lekko dolną wargę, kiedy zbliżał się do niej pełnym gracji krokiem. Tak poruszają się arystokraci, prawda? Cały wyglądał jak arystokrata, jak człowiek z dobrego domu. Poczuła się trochę głupio w treningowej szacie Wędrowców z Wigtown. Nie była krwistoczerwona, jak te, w których występowali podczas meczów. Była czarna, ale na plecach czerwonymi nićmi wyszyte miała nazwisko, numer (w przypadku Bird była to szesnastka) i pod spodem naszyty był srebrzysty topór. Nie miała za bardzo czasu się przebrać, ale miała nadzieję, że Sorenowi to nie przeszkadza? W tym momencie chyba najważniejsze było to, że przyszła. Nawet, jeśli obok niej, na ławce leżała miotła i pałka.
Kiedy Soren stanął przed nią i wyciągnął ku niej dłoń, bez zastanowienia uchwyciła ją i pozwoliła Mu się do siebie przyciągnąć w krótkim uścisku, który jakoś odruchowo chciała przedłużyć. Przycisnęła drżące dłonie do Jego łopatek, wtulając się w Niego mocniej, niż powinna. Nos wściubiła w Jego płaszcz, czując, jak w jej nozdrza napływa Jego zapach. Zmrużyła powieki na krótką chwilę i odetchnęła, gdy odsunął Ją od siebie, choć nie tak do końca.
Zadarła głowę, by móc zajrzeć w oczy Duńczyka. Szeroki, radosny uśmiech od razu wpełzł na jej twarz, rozjaśniając ją i sprawiając, że nie sposób było dostrzec, że jeszcze pięć minut temu była cała spięta ze stresu.
- Chyba nie spodziewałeś się, że będę połamana, co? - spytała z nutką rozbawienia, ale dla pewności strzepnęła rękaw szaty, by ukryć pozdzierane knykcie na prawej dłoni. I chwała Bogu, że to oko się zagoiło... Choć na czole nadal miała guza, choć już znacznie zmalał i zbladł. Niby mogła iść z tym do magomedyka, ale po co? Uważała, że są to całkiem niegroźne uszkodzenia, które zaraz same się zagoją.
- A Ty? Wszystko w porządku?
Nie mogła ukryć troski. I nie mogła powstrzymać dłoni, która sięgnęła do Jego brody i przeczesała ją z czułością. Dopiero po paru sekundach zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. Bardzo szybko wycofała rękę i już otworzyła usta, by Go przeprosić, ale jednak zrezygnowała. Nie, nie będzie Go przepraszać, przecież byli dorośli i nie zrobiła nic strasznego! Zatem zamiast Go przepraszać, wyszczerzyła się do Niego wesoło i usiadła na ławce, opierając miotłę o nią, a pałkę biorąc na kolana. Tym samym zrobiła dla Niego miejsce.
- Chodź. - mruknęła, klepiąc miejsce obok siebie. - Nie byłam pewna, czy przyjdziesz. No wiesz... Długo się do tego zbieraliśmy, prawda?
_________________
 
     

Soren Rostgaard
Prof. Zaklęć
Dołączył: 10 Maj 2018
Posty: 92
Wiek: 47 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Brage
Różdżka: morela, włókno z serca świergotnika, 13 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, depresja, czarny humor
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 40
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 60
Z. ofensywne: 65
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Sob Wrz 29, 2018 12:22 am   
   <Multikonta: --


Prawdę powiedziawszy, nie spodziewał się, że kobieta w ogóle się pojawi. Ta pewność nie wynikała z uprzedzeń czy wrodzonej podejrzliwości względem składanych deklaracji, a przeświadczenia, że relacja, którą dzielą, nie powinna wyjść poza pergamin, przesiąknięty tuszem atramentowych słów. Pisane naprędce zdania znosiły bariery fizyczności; polegały głównie na wyobraźni odbiorcy. Bird mogła interpretować słowa Sorena na różne sposoby – najwidoczniej jednak była na tyle wrażliwa i spostrzegawcza, że z łatwością wyławiała spośród zapisanych liter zarówno szczerość, jak i żywe zainteresowanie. I, co Skandynaw powtarzał w myślach z oślim uporem, przyjaźń.
Znacznie prościej sytuowało się ich relację między nieszkodliwe sympatie i przyjazną atencję, aniżeli niestabilną, nieprzewidywalną miłość. Rostgaard nawet nie dopuszczał do siebie tego słowa – ilekroć spoglądał wieczorami na listy Bird, ciepło rozlewające się po ciele i pałętające się w kącikach oczu rozleniwienie, przypisywał zwykłej, pospolitej przyjemności. Przyjemnie było czytać słowa kobiety, odtwarzając w pamięci jej charakterystyczny, dźwięczny głos. Równie przyjemne okazało się sporadyczne przykładanie pergaminu do ust, by wyczuć niewyraźną nutę zapachu perfum. Oczekiwanie na nową przesyłkę także było przyjemne. Generalnie Soren wychodził z założenia, że dopóki ten kontakt nie zalicza się do szkodliwych, może spokojnie pielęgnować go dalej. W końcu nikt nie rozliczy dziedzica tak nieprzychylnego prasie rodu z niegroźnej listownej znajomości. Głośny skandal, który mogłaby wywęszyć prasa, zawisłby w powietrzu dopiero w momencie poważniejszych oświadczeń. A tak byli jedynie dwójką znajomych, których połączył rok intensywnej pisaniny nad dogasającymi płomieniami świec.
Wyczuwając pod palcami miękkość ciała Bird, zawahał się. Mógłby teraz szybko i niepostrzeżenie sprawdzić, czy rzeczywiście nie poniosła ostatnimi czasy żadnych poważniejszych obrażeń. Wystarczyło umiejętnie zacieśnić uścisk, by ujawnić uszkodzone żebra; odpowiednio zsunąć palce niżej, by namierzyć biodra i przechylić ją tak, by jakiekolwiek urazy kręgosłupa czy nóg, szybko dały o sobie znać. Z drugiej strony płynność ruchów Walijki, ta naturalna kocia gracja i swoboda, eliminowały prawdopodobieństwo ciężkich urazów. Do głosu błyskawicznie doszedł rozsądek, który przypomniał ponurym szeptem, gdzie dokładnie się znajdują. O ile Bird nie była najpopularniejszą osobą na kampusie, o tyle Rostgaard miał za sobą epizod wieloletniej współpracy z władzami uniwersytetu. Stara gwardia, zasilająca kadrę profesorską, z całą pewnością kojarzyła Skandynawa. Tego pogardliwego spojrzenia nie idzie zapomnieć.
Dopiero teraz, gdy odsunął ją lekko od siebie, dostrzegł, że ubrała się dość… swobodnie. Nie oczekiwał od niej wymyślnych kreacji, ściągniętych specjalnie z Paryża, ani tym bardziej poważnego, stonowanego stroju, który dodawałby niepotrzebnie kilku lat. Nie czuł się tez przy niej źle z powodu własnej wytwornej szaty. Porównując ich ubiór doszedł do wniosku, że mógłby zrezygnować z formalnych płaszczy, kamizelek i innych elementów kosztowej garderoby, które nieprzyzwyczajonym krępują ruchy.
Ostatecznie zdecydował, że odstawienie krawata to największe ustępstwo w imię zblazowanego stylu, na który mógłby się pokusić.
Gdybyś przyszła połamana, zapytałbym się, czy twój przeciwnik wygląda gorzej. – Jeszcze chwilę trzymał ją blisko siebie, tłumacząc sobie, że to nie podpada pod żadną niewłaściwość z jego strony. Uśmiech, jaki mu posłała, wzbudził falę rozlewającego się ciepła w okolicy klatki piersiowej. Znał to wrażenie – pojawiało się przy kilku szczególnych osobach w jego życiu. Przy Maren, jego młodszej siostrze, ilekroć odnosiła zadowalające wyniki w nauce; przy Leonardo, gdy zapętlali się w żywej dyskusji, gdy brakowało argumentów – gdy noc była jeszcze młoda, a butelka z alkoholem nieosuszona. – Nie ja latam na miotle, obtłukując okazyjnie współgraczy – zauważył z rozbawieniem, dziwnie usatysfakcjonowany troską w jej głosie.
Znieruchomiał, zaskoczony jej śmiałością. Dotyk wywołał w nim mimowolną panikę i momentalne spięcie. Nie cofnął się, ale też w żaden widoczny sposób nie zareagował na przypływ czułości, którym go obdarowała. Posłał Bird jedynie nieczytelne spojrzenie, nie zdradzając, czy gest go uszczęśliwił, czy wręcz przeciwnie.
Gdy usiadła na ławce, rozejrzał się profilaktycznie wokół. Pośród budzącej się do życia zieleni parku nie dostrzegł żywej duszy. Upewniwszy się, że nikt nie zapuścił się o tej porze do akademickiego ogrodu, przeciągnął dłonią po swojej brodzie. Przyjaźń, powtórzył jeszcze w myślach, zajmując miejsce obok niej.
Rok to aż tak dużo? – Oparł się wygodnie, przerzucając rękę tak, by móc swobodnie głaskać jej ramię, jeśli najdzie go ochota. – Nadal uważam, że znajomość oparta wyłącznie na listach ma prawo bytu – zaznaczył, delikatnie sugerując, że nie wymaga w tym wypadku fizyczności.
_________________

