Ważne! Rewolucja kociołkowa czyli nowy system Eliksirów i Zielarstwa!
► Poszukujemy śmierciożerców oraz aurorów!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Zielarstwa!
► Rozpoczyna się lekcja Eliksirów!
► Trwa bal! Uczestników zapraszamy tutaj! Dostępna bilokacja. Szczegóły o zabawie.
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

152
157
135
144

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Ulice
Autor Wiadomość

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 64
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Wrz 21, 2018 9:30 pm   
   <Multikonta: DC


Ależ skąd, Callaghan wcale nie chciał narobić Promyczkowi wstydu. Po prostu lubił pogawędki, a żeby nie stać jak słup soli, podczas gdy one we dwie się na niego namawiały, to musiał wtrącić swoje pięć groszy. I w zasadzie trochę naświetlić całą sytuację ich relacji. Bo do tej pory mijali się, w zasadzie to w ogóle jeśli się mijali to to był sukces, bo pewnie Raylene rzadko wychodziła ze swojej nory, przykuta do swoich obowiązków, a Callaghan czas wolny spędzał poza zamkiem lub u Verendala. Prawdopodobieństwo wpadania na siebie bliskie zeru, ale też nie absolutnie niemożliwe. W końcu się spotkali. Całkiem przypadkiem. W Hogsmeade. Czyli paradoksalnie w miejscu, w którym pojawiali się stosunkowo rzadko biorąc pod uwagę czas spędzany w zamku lub na jego terenach. Dobre i to. Poza tym, gdyby nie Raylene to Callaghan siedziałby teraz w gospodzie i zalewał swoją depresję wywołaną Verendalowym zaniedbaniem (a niech cię, Christopher!). No a Raylene bez Callaghana? No cóż, na pewno nie byłaby teraz w Londynie gdyby nie on. Brak tu jednak informacji, czy gdyby nie jego interwencja to pielęgniarka dalej siedziałaby przybita nad kieliszkiem ognistej. W ogóle to trzeba było zauważyć, jaki mieli na siebie dobry wpływ. W końcu jedno odwiodło drugie od alkoholu!
Zerknął na Raylene słysząc jej... niecodzienną poradę. Fakt, miała rację. Mógł wyskoczyć z okna z gabinetu Verendala krzycząc wcześniej "Ciekawe co się zaraz stanie!". Choć bardzo możliwe, że nie wylądowałby u Raylene by odebrać swój plasterek w dinozaury a w najlepszym wypadku w Mungu w stanie krytycznym, bądź w ogóle w trumnie.
- Racja. Wypróbuję to następnym razem, jeśli nie będziesz mogła znaleźć na mnie czasu w normalny sposób. - Pokiwał głową, składając taką deklarację. Najwyżej Raylene będzie miała z tego wyrzuty sumienia jak mu nie za dobrze to wyjdzie. "Och, dlaczego ja nie mogłam znaleźć dla niego chwili! To wszystko moja wina!" albo nie będzie miała i stwierdzi "Welp, selekcja naturalna".
I najgorsze, że po tym wszystkim, jak on postanowił się dla niej ewentualnie poświęcić i wyskoczyć z okna, ona postanowiła go oskubać z dolarów. To znaczy może nie tak dosłownie oskubać, ale nie raczyła go poinformować, że ją tutaj obsługują za darmo i Callaghan musiałby zapłacić tylko za siebie. A może wiedziała, że on się na taki układ nie zgodzi? I będzie się zapierał, że skoro zaprosił ją na kolację to on za nią zapłaci, nieistotne czy jej tutaj kosztami nigdy nie obciążano. Może to i lepiej. Dla świętego spokoju, by uniknąć bezsensownej przepychanki i potem wciskania niechcianych pieniędzy za dekolt pani Grant.
Skinął zgodnie głową, bo w końcu klasyczna krowa w bułce to jednak klasyczna krowa w bułce i jeśli zamierzali kiedykolwiek robić jakieś porównania, to faktycznie trzeba było zacząć od tradycyjnie wykonanego burgera.
Odprowadził wzrokiem panią Grant, wcale jej nie obczajał, a potem przejechał wzrokiem raz jeszcze po menu.
- Czyli - zaczął przecinając ciszę w idealnym momencie, aby nie zrobiło się całkiem akward (milczenie było dopuszczalne, ale też nie za długo!) - Poza sklejaniem niedoszłych, młodocianych samobójców, czytaniem książek i tworzenia charytatywnie szalików, nie oprowadzasz po Londynie i kiedy nie straszysz przedszkolaków oraz nie bawisz się w kryminalistkę - popraw mnie jeśli o czymś znaczącym zapomniałem - masz jeszcze jakieś zajęcia? - Zapytał, opierając się bokiem o ścianę budy. - Albo jakieś ciekawe anegdoty? Bo wiesz, znęcanie się nad dziećmi i kradzież to przestępstwa, powinienem zacząć się obawiać, czy nie wciągniesz mnie w kolejne. - Oznajmił, po czym odkleił się od budy i nachylił w stronę pielęgniarki, przyciszając głos - To co? Bierzemy burgery i dwa sosy, a płacimy tylko za jeden? Czy to wystarczająco podstępne?
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 82
Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Wrz 23, 2018 1:22 am   
   <Multikonta: MD | FL


Trzeba pogodzić się z faktami, a fakty były takie, że zupełnie przypadkiem ocalili się nawzajem od samotnej, alkoholowej posiadówki w obskurnym barze. Chociaż w kontekście ludzi dorosłych nie powinno się widzieć nic zdrożnego w takim sposobie spędzenia wolnego wieczoru, ale równocześnie trudno dopatrzyć się jakichś konkretnych plusów podobnego zachowania. Smętne kiwanie się nad szklaneczką trunku rzadko jest w stanie skutecznie poprawić humor, a zazwyczaj tylko dodatkowo go podkopuje. Co innego zaś ożywczy spacer nocną porą, spontaniczna wycieczka w dobrym towarzystwie, w dodatku z atrakcjami! Jak tu nie docenić przychylnego zrządzenia losu, który tak posplatał wątki, by znaleźli się we właściwym miejscu i o właściwym czasie? W końcu tak na co dzień szanse tego typu spotkania były rażąco niskie, skoro jedno przesiadywało prawie cała dobę w Skrzydle Szpitalnym, a drugie skrzętnie tego miejsca unikało. To właśnie ten jedyny przypadek, kiedy dobre zdrowie okazuje się wadą.
- Tylko pamiętaj, żeby wybrać okno na parterze. Przykładałam się do nauki na studiach, ale ze sprowadzeniem człowieka zza grobu mogłabym mieć niewielki problem - poradziła, choć oczywiście, wspomniany "problem" byłby o wiele większy niż określiła to na głos. Gdyby trafił jej się taki wariat, który rzeczywiście postanowiłby potraktować żart dosłownie i wyskoczyć z którejś wieży, miałaby nie lada kłopoty. Nie chodzi tu oczywiście tylko o poniesienie straty w życiu ludzkim ale też fakt, że sama ów szalony pomysł podsunęła. Jakkolwiek przybycie do Skrzydła Szpitalnego z jakimś uszkodzeniem wydawało się być dobrą metodą na nawiązanie kontaktu z urzędującą tam pielęgniarką, tak już umyślne robienie sobie krzywdy było czynnikiem dyskwalifikującym daną znajomość u każdego sensownego pracownika służby zdrowia.
- Kiedy to tak wymieniasz, moje życie zaczyna brzmieć naprawdę ciekawie - zaśmiała się, ale po chwili pokręciła lekko głową. - Ale muszę ci dawkować informacje, za duże stężenie może być szkodliwe - dodała tonem znawcy. - Jeszcze byś sobie pomyślał, że ze mnie naprawdę taki typ wyjęty spod prawa. Ani się obejrzę, a panowie w czarnych płaszczach wywleką mnie z domu w kajdanach i posadzą przed sądem za kradzież jabłek. Skąd mogę mieć pewność, że mnie nie wydasz?
Spojrzała na Rykera wymownie, wyczekując odpowiedzi. Halo, jednodniowe znajomości nie mają w kontrakcie głębokich zwierzeń, a że świat panny Winchester obracał się głównie wokół pracy i nielicznych momentów czasu wolnego, luźne tematy kończyły się bardzo szybko. Zresztą, mówi się, że kobiety zbyt wiele mówią... to właśnie nadeszła szansa, żeby pójść w drugą stronę i pozwolić się wykazać płci brzydszej. W końcu na pewno też miał wiele do powiedzenia!
- I tak pewnie nie zapłacimy więcej niż normalnie ludzie dają tu za jednego - odszepnęła w równie pięknie teatralnej konspiracji - No i nieładnie byłoby tak rzucić pieniądzem i uciekać, pani Grant na pewno chce wiedzieć o tobie wszyś-ciut-ko - zakończyła, nie kryjąc swego rodzaju satysfakcji. Swego czasu także została przemaglowana przez mamę przyjaciółki z dosłownie każdej strony, przyjemnie więc będzie zobaczyć, jak ktoś inny jest podawany tym quasi-torturom. Bądź co bądź niezdrowo jest jeść i iść jednocześnie, a kilka plastikowo wyglądających stolików czekało na zajęcie.
_________________



