Rewolucja zaklęć! Koniecznie przeczytaj!
► Poszukujemy nauczyciela Starożytnych Run!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Trwa lekcja Transmutacji!
► Trwają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
► Ukazał się nowy Prorok Codzienny!
► Pamiętamy! II rocznica Bitwy o Hogwart!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Gabinet Prof. Transmutacji
Autor Wiadomość

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670

Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Wrz 22, 2018 1:15 am   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Spacyfikowała Cartera. A nie o to ci chodziło, Harvin? Nie do tego tak uparcie dążyłaś? Nie chciałaś widzieć jego rozdrażnienia? Nie chciałaś zająć wszystkich jego myśli sobą? Co za egoizm! Nawet ten jeden procent na kanapki to byłoby coś z czym niekoniecznie chciałaby się teraz pogodzić. Gdyby to była jakaś tysięczna tego jednego procenta ewentualnie przystałaby na to po długich i burzliwych negocjacjach. Ale jeden cały procent to za dużo. Miał być cały jej, nawet gdyby miała mu własnoręcznie robić te kanapki. I to bez różdżki, bo i do takiego poświęcenia byłaby zdolna dla Cartera. Kanapki z szynką, serem, a może z pomidorem i cebulą? Na pewno.
Tak czy inaczej, była zadowolona, że może być panią sytuacji i sprowadzić Deangelo do tak potulnego poziomu. Jaki grzeczny, wzorowy uczeń! Kto by się spodziewał, że chociaż raz nie będzie tak szalał, tylko pozwoli jej porządzić. Zadziwiające. Zdaje się, że panna Harvin władzę dzierżyła w rękach, a konkretnie w jednej ręce i to dosłownie. A Carter tej władzy chyba nie planował jej wyrwać, bo raczej mu się to podobało. Władza nie ucieknie. I bardzo dobrze, miało mu się to podobać, bo bez tego nie byłoby zabawy. Ale to, że nie dążył do przewrotu było już na tyle zaskakujące, że nauczycielka transmutacji zastanawiała się czy czasem go nie popsuła tą swoją brutalną tyranią. Co prawda dobrał się do jej biustu, ale liczyła na to, że trochę bardziej go rozdrażniła i to na tyle, że będzie walczył o przewrót. Widać nie dość się starała i następnym razem będzie musiała zastosować bardziej radykalne środki, żeby faktycznie doprowadzić Cartera do szaleństwa. Bój się Deangelo następnego razu. Już Harvin zadba o to, żebyś wspominał te chwile jako delikatne przepychanki w porównaniu do tego co cie czeka w przyszłości.
Zostawiła zatem w spokoju tego widłowęża. Pora uwolnić to biedne stworzenie, które tyle się wycierpiało skazane na chwilową niewolę w ręku Harvin. Niestety, uwięzienie tego dzikiego zwierza nie odniosło oczekiwanego skutku. Chciała więcej i jeszcze więcej. Przez tych kilka momentów zdążyła całkiem nieźle zgłodnieć i wcale nie chodziła jej po głowie jakaś kanapka. Nawet kanapka z pomidorem i cebulą. To nie to.
Zamknęła oczy i odetchnęła głębiej. Nie narzekała na ciągnięcie za włosy. W ogóle nie narzekała, siłą rzeczy odchylając głowę do tyłu. W ten sposób dała mu większy dostęp do siebie zupełnie jakby do tej pory był za mały. Miał ją nagą przed czubkiem swojego nosa od jakiegoś czasu, ale nie korzystał, bo mu zabroniła dyktując swoje zasady tej przedziwnej gry. I chociaż teraz właściwie siedziała na nim mając go tak blisko, to wciąż był dużo za daleko. Carter, nie bądź tak daleko. Jeszcze tylko kawałek.
Przygryzła dolną wargę, czując jego usta na swojej szyi. Jeszcze bardziej ją podjudzał. Każdy jego dotyk był teraz tyle samo przyjemny co i frustrujący. Bo było go za mało. Zadrżała, powstrzymując ciche westchnięcie uciekające spomiędzy jej warg. Nadal był za daleko. Nadal. Przesunęła w końcu wolną dłonią od jego brzucha na tors. Nawet taka forma dotyku nie była teraz dla niej dość satysfakcjonująca. Za mało. Przejechała paznokciami po jego torsie. Nie zostawi mu blizny, ale miał poczuć. Miał poczuć jej niecierpliwość. Ta zabawa trwała już za długo. I nawet ona była o tym przekonana, główna inicjatorka tej gry. No chodź, Carter. Przysunęła się na tyle blisko, żeby czuć tego widłowęża tuż przy sobie. Ale nie w sobie, bo wiadomo, że to dobrze ułożona kobieta, która nie myśli o takich niepoprawnych rzeczach. To wręcz nie przystoi, tak nie wolno.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Nie Wrz 23, 2018 11:40 am   
   <Multikonta: RC


Za kanapkę, którą skaziłaby tym czerwonym, maziowatym potworem, wypchnąłby ją z okna. I to niezależnie od tego, na którym piętrze by się nie znajdowali. Chyba powinien ją za czasu uświadomić o swoich preferencjach i poinformować, że są rzeczy, na które kręcił nosem, ale to chyba nie teraz? Nie w takiej sytuacji. Jakby to teraz wyglądało, gdyby nagle wypalił "Wiesz, Van, nie lubię kanapek z pomidorem". Zamordowałby chyba całą atmosferę, a Harvin w złości kazałaby przynieść te przeklęte pomidory i wtykałaby mu na siłę. Nie, to nie był najlepszy moment na takie zwierzenia. To w ogóle nie był najlepszy moment na tego typu przemyślenia.
Carter jako złośliwa istota nie wszczynał rewolucji, tylko według własnego planu zemsty, brał Harvin na przeczekanie. To subtelny kontratak, który również pełnił swoją funkcję w drażnieniu Harvin. Bo najpewniej ona liczyła na to, że tylko trochę go podrażni, pozaczepia i zaraz dostanie to, czego chciała, w myślach triumfując, że poprowadziła Cartera tak, jak chciała. I choć jego taktyka wymagała mnóstwa siła woli, bo jednak teraz jedynym o czym myślał, to żeby zmierzyć Harvin temperaturę od środka. A widłowąż wspaniale się do tego nadawał, skoro to stworzenie uwielbiało ciepłe i wilgotne miejsca. Sam siebie tym męczył, ale czego się nie robi, żeby nie dawać Harvin pełnej satysfakcji w tym, że sobie rządziła. Przecież był masochistą. Potrafił. Dało się..
Czując, jak Harvin wypuszcza z niewoli to biedne stworzenie, zrozumiał to w ten sposób, że widłowąż powinien wrócić do swojego naturalnego środowiska. Mówiąc inaczej - Harvin chciała zobaczyć magiczną sztuczkę, w której Carter pokazuje jej jak znika jego konkretna część ciała. I chyba znała przebieg tej sztuczki, na czym polegała ta iluzja. Wiedziała, że tak naprawdę nie zniknie tylko zostanie ukryty. I wiedziała gdzie. To też był sygnał dla Cartera, że jego jakże finezyjna taktyka przynosiła skutki. To dobrze, sam zaczynał się tym wszystkim męczyć, zdołał się już ze dwa razy zagotować od środka. Tak czy inaczej nie odpuścił jej tego, nie tak od razu.
Carter pozwalał sobie jeszcze przez dłuższą, w rzeczywistości pewnie nie tak długą, chwilę interesować się tylko szyją Harvin, badać ją własnymi ustami, przynajmniej do momentu, w którym Harvin go przerysowała, a potem jeszcze bardziej przybliżyła. To on podobno był niecierpliwy? Na ten sygnał Carter zostawił ostatni, przeciągły pocałunek ponad jej mostkiem. Uścisk dłoni zaplątanej w jej włosy zelżał, aż wyprowadził całkowicie swoją rękę z tamtych rejonów. Podniósł wzrok na nią, gdzieś w kącie jego ust błysnął cień zawadiackiego uśmiechu. Bo wiedział o co chodziło. On też tego chciał. Ale przecież czasem trzeba było samego siebie psychicznie zajechać, żeby mieć trochę tego triumfu, gdzie jednak i Harvin się męczyła. Ale teraz zostanie jej bohaterem, wielkim wybawcą z tej sytuacji. Albo, przywołując niedawno użyte określenie, złotą rybką spełniającą życzenia.
Wsunął swoje łapy pod tyłek Harvin, bardzo fajny tyłek zresztą (fajniejszy od jego!), i nakłonił ją, żeby chociaż trochę się podniosła. Musiał ją przesadzić. Sam zsunął się kilka centymetrów, co by nie siedzieć jak kołek (jeden kołek wystarczył. A potem zapoznał Harvin z jej nowym, jakże pewnie wygodnym siedziskiem, jednocześnie pokazując jej tę upragnioną sztuczkę z widłowężem znikającym w niej.
Trzeci raz, trzeci raz coś się w nim zagotowało i to od samego zagłębienia się w ciele Harvin. Jak tak dalej pójdzie, to zamienią nim czajniki w kuchni bo szybko się gotował.
Tak czy siak - Harvin dostała swoje miejsce na górze, Carterowi nie widziało się zmieniać miejscówki, bo chyba za cel ustanowił sobie sprawdzenie wytrzymałości biednego fotela (a potem będzie wrzask, że ma jechać do Ikea po nowy). Zresztą nie powinna narzekać, miała prawie pełen dostęp do Cartera. Dostęp, który całkowicie odebrał jej poprzedniej nocy. On miał widok na swoje sześćdziesiąt sześć procent, żyć nie umierać. Ale wystarczyło słowo, jakikolwiek sygnał, żeby zmienił to położenie. Lub po prostu wystarczyło, żeby mu podpadła. A on przecież taki dobry i uprzejmy, że pozwala jej decydować o własnym losie.
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670

Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Wrz 23, 2018 5:39 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Carter, nie drażnij się. Nie masz na to pozwolenia. To ona miała być tą irytującą, a nie irytowaną. Nie godziła się na inny układ, ale chyba nie miało to teraz większego znaczenia, bo i tak chodziło o jedno. Tylko, że to ona miała dyktować warunki i narzucać zasady, pacyfikując Deangelo kiedy za bardzo zacząłby się buntować. Znała na to sposoby i okazywały się one nadzwyczajnie skuteczne, ale teraz kiedy mieli przejść do rzeczy, to Carter postanowił ją trochę podenerwować. No nie. Tego nie było w umowie. Nawet małym druczkiem. Przecież wygrała, konkurs zamknięty. Powinna dostać swoją nagrodę. Odbiór osobisty bez zbędnego czasu oczekiwania. Za zwłokę będą naliczane odsetki. Potem nie będzie nadążać ze spłatą. W naturze rzecz jasna.
Tym bardziej, że pragnienie narastało coraz bardziej z każdą sekundą i chociaż już chwilę temu przekroczyło dopuszczalny limit, to wzrastało dalej. Jeszcze trochę i nie byłoby tak wesoło, ale jakby go tak "wzięła" siłą to chyba nie byłby niezadowolony. Żeby potem się nie skarżył, że Harvin go napastuje albo co gorsza gwałci. I na pewno stawiałby opór, a ona na pewno swoją fizyczną tężyzną wgniotłaby go w ten fotel. Tak, na pewno. To był dobry fotel, nie chciała na nim żadnych wgnieceń albo co gorsza, żeby się rozjechał całkiem i tylko z tego powodu mu odpuściła to brutalne i okrutne rozwiązanie. Nawet jeśli nie planowała dłużej czekać i nawet jeśli miałaby przyprawić Carterowi w ten sposób jakąś bliznę swoimi pazurkami, bo teraz miała do niego pełen dostęp. Na jego szczęście w nieszczęściu. Była niecierpliwa i głodna, a każdy dotyk jego warg palił jej skórę. Za gorąco. Kilka głębszych oddechów, ale nie szukała ochłodzenia. Szukała jeszcze bliżej Cartera nawet pomimo tego, że był równie zgrzany jak ona. A może nawet bardziej. Tyle dobrego dla niego, że za włosy nie była zła. Tak ładnie je wyczesała po przebudzeniu, a teraz co... teraz znowu będą do czesania. Ale jako dobra zołza była mu w stanie tym razem to wybaczyć. Taki bonus od Harvin. Doceń Carter, doceń. Gdy tylko jednak w końcu ją puścił, a właściwie puścił te włosy, wyprostowała się bardziej, rzucając mu krótkie spojrzenie, z którego akurat dość dobrze można było wyczytać co chodzi jej po głowie. Komunikat był prosty, nie wymagał werbalnego przekazu. Pomogła mu, podnosząc się bardziej, a gdy tylko poczuła go w sobie z jej warg uciekło głębsze westchnięcie. Znowu. I jak tak dalej pójdzie cały rytuał z widłowężem wpisze się w jej grafik na stałe. Ważne, że to stworzenie się zaaklimatyzowało i chyba nawet nie przeszkadzała mu mocno ograniczona przestrzeń w środku. To była dość wąska kawalerka. Tak czy inaczej teraz usadowiła się bardziej na fotelu, a właściwie na Carterze siedzącym na fotelu. Musiała mieć wygodnie. Nie tylko widłowąż musiał mieć komfortowe warunki, ona też. Tylko jedno w tym wszystkim gdzieś Carterowi umknęło. Harvin była jeszcze nieco obolała po poprzedniej nocy, a tu szykował się kolejny wysiłek fizyczny i to całkiem spory. Może nawet większy niż poprzednio z racji tego, że miała nad sytuacją pewną kontrolę i nie była tak całkowicie zdominowana. A Deangelo wiedział, że z jej kondycją nie jest najlepiej i teraz zmuszał ją do bardzo skomplikowanych ćwiczeń. I to niby ona jest tą okrutną. A będzie! Będzie, bo mając jako takie możliwości ruchu jeszcze mu mogła trochę podokuczać. Zamiast więc od razu przejść do konkretnego etapu ćwiczeń, postanowiła sprawdzić jak ten gad Cartera czuje się w nowym środowisku. Oparła dłonie o jego ramiona i nieśpiesznie poruszyła na nim biodrami. Powoli. Tak jakby chciała wyczuć czy dokładnie go czuje z każdej strony. Czuła całkiem nieźle, ale nic nie zastąpi dokładnego badania. Żadnych gwałtownych ruchów, żadnego rozbiegu. Przecież mu to nie zaszkodzi, a nie wierciła się na nim niecierpliwie, tylko tak okrutnie leniwie. Przygryzła nieznacznie dolną wargę. Co by tu dużo mówić, mieścił się idealnie.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Nie Wrz 23, 2018 11:20 pm   
   <Multikonta: RC


Na miejscu Harvin, gdyby to on dostał chociaż raz władzę w takich sytuacjach, a wiedziałby, że szybko może się to zmienić i długo mógłby jej nie odzyskać, postarałby się jednak zadziałać tak, żeby jakoś tę władzę utrzymać. A przynajmniej nie dawałby powodów do jej odbierania. Ale Harvin chyba nie chciała obrać takiej taktyki. Harvin chciała następny i każdy kolejny raz po nim zostawać całkowicie zdominowana, najwyraźniej musiało ją to kręcić. W zasadzie to czemu nie? Na co dzień była cesarzową zła, której wszyscy się boją i przed którą ustępują z drogi, a tu spotyka się z taką odmianą, że ktoś ma czelność traktować ją w tak... brutalny sposób? Ktoś, kto nie liczył się z jej rozkazami, ktoś kto potrafił spacyfikować ją, pozbawić całkowicie kontroli. Carter weźmie poprawkę na to, co się teraz działo. Zapamięta to, jak się nad nim znęcała, a w momencie, w którym dał jej decydować jak to dalej będzie wyglądało - ona po prostu go dręczyła. Dalej. Robiła mu sieczkę z umysłu, doprowadzała go do szału, a jednocześnie sprawiała, że z przyjemności odchodził od zmysłów. Nie odszedł od zmysłów przyjmując na siebie Cruciatusa jednego za drugim to Harvin to poprawi. Najwyraźniej o to jej chodziło. Chyba faktycznie chciała go odesłać do Munga.
Biedny Carter teraz, ale potem to będzie biedna Harvin. Profesor ONMS był bardzo pamiętliwy. Zwłaszcza wobec Vanessy. Zapamiętywał wszystko, co w późniejszym czasie mógłby wykorzystać na jej niekorzyść. Czy to nie urocze? W takim wypadku musiał poświęcać jej ogrom uwagi i rezerwować dla niej terabajty pamięci we własnym umyśle.
Obolała czy nie, nie mogła płakać nad sobą i przez następne trzydzieści dni po jednym takim lekkim treningu (bo jednak robił za nią większość) nie mogła leżeć jak kłoda. Miał być jej trenerem personalnym? Miał. No i był. A teraz jak przychodzi czas na ćwiczenia to nie ma płakania, tylko do roboty. Tak, tak by jej powiedział. Gdyby w ogóle pożaliła mu się, że ją wszystko boli po wczoraj. Co tam było do bolenia. Wywiercił w niej dziurę, większą niż miała, pogimnastykował trochę, poobijał, poszturchał. Będzie żyła, a boleść po treningu najlepiej wyeliminować kolejnym treningiem.
Carter mruknął, jak to zadowolony Carter. Legendarna Szczelina Harvin była ulubioną kryjówką jego widłowęża. Taki sygnał wysłał on do umysłu Cartera. Dodatkowo Harvin nie zamierzała współpracować, tylko dalej go męczy. Ale kogo jak kogo. Jego pomęczy trochę za długo, a potem sama nie będzie nic z tego miała, bo Carter będzie czekał na nią na linii mety już. A on będzie i tak zadowolony bo jednak dojdzie do wniosku, że nie było to wcale takie złe. Ale był to bardzo dobry mężczyzna, wspaniałomyślny i robił praktycznie wszystko, by jednak nie skończyć na trzech minutach, z wyłączeniem gry wstępnej.
Nie zamierzał w ordynarny sposób nakłaniać ją do tego, żeby zabrała się do roboty. No dobra, zamierzał. To się robiło dla niego uciążliwe, a to myślenie o Heldze z warzywniaka już nie pomagało. Bo miał przed sobą Harvin, bo był w Harvin.
Ułożył sobie dłonie na jej biodrach, spojrzał na nią po tym w zaczepny sposób, a potem próbował już nakłonić, czy też raczej pokierować, żeby zaczęła się poruszać w górę, w dół. Czy tam podskakiwać. Na jedno i to samo wychodzi. Cardio. A jakby miała zamiar dalej się stawiać, to ją Carter tak przypiłuje po swojemu, że przez następny tydzień jak Harvin usłyszy od niego "Rozbieraj się" to będzie uciekać. Bo zakwasy.
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670

Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Wto Wrz 25, 2018 11:52 am   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Jako dobra i uczynna zołza na pewno odwiedzałaby go w Mungu. Na pewno wykorzystywałaby okienka Uzdrowicieli i jak jeden czy drugi poszedłby coś przekąsić to na pewno przez ten czas zdążyłaby jeszcze trochę podręczyć Cartera. To znaczy... ulżyć mu w cierpieniu. Deangelo to duży facet, na pewno nie poleciałby zaraz na skargę, bo na pewno nie chciałby, żeby ktoś wywiesił portret jego łajzy na drzwiach szpitala z dopiskiem tej pani wstęp wzbroniony. Nie takie zakazy już się obchodziło, panna Harvin na pewno dałaby sobie radę. Tylko publicznego wywieszania fotografii jednak wolałaby uniknąć. Jeszcze znaleźliby takie wyjątkowo niekorzystne, bo Carter by jej strzelił fotkę jak śpi nieuczesana czy coś... lepiej nie ryzykować. Sama by się wtedy pewnie nie poznała.
Nie miała zamiaru teraz robić za kłodę. Miała zamiar go trochę podręczyć i dlatego tak się trochę wierciła. Kręciła. Deangelo niecierpliwy chciał wszystko od razu, a wyczerpał już limit życzeń złotej rybki, która wspaniałomyślnie spełniała jego pragnienia. Poza tym jako trener personalny powinien wiedzieć jak ważna jest rozgrzewka, a to były właśnie ćwiczenia przygotowujące do większego wysiłku. Co prawda cały jej organizm był już rozgrzany, a właściwie przegrzany, ale teraz musiała nakłonić do pracy inne partie mięśni. Nadzieja w tym, że jak to zniesie, to zniesie już wszystko. Poza tym, to jego zniecierpliwienie było bardzo satysfakcjonujące, szczególnie w zderzeniu z Harvin, która zamiast przejść do konkretów to jeszcze się nad nim pastwiła sprawdzając jak dobrze czuje z każdej strony tego widłowęża. Carter był taki dobry, że oddał jej kontrolę nad sytuacją, a ona taka niewdzięczna. Ale nie będzie niewdzięczna tak bez umiaru, bo nie chciała przecież, żeby ją wyprzedził, a poza tym na dłuższą metę to i ją by zaczęło to męczyć. Trzeba było zacząć współpracować, żeby dręczenie Cartera nie zaczęło się odbijać także i na niej. Panna Harvin wbrew pozorom miała dobre serce. Wiedziała, że nie wolno się pastwić nad zwierzętami. To nieludzkie.
Skoro zatem próbował ją przekonać, że tej rozgrzewki to już wystarczy, to jako grzeczna podopieczna, dostosowała się do sugestii swojego trenera. Z pierwszymi ruchami się nie śpieszyła, nie można tak od razu puszczać się w sprint. Może najpierw truchcikiem? Sprawdzić czy za bardzo się nie zmacha, czy po tym truchciku nie będzie chciała już wyzionąć ducha. Spokojnie, da radę. Może z jej kondycją nie było najlepiej, ale nadrabiała zawziętością. Najwyżej jutro będzie umierać, a Carter będzie robił jej masaże przed lekcją, żeby w ogóle była w stanie dotrzeć do swojej klasy. Bo tak o lasce czy balkoniku to trochę słabo. Jeszcze młodzież naprawdę zaczęłaby się martwić o stan zdrowia swojej ulubionej nauczycielki albo McGonagall by stwierdziła, że profesor transmutacji na pewno się przemęcza w tej robocie i na pewno przydałby się jej jakiś urlop wypoczynkowy. Dopiero wtedy Carter miałby idealny pretekst do tego, żeby ją wykończyć i po całym urlopie potrzebowałaby pewnie następnego. Może od razu powinna iść po jakieś zwolnienie lekarskie?
Wraz z pierwszymi ruchami, pojawiła się kolejna fala gorąca, a jej ciało zdawało się wołać o jeszcze więcej. Każdy kolejny jej ruch był jednak coraz pewniejszy i coraz konkretniejszy. Stopniowo nawet oddech zaczął jej gdzieś uciekać, a przecież to wciąż był tylko truchcik. Truchcik, który sukcesywnie, chociaż nadal nieśpiesznie wchodził na wyższy bieg. W zasadzie sama nad tym nie panowała i można powiedzieć, że bardziej panował nad tym Carter niż ona, chociaż to ona musiała się męczyć. Bo wypełniał wszystkie jej myśli, bo nie mogła skupić się na czymkolwiek innym, bo kipiało w niej pragnienie, bo chciała tylko jego. Nie, nie chciała. Ona wręcz żądała tylko jego. Całego. Bierze wszystko. Nawet ten jego wstręt do pomidorów. To też weźmie, bo jak pakiet to pakiet. Nie była świadoma tego, że palce zaciska coraz mocniej na jego ramionach, chociaż u niej skala "mocności" była zapewne zupełnie inna niż u Deangelo i pewnie kończyła się gdzieś na wysokości połowy jego skali. Na dodatek całe jej prężące się od kolejnych ruchów ciało było przed nim swobodnie wyeksponowane. Ale, Carter... to nie jest wystawa. Nie gap się, tylko pracuj. Na gapienie się był czas wcześniej. A kobieta nie powinna zapieprzać sama, podczas gdy facet to pewnie tylko piwo w łapę i telewizor. Jakie szczęście, że tu te mugolskie wynalazki nie działają.
Pojedyncze westchnięcia uciekały z jej warg, ale nie... tego było jeszcze za mało. Wciąż za mało. Nie wstrzymała się jednak nawet wtedy gdy ujęła jego twarz w swoje dłonie i wpiła się zachłannie w jego wargi. To było zbyt silne, a cała ta mieszanka uczuć i pragnień zbyt wybuchowa. Teraz to jej groziło odesłanie do Munga, ale nawet jak tam wyląduje to przynajmniej z Carterem. Jego już nie wypuści na pewno.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pią Wrz 28, 2018 11:22 am   
   <Multikonta: RC