Dubious allegiance, nefarious intent

| Klub Pojedynków |
 
 
     

Bird Shane Lewis
Zawodowy gracz Quidditcha
Dołączyła: 20 Wrz 2018
Posty: 8
Wiek: 20
Krew: mugolska
Różdżka: Włos z ogona centaura, 13 cali, jarzębina, giętka
Ekwipunek: Pałka do Quidditcha, różdżka.
Sakiewka: 10 g.
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 20
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 10
Miotlarstwo: 30
Wysłany: Sob Wrz 29, 2018 12:54 am   
   <Multikonta: --


Ale czy ta znajomość od samego początku nie przekraczała na swój sposób tych granic? To znaczy, tak. Tylko pisali, ale te listy były czymś więcej, bo tak rzadko zdarza się, że po jednym spotkaniu, do tego nieszczególnie długim pisze się do drugiej osoby list i przez cały rok wymienia się je ze sobą w takiej ilości, w takiej długości. Gdyby Bird wiedziała, że nie tylko ona dotykała pergaminu z myślą, że On też go dotykał, że nie tylko ona chciała wyłapać Jego ulotną woń, która ostała się na kartce. Czasem... Ale tylko czasem... I tak wstyd było jej się do tego przyznać... Czasem zasypiała z Jego listem w dłoni. Nie było to niby zamierzone, bo zdarzało się to, kiedy czytała je przed snem, ale to nadal było wstydliwe, bo to oznaczało, że ostatnią rzeczą, jaką robiła przed snem, było czytanie Jego słów. Ostatnie, co widziała, zanim jej umysł odpływał w zupełnie inny świat, był Jego nikły uśmiech, który tak dobrze zapamiętała. Zdawało jej się, że Soren to nie jest człowiek skory do śmiechu, ale jednak wtedy widziała jak się uśmiecha i ten uśmiech był taki cudowny.
Oczarował ją tym.
Zresztą, czym jej nie oczarował?
Miał w sobie coś, co sprawiało, że jej serce biło mocniej. Nawet teraz... Tfu! Zwłaszcza teraz jej serce biło mocniej i nie miała zielonego pojęcia, jak nad tym zapanować! Ale tak naprawdę, Bird chyba nawet nie chciała tego powstrzymywać. To było przyjemne, czuć, że to jest osoba, z którą może spędzić godziny na rozmowach i nie bać się, że zabraknie jej tematu do rozmów. I pomimo tego, że sama czuła się przy Nim tak dobrze i swobodnie, nie była do końca pewna, czy On czuje to samo. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że mężczyzna zastanawia się, czy aby dziewczyna nie kłamie i czy na pewno nie jest nigdzie połamana. Nie podejrzewałaby Go o taką troskę, ale byłoby to bardzo rozczulające. I nie myślała też zupełnie o tym, że ktoś mógłby ich zobaczyć i ocenić negatywnie to spotkanie, że nie powinni być tak blisko. Och, oczywiście, że nie powinni! Ale dla Bird była to tylko kwestia lat, zaś On pewnie miał jeszcze jakieś inne powody, o które dziewczyna nie pytała. Przynajmniej nie teraz. Może kiedyś... Jeśli będzie jakieś "kiedyś".
Kiełkował w niej strach, że to ich ostatnie spotkanie. Co, jeśli postanowił tutaj przyjść, ale tylko po to, żeby się z nią pożegnać? Na krótką chwilę na jej twarzy można było dostrzec cień przerażenia. Co, jeśli to wszystko zaraz się skończy?
Nie, nie... Nie mogła teraz o tym rozmyślać. Lepiej będzie, jeśli skupi się na tym, co jest tu i teraz. Póki Soren nie zaczął tego tematu (miała nadzieję, że strach pozostanie tylko strachem), to nie miała czym się martwić. I nie wydawał się też być oburzony jej śmiałością i tym, że pozwoliła sobie na dotknięcie Jego brody. Była taka wspaniała i przyjemna w dotyku, że zapragnęła raz jeszcze zanurzyć w niej palce. Opanowała się jednak, wiedząc, że nie powinna. Skutecznie otrzeźwiło ją to, jak Soren rozglądał się dookoła, czy aby nikt nie patrzy.
- Uwierz mi, gdyby ktoś urządził mnie tak, że byłabym połamana, tego drugiego sprzątaliby z boiska.
Powiedziała z cichym śmiechem, wzruszając lekko ramionami. No co? Nigdy nie dawała za wygraną. Nigdy się nie poddawała, a już na pewno nie na boisku... Co akurat czasem było głupie, bo niektóre urazy, których przez to doznawała mogły być naprawdę tragiczne w skutkach. Tłuczkiem można narobić sporo krzywdy.
Zerknęła na dłoń Rostgaarda, która zawisła tak blisko jej ramienia. A potem zerknęła na Jego twarz i lekko zmarszczyła brwi. Bo to było takie sprzeczne z tym, co właśnie powiedział.
- Tak, ma prawo bytu, ale jeśli możemy się widywać, to tak na dobrą sprawę, co nam szkodzi? To znaczy... Nie robimy przecież nic złego, tak? Czy robimy?
Mówiąc to, zerknęła znów na Jego dłoń i uśmiechając się kącikami ust, uniosła swoją dłoń i przesunęła opuszkami palców po wierzchu Jego ręki.
- Wydaje mi się, że nie robimy, chociaż rozglądasz się dookoła, jakbyśmy popełniali zbrodnię i jakbyś się bał, że zaraz nas przyłapią i wsadzą do Azkabanu. A podobno za takie rzeczy do Azkabanu się nie trafia, Soren.
_________________
 
     

Soren Rostgaard
Prof. Zaklęć
Dołączył: 10 Maj 2018
Posty: 92
Wiek: 47 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Brage
Różdżka: morela, włókno z serca świergotnika, 13 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, depresja, czarny humor
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 40
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 60
Z. ofensywne: 65
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Nie Wrz 30, 2018 1:26 am   
   <Multikonta: --