 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 64
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Wrz 23, 2018 9:44 pm   
   <Multikonta: DC


Z pierwszego piętra? Musiałby się zastanowić, którędy byłoby najdogodniej. Z którego okna? Może wbiegnie rozpędzony do pokoju nauczycielskiego, krzycząc, że przeprasza ale to pilne i wyskoczy z okna? A może wbiegnie do gabinetu woźnego, zawoła że to sprawa życia i śmierci (w sumie tylko śmierci z jego szczęściem) i wtedy skoczy z parapetu na ziemię? Ważne, żeby ktoś widział jak spada, żeby po Raylene pobiegli. Bo jak zrobi to po cichaczu, w nocy na przykład, to do rana będzie leżał na trawniku tak śmiesznie powyginany. Z łokciem zginającym się w drugą stronę i tak dalej. Nie, jeśli miałby to faktycznie robić, to musiałoby to zostać zaplanowane. To nie było takie hop-siup. No w zasadzie było w tym wszystkim miejsce na hop-siup, ale zaplanowane hop-siup. Skacząc z parteru też się można było połamać! Kwestia tego, jak się spadało. No bo tak głową w dół, to mógłby sobie zrobić krzywdę i plasterek by nie pomógł. Dostałby wstrząsu mózgu i naprzemiennie rzygałby i pieprzył głupoty do Raylene, czego chyba jednak wolałby uniknąć. Jeszcze by mu powiedziała "Callaghan, ty już nie skacz z tych okien".
- Zawsze mogę rozważyć turlanie się ze schodów. - Oznajmił.
Bo to też było jakieś rozwiązanie a i na dwór nie trzeba było wychodzić. No i większa szansa, że ktoś go zobaczy rozklapaionego na półpiętrze. Zresztą niewinnym turlaniem chyba nie dałoby się zrobić sobie wielkiej krzywdy. Z drugiej strony ponownie nasuwa się zdanie, że to zależy jak ktoś będzie się turlał. Bo jakby się rozbiegł i rzucił na schody, to mógłby sobie coś złamać. Albo jakby schody miały gorszy humor i odfrunęłyby od piętra, a on w całym pędzie wyleciałby na sam dół.
- Albo... - Dodał, przerywając sobie tę wizję. Czemu on w ogóle sobie to wyobrażał? - Po prostu odwiedzę cię w skrzydle szpitalnym, jak będziesz miała wolną chwilę. Nie będę ci dokładał pracy w postaci dziwnie powyginanego nauczyciela Historii Magii. - Zasugerował, uśmiechając się nieznacznie pod nosem. - Poza tym, będę świetną pomocą. Będę podawał wodę. - Dodał po chwili, bo to chyba tyle, w czym mógłby pomóc. Nie znał się na medycynie. Ale na podawaniu wody to tak. Chisowi wodę podawał na jego treningach.
Zmrużył lekko swoje oczy w badawczym spojrzeniu, które wlepił w Raylene. Minę miał poważną, jakby powiedziała coś nie tak, po czym odezwał się grobowym tonem
- Skąd wiedziałaś, że jestem z Departamentu Przestrzegania Prawa? Co mnie wydało? - Zapytał, śmiertelnie poważnie, bo najwyraźniej coś spaliło jego przykrywkę, a on chciał się dowiedzieć co. Zaraz potem poważny wyraz jego twarzy rozbiło rozbawienie, bo przecież on to taki dowcipniś jest. - Spokojnie, na kolejne przesłuchania przyjdzie czas. Może obejdzie się bez veritaserum. - Oznajmił.
Wszyściustko? Czemu Pani Grant chciałaby go przeskanować? Co on takiego niedobrego zrobił? Będzie musiał zeznawać? A będą go torturować, aby mówił? W co on się wplątał? Miał nadzieję, że nie będzie musiał opowiadać im o wszystkich tych głupotach, które robił. Większość tych historii zawierała w sobie Chrisa jako drugiego bohatera.
- Zaczynam się bać. Bo wychodzi na to, że to nie ja będę przesłuchiwał. - Stwierdził, po czym dodał - Biada mi, ale już nic nie zrobię. - Po tych słowach skinął głową na stoliki najbliższe kasie i miejscu bytowania Pani Grant (choć teraz chyba jej tam nie było). Dość automatycznie odsunął Raylene krzesło, żeby sobie klapnęła, a potem nawet dosunął, siłacz jeden. A potem sam przysiadł obok.
- Jakieś rady? Są tematy, których powinienem unikać? Wszystkich kawalerów... to jest klientów tak przesłuchuje? Czy tylko tych podejrzanie wyglądających?
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 82
Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Wrz 27, 2018 10:18 am   
   <Multikonta: MD | FL


Co jak co, ale gdyby rzeczywiście doszło do tak przemyślanej akcji autodefenestracyjnej, cały Hogwart aż huczałby od wieści. Przy takim nagromadzeniu nie tylko nastolatków, ale też sporej bandy nie-tak-znów-starych dorosłych, plotki roznosiły się z zatrważającą prędkością, a mnożyły się jeszcze szybciej. Wystarczyło jedno bardziej sensacyjne zdarzenie, by już w ten sam dzień krążyły o nim informacje prawdziwe, dziesięć razy więcej wymyślonych bzdur i do tego co najmniej trzy teorie spiskowe. Poza tym, skok z okna miałby szansę zyskać spore grono naocznych świadków, co z pewnością dodałoby smaczku całej sprawie. Zdarzeń widzianych na własne oczy nie zapomina się przecież tak łatwo, zaś gdyby brakło obserwatorów, historyjkę można by oficjalnie uznać za nieprawdziwą.
- Turlanie się po schodach to taki trochę gest zaufania względem zamku. W końcu nigdy nie wiesz, gdzie możesz trafić. - Jak nic ruchome konstrukcje zrobiłyby na złość delikwentowi i postanowiły poruszyć się właśnie wtedy, kiedy byłby już w połowie drogi na dół. A co czekałoby go na końcu - tego nie wie nikt. Może otwarte drzwi do jakiejś zapomnianej sali, może ziejąca dziura sięgająca parteru, a pewnie w najgorszym wypadku Irytek z jakimś świeżym kawałem. Nawet jeśli urządzenie sobie saneczkowania na schodach brzmiało jak bezpieczniejsza opcja od rzucenia się z wieży, nadal prezentowało dość kiepski poziom bezpieczeństwa.
- To brzmi lepiej. Gdybyś celowo zrobił sobie krzywdę, musiałabym być na ciebie zła - ostrzegła, nie kryjąc rozbawienia tym osobliwym tokiem rozmowy. Przedstawiane pomysły dobijały już poziomem do scenariuszy kiepskich romansideł, dobrze więc, że padały wyłącznie w formie żartu. Przynajmniej było jasne, że chodzi tylko o aspekt komediowy - podobna rozmowa z niefortunnie wybranym uczniem mogłaby skończyć się realizacją wszystkich wymienionych ekscesów, w dodatku w podrasowanej wersji. Jeśli taki dzieciak nie zginąłby w wyniku wygłupów, z pewnością spotkałaby go natychmiastowa petryfikacja przez mroźny wzrok panny Winchester. Tym, którzy już go przeżyli, jakoś przechodziła ochota na brawurowe wygłupy, przynajmniej na jakiś czas.
- Miałam przeczucie - odparła z tajemniczym uśmiechem. - Chociaż w sumie, jeśli teraz nie wywiniesz się od przesłuchania... nie wiem, jak to przeżyjesz. - Zaśmiała się, co było odrobinkę okrutne, ale przynajmniej szczere. - Nie mogę w sumie nic poradzić, ale pewnie mogłabym pomóc. Zobaczymy.
Wzruszyła lekko ramionami, a ledwie skończyła mówić, w drzwiach między kuchnią a salą pojawiła się wspomniana kobieta. Sprawnie wymanewrowała między stolikami i nim którekolwiek zdążyłoby się podnieść, postawiła przed klientami talerzyki z zamówioną "krową w bułce". Dostawa do stolika nie była normalnym elementem obsługi w lokalu Stacy's, ale wymowny wzrok kobiety strzelający raz w kierunku Raylene, raz jej towarzysza, był wystarczającym wytłumaczeniem tego wyjątku od reguły. Już prawie otwierała usta, z miną nie zwiastującą niczego dobrego, kiedy Winchester złapała ją za łokieć i pociągnęła ku sobie. Pani Grant nachyliła się wręcz odruchowo, nadstawiając ucha na wszystko, co Ray przekazała jej szeptem. Cokolwiek to było, zadziałało jak marzenie; kobiecina uśmiechnęła się jakby z aprobatą, pokiwała głową i życzywszy smacznego, ewakuowała się z powrotem do kuchni.
- Nie ma za co. - Ledwie pulchna postać zniknęła za drzwiami, Raylene puściła oczko w stronę rozmówcy. Zajęła się sprawą? Zajęła, a w jaki sposób - to pozostanie tajemnicą.
_________________