W kwestii maratonów to sprawa wyglądała tak, że wbrew utartemu stwierdzeniu, że należy zacząć wolnym, równym tempem aby oszczędzić siły na metę, to wcale tak nie powinno wyglądać. Każdy profesjonalny maratończyk, bo przecież Carter to taki profesjonalista, wiedział, że należy zacząć ostrzej, przez pierwszy kilometr, aby wywalczyć sobie pozycję. No właśnie, pozycję. Carter ze swojej był zadowolony, mimo że technicznie nie był na prowadzeniu. W zasadzie to dobrowolnie ustępował Harvin pierwszeństwa, ze swojego własnego, dobrego serca. A poza tym, nie martwił się o rozgrzewkę Harvin, bo nie musiał. Raczej wspólnie się tym zajęli i sama dała mu do zrozumienia, że jest gotowa do ćwiczeń. Ile można się rozgrzewać?
Cała ta ich wcześniejsza kooperacja sprawiła, że Carter był nagrzany jak piec, żeby nie napisać, że jak koza. Choć to jedno i to samo, z technicznego punktu widzenia. Chociaż określenie kooperacja było bardzo śmiałe, bo podobnież chodziło o to, by zrobić sobie na złość. Harvin tak zrobiła Carterowi na złość, że miała teraz do czynienia z nim w wersji, w której on tak po prostu nie pozwoliłby jej podrażnić go i uciec od niego. I choć pozornie to ona trzymała go w szachu, to ona dyktowała warunki i miała nadawać bieg dalszym zdarzeniom, to Carter i tak dyskretnie forsował to, co chciał. A sumarycznie to, czego on chciał i to, co chodziło Harvin po głowie, aż tak się od siebie nie różniło. Tak czy inaczej, Carter był w takim stanie, że nie chciał się dłużej bawić w podchody, nawet zabawa w drażnienie siebie wzajemnie przestała mu się podobać, właśnie z tego powodu, że to było tylko, i aż, drażnienie. Siebie nawzajem, swoich własnych zmysłów, swoich myśli, zasadniczo całych siebie. To, czego teraz potrzebował to poczuć, jak Harvin w pełni mu się oddaje, jak zgodnie, w końcu zgodnie, zamieniają to, na tym etapie, czcze drażnienie w czystą przyjemność. I tak się stało, znowu poczuł ciepłe i wilgotne wnętrze Harvin. Znowu poczuł, jak wcisnął się w tę jej ciasnotę. Na samo to zdarzenie, krew uderzyła mu do głowy, zagotował się raz jeszcze, zarówno z nerwów jak i z całej ekscytacji. To był ten moment, w którym były dwa zakończenia. Mogło się to skończyć chwałą, albo całkowitą depresją, w razie gdyby Harvin się rozmyśliła, bądź postanowiła być uber zołzą i choćby udawać, że się rozmyśliła. Szczęśliwie Harvin nie rozmyśliła się, albo planowała to zrobić w bardziej strategicznym momencie. Mimo to, nie zastanawiał się nad tym. Jego myśli wyłączyły się, nie rozprawiał nad ewentualnym nieszczęśliwym zakończeniem. Zagłuszały go zmysły i emocje. We łbie mu już huczało, w uszach coś piszczało i nie była to Harvin. A pomyśleć, że dla niej to była tylko dalsza część rozgrzewki? To nie było wysokie tempo obrotów, ale działało podobnie. Sprawiało, że Carter pogubił się całkowicie. Zgubił oddech, zgubił rytm serca, zgubił myśli, zgubił rzeczywistość.
Zmarszczył lekko czoło, kiedy wczepiła się w niego palcami. To poczuł. Nie jakoś mocno, nie bolało aż tak. Podniosło mu to za to ciśnienie, nie z nerwów, a z narastającej ekscytacji. A w tej sytuacji należało się jakoś miarować. Spojrzał na nią dość wymownie, póki jeszcze zachowywał trzeźwość umysłu, a raczej jej resztki.
Nie to, że się wgapiał w niektóre partie ciała Harvin, choć jak w tej popularnej fraszce "Od tych pląsów biust faluje". Widok na podrygujące, mocniej lub słabiej, sześćdziesiąt sześć procent wpisze się na listę jego ulubionych. Jak jedni będą się chwalić, że uwielbiają Niagarę, bo piękne widoki, to Carter powie, że uwielbia Harvin na górze, bo piękne widoki. Nie każdemu musiało się to samo podobać, a poza tym to miał być jego prywatny widok. Jak ktoś będzie chciał zobaczyć ulubione, carterowskie widoki, to następną rzeczą jaką zobaczy będzie pięść Cartera, a potem ciemność. Just sayin.
Gdy Harvin złapała jego baniak w swoje ręce i zaczęła całować, jego dłonie przebiegły od jej łopatek, po jej plecach w dół i zatrzymały się na jej biodrach i po tym bardziej zaktywizował się. Należało pomóc Harvin, bo się biedna zamęczy, a jeszcze potem będzie go nazywała kłodą. Mimo, że to miał być jej trening. Niemniej Carter wpasował się w rytm, który teoretycznie nadawała Harvin, ale jako, że była zajęta całowaniem go (teoretycznie viceversa) wykorzystał to, żeby przejąć inicjatywę i zintensyfikować ich trening. Jak tak dalej pójdzie to Carter naprawdę zostanie miłośnikiem siłowni, ale to Harvin będzie przedawkowywać białko. Hehe.
Jego dłonie przewędrowały dalej, z jej bioder na jej tyłek (niedoceniany tyłek, swoją drogą, powinien chyba inaczej rozdzielić te sto procent miłości dla Harvin). Zacisnął palce na jej ciele, całkowicie teraz zatracając się w tym, co się działo. A Harvin nie powinna tak wzdychać (choć nakręcało go to cholernie) bo skoro Potter słyszał posykiwanie węża z rur w ścianach, to te ściany nie były jednak takie wygłuszające. Chociaż. To chyba nie będzie jego problem potem?
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670

Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Wrz 28, 2018 5:53 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Nie zamierzała uciekać. Nie miała zamiaru ruszyć się z niego ani na trochę. Jeszcze miałaby się rozmyślić, no jasne. Panna Harvin była co prawda egoistką, ale nie do tego stopnia by wyrzekać się tego co jest dobre dla niej samej. A to było dobre. Było dobre nie tylko z samego faktu czym to było, ale na równi z faktem z kim to było. W końcu to Carter. I nikogo innego nie wyobrażała sobie na jego miejscu. Jak nie było ludzi niezastąpionych, tak Carter był tym jednym wyjątkiem, który pewnie uprawdopodobniał tę regułę. Poza tym, jej egoizm trzeba było teraz dzielić na pół. To czego chciał Deangelo liczyło się tak samo jak to czego chciała ona, a reszta tak jak wcześniej była bez znaczenia, tak bez znaczenia pozostała nadal. Dlatego nawet z całą swoją podłością nie było najmniejszych szans na to, żeby sprezentowała mu teraz niemiłe i niesatysfakcjonujące zakończenie. Zakończenie miało być dobre albo więcej niż tylko dobre. Miało być najlepsze.
Była tak skoncentrowana na nim, że nawet gdyby ten fotel się pod nimi rozjechał, to pewnie niewiele by to zmieniło. Przynajmniej dla niej, bo to Carter by później naprawiał albo załatwiał nowy. Ale to później, na pewno nie teraz. Teraz miała inne, ciekawsze rzeczy na uwadze. Chciała mu się oddać, musiała mu się oddać i to robiła. Miał ją całą. Cały pakiet Harvin. Więcej już chyba się nie dało. W ramach tego pakietu chciała, żeby mieli jak najwięcej przyjemności. Ona nie mogła narzekać, nawet pomimo potwornego gorąca i zmęczenia. A te dwa z kolei nałożyły się na to, że jej ciało zaczęło się robić wilgotne od potu, oddech gdzieś uciekał, a temperatura wyskoczyła ponad skalę. Myśli kłębiły się w głowie wracając jednak zawsze do punktu docelowego jakim był Carter. Świat przestał istnieć, wyczerpanie treningiem się nie liczyło, a umierać będzie potem. Obecnie umierała tylko z przyjemności, ale w ten sposób to może umierać długo i w najbardziej intensywnej agonii. Może umierać też często. Chyba lepszego widoku na śmierć mieć nie można.
Dotyk jego warg na swoich wargach tylko jeszcze bardziej wszystko wzmagał jakby tej świadomości, że ma Cartera tak blisko było za mało. Ale miała go w sobie, przed sobą i na sobie wliczając w to jego ręce sunące po jej ciele. Sam ten dotyk jeszcze bardziej ją nakręcał i skłaniał do dalszego wysiłku. Nieważne, że teraz Deangelo trzymał łapy tam gdzie teoretycznie nie powinien. Skoro była jego to miał do tego prawo, jak i miał prawo do jej całej. Ważne, że zajął się nie tylko jej tyłkiem, ale i sam się zaktywizował. Nie ma lenistwa, nie tylko ona ma się męczyć. Oderwała się w końcu od jego ust, nie mogła powstrzymać cichego języku uciekającego spomiędzy jej warg ani kolejnych prób złapania oddechu. Oparła na nim wygodniej dłonie, wychodząc ruchami własnego ciała mu naprzeciw. Jeszcze było mało, jeszcze chciała więcej. Jeszcze musiała jego wymęczyć i siebie zamęczyć. Teraz już poszło łatwiej, ale nawet wysiłek schodził na dalszy plan w zderzeniu z tak obezwładniającą przyjemnością. Kolejne ciche dźwięki uciekające z jej ust, bo przecież te ściany i tak są dźwiękoszczelne i żaden Potter ze swoimi omamami o posykiwaniu z rur w ścianach tego nie zmieni. Jeszcze trochę wyprężania, jeszcze trochę duszenia tego widłowęża. Aż do momentu, w którym przez jej drżące ciało przebiegł dreszcz, ruchy zamarły, a jej paznokcie niemal wbiły się w jego tors. Niemal. Wcale nie tak mocno. Przygryzła wargę, żeby stłumić jęk, chociaż nie wyszło to do końca tak jak powinno. Odchyliła głowę nieco do tyłu, łapiąc kilka głębszych oddechów. Było naprawdę gorąco. Z powracającą świadomością poczuła jak pojedyncze kosmyki włosów lepią się jej do twarzy. Znowu musiała wyglądać źle. Mało tego, była padnięta, ale wiedziała, że cały ból tego wysiłku przyjdzie jutro. Jutro będzie chciała zabić Cartera. Ale tego nie zrobi. Carter przeżyje po to, żeby było więcej takich nocy i dni, za które będzie mogła planować na nim morderstwo. Ogień w spojrzeniu przygasał, a jej rozżarzony wzrok wracał do normalności. Wystarczy już. Zdecydowanie wystarczy. Na razie przynajmniej, chociaż to na razie na pewno nie oznaczało tygodni czy miesięcy. W zależności od kondycji nauczycielki mogło nie oznaczać nawet dni. Mogło.
Póki co, musiała dojść do siebie i odzyskać pełną trzeźwość umysłu. Wyzdrowieć z tej gorączki. Na szczęście był doktor Carter. Na szczęście był to lekarz wszechstronny. Oby. I oby nie wyszło, że podrapała go za bardzo, bo czeka ją pilny kurs pielęgniarstwa. To się mogło nie skończyć tylko na przyklejeniu plasterka.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pią Wrz 28, 2018 6:52 pm   
   <Multikonta: RC


