Rewolucja zaklęć! Koniecznie przeczytaj!
► Poszukujemy nauczyciela Starożytnych Run!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Trwa lekcja Transmutacji!
► Trwają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
► Ukazał się nowy Prorok Codzienny!
► Pamiętamy! II rocznica Bitwy o Hogwart!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Raylene Winchester
Czw Gru 06, 2018 12:40 am
Ziołowy Kociołek
Autor Wiadomość
Evelyn MacGregor
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Nie Wrz 30, 2018 4:05 pm   

- Może nie potrafi - powiedziała, nalewając soku jabłkowego do dwóch szklanek i odstawiając czajnik dalej od najcieplejszego miejsca na piecu. Nakryła stół, postawiła szklanki i miseczkę ze startym serem oraz drugą z posiekanymi ziołami. - Co by nie było dziwne, zważywszy na to kto jest jej bratem.

Mogło to być dziwne, że nawet to wiedziała, ale pomimo tego, że nie była pracownikiem Ministerstwa Magii, to nadal była aurorem i lubiła wiedzieć, co w trawie piszczy jeśli chodzi o popleczników Tego-Świra-Co-Sobie-Odciął-Nochal, jak Greg nazywał Voldermota i to była najlżejsza z obelg jakie dla niego miał. W końcu ostrożności nigdy za wiele, a poza tym sklepikarskie życie bywało pozbawione nagłych wzrostów adrenaliny.

Jest wolny w tym wieku? Nieee... nie wygląda na geja, pomyślała, mieszając zawartość garnka i przelewając makaron w drugim gorącą wodą z czajnika.

- Jeśli chociaż w części są tacy jak uczniowie za moich szkolnych czasów, to z pewnością ma pan tam sporo pracy - powiedziała, zerkając na niego przez ramię i puszczając do niego oko. Gdyby ją uczył, to pewnie by lądowała co tydzień u niego na szlabanie. Nie żeby takowego na uniwerku tez nie zarobiła. Stare dobre czasy.

Wzięła jego pusty talerz i nałożyła na niego sporą górkę makaronu i polała go hojnie sosem, po czym postawiła talerz tuż przed nim, czekając aż zareaguje na aromat pomidorów i jej specjalnej mieszanki ziół, którą kupowała u pewnego mugola z Neapolu. Sobie nałożyła mniejszą porcję. Nie żeby nie zjadła tyle co Covenbreeze. MacGregor miała odziedziczony po dziadku zdrowy apetyt oraz po babci brak skłonności do tycia, ale to też mogło być spowodowane przez to, że codziennie biegała.

- Smacznego - powiedziała do niego, posypując swój talerz serem i ziołami.
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 200
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Nie Wrz 30, 2018 10:35 pm   
   <Multikonta: --