Należy zaznaczyć sprawę jasno: gdyby ktoś ich zobaczył, jakiś przypadkowy student czy adiunkt katedry medycyny leczniczej, pomyślałby co najwyżej, że to nieoczekiwane spotkanie ojca i córki. Pod tym względem różnica ich wieku dawała pewną swobodę – nikomu, kto jedynie rzuciłby na nich okiem, nie przyszłoby do głowy, że łączy ich relacja dalece wykraczająca poza ramy społecznie akceptowanych kontaktów. Ewentualny problem mógł pojawić się dopiero w momencie, gdy zbyt wścibski nos i zbyt ciekawskie wejrzenie pokręcą się wokół nich dłużej. Dodajmy do tej mieszanki dziennikarskie zaparcie oraz wnikliwe rozeznanie i mamy dwie pieczenie na jednym ogniu. Prawdopodobny mezalians dziedzica czystokrwistego roku i niestosowną różnicę wieku, która i bez pierwszej informacji wzbudziłaby chwilowe zainteresowanie. Pocieszająca była myśl, że sygnet rodowy Rostgaardów nie figurował na szczycie listy pożądanych artefaktów, a Bird, chociaż charakterystyczna, nie należała do przesadnie znanych zawodniczek.
Słowem – wbrew nawykowej czujności mężczyzny, jak i wpojonej przed laty nieufności, spotkanie nie niosło za sobą zagrożenia. Co najwyżej mogli się zmierzyć z nieprzychylnym wzrokiem przechodniów, jeśli zechcą wybrać się na spacer poza bramę akademickiego ogrodu. Możliwe, że świadomość złudnego poczucia bezpieczeństwa i szczątkowej anonimowości nawet na terenie uniwersytetu, ujmował gestom i postawie Sorena płochliwej nerwowości.
O ile byłoby co zbierać – mruknął Skandynaw, odruchowo sięgając dłonią do połów swojego płaszcza. Tik, który zdradzał przynależność do Brygady, służył wyłącznie kontroli położenia różdżki. Nawet dysponując magią bezróżdżkową, wolał sięgnąć po magiczne drewno. Umiejętność rzucania zaklęć bez głównego atrybutu czarodziejów nie wliczała się do tajemnic, którymi dzielił się z innymi. – Znasz już moje stanowisko względem Qudditcha. – Machnął ręką, bo nigdy nie ukrywał, że ten konkretny sport nie budził w nim pozytywnych emocji. Być może dlatego, że zwyczajnie nie czuł się komfortowo na boisku za młodu.
Z wprawą unikał rozmyślań nad przyszłością Bird. Nie mamił się, nie oszukiwał – wiedział, że kobieta posiada ten unikalny talent, dzięki któremu mogła naprawdę daleko zajść w sportowej karierze. Wszystko wskazywało na to, że rozwinie swoje umiejętności i osiągnie upragniony sukces, zajmując należne miejsce w reprezentacji swojego kraju. Może to właśnie ona poprowadzi drużynę na podium w czasie Mistrzostw? W przypadku ciemnowłosej, Rostgaard nie przekreślał tych najbardziej optymistycznych scenariuszy. Życzył jej jak najlepiej i, bodaj pierwszy raz od dawna, chciał ją chronić tak długo, jak tylko mógł. Z drugiej strony nie byłby sobą, gdyby nie przeanalizował potencjału magicznego Walijki. Charakter butnej wojowniczki, z którą ją identyfikował, kreował przed nim obraz obiecującej przyszłości w roli aurora.
Jednocześnie miał cichą nadzieję, że jeśli kiedykolwiek Bird pomyśli o przekwalifikowaniu na rzecz Ministerstwa Magii i Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, najsampierw go o tym poinformuje, udowadniając, że to dostatecznie umotywowana decyzja, podjęta w pełni sił psychicznych i fizycznych. Dodatkowo nie wyobrażał sobie, że wypuści ją do boju bez odpowiedniego, skandynawskiego przeszkolenia. Z całym szacunkiem dla wymęczających treningów aurorów, Soren miał doświadczenie w sprowadzaniu ludzi do piekła w trybie ekspresowym.
Tak długo, jak oboje odczuwamy przyjemność, tak długo nie jest to nic złego. – Tak, właśnie tymi słowami Rostgaard podsumował Imperio, rzucone swego czasu na byłego studenta. Elastyczna moralność, tak to nazwał. Pojęcia dobra i zła zależało od przyjętej perspektywy. – Nie mam zamiaru do niczego cię zmuszać – wyjaśnił finalnie bieg swoich myśli, pozwalając sobie na lekkie muśnięcie dłonią ramienia kobiety. Miły, przyjemny, niemal niewinny dotyk. Nic, co mogłoby zostać uznane za przejaw przesadnej atencji. A jednak ten krótki kontakt wywołał ekscytujący dreszcz, wybudził umysł z letargu, imaginując fakturę nagiej, jasnej skóry pod palcami. – Czujesz, że robimy coś złego?
Tym razem skierował na nią swoje przenikliwie spojrzenie, nie pozwalając uciec wzrokiem. Uważnie śledził reakcję kobiety, głaszcząc leniwie jej ramię. Nie umknąłby mu żadne drgnięcie, zawahanie czy niepewność. Może nie czytał z niej, jak z otwartej księgi, ale miał ją na tyle blisko, by ocenić, na ile była pewna swojego stanowiska.
Czując jej frywolny, zaczepny dotyk na dłoni, przekręcił rękę tak, by zetknąć się z nią palcami. Przesuwając palec po palcu, od najmniejszego po kciuk, obracał w głowie słowa towarzyszki. Gdyby nie sieć znajomości, zapobiegawczość i przychylność losu, Rostgaard miałby na koncie dłuższą odsiadkę.
Herb mojej rodziny – podjął po chwili milczenia, splatając ich dłonie tak, by uwidocznić palec ze srebrną obrączką. Na sygnecie faktycznie znajdował się symbol Rostgaardów, minimalistycznie ograniczony do prostej litery „R” na tafli czystej stali. Zdążył się już do niego przyzwyczaić; do dodatkowego ciężaru w dłoni, do tego osobliwego chłodu, cichego szczęku, ilekroć napotykał metaliczne przedmioty. Mówił o nim bez emocji, pogodzony z wiekową tradycją. – To właśnie on sprawia, że wszystko, co zrobię lub co zrobić zamierzam, rozpatruję w kategorii reputacji rodu. – Przesunął palce na nadgarstek ciemnowłosej, pocierając kciukiem rozgałęzienie niebieskich żył, prześwitujących przez jej skórę. Delikatna, zaskakująco aksamitna w dotyku. – Za spotkanie z tobą nie trafię do Azkabanu, Ptaszyno. Za spotkanie z tobą nie rozliczą mnie przodkowie – w końcu nie żyją.
Pochylił się ku niej, by przyjrzeć się z bliska głębi jej źrenic. Ten błysk, który mu odpowiedział, wywołał mimowolny półuśmiech.
Spotkanie z tobą może wywołać potrzebę kolejnych – wytłumaczył zwięźle, opierając się o ławkę, narzucając sobie względnie przyzwoity dystans między nimi.
Na tyle przyzwoity, by bez skrępowania wodzić palcami po barku Bird.
_________________

Dubious allegiance, nefarious intent

| Klub Pojedynków |
 
 
     