 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 64
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Wrz 30, 2018 8:26 pm   
   <Multikonta: DC


Schody, okna. Hogwart to strasznie niebezpieczne miejsce, wszędzie można było sobie krzywdę zrobić i aż nie dziwota, że Raylene nie widywał na korytarzach, bo pewnie co chwilę ktoś jej ładował się, na własne życzenie bądź właśnie nie, jej do skrzydła szpitalnego. W takim miejscu to faktycznie była praca na wszystkie trzy zmiany.
Callaghan przechylił lekko głowę na jej słowa, unosząc kącik ust w lekkim uśmiechu.
- A tego byśmy nie chcieli. - Odpowiedział jej.
Tak na pierwszy rzut oka to Raylene nie wyglądała na taką, która w gniewie potrafiłaby się dopuścić podnoszenia głosu czy nawet rękoczynów. I pewnie by tak uważał, gdyby nie ten jeden wieczór, podczas którego z jakiejś strony mu się pokazała. I bynajmniej nie była to strona Matki Teresy z Kalkuty, charytatywnie leczącej każdego, kto stęknie, że go coś boli i pomagającej wszystkim i wszystkiemu. Przynajmniej taką opinię sobie wyrobił, że pomimo tej uroczej otoczki nie jest chodzącym plastrem na ranę. Jakby nie patrzeć razem planowali jak zastraszyć Verendala aby zaczął bardziej uważać na swoich podopiecznych na treningach.
Tak więc zezłoszczona Raylene pozostawała zagadką, mógł tylko sobie wyobrażać, że rozjuszona nie jest już tak urocza. I naprawdę nie zamierzał się o tym przekonywać na własnej skórze. W każdym razie nie tak specjalnie.
Niezbadane są wszystkie oblicza Raylene Winchester, szykanującej przedszkolaków i dopuszczającej się kradzieży. Jak to się stało, że wylądował na nocnym spacerze z kryminalistką?
Przesłuchanie? Ale to on miał przesłuchiwać Raylene. A okazało się, że się w coś wpieprzył. Ona i pani Grant miały przewagę liczebną, był zgubiony. Miał się wywinąć teraz od przesłuchania? Znaczy co - podnieść swoje dupsko i ruszyć ile sił w nogach przed siebie przez park? A może nie patyczkować się i już tu, z miejsca, teleportować się z powrotem do Hogsmeade. Ale został, w końcu jak uciążliwe mogło być zwykłe przesłuchanie? Dopóki nie uraczą go veritaserum to nie musiał się bać. Nie to, żeby nie planował mówić prawdy, ale kwestia tego, że czasami łatwiej było zasłonić się krótką, zdawkową odpowiedzią, co nie miało racji bytu pod wpływem tamtego eliksiru.
Widząc nadciągającą panią Grant, spojrzał na Raylene parodią spłoszonego spojrzenia, które miało zawołać za niego "Ratuj". Nie uszło jego uwadze to, że pani Grant najwyraźniej planowała przypuścić atak, ale Raylene heroicznie ją zatrzymała. Tylko po co te szepty? Na co one się tam namawiały? Może pielęgniarka mu teraz nie pomogła a tylko dołożyła? Co ona jej powiedziała? No i dlaczego szeptem? Czy to jakiś podstęp? Rzecz jasna to nie była prawdziwa paranoja, Ryker założył, że Raylene poinformowała panią Grant, aby go nie napadała o nic, bo nie wypada przepytywać kolegów z pracy. Amen to that.
Podziękował odchodzącej pani Grant (za to, że zostawiła go w spokoju) za full-serwis i posiłek, a potem przeniósł spojrzenie na Raylene.
- Mniemam, że wysłałaś ją po wsparcie. - Odezwał się, zerkając na podane im jedzenie.
Nie ma to jak burger, jeden z posiłków, którymi zawsze musiał się upierdolić. Chociaż były rekordy, gdzie przez pierwsze dwie minuty wychodził z tej potyczki nietknięty. Dopiero potem robiło się bardziej dramatycznie. - Smacznej krowy.
Starcie czas rozpocząć. Runda pierwsza. Namierzył tylko serwetki, żeby wiedzieć, gdzie w razie czego znajdzie pełne zaopatrzenie. Nie upierdoli się, nie upierdoli się, nie upierdoli się. Szkoda burgera, żeby skończył na spodniach.
I to nie to, żeby był jakiś upośledzony i nie umiał jeść!
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 82
Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pon Paź 01, 2018 1:45 am   
   <Multikonta: MD | FL


Raylene nie wyglądała groźnie, ale właśnie o to chodziło. Gdyby na kilometr wiało od niej znamionami niebezpiecznej persony, straciłaby na starcie element zaskoczenia. Łagodne oblicze i bardziej niż przyjazne usposobienie sprawiały, że łatwiej było jej zaufać i opuścić gardę. Potem właśnie tak to jest, że się człowiek absolutnie nie spodziewa niczego podejrzanego, toteż można tę przewagę wykorzystać. Cały kłopot w tym, że ta piękna przykrywka działa tylko do pierwszego występku; jedno ujawnienie mniej niewinnego oblicza i cały czar pryska, a wpuszczony w maliny delikwent już zawsze będzie się miał na baczności - oczywiście jeśli tylko ma odrobinę oleju w głowie, a to zakładamy.
Jeśli jednak chodziłoby o rzeczywistą złość w wykonaniu panny Winchester, czegoś takiego jeszcze nikt nigdy nie widział. Pokusić się można o stwierdzenie, że po prostu żaden ze świadków nie przetrwał, by opowiedzieć potomnym; prawda jednak była taka, że Ray nigdy nie miała w zwyczaju wybuchać gniewem, krzyczeć czy uciekać się do przemocy. Bo i w sumie po co? Poświęciła większość życia na zwalczanie skutków impulsywnego zachowania, byłoby więc swego rodzaju hipokryzją, gdyby sama robiła za ryzykantkę. Jak by później spojrzała w oczy tym, którym prawiła kazania pod tytułem "nie wolno dźgać hipogryfa gałęzią" albo "odpuść sobie podryw po pijaku, bo ci nie idzie"?
Przynajmniej udało się zażegnać kryzys w postaci nadciągającego przesłuchania, którego tak naprawdę nie uniknęłoby żadne z nocnych podróżników. Chociaż w tym przypadku obowiązywała zasada panowie przodem, to i Winchester prędzej czy później zostałaby wzięta w obroty przez gadatliwą kobietę. Z taktyką obrony musiała wyskoczyć bardzo spontanicznie, tym bardziej więc była dumna z jej skuteczności. Nawet się nie spodziewała, że kilka dobrze dobranych słów, wypowiedzianych odpowiednim tonem, może zdziałać takie cuda. Trudno uwierzyć, a jednak skrzypnięcie drzwi kuchennych i panująca zaraz po nim cisza była jak najlepszym dowodem sukcesu.
- Wsparcie? - prychnęła. Gdyby nie uśmiech można by podejrzewać, że poczuła się urażona tego typu uwagą. - Powiedzmy po prostu, że skusiłam ją lepszą perspektywą - dodała po chwili, ostrożnie biorąc w dłonie swojego burgera.
- Smacznego - rzuciła jeszcze tylko, zanim nadszedł czas upragnionej kolacji. Dopiero kiedy praktycznie podstawiło się bułę pod twarz i porządnie poczuło zapach zaczynało się dostrzegać, jak bardzo głód doskwierał człowiekowi do tej pory. Na szczęście Raylene dysponowała sporym talentem w dziedzinie utrzymywania higieny, bo bez tego miałaby pewnie kłopoty z utrzymaniem czystości wokół siebie. Kiedy jednak ta pani zabierała się za jedzenie można było mieć pewność, że nie ubrudzi sobie nawet końcówki paznokcia.
_________________