Nie wnikał w relację Vanessy z jej bratem, ale gdyby jego siostra zdecydowała się na usługiwanie złej sprawie, to dzień, w którym Leonardo by się o tym dowiedział, byłby ostatnim dniem jej spokojnego życia. Już on przemówiłby jej do rozsądku. - …nie przepuściłbym mojej siostrze, gdyby zdecydowała się odwalać takie akcje. – mruknął, patrząc pustym wzrokiem w ścianę za Evelyn. Sama wizja takiego wstydu w rodzinie była dla niego nie do przełknięcia. Leonardo nie był AŻ taką konserwą, żeby wierzyć, iż wszystko, co mówi „jasna” strona mocy to prawda. Nie zmieniało to jednak faktu, że chaos i zniszczenie niesione przez popleczników upadłego czarnoksiężnika było czymś, czemu według Latynosa trzeba było zapobiec. Za wszelką cenę. Może i takie podejście było wygodne i zwalniało z moralnych dywagacji, ale w końcu każdy jest wierny pewnym wartościom, czyż nie?
- Dzieci się nie zmieniają. Powiedziałbym, że są tylko coraz śmielsze w swoich uczniowskich eksperymentach. – po tonie jego głosu nie dało się określić, czy go to bardziej bawi, czy smuci. - Ale można spotkać kilku naprawdę zdolnych czarodziejów. – dodał z ulgą. Powiódł wzrokiem za talerzem, aż ten wylądował przed nim. Skinął z wdzięcznością i pociągnął cicho nosem, wdychając aromat potrawy. Dopiero teraz jego organizm zorientował się, że siedzi, nigdzie nie musi się spieszyć i chyba nadchodzi czas posiłku, a więc i moment regeneracji. Tyle dobrego w jednym, spokojnym oddechu. - Pachnie wyśmienicie. – oznajmił z szerokim uśmiechem. Już dawno nikt mu niczego nie ugotował, ani nie podstawił pod nos, więc jakoś tak… ciepło mu się na serduszku zrobiło. - Dziękuję. Wzajemnie. – dodał sobie wszystkiego, czego jeszcze mogło mu brakować na talerzu (tj. sera i ziół), po czym nawinął spokojnie makaron na widelec i zjadł. Jego uśmiech jeszcze bardziej się pogłębił (o ile było to w ogóle możliwe). - I tak samo smakuje. – puścił jej oczko, przenosząc wzrok na talerz. - Często gotujesz? – zagadnął swobodnie pomiędzy jedną porcją makaronu, a drugą. Sam całkiem nieźle sobie z tym radził. Kiedyś nie gotował w ogóle, ale z czasem nauczył się czerpać ogromną radość z przygotowywania posiłków. Nawet wtedy, kiedy przygotowywał je wyłącznie dla siebie.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     
Evelyn MacGregor
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Pon Paź 01, 2018 4:54 pm   

- Gdyby mój brat przyłączył się do śmierciożerców, to może być pan pewien, że osobiście bym wpakowała jego tyłek do Azkabanu - powiedziała z powagą, a w jej oczach pojawił się błysk determinacji. To był pierwszy raz kiedy komukolwiek wspomniała, że ma jakiekolwiek rodzeństwo, więc też nikt poza rodziną nie wiedział jak bardzo między nią a jej bratem wrze kociołek niechęci, bardzo oględnie powiedziawszy. Elena bardzo chętnie by ich powsadzała do Azkabanu za to, że ją porzucili.

- A czego pan naucza w Hogwarcie, profesorze? - zapytała, po przełknięciu pierwszej porcji nawiniętego na widelec spaghetti. - Bo raczej nie eliksirów sądząc po braku widocznych śladów po nieudanych wywarach i włosach pozostających w naturalnym kolorze.

Uśmiechnęła się, słysząc komplementy odnośnie spaghetti. Przy dobrym przyjrzeniu się jej Leo mógł zauważyć lekki cień rumieńca. Dziadek zawsze miał dobre słowo odnośnie tego co przygotowała, czy to było coś do jedzenia, czy coś zupełnie innego. Ale zupełnie inaczej się słyszało pochwałę od kogoś, kto nie był członkiem rodziny.

- Kilka razy w tygodniu, zależnie jaki jest ruch w sklepie. Zawsze, kiedy dziadek wpada w odwiedziny. Gdy mieszkaliśmy razem, to gotowaliśmy na zmianę. Nie zliczę ile razy dziadek zapomniał, że coś zostawił na piecu, kiedy opracowywał nową recepturę i trzeba było wszystko zaczynać od nowa lub iść zjeść do jednej z mugolskich restauracji. I tego mi chyba najbardziej brakuje w Hogsmeade. Wyboru różnych miejsc, w których można zjeść i tego, że w Aberdeen można zamówić jedzenie do domu.
Ostatnio zmieniony przez Sob Paź 06, 2018 8:55 pm, w całości zmieniany 1 raz  
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 200
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Sob Paź 06, 2018 8:49 pm   
   <Multikonta: --