Bird Shane Lewis
Zawodowy gracz Quidditcha
Dołączyła: 20 Wrz 2018
Posty: 8
Wiek: 20
Krew: mugolska
Różdżka: Włos z ogona centaura, 13 cali, jarzębina, giętka
Ekwipunek: Pałka do Quidditcha, różdżka.
Sakiewka: 10 g.
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 20
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 10
Miotlarstwo: 30
Wysłany: Nie Wrz 30, 2018 5:00 pm   
   <Multikonta: --


Na pierwszy rzut oka, do tego bardzo krótki i bardzo szybki - być może, że tak byliby odbierani, jako ojciec i córka, jednak wystarczyło jeszcze raz spojrzeć, teraz trochę dłużej... Ot, wystarczyłoby, że ktoś dojrzałby ruchy ich dłoni, czy troszeczkę bardziej przyjrzał się temu, jak na siebie patrzą. Och, w spojrzeniu Bird tak łatwo było dostrzec cień pożądania i tego, że po prostu chciała być z Nim jak najbliżej. Na pewno bliżej, niż jak byli teraz. I bliżej nie tylko fizycznie, ale i duchowo. To tak górnolotnie brzmi, prawda? Ale nie mogła nazwać tego inaczej, niż bliskością dusz. Bo to, co wytworzyło się między nimi podczas pisania listów, właśnie tym było - bliskością dusz. Nie patrzyli wtedy na siebie przez pryzmat ciał, stanu majątkowego, wieku. Nie, wtedy to się nie liczyło i teraz Bird chciałaby, by tak pozostało. Żeby to nadal się nie liczyło, bo dlaczego przez takie drobnostki (przynajmniej tak dziewczyna chciała to traktować) ich relacja ma się zepsuć?
Starała się odsunąć od siebie przerażającą myśl, że jeśli nie chciała, by ich relacja uległa zmianie, powinni zostać przy listach. Podświadomie zdawała sobie sprawę z tego, że są rzeczy, których nie mogła przeskoczyć, choćby nie wiem jak się starali. Jego wiek był taki, a nie inny i nie dało się zmniejszyć różnicy wieku, jaka była między nimi. Bird wiedziała, że prędzej czy później, jeśli na jaw wyjdzie ich relacja, ktoś powie jej, że przecież on mógłby być jej ojcem. W istocie, mógłby. Mógłby, ale co z tego, jeśli nie robili nic złego?
- Przecież nie będę całe życie grać w Quidditcha. - powiedziała, przewracając ostentacyjnie oczami.
Jej kariera dopiero się rozpoczynała i Bird była jeszcze młodym graczem, ale przecież kiedyś będzie musiała robić coś innego. Co prawda teraz ta myśl lekko ją przerażała, ale no... Będzie musiała. Nieraz myślała o tym, co ze sobą zrobić po zakończeniu kariery i jedyne, co przychodziło jej do głowy to zostanie magomedykiem. Nie, nie uzdrowicielem... To chyba nie było dla niej. Magomedyk. Coś jak magiczny ratownik medyczny. Zawsze podziwiała tych ludzi, którzy podczas meczów tak szybko potrafili udzielić pomocy poszkodowanym graczom i postawić ich na nogi. Wtedy nadal mogłaby być na boisku, choć w zupełnie innej i nowej roli.
To chyba był dobry plan... Tylko trudno było jej się zdecydować na studia. Powinna je rozpocząć, a jednak coś ją zatrzymywało... I na pewno nie chodziło o to, że mogłaby wybrać inną ścieżkę kariery. Nigdy nie widziała siebie w roli aurora. Po wojnie, jaka przetoczyła się przez świat czarodziejów te niespełna dwa lata temu, Bird już nigdy więcej nie chciała do tego wracać, a Biuro Aurorów skutecznie przypominałoby jej o tych potwornych czasach. Sama myśl o bitwie o Hogwart wywoływała w niej dreszcz przerażenia. Widziała za dużo.
Z tych myśli wyrwały ją słowa Skandynawa. Uśmiechnęła się kącikami ust i uniosła dłoń, by przesunąć opuszkami palców po Jego brodzie, tym razem jednak nie zanurzając w niej palców.
- Więc jeszcze długo nie będzie to nic złego. - mruknęła z figlarnymi iskierkami w oczach. Co ona mogła za to, że po prostu lubiła być blisko? I nie miała problemu z tym, w jakiej są relacji. To po prostu było cudowne oderwanie się od rzeczywistości. Nie miała zamiaru udawać, że to, że się spotkali nie sprawia jej ogromnej radości.
Zabrała dłoń i złożyła ją na podołku swojej szaty. Już zapomniała o tym, że wygląda przy Nim odrobinę niestosownie w tej sportowej szacie. Może następnym razem (o ile następny raz będzie) powinna urwać się wcześniej, żeby zdążyć się przebrać w coś bardziej odpowiedniego? Z drugiej strony, przynajmniej nikogo przed Nim nie udawała. Wiedział, jaka jest, wiedział, ile czasu poświęca treningom i jak ważne to dla niej jest.
-Nie. Nie robimy nic złego, Soren. - powiedziała cicho, po czym leciutko zmrużyła powieki, czując Jego palce głaszczące jej ramię. Jakie to było przyjemne... Choć to był tak delikatny dotyk, działał na nią dość intensywnie. Trudno było jej zapanować nad wyobraźnią, która podsuwała jej obraz, gdzie jeszcze mężczyzna może ją gładzić.
Na szczęście (albo i nie, ja bym raczej powiedziała, że na nieszczęście) Soren dość szybko ostudził jej myśli wyjaśnieniami, skąd ta ostrożność. Twarz Bird skrzywiła się od grymasu irytacji i rozdrażnienia.
- Chwała Bogu, że jestem tylko szlamą i chociaż ja nie muszę martwić się o reputację rodu. W końcu dla matki i tak jestem raczej rozczarowaniem, niż spełnieniem marzeń o upragnionej córeczce. - sarknęła, splatając ramiona na piersi z jeszcze bardziej pochmurną miną, niż miała wcześniej.
- Masz prawo robić to, co chcesz. Reputacja rodu nie ma jakiegoś szczególnego znaczenia. Poza tym, co by było, gdyby dowiedzieli się, że prowadzasz się ze szlamą? - spytała i zaśmiała się gorzko.
Nigdy nie potrafiła zrozumieć tej chorej obsesji na punkcie czystości krwi... A kiedy Soren wspomniał o reputacji rodu, pierwsze, co jej się przypomniało, to właśnie dbanie o czystość rasową. W oczach dziewczyny aż buchał ognisty gniew, gdy myślała o wyzwiskach i upokorzeniach, jakich doznawała, gdy po śmierci Dumbledore'a wszystko w Hogwarcie wywróciło się do góry nogami.
Musiała odetchnąć kilka razy, by opanować się jakoś. Przecież wiedziała, że akurat On taki nie jest. Nie mógł taki być, bo przecież Bird nigdy nie ukrywała swojego mugolskiego pochodzenia (choć kto chciał, mógł dokopać się do informacji, że ród Claymore, z jakiego pochodził jej dziadek był czystokrwisty, tylko no, dziadek był charłakiem) i Soren pewnie zdawał sobie z niego sprawę. I nadal z nią pisał. Nadal tutaj siedział.
- Przepraszam za mój wybuch. Wiem, że to wszystko nie jest takie łatwe, jeśli ma się jakieś znaczenie w elicie. - burknęła, nie patrząc na Niego.
Rzadko przepraszała, ale teraz czuła, że zdecydowanie powinna to zrobić. Koniec końców, Rostgaard nie zrobił nic złego, a ona nafuczała na Niego niepotrzebnie. Potarła policzek dłonią i odetchnęła bardzo głęboko, chcąc się tym samym uspokoić.
- I tak, jedno spotkanie pociąga za sobą kolejne, ale to... Jak sam powiedziałeś, póki to sprawia nam przyjemność, nie robimy nic złego. Więc dlaczego mamy zakończyć na jednym? Przecież nie rozpowiadamy dookoła, że się widujemy.
Mówiąc to, znów wpatrywała się w Jego oczy. Skoro już się uspokoiła, nie musiała martwić się, że ogień w jej oczach jakoś Go do niej zrazi. Oparła się o ławkę za Jego przykładem i nieco się do Niego przysunęła, by jej głowa mogła spocząć na Jego ramieniu i tak przez chwilę Bird trwała, wreszcie się prostując, choć kiedy to robiła, zdążyła połasić się policzkiem o Jego bark z kocim pomrukiem.
- Bo to nie jest ostatnie spotkanie, prawda? - spytała cicho, wypowiadając wreszcie głośno pytanie, które miała w umyśle odkąd tylko pojawił się w zasięgu jej wzroku.
_________________
 