 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 64
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Wto Paź 02, 2018 9:41 pm   
   <Multikonta: DC


Ryker chyba też nie sprawiał wrażenia groźnego faceta, może raczej wydawał się być nieprzystępny z racji swojgo roboczego wyrazu twarzy - resting bitch face. A tak naprawdę był raczej przyjaźnie nastawionym osobnikiem, który w większości wściekał się tylko na Verendala lub zdzielał podręcznikiem w łeb ospałych uczniów. Nie tak mocno, jeszcze żaden taki po zebraniu woluminem od Callaghana nie wylądował u Raylene. Przynajmniej nie kojarzy takiej akcji w przeciągu swojej półrocznej kariery w Hogwarcie. Zazwyczaj swoje nerwy miał na wodzy, nie dawał się ponieść emocjom. Zazwyczaj; w standardowych, codziennych sytuacjach, nie wypadających poza rutynowy model. Co się ostatnio zdenerwował to znów na Verendala i to dlatego, że tamten nie chciał z nim wyjść do Hogsmeade na picie. Ale chyba to się dobrze złożyło, bo nie wiadomo czy gdyby Christopher faktycznie przy nim był to czy nawiązałby kontakt z Raylene. Lub nie wiadomo, czy byłby w stanie z nią nawiązać kontakt, skoro flaszkę obrobiliby już na drodze do Hogsmeade, a potem obstawialiby, który jest bardziej trzeźwy, żeby iść kupić alkohol. Zwykle żaden z nich nie był już na tyle trzeźwy, by wyłapać, że sprzedawcy sprzedają im ten alkohol po nieco zawyżonych cenach, ale to nieistotne. Ważne, że było zaopatrzenie na resztę eskapady.
Uniósł lekko brew, przez chwilę lustrując ją spojrzeniem, kiedy udzieliła mu tej jakże tajemniczej odpowiedzi. Nie zamierzał jak na razie dopytywać, bo chyba stąd się wzięła jej wymijająca odpowiedź, żeby czegoś nie wiedział. Ale kiedyś (i pewnie nie w tak odległej przyszłości, tylko tej bliższej) na pewno weźmie ją z zaskoczenia (jakkolwiek by to nie brzmiało) i wypyta. Albo jak będzie ciekaw i na tyle odważny to sam przejdzie się kiedyś do pani Grant i to ją podpyta. Gorzej, gdyby tym samym wydał na siebie wyrok i wepchnął się w przesłuchanie. Przecież tego miał uniknąć! Nie to, żeby był jakimś przestępcą, gwałcicielem czy mordercą, żeby miał coś do ukrycia.
- Więc - zaczął, choć od "więc" nie powinien. - Raylene - A niby do kogo innego mógł się teraz zwrócić? - Wolisz prawdę czy wyzwanie? - Zapytał, zerkając na nią, jeszcze zanim zaczął się pastwić nad swoją bułką z krówskiem w środku. Czy nie mówił, że ją weźmie na przesłuchanie? No, chyba że wolała się bronić zadaniami, choć wtedy nie wiadomo jak długo ten opór by potrwał. Nie to, żeby Callaghan miał jakieś chore psychicznie lub mocno perwersyjne pomysły na wyzwania. To znaczy - miał, ale niekoniecznie musiał je wykorzystywać przeciwko kobiecie, z którą nawiązał jakąkolwiek relację jeszcze tego dnia. Nie chciałby chyba usłyszeć na korytarzu jak Raylene mówi "O, to ten zbok" lub "O, to ten psychopata".
Zresztą, nie było powiedziane czy wciągnie ją w tę niewinną gierkę. Bo to naprawdę miałaby być wersja soft. Wersja hard to tylko z Verendalem, tylko sam na sam i tylko przy zamkniętych drzwiach.
Jego pojedynek z burgerem zaczął się i jak na razie nic nie zwiastowało nieszczęścia, ani tego, że przechowa część burgera na później we własnym zaroście. Gdyby nie był obrażony śmiertelnie na Verendala to może jeszcze by to rozważył, żeby go dokarmić tymi resztkami.
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 82
Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Paź 04, 2018 2:32 am   
   <Multikonta: MD | FL


Jedzenie w Stacy's, jeśli wziąć pod uwagę standardy londyńskie, było naprawdę nie byle jakie. Nie miała porównania względem innych miejscowości, bo nie miała okazji zwiedzić w życiu zbyt wiele (a kuchnia hogwarcka się nie liczy), ale nie uważała, żeby było czego żałować. Chyba powinna spontaniczną nocną wycieczkę uznać za uśmiech losu, bo w innym przypadku raczej nie przyszłoby jej do głowy, żeby wpaść do rodziców koleżanki na świetnego burgera. On właśnie, choć niejeden by się tego nie spodziewał, zjadał się lepiej niż czekolada w smutne dni. Biorąc pod uwagę prawie codzienne wizyty w fast-foodzie podczas studiów, tylko dobry metabolizm ratował Raylene od przybrania kształtu idealnego - kuli. Chociaż oczywiście, technicznie rzecz biorąc, w klasycznej bułce z krową zawsze występowały jeszcze jakieś warzywa. A warzywa są zdrowe, nie tuczą, wzmacniają i czynią różne cuda! Żeby jeszcze tylko zamieniały wodę w wino, to byłby pełen serwis.
-Więc...
Oderwała wzrok od swojej bułki, zmuszona do tego kontynuacją rozmowy. Nie żeby miała coś przeciwko, ale ewentualna odpowiedź będzie wymagała wyczucia dobrego momentu między gryzieniem, żuciem, przełykaniem i pilnowaniem, żeby nic w konstrukcji burgera się nie przesunęło. Kulturalne jedzenie wymaga mnóstwa koncentracji, a Ray w tej sprawie nigdy nie szła na łatwiznę.
- Prawdę - odpowiedziała praktycznie natychmiast, nie przejawiając żadnego zaskoczenia podjęciem tego rodzaju tematyki. Ktoś powiedział jej kiedyś, że najprostsze metody są najlepsze, a nieco głupawe gry towarzyskie, popularne głównie wśród nastolatków, miały być dobrą metodą na nawiązywanie kontaktów. Mogła w to wierzyć lub nie, ale w zasadzie, czym szkodziło spróbować?
- Z wyzwaniem mogłoby być ciężko, przynajmniej póki jestem uziemiona z tym. - Kiwnęła wymownie swoim burgerem, dając chyba dość wyraźnie do zrozumienia, że posiłek jest w tej chwili priorytetowy. Na Merlina, była głodna! Ale co się odwlecze, to nie uciecze; tajemniczymi zadaniami będzie można się zająć później, a chwilowo chyba przyszedł czas na przesłuchanie. Ironiczne, bo Winchester dopiero co uratowała swojego towarzysza od losu jeńca wojennego w sali tortur, a odpłacał jej się posadzeniem na skazańczy stołek. No ładnie! Na pewno jeszcze wymyśli jakiś sposób, żeby odbić piłeczkę, ale nie w tej chwili. Zwyciężyła ciekawość: czym chciał "zaatakować" najpierw? W zależności od inwencji Callaghana niewinna rozmowa mogła się rozwinąć w całkiem ciekawe kierunki. Żeby miała pójść w złą stronę - w to Raylene raczej nie wierzyła.
_________________