Na jej słowa zareagował ciepłym uśmiechem. Zawsze lubił, kiedy Evelyn wyrażała się o czymś w taki poważny i zdeterminowany sposób. Nawet, kiedy mówiła o czymś niezwykle poważnym, co normalnie nie powinno wywoływać w nim takich pozytywnych emocji. Lubił temperamentne osoby, a do takich bez dwóch zdań należała czarownica. - To bardzo ciekawe. – oznajmił po chwili zastanowienia. Z jej postawy wywnioskował, że temat brata nie jest czymś, o czym łatwo było jej rozmawiać. - Kiedyś też bym tak powiedział, a teraz to już sam nie wiem. – mruknął dość zagadkowo, bo z początku nie dało się domyślić, o czym on właściwie teraz mówi. Chyba sam tego nie wiedział. - …hmm. Nie lubimy się z moją siostrą, ale to jednak rodzina. I tak… dziwnie by mi było. Ale może zmiękłem. – wyszczerzył górne ząbki pomiędzy jedną a drugą porcją makaronu, którego bardzo szybko ubywało. Azkaban to nie były przelewki. Gdyby trzeba było, to sam przemówiłby pannie Covenbreeze do rozsądku, ale chyba nie mógłby jej skazać na tak paskudny los. Kto tam trafiał, już nigdy nie wracał taki sam. O ile wracał w ogóle.
- Obrony przed czarną magią. – rzucił z nutką dumy w głosie. Sam uwielbiał ten przedmiot za swoich szkolnych czasów, toteż fakt, że teraz go nauczał, podnosił go trochę na duchu. - Od Eliksirów mamy kogo innego. Taką Jo. Znam kilka jej prac z magicznych konferencji, to wysokiej klasy specjalistka i myślę, że już nikogo lepszego na to miejsce nie można było wybrać. – z nauczycielką eliksirów nie miał okazji sam pogadać, ale czasami osiągnięcia mówiły same za siebie. Leonardo miał swoje sposoby na przygotowywanie wszelkich wywarów, aczkolwiek nigdy nie czuł się w tej dziedzinie zbyt pewnie. Odpowiednio posługuje się przepisami, jest bardzo metodyczny i to dzięki temu tak dobrze poradził sobie z tym przedmiotem na magicznej medycynie.
- In Aberdeen they’re keen on meet that’s lean… – zachichotał pod nosem, przypominając sobie rymowankę z dzieciństwa. Akcent w tej części GB był niezwykle uroczy i uchu mężczyzny nie unikały pewne wyjątkowo smakowite naleciałości w sposobie porozumiewania się Szkotów z tego miasta. - Z tego, co mówisz, twój dziadek jest raczej lekkoduchem, hmm? – właściwie, to nawet się nie dziwił. Domyślał się (a może miał na to nadzieję?), że jako staruszek też nie będzie brał zbyt poważnie wielu rzeczy.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     
Evelyn MacGregor
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Nie Paź 07, 2018 4:23 pm   

- Moją jedyną rodziną jest dziadek. Cała reszta może pójść do diabła - powiedziała z twardą nutą nienawiści i zawziętością w głosie.

Rzadko kiedy rozmawiała o rodzicach czy bracie i jego rodzinie nawet z Gregiem. Przez lata narastała w niej niechęć do tych ludzi, którą oni sami podsycali w niej, dolewając oliwy do ognia za każdym razem, kiedy miała nieszczęście ich napotkać na swojej drodze. Może to i lepiej, że ostatecznie nie wybrała aurorskiej ścieżki w życiu. Biedni by byli ci, których by ścigała. Podejrzewała, że ledwie żywi by trafiali przed sąd.

- Nie ma czasem na nazwisko Schuyler? - zapytała po przełknięciu kolejnej kulki nawiniętego na widelec makaronu. - Dziadek kilka razy wspominał o Jo Schuyler, kiedy jeszcze jeździł na te konferencje.

Zastanowiła się nad pytaniem Leo. Greg był trudny do zdefiniowania, a już na pewno nie dało się go zaszufladkować do jednej kategorii. Był wszystkim naraz, niczym skomplikowana mikstura bulgocąca w kociołku, eksperymentalny eliksir, o którym nic się jeszcze nie wie.