     

Soren Rostgaard
Prof. Zaklęć
Dołączył: 10 Maj 2018
Posty: 92
Wiek: 47 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Brage
Różdżka: morela, włókno z serca świergotnika, 13 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, depresja, czarny humor
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 40
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 60
Z. ofensywne: 65
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Śro Paź 03, 2018 1:23 am   
   <Multikonta: --


Mitygując się, Skandynaw ukrył uśmiech pod maską uprzejmego zainteresowania. Oczywiście, że Bird nie będzie całe życie grać w Quidditcha. Nie trzeba było być zagorzanym fanem tego specyficznego sportu żeby wiedzieć, że przeciętna kariera zawodników nie kończy się późną emeryturą w jednym ze starych, zabytkowych domów w Dolinie Godryka. Większość sportowców ustępowała miejsca z drużyny młodszym kolegom w okolicy trzydziestki. Niektóre perły reprezentacji otrzymywały potem lukratywną posadę trenera – selekcjonerami zostawały najwybitniejsze jednostki. O trenera, który miał na swoim koncie finały Mistrzostw na miotle w barwach swojego klubu, tłukły się najlepsze zgrupowania. Tak więc Bird mogła zrezygnować z czynnej gry, ale nie z samego Quidditcha. Soren niemal by jej o tym powiedział, rozwijając wątpliwości, ale… kobieta była w stanie lekkiej irytacji zbyt rozczulająca. Toteż chrząknął, nie ulegając pokusie dookreślenia odpowiedzi.
Przy okazji stanowczego zaprzeczenia Bird, Rostgaard mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy rozmawiali kiedykolwiek o niedalekiej przyszłości. Nie w kontekście wspólnego pożycia, bo ich korespondencja miała znamiona stricte koleżeńskiej relacji, a raczej w perspektywie planów nie wykraczających ponad granice trzech-czterech lat. O ile pamięć go nie myliła, Bird wspominała, że żyje z dnia na dzień, chwyta chwila – na tyle przebojowa, by nie martwić się nadchodzącym dniem, ale na tyle rozsądna, by nie witać go bez jakiegokolwiek przygotowania. Generalnie rzecz ujmując, nie planowała tak skrupulatnie, jak Skandynaw. Nie miała rozpisanego budżetu na pięć lat w przód, nie kłopotała się finansowaniem medycznych kursów rodzeństwa, nie przewiercała wzrokiem listy płac mugoli, zatrudnionych w ramach pielęgnacji rodzinnej rezydencji. Miała odmienne obowiązki, a, co za tym idzie, mogła sobie pozwolić na swobodniejszą egzystencję.
Wbrew sobie mężczyzna pozwolił swojej imaginacji wyklarować w umyśle obraz spokojnego popołudnia, bez odznaczonych terminów w kalendarzu, bez familijnych odpowiedzialności. Miłe, stateczne popołudnie, w którym Soren kroczył przez Aalborg leniwie ze smukłą, znajomą kobiecą sylwetką tuż obok. Zaraz jednak potrząsnął głową, bo nie sądził, by Bird spodobała się Dania. Może Kopenhaga, ze swoimi kolorowymi osiedlami byłaby jeszcze do przyjęcia, ale ponure Aalborg nie ujmowało turystów za serce.
Dotyk na brodzie znów miał w sobie coś z niuansu. Tym razem jednak mężczyzna nieco odchylił głowę w tył, by ofiarować kompance większe pole do manewru.
Oby jak najdłużej – mruknął w milczącym zamyśleniu wyliczając, jak długo te spotkania będą miały rację bytu. Sceptycznie podchodził do optymistycznej wersji wieloletniej, platonicznej znajomości. Już teraz czuł pokusę, by przekroczyć granice narzucone przez konwenanse i dobry smak. Nie łudził się kłamstwem – jeśli ochota przestanie być wyłącznie sporadyczną, miłą myślą, dryfującą gdzieś na dnie podświadomości, skosztuje tego, co tak go nęci i kusi. „Sięgam po to, czego pragnę” mogłoby uchodzić za motto życiowe Sorena, tuż obok „nigdy się nie mylę” oraz „dopóki nie udowodnią, dopóty jesteś niewinny”.
W opozycji do domniemanej niewinności stały niepokojące, niedopuszczalne wizje Skandynawa, z Bird w roli głównej. Jeszcze nie robimy nic złego, poprawił rozmówczynię, pozwalając by kącik jego ust drgnął w sugestywnym uśmiechu. Wyraźnie podobał mu się dotyk nagiej skóry kobiety, nawet tylko wyczuwalny pod opuszkami jednej dłoni. W pełni świadom każdego ruchu obrysował palcem linię, którą wyznaczało ubranie ciemnowłosej. Nie przekroczył jeszcze tej granicy, balansując z wprawą między tym, co dozwolone, a tym, co zakazane.
Przez oblicze Bird przebiegło zirytowanie, zastąpione zaraz rosnącym rozdrażnieniem. Najwidoczniej już sama wzmianka o tradycjach szlachetnych rodów wyzwalała w niej oczywistą odrazę i podszytą rozczarowaniem wściekłość. Soren nie próbował jej rozumieć – analizował przypadek Bird od momentu, pierwszej listownej odpowiedzi. Miała w sobie czystą krew, lecz pochodziła z gałęzi drzewa genealogicznego ze skazą. Nie znalazł innego równie dyplomatycznego zamiennika na charłaka, dziadka kobiety. Burzyła się na rodowitych paniczyków i protekcjonalnych dziedziców z Wielkich Rodzin. Jątrzyły ją przywileje dobrze urodzonych, ich pozycja w społeczeństwie czarodziejskim i możliwości, o które dla nich były oczywistą należnością, a dla niej nagrodą za wycieńczającą, ciężką pracę.
Z tym, że wyobrażenie Bird o czystokrwistych było błędne. Tak, Ministerstwo wciąż skłaniało się do obsadzania na wysokich stanowiskach przedstawicieli znanych, szlachetnych rodów, ale to po prostu polityka. Za znanym, nawet nielubianym, ludzie pójdą chętniej niż za nowym. Rostgaard już pomijał hipotezę, którą przed laty wygłoszono o czystokrwistych. Żadna rodzina, która deklarowała czystość swojej krwi, nie mogła być jej pewna. Mezaliansy nie były powszechne, ale przewijały się i u najbogatszych. Przeważnie kończyły się skandalem i wydziedziczeniem, ostracyzmem, zobojętnieniem i izolacją.
Twoja reputacja jest reputacją rodu – zauważył cicho, obracając między palcami sygnet. – Czy tego chcesz czy nie, nosisz nazwisko rodziny, reprezentujesz ją przed innymi. To zobowiązanie względem przodków. – Nakreślił przed nią swój światopogląd, zdradzając jak wielką uwagę czystokrowiści przykładają do dobra familii.
Dotychczas wystrzegali się przywoływania swoich rodziców w dyskusjach. Nawet zdając sobie sprawę z nieludzkiego podejścia matki, Soren pozostawić osąd jej osoby swojej jurysdykcji. Zniewaga pod adresem zmarłej traktował jak cios wymierzony w ród – i czuł się w obowiązku bronić godności Rostgaardów. A, znając Brid i jej bezceremonialna szczerość, błyskawicznie zaszufladkowałaby Elise Rostgaard. I nie stroniłaby od kreatywnych epitetów pod adresem naczelnej sadystki rodu.
Jestem głową rodziny. Może mnie wydziedziczyć wyłącznie mój potomek. – Zadawało się, że zapomniał o swojej siostrze, albo, co bardziej prawdopodobne, celowo ją pominął. Chociaż nosiła nazwisko rodowe, z jakiś powodów nie brał pod uwagę głosu Maren w oficjalnym konflikcie. – Robię to, na co mam ochotę. I, przy okazji, szanuję rodzinę, z której się wywodzę.
Nie skomentował wzmianki o uprzywilejowanej pozycji rodu w elicie czarodziejskiego światka. Rostgaardowie nałogowo stronili od większych skupisk czystokrwistych – przeniknęli chłodem swojego kraju, surowością klimatu, nieprzyjaznym krajobrazem. Wśród skandynawskich rodzin uchodzili za szare eminencje, a przy brytyjskich reprezentantach za samotną szlachtę.
Nie patrzę na ciebie przez pryzmat czystości krwi – zaznaczył, spoglądając na nią zimno. Był pewien, że ton listów, który wymieniali, ostatecznie skreślił „szlamę” ze słownika młodej Ptaszyny.
Chwilę jedynie chłonął jej bliskość, przechylając głowę tak, by oprzeć podbródek o czubek głowy towarzyszki. Znów poczuł ten lekki, energetyzujący zapach, tak charakterystyczny właśnie dla Bird. Przy okazji przesunął dłoń z ramienia ciemnowłosej niżej, na plecy – między łopatki, aż do bioder. Pergamin nie oddawał tego ciepła, tej elektryzującej intensywności bodźców i wyostrzenia zmysłów, ukierunkowanych na każdy gest i słowo Walijki.
Uniósł brwi wyżej, patrząc na nią zaskoczony. Zaprzeczył, kręcąc głową i, tak naturalnie, jakby codziennie siadali w tej ławce, skrytej w cieniu drzewa, zmiótł z twarzy kompanki zabłąkane pasma włosów, pocierając kciukiem jej policzek.
Pierwsze nie powinno być ostatnim – rzucił zagadkowo, zawijając za ucho kobiety pukiel ciemnych włosów. Pachnie jak wiatr, skwitował, w końcu odnajdując odpowiednie porównanie dla orzeźwienia zmysłów, które mu towarzyszyło, ilekroć zaciągał się jej zapachem. – Ale następnym razem proponuję bardziej nastrojową lokację.
Nie wysunął sugestii kolacji, ale podejrzewał, że gdyby w następnym liście zawarł zaproszenie do restauracji, kobieta przyjęłaby je bez namysłu. Głodne studenty i te sprawy.
_________________