 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 64
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Paź 05, 2018 11:34 pm   
   <Multikonta: DC


Callagnan, z tego co już wyżuł, mógł stwierdzić, że to całkiem konkretny burger, który mógłby się mierzyć z amerykańskimi. Znaleźć miejsce, gdzie serwują dobrze przyrządzoną krowę w bułce wcale nie było tak łatwo. Nie to, żeby był jakimś smakoszem i znawcą, ale w swoim życiu kilka burgerów już opitolił i miał swoje typy w smaku. To, co zaserwowała im Pani Grant zasługiwało na takie mocne 7,5/10. Dziesiątki nie da, wiadomo - wyżej też nie - ta skala przeznaczona była dla amerykańskich barów i przede wszystkim dla jego drugiego (tak naprawdę jedynego) ojca - Charlesa. Charles jak już zaciuka tego łosia, renifera, karibu czy jelenia kanadyjskiego, Callaghan wolał nie pytać z czego to mięso, to potem zaserwuje najlepszego burgera pod słońcem. Ryker nie był pewien czy to właśnie pan Verendal biegał po lesie z dzidą i zabijał zwierzęta a potem oprawiał czy po prostu miał gdzieś wtyki, a on sam tylko wrzucał mięso na ruszt i spijał śmietankę. Tak czy inaczej - niedziele u Verendali to były jego ulubione niedziele. Laurence serwowała sernik, Charles steka/burgera a potem pewnie narzekali, że Rykera nie da się pozbyć z ich domu.
Tak czy inaczej ocena 7.5 to była bardzo dobra ocena.
Chciała Prawdę. I tutaj trzeba było się zastanowić o co zapytać, by zaspokoiło część jego ciekawości, ale jednocześnie żeby nie dostał burgerem w pysk i żeby gra się nie skończyła, zanim jeszcze się zaczęła. Callaghan słysząc jej wybór zmarszczył czoło, sprawiając wrażenie jakby się zastanawiał teraz głęboko nad tym, o co zapytać. Bo tak było. Tak, on myślał. Potrafił i właśnie robił to w tej chwili. Nie zapyta jej przecież o kolor bielizny bo to strata pytania i nie, wcale go to nie interesowało teraz. Może trochę, nie wiedzieć czemu, samcze spaczenie. Było wiele rzeczy, o które chciał zapytać, ale o część z nich nie powinien.
Przełknął swój kęs, jeszcze przez parę krótkich chwil się zastanawiał, mając wzrok wlepiony gdzieś w martwy punkt, aż w końcu wycelował spojrzeniem w Raylene.
- Jedna rzecz o tobie, której z reguły nie mówisz innym, a już na pewno nie obcym Amerykanom. - Zagadnął, nie odrywając od niej spojrzenia, zmrużył przy tym lekko oczy, jak gdyby miało jej to dać do zrozumienia, że będzie wiedział, kiedy go oszuka, a wykręcanie się nie wchodziło w grę.
Nie wydawało mu się, żeby pojechał po bandzie, to było raczej typowe pytanie (a może nie) pod tę grę. Zresztą nie czytał w myślach, więc gdyby coś zmyśliła to najpewniej by nie wiedział, chyba że zaczęłaby się dziwnie zachowywać i wykręcać to wtedy zrobiłoby się to podejrzane i musiałby jej zaserwować
- Och i od razu przygotuj pytanie dla mnie. - Dodał po chwili, zanim w ogóle zdołała się zabrać do odpowiedzi.
Callaghan udziabał kolejny kęs Grantowego burgera. Bardzo dobrego burgera. Burgera, który współpracował z jego twarzą i spodniami, jeszcze nie było wojny. Jeszcze.
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 82
Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Paź 06, 2018 2:22 am   
   <Multikonta: MD | FL


Normalna dziewczyna raczej nie przykładałaby szczególnej uwagi do spontanicznej gry. Może przemyślałaby podane pytanie i wymyśliła jakąś historyjkę na poczekaniu, bo - bądźmy szczerzy - silenie się na zwierzenia podczas pierwszego spotkania nie było czymś standardowym. Ba, niejedna to by się w ogóle oburzyła już na wstępie, słysząc znamienne "prawda czy wyzwanie?" W końcu w tej dziedzinie można było wykazać się nie lada kreatywnością, a honor nie pozwalał wycofać się z raz podjętego zadania. Nikt chyba nie chciałby zostać sprowokowany do wyjścia na najbliższy most i krzyczenia wniebogłosy jakichś pierdół, a i takie pomysły się zdarzały.
Na szczęście Raylene nie była do końca normalna, o czym świadczyło już choćby organizowanie nocnego zwiedzania na drugim końcu kraju czy też wkręcanie towarzysza podróży w płacenie za posiłek, za który wcale by płacić nie musiał... choć cóż, w tym przypadku to była jego własna inicjatywa! Tak czy owak, trochę odbiegała w tym przypadku od stereotypu - może jej to wyjdzie na dobre, może nie. Nie dowie się, póki nie spróbuje. Na razie w bilansie było więcej plusów niż minusów, jako że zapowiadający się tragicznie wieczór został ocalony kilkoma łykami Ognistej, orzeźwiającym spacerem i sporym kawałkiem wołowiny. W bułce. Nie zapominajmy o bułce.
Prawdę mówiąc, swoje zadanie potraktowała całkiem serio i zamyśliła się na chwilę, chcąc przywołać z pamięci właściwą odpowiedź. Pytanie zostało postawione dość oryginalnie, ale to w sumie dobrze - dawało jej większe pole manewru, bo mogła pójść tak w kierunku brutalnego przypału jak i też wystosować coś bardziej neutralnego.
- Kiedy miałam pięć lat, - zaczęła, pozbierawszy wreszcie myśli, - byłam na zabój zakochana w moim sąsiedzie, on był chyba wtedy tuż po trzydziestce. Zdecydowałam, że za niego wyjdę i oświadczyłam się swoją spinką-kokardką. - Uśmiechnęła się, trochę zmieszana a trochę rozbawiona. Dziecięce fantazje bywały naprawdę pokręcone i Ray nie była w tym wypadku żadnym wyjątkiem. Rodzice nadal wyciągali tę historię jako śmieszną rodzinną anegdotkę, a rzeczony sąsiad po dziś dzień miał wyjątkowo rozbawiona minę za każdym razem, kiedy gdzieś się mijali. O całej tej sprawie można by jeszcze wiele opowiedzieć, tylko to wymagałoby większej ilości pytań. W końcu dlaczego miałaby sprzedać wszystkie swoje informacje na samym wstępie? W ten sposób się nie wygrywa.
- A dla ciebie mam, hmm... - Dała sobie moment przerwy na zastanowienie, a także na kolejny kęs burgera, którego zresztą ubywało w zawrotnym tempie. Z głodną kobietą nie ma żartów! - Wiem. W którym momencie swojego życia, według ciebie, zrobiłeś z siebie największego idiotę przy ludziach?
_________________



 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 64
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Paź 07, 2018 12:15 pm   
   <Multikonta: DC