Należało pamiętać, że Carter zawsze pomoże Harvin. A zwłaszcza przy tego typu treningach, dlatego nie powinno być zaskoczeniem, że się włączył do rozgrywki. Tym bardziej, że Harvin swoimi reakcjami zachęcała go do dalszej pomocy. Każdy dźwięk, który uciekał spomiędzy jej warg, przeszywał jego umysł, robiąc z niego sieczkę. W dodatku to było jak napęd dla niego i od tego stał się już nie do zatrzymania. A i tak potraktował ją całościowo łagodniej, niż poprzedniej nocy. Należało przecież uśpić czujność Harvin. Tamto to był tylko jednorazowy wybryk. Za duże ciśnienie, czy coś. I dzięki Harvin naprawdę będzie wyglądał jak dziecko wojny. Chociaż wolał takie ślady użytkowania od Harvin niż blizny bo Hartyley'u, który miał zły humor.
Gdyby miał wybór, to najprawdopodobniej spędzałby tak każdy swój wolny dzień. Na wspólnej pracy z Harvin. Wspólna praca, która oferowała różnorodność, ale w większości finał zawsze był ten sam. Wybuchy, fajerwerki, iskry. W zasadzie ograniczając się dosłownie tylko do wybuchu i to takiego, który Harvin stłamsiła. Wiele szkód nie było. No, chyba że zaszłaby w ciążę, co się oczywiście nie stanie, bo przecież Carter był bezpłodny. Nie potwierdził tego żaden lekarz, ale tak być musiało. Ewentualna ciąża to cud nad Wisłą. Ale nie, cudów nie ma, tak być nie będzie, prawda? PRAWDA? No właśnie. Mógł być spokojny i się nad tym nie zastanawiać.
Czuł, jak ulotniła się z niego energia (w zasadzie nie tylko energia), ale nie chwyciła go senność. Wiedział, że będzie to chwilowe, zanim jego organizm zrestartuje się i będzie gotowy do podejmowania kolejnych akcji. Także tego typu. Chwilowo jednak był bezbronny, choć to chyba za dużo powiedziane. Wobec Harvin zawsze pozostawał "bronny".
Przebiegł wzrokiem po niej, wcale nie wyglądała jak szogun, a nawet jeśli to był to jego szogun i wiedział, że jego chwałę ona przypłaciła swoim wyglądem. Nie pozostało nic innego, jak hołdować za to. Lub inaczej - przesunął dłonie z powrotem na górną część jej pleców i przycisnął ją do siebie. Do swojego błyszczącego od potu cielska. Sama też sucha nie była, to nawet nie mogła się o to burzyć. Przez chwilę palcami jednej dłoni kreślił coś po jej plecach, w tym czasie dając sobie czas na wyrównanie oddechu i rytmu serca. Potrzebował ochłonąć i potrzebował zregenerować się w pewnym stopniu. No i trzeba było oswoić się z myślą, że Harvin nie pozwoli na dzień trolla i zaraz pogoni go do kąpieli. Teraz by jej przynajmniej uwierzył, że jest coś do poprawienia.
A swoją drogą to już drugi mebel w komnacie Harvin, który sprawdził. Nawet wytrzymały, nie rozjechał się. Łóżko też miała wytrzymałe, ciekawe jak z resztą wyposażenia? Trzeba będzie sprawdzić, bo przecież nie chciał, żeby jej meble okazały się być bublami, które rozsypują się przy mniejszym czy większym... pchnięciu. A jak było z biurkiem? Musiało być wytrzymałe, bo przecież spędzała przy nim mnóstwo czasu.
Spojrzał na swojego szoguna i uśmiechnął się pod nosem łagodnie. Nie był to ten typ uśmiechu, który miał powiedzieć za niego "Hehe, ale wyglądasz". Po prostu był zadowolony. I to nie z pląsania Harvin (choć z tego też), ale był zadowolony z tego, że była blisko. Zadowolony z tego, że ją miał, że jakoś to wszystko się ułożyło.
- To co będziesz robiła w resztę tego dnia wolnego? Poza kąpielą. - Mruknął, zerkając na nią kątem oka. Zaraz przeniósł swój wzrok na jakiś punkt przed sobą. Nie bardzo chciał wypuszczać Harvin, skoro i tak się do siebie przykleili, dosłownie i w przenośni. Może powinni tak chodzić po Hogwarcie? To znaczy - w ubraniach, ale sklejeni już tylko w przenośni.
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670

Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Wrz 28, 2018 11:37 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Nie, nie będzie z tego dzieci. Na pewno. Panna Harvin miała wystarczająco dużo dzieci. Może już dość. Co roku jedne odchodziły, wypuszczane (albo właściwie wykopywane) z gniazda w szeroki świat i co roku dokładano jej nowych, bo pewna stara czapka darła się na całą salę "GRYFFINDOR", a nauczycielka transmutacji zamiast wznosić wiwaty za kolejną duszyczkę w swoim obozie, to z każdym takim wyborem pochłaniała kolejny kieliszek ognistej. Tyle w temacie jej instynktu macierzyńskiego i zdolności pedagogicznych. Dlatego nie będzie żadnej ciąży. Nie i już. Nawet urojonej w kolanie. Nawet spożywczej. Żadnej.
Odzyskiwała w końcu trzeźwość umysłu, powracając stopniowo do rzeczywistości. Chwilę zajęło jej zapanowanie nad oddechem i nad własnym, drżącym ciałem. Cała ta przyjemność rozlewała się po niej, a zmęczenie stawało się tylko mało istotnym skutkiem ubocznym. Wlepiła bardziej przytomne spojrzenie w Cartera, nie mówiąc właściwie nic. Bo i po co. Przesiadła się na jedno jego kolano, dopiero wtedy dając się przygarnąć. A bardzo chętnie do niego przylgnęła, wygodnie się na nim układając. Teraz potrzebowała najwyższej strefy komfortu, a Deangelo taką gwarantował. Jego dotyk, jego zapach i jego bliskość. Mogła się w niego bezkarnie wtulić i chwilowo nawet jej nie przeszkadzało to, że on jest mokry, sama jest mokra, a fotel suchy. Potrzebowała tego teraz. Spokoju, wyciszenia i jego. Ale Cartera w zasadzie potrzebowała zawsze, tutaj nic się nie zmienia. Teraz w grę wchodziły uczucia. To coś więcej.
- Starała się... przeżyć? - westchnęła cicho, na moment zamykając oczy, żeby zupełnie oddać się napływającemu odprężeniu. - Po tym wszystkim, nie wiem jak ja jutro dotrę na lekcje. I to twoja wina.
To było coś, czego nie chciała sobie teraz wyobrażać bo to niemal jak obrazek wyjęty z sennego koszmaru. Będzie prawie jak zombie. Ale to jutro. Może jutra nie będzie wcale? Może trafi się jeszcze dzisiaj kolejna Bitwa o Hogwart? W tych okolicznościach nie byłoby to takie złe, przynajmniej nie musiałaby się czołgać do klasy i udawać, że wcale nic ją nie boli, a to, że się tak czołga wcale nie oznacza, że powinna już przejść na emeryturę.
Jej palce nieśpiesznie muskały jego tors. Była blisko, to wystarczyło. Wykąpać się trzeba, ale to za chwilę... chyba zaczynało ją brać na lenistwo. Całe gorąco gdzieś wyparowało, a zostało tylko rozluźniające ciepło.
- Deang... - Podniosła na niego wzrok, zadzierając nieco wyżej głowę, żeby na moment uchwycić jego spojrzenie, chociaż sama swoim zaraz uciekła. - Naprawdę dobrze, że wróciłeś. - Ot, jakby powiedzenie tego było tak samo, a może nawet bardziej trudne od pewnej kedavry, którą się zaszachowali.
Ale nie, kedvra poszła jednak łatwiej i nawet faktycznie powaliła wtedy Cartera wzbudzając w nim mordercze skłonności wobec bezbronnej nauczycielki transmutacji. A przecież, jakby na to nie patrzeć, od niej usłyszeć coś takiego to jednak rzadkość, bo panna Harvin nie byłą zbyt wylewna w swoich uczuciach. Ale za to przynajmniej szczera. Bo naprawdę dobrze, że wrócił. Mogła na trochę zapomnieć o wszystkim. O długiej liście osób, które sprzątnęłyby ją z powierzchni tego świata, o rodzinnych komplikacjach, o szkolnych problemach, o swojej nienawiści do siebie samej i całym tym sajgonie, który zwykle wplatał się w jej codzienność. Od niedawna jej codziennością był Carter i to pomagało. Bardzo. To było jak zupełnie inna rzeczywistość, o której istnieniu zapomniała. Jakby cała reszta toczyła się gdzieś obok i przestała ją tak uciążliwie męczyć.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Nie Wrz 30, 2018 2:30 pm   
   <Multikonta: RC


Żadnych dzieci, Carter na ojca się nie nadawał, co najwyżej na matkę, a do tego matkę smoków. Prawdopodobnie gdyby zdarzyło się tak, że faktycznie doszłoby do cudu nad Wisłą i pojawiłby się jakiś junior, to Carter pewnie metody wychowawcze od smoków stosowałby na ludzkim dziecku. Bo to przecież prawie to samo.
Nawet prędko się regenerował, choć i taką krótką drzemką by nie pogardził, krótką - zanim wpadłby w fazę snu. Dalej w końcu nie wiedział, czy pozbył się swojego problemu czy jednak nie. Tak czy siak - wszystko u niego się zdołało unormować. Oddech, bicie serca, nawet temperatura ciała powoli wracała do normy. A to by znaczyło, że jeszcze trochę i Carter znów stanie się realnym zagrożeniem dla Harvin (tak jakby kiedykolwiek przestał nim być).
- Przeżyć? Co przeżyć? Kolejny orgazm? - Zapytał unosząc brwi. - Chcesz, to poprawię. - Zaoferował się.
Biedna Vanessa, na zajęcia się będzie spóźniać bo nie będzie mogła przeczłapać z jednego punktu do drugiego. I chyba faktycznie będą padały pytania "Pani profesor, co się stało?". A w odpowiedzi będzie co? "Spierdalaj". No, albo uprzejma tego wersja, chociaż jak to Harvin to może nie uprzejma a bardziej profesjonalna czy raczej pedagogiczna.
Nie zamierzał jej dręczyć (siebie przy okazji też), został nakarmiony (ale nie przekarmiony), więc pewnie będzie spokojniejszy. Może nawet bardziej posłuszny. A nie, to raczej nie. Niemniej było ważne mieć na uwadze, że był na głodówce przez długi czas. Tyle szczęścia dla niej, że z kimś się umówił pod wieczór i uwaga, nie była to kobieta a facet. I tym bardziej Vanessa nie mogła się o tym dowiedzieć. To co? Albo jej wmówi, że McGonagall go wzywała dzisiaj albo tak zmęczy, że zaraz pójdzie w spanko do rana. Nie zapominając oczywiście o obiecanej mu kąpieli. W łazience prefektów. Hehe.
Gdy usłyszał, jak użyła jego imienia, spojrzał na nią pytająco, unosząc przy tym lekko brew. No a potem co? Szczena do ziemi, bo nie spodziewał się, że usłyszy coś takiego od niej i to wypowiedziane z jej własnej inicjatywy. Szczerze - zaskoczyła go tym... wyznaniem? Rzecz jasna zdawał sobie sprawę z tego, że raczej była zadowolona z tego, że wrócił, ale inaczej to do niego uderzyło, kiedy sama to przyznała. Niby nic, niby proste zdanie, nic zaskakującego (dla postronnych), a dla niego bardzo dużo. Ten wyraz zaskoczenia (nie widziała!) powoli przeszedł w łagodny uśmiech. Też się cieszył, że wrócił (nie żeby to go jakoś zaskoczyło, innej opcji przecież nie brał pod uwagę). W zasadzie to cieszył się, że w ogóle udało mu się wrócić. Co z tego, że to nie oznaczało końca tych wszystkich problemów. Doskonale wiedział, że to nie koniec, bo jak nie jeden psychopata to jego córka. Ale przynajmniej to jakieś urozmaicenie. Co jakiś czas wpierdol, czemu nie?
Ale tej Avady to jej nie zapomni. Nie to, żeby miał jakiś żal do niej o to, bo powiedzmy, że rozumiał, że było to w emocjach, ale w emocjach to mogła w niego rzucić gałęzią czy kamieniem, ale nie Avadą. God damn it. W niego. W dodatku nieuzbrojonego.
Przycisnął ją mocniej do siebie, ucałował w czoło (słone czoło).
- Naprawdę dobrze, że nie szurnęłaś mnie tą Avadą. - Odmruknął.
Bo to przecież Carter, zawsze musi zepsuć, albo pierdolnąć coś złośliwego. Ale tak szczerze to dobrze. Byłoby smutno, gdyby wrócił po takim czasie survivalu, utrzymywania się przy zmysłach, a ona śmignęłaby mu zabójczym zaklęciem i koniec. Chociaż z drugiej strony i tak wolałby to, niż świadomość, że tamten jego kruk faktycznie miał komu oczy wydziobywać.
Właśnie, ciekawe co z nim?
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670

Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Wrz 30, 2018 6:08 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Uniosła nieco brwi rzucając mu krótkie, aczkolwiek bardzo wymowne spojrzenie. Poprawiać? Teraz? A czy on nie widział w jakim stanie skończyła? Znowu? Przecież teraz nadawała się niemal tylko do leżenia i nic nie robienia. Ewentualnie czytania tej książki, którą wcześniej próbowała zmęczyć, co jej ostatecznie nie wyszło, bo zajęła się Carterem. Teraz zapewne często różne rzeczy nie będą jej wychodzić w podobny sposób. Ale to nie zmęczenie było najgorsze. Była wykończona, bo jednak przyszło się jej napracować w przeciwieństwie do poprzedniej nocy kiedy to na Cartera spadł największy ciężar wysiłku. Co prawda i tak wyszła z tego ledwo żywa, ale nie z tak dużym fizycznym obciążeniem organizmu. W tym wypadku to panna Harvin musiała sprostać zadaniu i wykonać serię ćwiczeń wymagających nie lada kondycji. Dała radę chyba tylko dzięki swojej zawziętości i nakręcającemu pragnieniu, bo z kondycją to u niej słabo i trudno spodziewać się po niej czegokolwiek innego. Ale teraz to wciąż było tylko zmęczenie. Najgorzej jutro, kiedy efektem tego tylko zmęczenia będzie całkiem realne rwanie w mięśniach z jednoczesnym brutalnym uświadomieniem, że posiada takie mięśnie i że to może boleć. Pewnie gdzieś w połowie dnia jakoś to rozchodzi, ale początek zapowiadał się tragicznie. Mogła tylko wierzyć w to, że dzięki regularnym treningom w niedługim czasie nie będzie aż tak okrutnie odczuwać skutków kolejnych takich dni i nocy.
- Na pewno nie ma czego poprawiać - zapewniła, żeby nie było co do tego żadnych wątpliwości, bo zresztą... tu naprawdę nie było co poprawiać, a co najwyżej powtarzać, ale to już jak będzie bardziej zdatna do życia.
Poza tym... to chyba był jakiś... komplement? Mogło to też tak zabrzmieć i nie mijało się z prawdą. Bo Deangelo zaspokajał ją w ponad stu procentach i nie było tu mowy o żadnych brakach czy niedoborach.
Przesunęła dłoń na jego ramię, żeby wygodniej się go uczepić. Był wygodny. Lepszy niż jej ulubiony fotel, a to już spora nobilitacja. Ale w końcu trzeba się będzie z niego podnieść, choćby po to, żeby zamknąć się w tej nieszczęsnej łazience. Chyba będzie musiała w grafiku upchnąć jeszcze częstsze kąpiele.
- Już ci mówiłam... - wywróciła młynka oczami, gdy wspomniał o tym incydencie z Zakazanego Lasu. - Nie umiem avady.
Jak on się tego uczepił. Jakby nie wiedział, że panna Harvin to taki kozak, który trochę pokozaczy, a jak przychodzi co do czego to lemo cotta i po problemie. Nie no, jej spektrum możliwości było nieco większe, jednak nadal nie bawiła się w aż tak górnolotne zaklęcie uważając, że transmutacja rządzi i niczego więcej jej nie potrzeba. A tam w Zakazanym Lesie... tylko trochę chciała go postraszyć. To znaczy... emocje faktycznie zrobiły tu swoje i zadziałała niemal instynktownie w ramach reakcji obronnej na jego widok, ale skoro i tak by nic z tego nie wyszło, to po co jej to wciąż wypominać? Carter żył czyli problemu nie było.
- Chyba się nie ruszę z miejsca. Ewentualnie tylko do łazienki - westchnęła, przymykając oczy i właściwie tkwiąc w takim bezruchu, żeby spokojnie pozwolić sobie odpocząć. - I ciebie też to czeka - podkreśliła na wszelki wypadek gdyby tak znowu wyskoczył jej z jakimś półdniem trolla czy coś podobnego.
W sumie mogłaby nawet spać. Albo cokolwiek co nie wymagało fizycznego wysiłku. Mogła leżeć i pachnieć. To nie było przecież męczące. Mogła też się pozbierać, ubrać i na powrót uczesać, ale to wymagało już podjęcia pewnych konkretnych działań. Za dużo roboty, w tej sytuacji nie należało po niej oczekiwać cudów. Byle tylko Carter za bardzo ją nie dręczył, bo skończy się jeszcze na tym, że wykończona nauczycielka pójdzie na łatwiznę i sięgnie po swoją różdżkę, którą przecież wcześniej odłożyła grzecznie na bok.
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pon Paź 01, 2018 12:53 am   
   <Multikonta: RC


Jak to mile połechtało jego męskie ego. Trzeba tylko uważać, żeby za bardzo nie urosło, na przykład do rozmiarów takiego megalodona. Bo to duży rekin był. Największy z największych. Tak czy siak - zadowolony był, że Vanessie się podobało (chyba? przynajmniej taki był hint). Chętnie by poprawił, ale sam chyba jeszcze nie wiedział jak się regeneruje jego ciało, bo może umysł wołał "Okej, jedziemy" to ciało może go zaskoczyć takim rozgotowanym spaghetti. A to by było smutne. I upokarzające. I już nie musiałaby się martwić o jego ewentualne ego megalodona.
- W takim razie... - odchrząknął. - Polecam się na przyszłość. - Obwieścił, uśmiechając się w ten chytry, carterowski sposób. Jeśli ma nie poprawiać to może faktycznie powtórzyć. Zawsze do usług, powinien jej kupić taki dzwonek na sex. Przybiegłby choćby z drugiego końca Zakazanego Lasu na jego dźwięk. Gorzej gdyby chciała wykorzystywać ten dzwonek do innych celów. A tak nie wolno.
Miał się przestraszyć tej udawanej Avady? Niestety nie przyniosło to chyba pożądanego skutku, ponieważ Carter wtedy był na takim etapie, że jeśli nie będzie choćby nadziei na to, żeby z nią w ogóle porozmawiał, to było mu obojętne czy zginie - teraz od jej Avady czy trzaśnięty w łeb kamieniem czy Hartley go znajdzie. W tym ostatnim wypadku to pewnie poszedłby do Hogsmeade, położył na chodniku i zaczął krzyczeć "Tu jestem, Alistair. Tutaj" Naprawdę byłoby mu wtedy wszystko jedno. Zostałby z poczuciem, że stracił wszystko; dosłownie wszystko. Rodzinę, robotę, przyjaciół i co gorsza - Harvin. Jeśli kazałaby mu się bujać na tym etapie to jeśli ktoś by go nie zabił to sam by się położył na środku Zakazanego Lasu i czekał na śmierć. Dramatycznie? Może trochę, ale zdecydowanie prawdziwie. Wszak to myśl o odzyskaniu Harvin trzymała go przy zmysłach i pchała cały czas naprzód przez te pieprzone góry i doliny, jak jakiegoś hobbita drepczącego do Ereboru.
Nie skomentował tego, bo okej, ustalili, że Avady nie umiała, że była wściekła i tak dalej. Teoretycznie miała prawo, ale praktycznie, gdyby ta Avada jednak weszła, to skończyłaby w pierdlu, w Azkabanie I po co jej to?
Vanessa nie zamierzała się ruszyć? A to czemu? Co się stało? Zmęczyła się? Ale czym, przecież nic takiego się nie stało! No dobra, stało. Zdawał sobie sprawę, że mógł troooszeczkę ją zmęczyć, albo po prostu swoje dzisiejsze lenistwo wolała zwalić na niego dla własnego, czystego sumienia. Jedną i drugą wersję przyjmie.
Na chwilę się zamyślił, analizując obecną sytuację.
- Mhm, poza tym czeka mnie jeszcze parę innych rzeczy, w tym wizyta u Matki Boskiej Dyrektorskiej, więc wypadałoby, żebym się jakoś prezentował. - Wymamrotał. No tak, już ściemniał. Ale oczywiście ściemniał w dobrej wierze, to wszystko jako część czegoś ładnego, o czym Harvin wiedzieć nie mogła. Jeszcze. Dowie się ostatnia.
Więc pewnie, finalnie, doszło do końca tej roznegliżowanej posiadówki na fotelu Vanessy. Carter pozbierał swoje ubranie, w którym tak naprawdę nie zdążył pochodzić nawet z godzinę, bo co je założył to w ciągu paru następnych minut je tracił. Może powinien je nazwać jakimś szczęśliwym kompletem? Sex outfit.
Jak już się ubrał, coby nie razić Vanessy swoją nagością (a tak naprawdę po to by móc przetransportować się do siebie do gabinetu, na golasa jakoś ciężko), podszedł do niej, ucałował w czubek głowy, klepnął w pupę i zapowiedział się, że wróci wieczorem i żeby odpoczywała.
A on poleciał stamtąd do siebie by się wykąpać (po raz, kurwa, drugi w przeciągu godziny?), przywdziać w coś innego niż jego sex outfit i pokierować do McGonagall (a raczej Verendala, ale shh).
[zt, amen]
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670

Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pon Paź 01, 2018 10:19 am   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