Dubious allegiance, nefarious intent

| Klub Pojedynków |
 
 
     

Bird Shane Lewis
Zawodowy gracz Quidditcha
Dołączyła: 20 Wrz 2018
Posty: 8
Wiek: 20
Krew: mugolska
Różdżka: Włos z ogona centaura, 13 cali, jarzębina, giętka
Ekwipunek: Pałka do Quidditcha, różdżka.
Sakiewka: 10 g.
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 20
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 10
Miotlarstwo: 30
Wysłany: Śro Paź 03, 2018 10:29 pm   
   <Multikonta: --


O karierze trenera Bird nawet nie marzyła. Nie sądziła, by była na tyle dobrym graczem, by kiedyś przypadł jej ten honor, że trenowałaby jakąś znaną drużynę... Chociaż trener Wędrowców całkiem ją chwalił, podbudowując tym samym jej samoocenę. To było przyjemne, że kiedy schodziła z miotły po cholernie męczącym treningu i słyszała, że dobrze się spisała. Może kiedyś zostanie chociaż kapitanem? To byłoby coś! Wiele by dała, by kiedyś komentator, wymieniając członków drużyny wykrzyknął "iiii kapitan drużyny, Bird Lewis!". To chyba był, póki co, szczyt jej marzeń i ambicji. Jeśli go osiągnie, wyznaczy sobie nowy cel, który też osiągnie, o! Starała się nie brać pod uwagę porażki, bo po co od razu myśleć, że coś jej nie wyjdzie? To podejście zdecydowanie odziedziczyła po ojcu, który nawet w tak trudnych chwilach, jak choroba nie tracił pogody ducha. Podziwiała go za to i cieszyła się, że miał w sobie taką siłę, by wierzyć w to, że uda mu się wyzdrowieć. Cóż, ona też w to wierzyła, nawet jeśli widziała, że tatko niknie w oczach. Nie udawała, że tego nie widzi, ale próbowała o tym nie myśleć zbyt wiele i tłumaczyć to sobie jakoś, że to dlatego, że walka z rakiem jest wycieńczająca i na pewno wkrótce ojciec poczuje się lepiej.
I Bird nie powinna teraz o tym myśleć. Nie chciała nawet o tym myśleć. Chciała zapomnieć o każdym swoim problemie, będąc obok Sorena. Tak, jak kiedy łapała w dłoń pióro i odpisywała na listy. Wtedy wszystko wydawało się takie proste. Szkoda, że to tylko złudzenie... W którym Bird chciała trwać. Chyba zbyt często oszukiwała sama siebie, że świat wcale nie jest tak parszywy, jak wszyscy mówią.
- Jak to powiedziałeś? Póki sprawia nam to przyjemność, to nie robimy nic złego... A myślę, że to będzie jeszcze długo sprawiać nam przyjemność, więc chyba nie mamy się czym martwić, prawda?
Uśmiechnęła się łobuzersko, wpatrując się w Jego oczy z figlarnymi błyskami. Nie mogła tego powstrzymać. Nie mogła ostudzić zapału i pragnienia, jakie wywoływała w niej Jego obecność i bliskość, i to, że tak intensywnie czuła Jego zapach i ciepło dłoni, która wciąż stykała się z jej ramieniem. W jej głowie żywo tańczyła myśl, że najlepiej byłoby się stąd wynieść, zaszyć się w ustronnym miejscu i olać jakiekolwiek zasady i hamulce. Jeśli Jego życiowym mottem byłoby sięganie po to, czego pragnie, to jej byłoby "najpierw robię, potem myślę. A potem mam kaca moralniaka". Och, z pewnością czułaby się głupio, gdyby tak szybko odkryła się ze... WSZYSTKIM. Musiała jakoś się opanować i wziąć w garść. Nie mogli tak po prostu zrobić wszystkiego, czego chcieli... I kiedy tylko Bird pomyślała, że "nie mogli", odezwał się w niej ten głosik, który zawsze podżegał ją do robienia głupot. Niby KTO mówi, że nie mogli? Kto im zabroni? Kto, hm? Kto wie o ich relacji? Kto wie o tym, że są tutaj, że na razie nic złego się nie dzieje? Zresztą, kogo obchodzi to, co będą robić? Byli dorośli i mieli prawo podejmować złe decyzje! Ten głosik domagał się podjęcia jak najgorszej decyzji i przyciągnięcia do siebie Sorena, ale chwalmy Boga, Bird nie miała już siedemnastu lat, kiedy zapanowanie nad tym było niemalże niemożliwe. Siedziała grzecznie i tylko wpatrywała się w mężczyznę.
Zresztą, temat, jaki teraz podjęli nie sprzyjał amorom. I wcale nie chodziło o to, że Lewis zazdrościła wyższym sferom pozycji w świecie. Nie, chodziło o pogardę, z jaką niejednokrotnie na nią patrzono, bo jej rodzina nie jest magiczna. I to, że jej dom spłonął, bo ona i jej brat byli mugolakami. Bo groźby Carrowów nie były bez pokrycia... I nie była pewna, czy Soren to wszystko rozumie, czy w ogóle chce to rozumieć, ale nie miała też siły Mu tego wyjaśniać. Przynajmniej w tej chwili nie potrafiła wrócić do tego, co działo się w jej życiu te dwa lata temu. Najlepiej było jej się skupiać na teraźniejszości. Dlatego też nie planowała za bardzo tego, co będzie. Los lubił weryfikować jej plany w brutalny sposób, dlatego nie planowała, żeby nie dać mu szansy tego zepsuć.
Zmieszała się lekko, gdy obrzucił ją tym chłodnym spojrzeniem. Westchnęła cicho i chrząknęła nerwowo.
- Wiem, Soren. Wiem, że tak na mnie nie patrzysz, ale to jest... Ty nie jesteś mugolakiem i... I nawet kiedy Czarny Pan był u władzy... Nie polowano na takich jak Ty. Polowano na takich, jak ja i jak mój brat. To jest po prostu... Trudno jest mi o tym zapomnieć.
Mówiła bardzo cicho i jej ton był odmienny od tego, którego używała wcześniej. Teraz mówiła spokojniej, już bez tej agresji. Właściwie, cichy głos przesycony był bólem, który starała się skrzętnie ukrywać pod maską agresywnej i impulsywnej buntowniczki. Każdy niesie swój krzyż. Jej krzyżem były między innymi demony wojny. I teraz, kiedy za bardzo odsłoniła się przed Nim (bo w listach to wszystko było inne, bo nie widział jej twarzy!), poczuła się jakby siedziała tu przed Nim naga.
- Ja też myślę, że nastrojowa lokacja byłaby dobrym pomysłem. Taka, w której możemy czuć się trochę swobodniej. Właściwie, pomyślałam... - i tu urwała, zagryzając delikatnie dolną wargę.
Nie mogła tego dokończyć. Za wcześnie, by podejmować takie decyzje! A jednak to cisnęło się na jej usta tak bardzo. Mimo to, nadal nie dokończyła. Milczała, wpatrując się w Jego oczy, wciąż leciutko zagryzając dolną wargę, może nawet powabnie? Na pewno nieświadomie. I na pewno wolała ten temat, niż czystość krwi. Popełniła błąd, naskakując na Niego i nie miała pojęcia, jak to naprawić.
_________________
 