Zwykle taką grę wyciągano na jakiejś imprezie, kiedy weszło już kilka procentów i kiedy było więcej osób, wtedy i tak prawdopodobieństwo potrzeby decydowania "Prawda czy wyzwanie" było małe, przez wzgląd na zwiększoną ilość graczy. Tutaj bawiły się dwie osoby, więc nie można było liczyć na nic innego, niż na ciągłą wymianę tym pytaniem, a biorąc pod uwagę, że byli uziemieni burgerem, to nawet nie trzeba było pytać, co wybierają. Zamiast Pytanie czy wyzwanie? mieli Pytanie?. Poza tym taka gra, jeśli rozegrana szczerze, była dobrym sposobem na handlowanie informacjami o sobie nawzajem. Ty pytasz o jedno, ale licz się z tym, że druga osoba też o coś zapyta.
Callaghan był raczej otwarty, a w tę grę nie grał dość długo, bo i z kim? O Verendalu wiedział praktycznie wszystko, włącznie z tym, że miał dziecko. Zbyt wielu graczy nie było - McGonagall raczej by nie chciała grać, ten od ONMS wolał pewnie robić pompki niż grać, ta od transmutacji była podobno przerażająca, ten od OPCM to już w ogóle jakiś dziwny, ten od zaklęć należał chyba do tego samego klubu co wcześniej wymieniony, tej od eliksirów nie znał jeszcze - ogólnie, ciężko było wybrać spośród kadry kogoś, z kim będzie można było porobić takie głupoty jak gra w Pytanie czy Wyzwanie. I nie to, żeby przez cały czas szukał w Hogwarcie kogoś do tej zabawy.
W przypadku Raylene przyszło to samo z siebie. Może pomogło też jego zainteresowanie postacią pielęgniarki, ale wciąż - przejście do tej gry było dość płynne. Nie musiał się zmuszać, żeby to zaproponować.
Wysłuchał jej odpowiedzi unosząc brew. Pięciolatka rwąca sąsiada, który wtedy był w jego wieku. Ciekawe jak on by się poczuł na miejscu takiego sąsiada, gdyby jakiś berbeć mu zaproponował małżeństwo. Co najmniej dziwnie w pierwszej chwili, pewnie zacząłby się rozglądać za ewentualną Wyspecjalizowaną Policją, która mogłaby zaaranżować taką podpuchę w celu sprawdzenia, czy Callaghan nie interesuje się dziećmi. No nie interesował się. I nawet gdyby to była mała, urocza Raylene to z bólem serca musiałby dać jej kosza. Lub co najmniej zaproponować, żeby się trochę wstrzymali z tą decyzją, aż ona trochę podrośnie.
- Więc mówisz, że jesteś zaręczona i podobają ci się faceci po trzydziestce? - Pytanie retoryczne, poza grą zresztą (w końcu nie była to jego kolej).
Otrzymawszy swoje pytanie musiał się nieco zastanowić. Verenadl słysząc coś takiego pewnie zaraz powiedziałby, że Callaghan to idiotę z siebie robi przy każdej, możliwej okazji i ciężko byłoby wybrać. A Callaghan pewnie by nie zaprzeczył. Chociaż robienie z siebie idioty to dość mocno powiedziane. Konkretnego idiotę zrobił z siebie raz i to całkowicie nieświadomie, klękając na jedno kolano przed dziw... dziwną kobietą, która okazała się nie być najlepszym materiałem do ślubowania sobie wierności, przede wszystkim.
A największego idiotę zrobił z siebie przed panią Verendal. Bo to ona próbowała go powstrzymać, nawet nie jego matka. To ona zawsze nadawała na szelmę i mówiła, że jeszcze się Callaghan przejedzie na tej relacji z tamtą babką. I się przejechał, mimo to, że wdawał się w kłótnie z Laurence i bronił tej swojej wybranki.
Odchrząknął.
- Jak już rozgrzebaliśmy temat oświadczania się - zaczął, zerkając na nią - to za taki moment należałoby wskazać ten, w którym oświadczyłem się pewnej kobiecie, mimo iż znaczna ilość osób próbowała mi to wyperswadować. Później jak zwykle okazało się, że to oni mieli rację a ja wyszedłem na tym przedsięwzięciu na pajaca przed wszystkimi, którzy o tym wiedzieli. - Mruknął, przenosząc wzrok na swoją krowę w bułce.
Mówienie o tym, choć cała akcja była nieco ponad pół roku temu, przychodziło mu z łatwością. Pewnie dlatego, że uświadomił sobie, że faktycznie zrobił z siebie pajaca, ale przecież to się zdarza. No i nie pierwszy i nie ostatni raz. Tylko teraz pewnie jak spotka Laurence to ona mu żyć nie da, mimo że to rozdział dawno już zamknięty.
- Czego nie znosisz w ludziach, Raylene. A za co ich cenisz? - Zapytał, teraz zyskując czas na pożarcie swojego burgera. Przynajmniej w jakiejś części. Jak raz nie jadł jak świnia. Tę potyczkę zamierzał wygrać.
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 82
Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pon Paź 08, 2018 12:53 am   
   <Multikonta: MD | FL


Właściwie to część z wlewaniem w siebie procentów już zaliczyli, po prostu w bardziej ograniczonym wymiarze niż by to było na przeciętnej imprezie. Bo też i imprezą tego nazwać nie można, skoro obejmowała tylko dwie osoby, w dodatku zebrane kompletnie przypadkowo. Na tego typu spotkanie towarzyskie chyba nie było żadnej konkretnej nazwy, ale to dobrze - po tysiącach lekcji o tym, jak się zachowywać na bankietach, balach, konferencjach czy innych wydarzeniach tego by tylko jeszcze brakowało, żeby i teraz musiała się stosować do jakichś bzdurnych instrukcji. Dobre wychowanie swoją drogą, ale ileż można dawać się wciskać w ramy oficjalnych frazesów, ukłonów i całej listy kolejkowej przedstawiania sobie różnych osób. Raylene przeżywała takie tortury swego czasu i obecnie doceniała każdy moment, w którym nie była zmuszona do podobnych wygłupów.
I proszę, gdyby babcia Winchester miała szansę zobaczyć swoją wnuczkę właśnie w tym momencie, jako żywo zeszłaby na zawał czy inną zapaść. Inna sprawa, że Ray ratowałaby starowinkę z bardziej niechęcią niż zapałem, ale o tym lepiej nie rozprawiać. Starczy, że staroświecka kobieta nie zniosłaby myśli o jedynym dziecku swojego syna na nocnej wyprawie z poznanym w barze, prawie obcym mężczyzną, tak na domiar "złego" teraz bawili się w wyciąganie z siebie nawzajem prywatnych informacji. Oj tak, babcie Winchester zwinęłaby się ze złości, co tym bardziej wprawiało Ray w dobry nastrój. To, ale przede wszystkim fakt że naprawdę bawiła się doskonale. Nie spodziewała się nigdy, że tego typu spontaniczny wypad tak bardzo przypadnie jej do gustu, a tu proszę. Nawet nie chciało jej się wracać do własnego pokoju, własnego łóżka i świętego spokoju, co w normalnych warunkach byłoby jej jedynym marzeniem już od dobrej godziny.
- Śmiały wniosek, jednak błędny - zmuszona była skorygować. - Sąsiad nie przyjął moich oświadczyn, za to rok później zaprosił nas na swoje wesele. Swoją drogą, jego żona zdradziła mi swój przepis na sernik, cudo. - Przynajmniej tyle dobrego wyniosła ze swojego dziecięcego zadurzenia, choć oczywiście sąsiedzi byli przemiłymi ludźmi i warto było zajrzeć do nich od czasu do czasu. Obecnie mieli już własne dzieci, niewiele młodsze od Raylene, z którymi jeszcze w czasach szkolnych zdarzało jej się bawić w jednym czy drugim ogródku. Epizod z oświadczynami, cóż, wypływał co jakiś czas w żartach i był tylko odrobinę żenujący, zaś w rzeczywistości wywoływał bardziej nostalgię.
- Chyba w takim razie oboje mamy pecha do oświadczyn, hm? - Przyjęła wyznanie z pewnym rozbawieniem, choć rzecz jasna współczuła tak przykrego obrotu spraw. Bez względu na wymiar, źle ulokowane uczucia zawsze powodowały mniejsze lub większe rany i aż żal było patrzeć, jak ktoś zostaje pokrzywdzony. - Zdążyłeś uciec, męczysz się nadal czy musiałeś upozorować jej samobójstwo? - rzuciła luźno, nawet jeśli z ewentualnego mordu nie powinno się ot, tak żartować. Niestety, historia pokazywała jak wiele niedobranych małżeństw kończyło się konfliktem nie do pokonanie i ostatecznie zbrodnią, lepiej lub gorzej zatuszowaną. Nie żeby namawiała w tym momencie do głębokich zwierzeń, tutaj zadziałała czysta ciekawość. Stąd też gdyby Callaghan nie zdecydował się odpowiadać, nawet nie mrugnęłaby okiem - już czekało na nią kolejne pytanie, teraz już w ramach gry, któremu zamierzała sprostać.
- Powiem ci, że tak do końca to nie wiem - stwierdziła po krótkim zastanowieniu. - Jest dużo denerwujących cech i dużo takich, które lubię. I czasem zdarza się tak, że coś nie przeszkadza mi u jednej osoby, ale u innej wydaje się nie do zniesienia. - Właściwie no, kto tak nie ma? - Na pewno nie znoszę, kiedy ktoś ślepo upiera się przy własnym zdaniu i nic, absolutnie nic do takiego człowieka nie dociera. Miewałam takich pacjentów, którym wykładałam jak krowie na rowie: to rób, tego nie rób, tak musisz żeby zachować zdrowie. A ci nie, oczywiście wiedzą lepiej i za tydzień-dwa wracają z płaczem, albo co gorsza, z wyrzutami. Tak jakbym nie powtórzyła pięć razy i nie prosiła kolejne dziesięć.
Samo wspomnienie takich przypadków podnosiło ciśnienie, aż potrzebowała głębokiego oddechu i porządnego gryza swojego burgera. Zajęcie się jedzeniem było dobrą metodą na kupienie sobie nowej porcji czasu, podczas której mogłaby przemyśleć kolejną część pytania. Nim była gotowa do odpowiedzi, jej kolacja zdążyła zniknąć w całości.
- Na pewno cenię ludzi odpowiedzialnych, co się chyba zresztą łączy z tym, co już powiedziałam. Wiesz, o co mi chodzi - ucięła, przekonana że dalsze elaboraty nie są tu już potrzebne. Przez cały wieczór gadała jak najęta, a to normalnie nie było w jej zwyczaju. Jeszcze chwila, a będzie zmuszona postawić sobie diagnozę i przepisać kurację na zdarte od mówienia gardło.
_________________