- Nie, jednym czym na pewno nie jest to lekkoduchem. Wychował mnie, chociaż wcale nie musiał będąc już wtedy w wieku, w którym należał mu się odpoczynek. Nie byłam lekkim i przyjemnym dla niego obowiązkiem, zresztą jak większość czterolatków, a tym bardziej takich, które zostały wychowane przez nianie, a nie przez rodziców. Wykazał się nie tylko odpowiedzialnością, ale i poświęceniem. A to, że bywa złośliwy i lubi robić kawały jakby był bratem Weasleyów? No cóż, każdy musi jakoś odreagować.

Wzruszyła ramionami nie wiedząc co jeszcze mogłaby dodać. Jedno było pewne - była gotowa bronić dziadka za wszelką cenę, skoczyć za nim w ogień, poświęcić wszystko jeśli będzie trzeba go bronić. Zatłukłaby stado smoków jeśli by zaszła taka potrzeba i to bez użycia różdżki.
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 200
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Sob Paź 20, 2018 9:28 pm   
   <Multikonta: --


Zapał do rozmowy profesora trochę opadł, kiedy usłyszał twardy ton Evelyn. Nie żeby działało to na niego jakoś zabójczo, ale wyraźnie dało się odczuć, że dziewczyna nie trzyma w poszanowaniu nikogo poza swoim dziadkiem, co według Latynosa było niewłaściwe, ale zrozumiałe. I oczywiście musiał się tym z nią podzielić.
- Z jednej strony cię rozumiem, a z drugiej wiesz – to zawsze rodzina. – kilka (naście) lat temu sam powiedziałbym dokładnie to, co ona, a ton miałby jeszcze bardziej śmiercionośny. Na szczęście (albo i nieszczęście) życie nauczyło go umiarkowania, dzięki któremu pojął, że nie wszystko było takie czarnobiałe.
- Tak, dokładnie tak ma na nazwisko. – rzucił zdziwiony. - Tylko nie wiem, czy to nie jest Schüler. – podkreślił wyraźnie u umlaut, bo wydawało mu się, że tak właśnie wymawia się nazwisko pani profesor. - Pewnie wspominał, bo to taka trochę sława. – nawet nie wiedział, że puścił do niej oczko. Dziadzio miał rację, Jo była KIMŚ w świecie eliksirów.
- Cóż, mnie się też nie poszczęściło, jeżeli chodzi o rodziców, ale moja babcia robiła, co mogła, chociaż nie we wszystkim się z nią zgadzałem. – uśmiechnął się, ale jakoś tak dość licho. Babcia kojarzyła mu się z… byciem. Po prostu. Dzięki niej przeżył, ale tak samo dzięki niej nabrał wielu naprawdę popieprzonych zwyczajów.
- Potrafię się domyślić, że łatwa nie byłaś. – wiedział, jak dwuznacznie to zabrzmiało i było mu z tym bardzo dobrze, co tylko potwierdził cwany uśmieszek na jego mordce.
Zjadłszy posiłek, napił się soku. Wyraźnie ukontentowany skinął głową w potwierdzającym geście. - Rozumiem. – sam dobrze wiedział, że człowiek czasem potrzebował odreagować, a metody na to były najróżniejsze. - Dziękuję bardzo, było pyszne. Nawet nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ktoś coś mi ugotował. – oznajmił z pełną szczerością i wdzięcznością wypisaną w mlecznoczekoladowych oczętach. - Mocno doceniam. – uniósł brwi i radośnie się uśmiechnął, wstając od stołu i podnosząc talerz.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     
Evelyn MacGregor
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Sob Paź 20, 2018 10:17 pm   

Jeśli chodziło o rodziców i brata ze swoją, to owszem, Ev miała ich tak bardzo głęboko gdzieś, że miała nadzieję zapomnieć o ich istnieniu. Miała wiele szacunku do mnóstwa osób, które mniej lub bardziej znała, a często też wobec tych, o których wiedziała tylko z gazet i plotek. Ale matka z ojcem i jej brat to była zupełnie inna sytuacja. Nie potrafiła im wybaczyć, że się jej pozbyli jak starego grata. Zresztą od początku się nią nie interesowali. Gdyby nie nianie, to by pewnie miała ostry przypadek choroby sierocej.