     

Soren Rostgaard
Prof. Zaklęć
Dołączył: 10 Maj 2018
Posty: 92
Wiek: 47 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Brage
Różdżka: morela, włókno z serca świergotnika, 13 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, depresja, czarny humor
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 40
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 60
Z. ofensywne: 65
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Czw Paź 11, 2018 6:37 pm   
   <Multikonta: --


Przyjemność nie była głównym motorem działania Sorena. Nie plasowała się na szczycie priorytetów – jego piramida wartości, uzależniona od sytuacji rodziny, własnych ambicji i celów, bardzo rzadko uległa przesortowaniu. Prawdopodobnie właśnie dlatego kariera naukowa wzięła górę nad małżeństwem, przelotne romanse zastąpiły jedną, stałą relację, a głód rozwoju umiejętności i doskonalenia sprawności zrekompensował brak potomka. Egzystencją Rostgaarda w dużej mierze kierowały jego chore aspiracje. Dążył do swoich celów cierpliwie i konsekwentnie, poświęcając z każdym rokiem coraz więcej. Głęboko wierzył, że tylko w ten sposób osiągnie to, na czym najbardziej mu zależy.
Jakkolwiek sumienny i rygorystyczny, pozwalał sobie czasem na nieszkodliwe, mniejsze grzeszki. Ulegał kuszącym ustom, podejmował ryzykowaną grę z barmanem, zainteresowany prowokował studentów do odważniejszych zaklęć. Znosił ograniczenia konwenansów i norm społecznych, by, w zależności od sytuacji i własnej wygody, wrócić do nich z godnością i wyniosłym spojrzeniem głowy rodu. Ten dualizm, który uprawiał, pozwolił równoważyć surowe wychowanie, ślepe podążanie do nieosiągalnego perfekcjonizmu i echo wspomnień, które prześladowały go od kilkudziesięciu lat. Jednocześnie bywał w swoich pokusach schematyczny i analityczny, podchodząc do nich wyjątkowo rozsądnie. Niekiedy zastanawiał się, czy zdarzyło się, że cokolwiek zrobił tak spontanicznie, jak pozorował. Czy miał taką chwilę, gdy pozwolił ponieść się namiętności, pasji, atmosferze spotkania? Czy pamiętał w ogóle, jak to jest, gdy rozsądek przyćmiewa mgła rozkoszy, ciekawość ucina praktyczne podszepty, a głód bliskości, słów, gestów, zapachów i samego kontaktu tłumi wszystko inne?
Miał taki moment. Wieki temu, tak mawiał. Było – minęło. Nie wróci, bo nikt nie cofnie tej jednej zapalczywie rzuconej klątwy, która, nawet nie dosięgając celu, na zawsze odcięła dwóch bliskich sobie ludzi. Są pewne słowa, których nie sposób cofnąć. Avada Kedavra definitywnie się do nich zalicza. Potarł dłonią skroń, by odrzucić ponure myśli. Niewyraźne wspomnienie zielonej poświaty przemknęło mu przed oczami, przywołując pamiętny pojedynek. Pokręcił głową, koncentrując się na obecnej chwili. Łobuzerski uśmiech Bird pomagał w powrocie ze wzburzonego morza wspomnień na stały ląd.
Uśmiech szelmy, skwitował łagodny łuk ust ciemnowłosej, z zaskoczeniem odnotowując, że z wolna zaczynał się w towarzystwie kobiety. Przeważnie chodził spięty, wiecznie w ofensywie; w kategoriach czujności i podejrzliwości osiągnął mistrzostwo jeszcze za czasów Brygady Uderzeniowej. Coś sprawiało, że świerzbiły go palce, by raz po raz sięgać po różdżkę – i nawet przelotny dotyk wystarczał, by wyciszyć zaalarmowane zmysły; sama świadomość ciężaru magicznego drewna tuż przy sercu zapewniała zwodne bezpieczeństwo.
Śmierciożercy zawsze mieli swoją opozycję – zauważył obojętnie, bo nie, dla niego ten temat nie był aż tak emocjonujący, jak w przypadku Bird. Z tym, że on już rozliczył grzechy aurorów i obiecał sobie, że będzie ich omijać z daleka. Swobodniej czuł się po drugiej stronie barykady. – Aurorzy prześwietlali czystokrwistych, Bird. Prześwietlali i poważnie utrudniali koegzystencję w czarodziejskim społeczeństwie. – Oczywiście bez mruknięcia okiem przemilczał kwestię oficjalnego poparcia Voldemorta przez swoją rodzinę. Matka lubiła wzniosłe, niepotrzebne nikomu formalności. Przez jej teatralność Soren spędził w Wizengamocie o kilka rozpraw za dużo.
Przechylił się przez ławkę tak, by osunąć rękę swobodnie na jej ramię i przyciągnąć ją do siebie bliżej. Namierzył ustami płatek ucha kobiety i, zaciągając się elektryzującym zapachem ciała ciemnowłosej, szepnął:
Zapomnij, ale nie wybaczaj – doradził, jak typowy zawistny zwolennik społecznego ruchu sprawiedliwych. Trwali chwilę w tej kulawej imitacji uścisku, dzieląc ciepło, oddech i kradnąc tyle z bliskości, ile mogli.
Zaraz jednak mężczyzna się odsunął, choć dopiero gdy uchwycił jej wzrok.
Znów wyglądali jak dwójka znajomych na ławce w parku, w przyjaznym odosobnieniu.
O czym myślałaś? – spytał z cieniem zainteresowania, bo najwyraźniej kobieta nie zamierzała dokończyć przerwanej wypowiedzi. Zachęcił ją lekkim półuśmiechem i, zaskakująco naturalnym gestem przeczesania jej włosów; zmiótł z twarzy Bird psotne kosmyki, by w pełni nacieszyć oczy kuszącymi, przygryzionymi ustami. Kobiecy czar, tak musiało się nazywać niewerbalne zaklęcie, jakie na niego rzuciła.
Definitywnie efekty tej klątwy wymagały dokładnego zbadania.
Prawdę mówiąc, nie wyglądasz na miłośniczkę londyńskich restauracji – podsunął wątek, przekręcając głowę na bok. Korzystając z okazji – i tłumacząc się wyjaśnieniem kwestii jej aparycji – zmierzył rozmówczynię wzrokiem. Może zbyt powolnie, ale kto by tam go oceniał? – Duński pub mógłby trafić w twoje gusta – zaproponował, unosząc wyczekująco brew, w milczącym pytaniu: zainteresowana?
_________________