 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 64
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Paź 11, 2018 12:33 am   
   <Multikonta: DC


- Sernik mówisz? - Spojrzał na nią, a kącik jego ust drgnął minimalnie. Sernik. Słowo klucz, zapalnik, trigger word. Callaghan uwielbiał sernik, a do tej pory tytuł twórcy jego ulubionej blachy z sernikiem utrzymywała Laurence Verendal. Ciężko było ją pokonać, a może to stąd, że Callaghan żarł sernik albo u matki albo u drugiej matki, teraz jeszcze ewentualnie w Hogwarcie, ale w rankingu nic się nie zmieniło. Ten od Raylene też by pewnie znalazł się w jego rankingu i kto wie, może to będzie czas na zmianę posiadacza tytułu mistrza blachy. Poza tym, sama określiła, że to "cudo". On by się chętnie przekonał, czy to faktycznie było cudo. Nie, żeby podważał słowa Raylene, czy coś.
Wzruszył barkami, z lekkim uśmiechem słysząc jej podsumowanie. Tak, coś kiepsko wybierali sobie osoby, którym się oświadczali. Ale nie zawsze wszystkim wychodziło. Ważne, żeby się nie zamykać w sobie po nieudanych podbojach i po tym, jak się narzeczona okazuje puszczalską pipą. Callaghan początkowo był przybity, kto by nie był po złamaniu serca, ale skończył to przeżywać, leżeć na podłodze w milczeniu i gapić się w sufit. Nie miał też szesnastu lat by przeżywać przez następne dwa lata swój zawód miłosny. To było bolesne, ale w życiu nie zawsze jest różowo. Przynajmniej nie był upośledzony uczuciowo. Jak Verendal.
- Po tym jak przyjaciel powiedział mi, jaka naprawdę była, zawinął mnie do Hogwartu. Tak, to ten sam, który regularnie sprowadza ci uszkodzonych uczniów do skrzydła szpitalnego. - Powiedział, po czy odchrząknął, pokonawszy bezproblemowo swojego przeciwnika, zwanego wcześniej burgerem. Niesamowite.
Słuchał jej w zamyśleniu, nie ślęcząc cały czas prosto na nią, a uciekając od czasu do czasu wzrokiem w kierunku budy, jak gdyby oczekując, że zaraz stamtąd wypadnie pani Grant z obstawą, przyszpilą go do ziemi i zaczną zadawać pytania, a jak będzie się stawiał to mu wleją veritaserum do pyska. Ostatecznie jednak, kiedy Raylene skończyła mówić, jego spojrzenie spoczęło na niej.
- Powiedziałaś raz, żebym nie turlał się po schodach. Wystarczy. - Powiedział, prostując się na swoim krzesełku. On jest taki grzeczny (ta, jasne; jak Verendala nie ma obok to mu tak na dekiel nie wali).
Potem zaraz przeprosił Raylene i poszedł się rozliczyć z panią Grant, żeby nie było, ze zje i ucieknie. O godzinę zapytał. A potem uciekł szybko od niej, żeby uniknąć ewentualnych pytań. Bo to było niebezpieczne, wypuszczać się tak bez Raylene w kierunku pani Grant. W końcu to Raylene go przed nią obroniła. Chyba. Albo po prostu pogorszyła jego sytuację. W czasie.
- Nie chcę tego mówić, Raylene, strasznie przyjemnie spędzam czas na naszym zwiedzaniu, ale jest późno i mam wrażenie, że jeszcze trochę i rano zarówno ty i ja będziemy nie do życia na naszych stanowiskach. - Mruknął, przysiadając z powrotem na krzesełku, bo przecież nie będzie nad nią stał.
Mógłby spędzić tak czas do rana, nic by się nie stało gdyby przez zmęczenie pieprznął jakąś głupotę na zajęciach, ale gorzej gdyby to Raylene przez niewyspanie zrobiła coś nie tak, jak trzeba. Historyczna głupota nikogo nie zabije a pomerdanie leków już chyba mogło zrobić krzywdę.
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     

Raylene Winchester
Pielęgniarka
Dołączył: 24 Lip 2018
Posty: 82
Wiek: 26
Krew: czysta
Pupil: pójdźka Atena
Różdżka: łuska węża morskiego, 12 cali, wierzba, odpowiednio giętka;
Ekwipunek: różdżka, książka
Sakiewka: 18g
Genetyka: pół-wila
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 32
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 28
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Paź 11, 2018 1:28 am   
   <Multikonta: MD | FL