- Rodzina to osoby, które się o siebie troszczą, próbują się zrozumieć pomimo dzielących ich różnic, a przede wszystkim darzą się miłością. Rodzina to nie jest ktoś, kto ma swoje dziecko gdzieś i traktuje je jak przedmiot, którego można się pozbyć, kiedy okazuje się, że jednak nie pasuje do idealnego wnętrza. Zostałam wyrzucona jak śmieć, więc niech się nie dziwią, że nie chce ich znać.

Ev potrzebowała kilkunastu sekund i dwóch głębokich oddechów, by oczyścić głowę z mało przyjemnych rodzinnych myśli. Covenbreeze zobaczył tę jej stronę, której nie pokazywała za studenckich czasów. Ale to chyba wpisywało się jednak całkiem dobrze w jej ślizgońskich charakterek. Cień rumieńca pojawił się na jej twarzy, kiedy pochwalił jej umiejętności co do spaghetti.

- Niech pan siada - powiedziała, zrywając się z miejsca i zabierając mu talerz z rąk. - W moim domu goście nie sprzątają ze stołu - powiedziała, zabierając także swój już pusty talerz i zanosząc ze sztućcami do zlewu, który był trzy kroki od stołu, przy którym siedzieli.

Zasada ta jednak nie odnosiła się do sytuacji, w których to Ev gościła u kogoś innego, wtedy nie było mowy by nie pomogła sprzątnąć po posiłku, czasem nawet upierając się na myciu naczyń.

- Zawsze będzie pan mile widziany u mnie, profesorze. - Uśmiechnęła się do Leo, siadając na swoim miejscu i sięgając po swoją szklankę, by upić kilka łyków. Zawsze gotowała sporo więcej, by zamrozić to co zostanie lub dać dziadkowi, jeśli akurat miał wpaść z wizytą.

Savvy cichcem wkradł się do kuchni i równie bezgłośnie znalazł się przy krześle Leo i gdy ten na nie opadł, kocur jednym susem wskoczył mu na kolana i zaczął się bezwstydnie łasić do niego.
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 200
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Śro Paź 31, 2018 8:37 pm   
   <Multikonta: --


- Rozumiem. – skinął ze spokojem. Nic więcej nie powiedział, bo sam nie był specjalistą od relacji rodzinnych. Wobec swojej babci zachowywał się poprawnie, ale nie płakałby za bardzo, gdyby umarła. O siostrze wiedział, że… że ją ma. I tyle. W głębi ducha bardzo pragnął normalnych relacji ze swoimi najbliższymi, ale była to taka głębia, że nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.
- Nie chcę ich usprawiedliwiać, ale być może mieli ku temu jakieś powody? – uniósł brew, patrząc na nią trochę mędrkującym wzrokiem, który zaraz powstrzymał, bo nie uważał, żeby mógł jej się wtryniać w takie sprawy. - Zapomnij i wybacz. Nie chcę być wścibski. – machnął ręką. Czy można było znaleźć sensowną przyczynę dla czegoś takiego?
- Dobrze, dobrze. Poddaję się, spokojnie. – uniósł ręce z rozłożonymi dłońmi. Nie zamierzał z nią wojować, żeby jeszcze przypadkiem nie oberwać jednym z talerzy w łeb. - Twój dom, twoje zasady. – puścił jej oczko. W głowie odnotował także, żeby po zaproszeniu jej do siebie też zastosować manewr z wyrywaniem naczyń. - Oho! Zapamiętam. – uśmiechnął się szeroko, a w jednym z policzków zrobił mu się dołeczek, którego wcześniej jakby nie było. Dziwne. - Zawsze to bardzo długi czas. – zaśmiał się wesoło. - …uznajmy, że będę mile widziany do następnej wizyty. – zakończył dość tajemniczo.
Oczywiście nie byłby sobą, gdyby nie pomiział kota. A raczej nie wymiział, bo podrapał go wszędzie tam, gdzie tylko futrzak dał się podrapać. - Musisz go kiedyś przemycić do zamku, moja kotka miałaby kolegę do zabawy. – czasem nie miał dla niej czasu, a natura maine coonów jaka była, każdy wiedział – bardziej psiego kota znaleźć się nie dało. Trzeba było to głaskać, kochać, to czekało na ciebie przy drzwiach, miałczało głośniej niż przy użyciu sprzętu nagłaśniającego… no takie to było to do kochania.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     
Evelyn MacGregor
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Sob Lis 03, 2018 8:28 pm   