Dubious allegiance, nefarious intent

| Klub Pojedynków |
 
 
     

Bird Shane Lewis
Zawodowy gracz Quidditcha
Dołączyła: 20 Wrz 2018
Posty: 8
Wiek: 20
Krew: mugolska
Różdżka: Włos z ogona centaura, 13 cali, jarzębina, giętka
Ekwipunek: Pałka do Quidditcha, różdżka.
Sakiewka: 10 g.
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 20
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 10
Miotlarstwo: 30
Wysłany: Pią Paź 12, 2018 3:25 pm   
   <Multikonta: --


Trudno powiedzieć, żeby Bird napędzało osiąganie przyjemności... Ale nieprawdą by było, gdyby stwierdziło się, że to nie ma dla niej znaczenia. Może dlatego porozumienie się z Sorenem nie było wcale takie łatwe pod niektórymi kątami? Bo dla niej robienie "tego, czego się chce" było trochę ważniejsze, niż zadowalanie matki i spełnianie jej wydumanych oczekiwań wobec niej. Lewis kochała swoją matkę, kochała ją całą sobą, przecież była jej matką! Ale jednak nie miała zamiaru robić wszystkiego pod jej dyktando, bo to Bird ma przeżyć swoje życie, a nie matka. Cieszyła się, że jej rodzice tak się od siebie różnili, i że na jej życie większy wpływ miał ojciec, który właśnie w taki sposób patrzył na życie.
"To Ty, Bird, musisz je przeżyć. Ty, nikt inny. Nie bez powodu masz tak na imię. Możesz wznieść się ponad to wszystko."
Petyr nie był kimś, kto często używa górnolotnych słów, etc., ale teraz, kiedy wiedział, że jego dni są policzone ("Nie umrzesz, tato! To nieprawda, nieprawda, nieprawda! Nie umrzesz, pokonasz to, nie umrzesz!" - Bird nie mogła tego nie wywrzeszczeć, kiedy dowiedziała się, że tatko choruje na raka), nie mógł wytrzymać ciągłego marudzenia żony i jak najbardziej otwarcie wsparł córkę. Nie miał pojęcia, ile to dla niej znaczyło... I miała zamiar trzymać się tego, co powiedział jej ojciec. Chciała żyć SWOIM życiem i brać z niego to, co najlepsze. Dlatego chyba nie potrafiła zrozumieć rozumowania Sorena, nawet jeśli próbowała. Jeśli oczekiwania rodu nie są jego własnymi, dlaczego chciał je spełniać? Miała wrażenie, że mężczyzna został dawno temu wciśnięty w jakąś rolę, z której nie potrafił wyjść, choć chciał. Jakby to, jaki był... Nie było do końca prawdziwe. Na pewno nie wszystko, co robił. Chciała poznać Go naprawdę, taki, jaki jest. Bez żadnego ukrywania siebie i swoich pragnień! A jednak zdawała sobie sprawę z tego, że to nie będzie takie łatwe. Jeśli raz weszło się w jakąś rolę, to wyjście z niej było takie trudne...
- Słuchaj, aurorzy nieraz byli szujami, anie będę się z Tobą kłócić, Soren. Naprawdę, nie mam zamiaru. Aurorzy są zatrudniani przez Ministerstwo Magii i łowią to zło, które Ministerstwo uważa za złe... Więc ich jakoś nie mam zamiaru traktować jako przeciwieństwo Śmierciożerców. - oświadczyła może trochę zbyt dobitnie. Przez krótką chwilę na jej twarzy znów widniał cień irytacji, ale tym razem szybko się opanowała. Nie miała zamiaru się z Nim teraz wykłócać. Właściwie, nie miała za bardzo siły dalej ciągnąć tego tematu, czując, że to się może źle skończyć. Niebezpieczny temat... A ona nie chciała się w coś takiego pakować. Przynajmniej nie teraz. Zresztą, wyczuwając Jego usta przy swoim uchu, troszkę ją zamroczyło. Czy On robił wszystko, żeby złapała Go za rękę, deportowała się do swojego mieszkania wraz z Nim i po prostu całkowicie straciła rozum?
- Chyba wybacz, ale nie zapomnij, co? - mruknęła, zaciskając palce na połach Jego płaszcza. Odetchnęła cicho i pozwoliła Mu się cofnąć. Tak lepiej... Nie chciała tak szybko tracić głowy. To znaczy, mogłaby, ale nie tutaj.
Uśmiechnęła się do Niego nad wyraz łagodnie, kiedy przeczesał jej włosy. Mruknęła cicho i wsparła bok głowy na Jego dłoni, kiedy dotykał jej włosów. Dopiero po krótkiej chwili zdecydowała się powiedzieć na głos to, co krążyło po jej głowie.
- Pomyślałam... Pomyślałam, że moglibyśmy iść tam, gdzie nikt nie będzie na nas patrzył. - powiedziała dość cicho, znów gryząc dolną wargę. Zaraz ją jednak puściła i przesunęła po dolnej i górnej wardze językiem.
Jego propozycja też była całkiem... Niezła.
- Cóż, nie będę ukrywać, że do dystyngowanych restauracji chyba dzisiaj zupełnie nie pasuję - jakbyś kiedykolwiek pasowała, Bird, dodała w myślach - Ale duński bar chyba... Chyba byłby w porządku, prawda? Chyba, że moja propozycja... To znaczy. Myślę, że duński bar jest w porządku.
Boże, zawstydziła się! Rzadko jej się to zdarzało, ale teraz właśnie się zawstydziła i policzki Bird powlekły się leciutkim rumieńcem. Co za nietakt! Nie powinna proponować Mu przejścia do, np. jej mieszkania! To było... To było nietaktowne i tyle! Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, zaciskając nerwowo palce na swoich kolanach.
_________________
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Amaimon

Strona wygenerowana w 0,42 sekundy. Zapytań do SQL: 9