- Ano sernik. W jej wykonaniu jest naprawdę niesamowity, ja nad swoim nadal pracuję. Ale chyba idzie mi nieźle, jak na razie nikt nie narzekał, że trujące - stwierdziła, przywołując w pamięci swoje pierwsze próby pieczenia. Z przepisem wychodziło nawet znośnie, wszyscy testerzy pozostali żywi, nikt nie spędził całego weekendu z biegunką. W swoich cukierniczych umiejętnościach miała jeszcze wiele do dopracowania (czymże jest jeden, marny sernik wobec ogromu możliwości?), tylko w reguły czas nie pozwalał na dogłębne zajęcie się tematem. Jak na razie musiała się zadowolić jednym popisowym ciastem, a może w wakacje zapukać do miłej sąsiadki i poprosić o jakiś przyspieszony kurs karmienia rodziny dobrymi rzeczami. W końcu to jedna z tych umiejętności, które po prostu warto mieć.
- W takim wypadku muszę powiedzieć, że masz naprawdę dobrego przyjaciela. - I to nawet pomimo tego, że nieświadomie dokładał pracy w Skrzydle Szpitalnym. To swoją drogą, ale skoro na innych polach sprawował się lepiej niż w zapewnianiu bezpieczeństwa, nie sposób tego nie docenić. Pewne rzeczy byłyby lepsze dla Raylene, ale na innych korzystał Ryker i w ten sposób każdemu obrywało się zgodnie z zasługami. Ale tak, może dzięki temu, że nauczyciel miotlarstwa zaczynał brzmieć jak całkiem dorzeczny człowiek, nie będzie musiała posyłać mu niczyich odciętych palców w ramach groźby. Nie żeby zamierzała. Odcinanie komukolwiek czegokolwiek byłoby w pewnym sensie zaprzeczeniem całej idei owej groźby, skoro chodziło o redukcję ilości pacjentów pod opieką szkolnej pielęgniarki. Chyba pozostawało jej już tylko pogodzić się ze stanem rzeczy i docenić, że ma coś do roboty - w przeciwnym wypadku nie miałaby przecież pracy.
- Pewnie dostaniesz ode mnie jeszcze niejedną radę, więc lepiej wszystkie zapamiętaj dobrze. Albo sobie notuj. - Mrugnęła łobuzersko, bo choć w jej wypowiedzi czaił się żartobliwy wydźwięk, nikt nie śmiałby wątpić, że pewnych uchybień po prostu nie wybaczała. Ignorowanie zaleceń lub zapominanie o nich zdecydowanie mieściło się w tej kategorii.
Kiedy jej rozmówca na chwilę urwał się z miejsca zbrodni, odruchowo poukładała talerzyki jeden na drugim. Porządek przede wszystkim! Pojawił się taki moment, że myśli uciekły w nieokreśloną dal i mogłoby minąć nawet ze dwadzieścia minut, a Winchester prawdopodobnie niczego by nie zauważyła.
- Czekaj, to którą mamy godzinę? - Czyżby aż tak straciła poczucie czasu? Fakt, już kiedy wybierali się w podróż było całkiem późno, ale jak długo mogli zabawić na spacerze? Nawet jeśli zareagowała trochę na wyrost, powrót do zamku brzmiał jak najlepszy możliwy pomysł.
- Zapamiętaj dobrze ten dzień, bo właśnie przyznaję ci absolutną rację. Będzie trzeba wracać - zadecydowała, podnosząc się ze swojego krzesła. Nie zamierzała zachowywać się tak, jakby goniło ich dzikie zwierzę, ale i ociąganie się nie brzmiało jak sensowna opcja. Po co przedłużać bez celu? Jak im się jeszcze uwidzi rozmawiać, to na Merlina, mieszkali pewnie jakieś dwa piętra od siebie. Jeśli to nie stanowiło dobrego materiału na ponowne spotkanie, to już chyba dla nikogo nie byłoby nadziei.
- Niby zdarzało mi się już pracować po nieprzespanej nocy i nikt nie ucierpiał, - nadmieniła, w przygotowaniu do drogi prostując ubrania, - ale kto wie, co tym dzieciakom może przyjść do głowy po nocach. Może właśnie któreś wychyla się z okna na wysokim piętrze. Albo biega po schodach. Albo najada się jakimiś podejrzanymi słodyczami...
Mogłaby tak długo, ale konkluzja pozostawała niezmienna: z każdą sekundą nieobecności Raylene w Hogwarcie, coś okropnego mogło się stać uczniom (najprawdopodobniej z ich własnej winy), stąd powinna jak najszybciej wrócić na posterunek.

[zaiste, zt]
_________________



Ostatnio zmieniony przez Raylene Winchester Nie Paź 14, 2018 7:34 pm, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     

Ryker Callaghan
Prof. Historii Magii
Dołączył: 23 Lip 2018
Posty: 64
Wiek: 30 lat
Krew: Czysta
Pupil: Płomykówka; Rudy lis
Różdżka: Sierść wilkołaka, 11 cali, wierzba, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 25
Z. zwykłe: 35
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 35
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Paź 12, 2018 9:14 pm   
   <Multikonta: DC


- Wiesz, może powinienem cię poinformować, że jestem światowej sławy znawcą serników, więc jeśli masz odwagę wystawić swój na próbę, to się poświęcę. - Odpowiedział poważnym tonem, jak gdyby ta historyjka miała być prawdziwa, tylko zdradził go ten wyraz rozbawienia ukryty gdzieś w jego ślepiach. Może nie był światowej sławy znawcą, ale tu i tam serników próbował. Znał kanadyjskie, znał nowojorskie, znał też te z Hogwartu, jakiś z pokątnej, jakiś z Hogsmeade. No trochę się tego w życiu napróbował. I nawet nie wiedział czemu pała aż taką sympatią do tego typu ciast. Ale lubił je, bardzo. Tak, był z niego łasuch.
Skinął głową na jej stwierdzenie o tym, że ma naprawdę dobrego przyjaciela. Bo miał. Prawdopodobnie gdyby nie Verendal, to Ryker dalej siedziałby w Ameryce i podłamywał ilekroć by się zreperował przez to, że pewna rozwiązła panna przewijałaby mu się przed nosem. A tak to Verendal wywiózł go na obce terytorium, z dala od wszystkiego, co Ryker znał i to mu pozwoliło zregenerować się o wiele szybciej niż stałoby się to na tym innym kontynencie. Zresztą te wszystkie przepite wspólne noce, spędzone nad bezdenną piersiówką, pomogły mu w procesie leczenia. Dobry przyjaciel, bardzo dobry. Tylko mógłby więcej dzieci kaleczyć podczas swojego nauczania. Nie, żeby Rykera to wcześniej jakkolwiek obchodziło, ale teraz się jeszcze okaże, że Raylene nie będzie miała wolnej chwili bo co chwila będzie składała jakiegoś połamańca z treningów.
- Jest po trzeciej. - Oświadczył, spoglądając bezwiednie w stronę budy. Jak to się stało, że było już po trzeciej tego sam nie wiedział. Przecież z zamku nie wyszedł tak późno, w kanjpie nie spędzili aż tyle czasu (chyba) i zaraz tak długo wcale nie maszerowali. Więc jak? Czas to jednak miara nie do ogarnięcia, kiedy upływa swobodnie. Raz jedna minuta ciągnie się godzinami, a drugi raz odwrotnie - to godzina mija jak minuta. Tak czy siak, jeszcze czekał ich powrót piechotą z Hogsmeade, więc trzeba było doliczyć trochę czasu do planowanego powrotu.
- Zapamiętam go dobrze. - Uśmiechnął się lekko kątem ust, mając wzrok utkwiony w jej oczach. Po chwili jednak odwrócił swoje spojrzenie, zawieszając je gdzieś w innym punkcie. Jasne, że zapamięta i to niekoniecznie przez wzgląd na to, że Raylene przyznała mu rację.
Ona zaczęła po nich zbierać, ale to on skończył sprzątanie. Zaraz potem zasalutował do pani Grant, wołając do niej, że dziękuje i życzy miłej nocy, a raczej miłego poranku. No bo godzina taka ni w tę ni w tamtą. Choć gdyby ktoś go obudził po trzeciej to darłby się, że jest środek nocy. A teraz?
Zerknął na Raylene, kiedy się odezwała i kiedy dreptali już ścieżką pewnie do jakiegoś zaułka, żeby się teleportować.
- Albo trenuje Quidditcha z Verendalem po nocach - dorzucił, kiedy tak wyrzucała możliwości. No co? Nigdy nie wiadomo kiedy jakaś uczennica, która będzie chciała dociągnąć swoje zdolności miotlarstwa, spadnie z dwudziestu pięciu metrów w krzaki (pokrzywy). A znając Verendala to mogło się zdarzyć w środku nocy. Tak oddany swojej pracy, że z tą swoją miotłą spał. Szkoda, że nikt Callaghanowi nie powiedział, że Verendal zamienił już swoją starą miotłę na Becię.
Podróż najpewniej upłynęła im na rozmowie, aż do samego Hogwartu, z przystankiem na teleportację. Callaghan usłużnie odprowadził Raylene pod sam jej pokój, czy raczej odprowadził ją na jej wartę. A potem pożegnawszy się, pożyczywszy miłego i udanego dnia, odprawił się do siebie by wpaść na Verendala.
[zt ewentualnie zt 2 jak Ray nie chce pisać]
_________________

The damage is done, so I guess I be leaving

You don't have to say, what you did
I already know, I found out from him
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strona wygenerowana w 1 sekundy. Zapytań do SQL: 11