Prychnęła z pogardą na uwagę o tym, że jej rodzice mieli ważne powody. Nie chciała więcej o nich rozmawiać, ale musiała jeszcze definitywnie uciąć ten temat i dać Leo znać, że od teraz to jest taboo zagrożone wyjątkowo paskudną klątwą w przypadku jego złamania.

- Oni zawsze mają jakieś powody - powiedziała z goryczą w głosie. - Głównie powiązane z ich własnym wygodnictwem i dbaniem wyłącznie o własne tyłki. Stwierdziłabym, że to socjopaci, ale żaden socjopata nie jest tak głupi jak oni. I uznajmy ten temat za zamknięty na zawsze.

Podniosła się z miejsca i wyciągnęła z jednej z szafek metalowe okrągłe pudełko. Zdjęła wieczko i postawiła je na stole między nimi. W środku znajdowały się kruche ciasteczka maślane w kształcie kocich łebków.

- Nie jestem pewna czy to dobry pomysł, profesorze. Savvy to prawdziwy kot na baby. Chyba że liczy pan na stado kociaków w najbliższej przyszłości - powiedziała z uśmiechem, biorąc jedno ciasteczko i odgryzając kocie uszko.
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 200
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Śro Lis 07, 2018 9:40 pm   
   <Multikonta: --


Na jej prychnięcie zareagował uniesieniem rąk w niewinnym geście. ‘Poddaję się!’ zdawała się mówić jego postawa. - Spokojnie, spokojnie. Bo jeszcze Savyego przestraszysz. – uśmiechnął się zaczepnie jednocześnie rozładowując napięcie wywołane tą nieprzyjemną rozmową. Nie miał intencji psuć jej humoru, aczkolwiek nie byłby sobą, gdyby nie wykazał dociekliwej postawy. Cóż – kiedyś jeszcze na pewno wrócą do tej rozmowy. O ile będą mieli okazję się jeszcze spotkać.
Był na tyle najedzony, że stwierdził, iż dopchanie się ciastkami, to doskonały pomysł. Dlatego też od razu porwał jedno. Nie wiadomo, kiedy zniknęło w jego żołądku.
- Hmm… nie wiem, co by na to powiedziała dyrektorka. Słabo to widzę. – zaśmiał się, zasłaniając usta dłonią, żeby nic mu z buzi nie wypadło.
- Chyba będę się pomału zawijał… – mruknął, pożerając trzecie ciastko. - …mam jeszcze coś do załatwienia, więc… – i tu jakoś tak urwał. Po prostu wzruszył ramionami i skinął, podbijając swoje wcześniejsze słowa o powolnym zabraniu tyłka z mieszkania dziewczyny.
- Byłbym zapomniał. – wyciągnął z kieszeni 8 galeonów i po prostu położył je na stole. - …jeśli nie za obiad i zioła, to za ciastka. – po czym zrobił typową cwaną, kocią minkę.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Amaimon

Strona wygenerowana w 0,38 sekundy. Zapytań do SQL: 11