- Nie zapomnę. - zapewniła z przekonaniem, bo skoro Carter się deklarował i polecał, to dlaczego miała nie skorzystać, biorąc pod uwagę, że tak korzystać z jego usług to mogła często, a przynajmniej na tyle często na ile będzie pozwalała jej kondycja i czas.
Bo niewątpliwie, Deangelo będzie zabierał teraz lwią część jej czasu, a przecież panna Harvin (still panna), miała jeszcze mnóstwo innych obowiązków związanych z jej pracą w szkole. Trzeba było przygotować lekcje, trzeba było zrobić tą lekcję, jeszcze jakiś uczeń przypałęta się do niej na konsultacje, jeszcze trzeba spatrolować korytarze, potem upieprzyć punkty jakiemuś ślizgonowi, odwiedzić Skrzydło Szpitalne gdy jeden z jej podopiecznych tam trafi po hyper-uber poważnym pojedynku, wykonać dodatkowe zajęcia zlecone przez McGonagall (chociaż wcale nie była tu wice i robiła to tylko ze swojego dobrego serduszka i zapewne jeszcze w nadziei na podwyżkę). A teraz jeszcze Carter. Musi go gdzieś wcisnąć. Chociaż bardziej prawdopodobne, że to jej obowiązki trzeba będzie wcisnąć obok Cartera. Już zabierał jej mnóstwo czasu, a nauczycielka nie mogła zaniedbywać swojej pracy. Aktualnie leżała i pachniała, co nie oznaczało, że chce także leżeć i pachnieć na bezrobociu, co najwyżej od czasu do czasu podnosząc się z miejsca, żeby wyżebrać sykla na ognistą.
Nie podnosiła się z miejsca, a zaledwie przesunęła na tyle, żeby umożliwić mu opuszczenie jej fotelowego legowiska. No tak, Matka Boska Dyrektorska ma pierwszeństwo. Van to rozumiała, są jakieś priorytety. Tym bardziej, że ona sama poczeka. Czekała cztery lata, to może zaczekać jeszcze chwilę. Nie wyglądało na to, żeby gdzieś się jej śpieszyło i żeby nagle miała poderwać się z fotela i zwiać.
- Deang, nie... - wymamrotała tylko na to klepnięcie, bo co to za dziwny zwyczaj z tym klepaniem... wchodziło mu to w nawyk chyba.
Ale tym razem nie sięgnęła po książkę i nie zamachnęła się w jego stronę. Tym razem nie miała po prostu na to siły. Miał odpuszczone, co nie znaczyło, że to pochwala. W zasadzie czy pochwalała czy nie, Carter i tak pewnie będzie to dalej robił. Nawet gdyby oświadczyła mu, że potrzebuje zezwolenia, nie złożył jeszcze na jej biurku CV i listu motywacyjnego. To nic nie da. W każdym razie... przynajmniej kwalifikacje miał odpowiednie.
Dopiero gdy wyszedł, podniosła się w końcu ze swojego leża, a konkretniej ze swojego bardzo wygodnego i miękkiego fotela. Trzeba coś ze sobą zrobić, doprowadzić się do porządku i kolejny raz zadekować w łazience. Pod jego nieobecność nie musiała się barykadować ani zabezpieczać drzwi przed ewentualną Bombardą, tyle dobrego. Jak już doprowadziła się do względnej przyzwoitości, ubrała się w końcu (po całym dniu) i zaległa na łóżku z tą nieszczęsną książką, którą w niego nie rzuciła i która już kilka razy została przez nią brutalnie porzucona. Carter polecił odpoczywać, a że i tak żadnych innych zajęć nie miała... to co innego jej pozostawało? Nie będzie sobie na siłę szukać obowiązków, a poza tym musiała się trochę zregenerować. Tego rodzaju wysiłki fizyczne przekraczały jej dopuszczalną normę, a na dalsze siłowanie się z Deangelo musiała jednak mieć trochę energii. Chociaż odrobinę. Spać nie zamierzała, bo od tego jest noc (późna noc, biorąc pod uwagę wieczorne treningi panny Harvin), a nudzenie się jakoś nie leżało w jej naturze. W każdym razie...
/zt? Nie zt? Coś./
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     

Dołączył: 25 Lip 2018
Posty: 233
Wiek: 29 lat
Krew: Czysta
Pupil: płomykówka
Różdżka: ostrokrzew, łuska smoka, 11.5 cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 25
Z. ofensywne: 30
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 20
Wysłany: Pią Paź 12, 2018 9:19 pm   
   <Multikonta: RC


Cała wycieczka przez Hogwart upływała mu jak nie na przemykaniu pędem korytarzami to kitraniem się za rogiem przed uczniami i tak mu się powiodło, że nikt go nie przyskrzynił, jak wynosił swoją tortillę z wieży astronomicznej. Dopiero gdy dostrzegł drzwi gabinetu Harvin, przestał się głupkowato cieszyć, co miało miejsce przez cały czas od zejścia z wieży, przyspieszył i wpadł do środka, bo Vanessa drzwi nie zamykała. A jak nie zamykała to miała już po drzwiach. I on nie będzie tego naprawiał, więc lepiej, żeby ich nie zamykała. Nie zapukał też, tak jak go uczyła, że przed każdorazowym wejściem tam należy pukać. I to nie z tego powodu, że wiedział, że jej tam nie ma tylko z powodu, że on już zapukał. A miał zwłoki do odniesienia i mu się spieszyło.
Wleciał do środka, zatrzasnął drzwi za sobą (bo nie były zamknięte, okej?); Potem przeleciał (hehe) przez jej gabinet i wpadł do sypialni. I byli bezpieczni od podglądaczy, przynajmniej taką miał nadzieję. Nie wiadomo czy nikt na miotle nie krążył wokół zamku, zaglądając w okna, bo gdyby zajrzał do tego okna to pewnie spadłby z dwudziestu pięciu metrów w krzaki (pokrzywy). Kiedy już odstawił Vanessę na łóżko, odsunął się od niej i ułożył jej rzeczy na sprawdzonym i wytrzymałym fotelu, rated C for Carter. Nawet oddał jej bieliznę. Odwrócił się z powrotem w kierunku Vanessy.
Odchrząknął.
- Nie barykaduj się w łazience, bo zaraz dołączę. - Mruknął. Bo oczywista oczywistość, że Vanessa na dzień trolla się nie zgodzi i zaraz będzie szorować siebie i jego też będzie chciała. Zresztą z tym wyglądem maratończyka to by mu się przydało.
Kiedy już poszła (bo przecież poszła, prawda?), on miał czas na zdjęcie swojej koszuli i odłożenie jej obok odzieży Harvin, na fotelu. Wtedy też rozległo się stukanie w szybę, a Carter drgnął i odwrócił się w kierunku okna z nadzieją, że to jednak nie jakiś zbłąkany uczeń na miotle. Nie był to uczeń, to była sowa. Sowa z listem w dziobie. Carter odchrząknął nerwowo, bo jedyna sowa z listem, której się spodziewał, miała przyjść od Hartley'ówny, list w którym wskazałaby ich miejsce spotkania przed wykonaniem tego, na co się zgodził.
Zbliżył się do okna, otworzył je i wpuścił sowę (oby Cheri się nie obraziła). Odebrał od niej list i zaraz wypieprzył za okno, taki był z niego profesor ONMS, kochający wszystkie zwierzęta, nawet te przygłupie sowy. Bo sowy serio były najgłupszymi ptakami, ale to już nie jego wina, że czarodzieje upodobali je sobie do poczty. Z drugiej strony może dobrze, że były głupie. Taki gołąb na przykład, dostając w dziób normalnych rozmiarów kopertę, stwierdziłby że pierdoli taki interes, list by wypluł i poleciałby obsrywać któryś rynek na świecie lub jakiś pomnik.
Zamknął okno i spojrzał na list. Pieczęć rozpoznał z miejsca, należała do rezerwatu, w którym pracował zanim sprzątnął go Hartley. Ciekawe, że pisali do niego. I ciekawe, że akurat teraz. Ciekawe skąd wiedzieli, że jednak nie spierdolił gdzieś z uprowadzonym smokiem. Z drugiej strony poczuł się jakoś dziwnie, miał jakieś przeczucie (mylne zresztą), że obarczą go winą za zniknięcie smoka i oskarżą o prowadzenie nielegalnej hodowli, czy coś.
Otworzył kopertę, wysunął z niej list, zabrał się za czytanie zawiniątka. Nie było w nim zwrotu "Drogi Panie Carter", po prostu użyto jego imienia, jak jakiegoś starego kolegi. Przebiegał wzrokiem od lewej do prawej i na nowo, starając się rozszyfrować i przyswoić treść listu. Potem to już usiadł, bo zaczynało się robić... ciekawie. Ale nie, nikt go nie oskarżył o uprowadzenie smoka. Zresztą chyba puszczał tam list z wyjaśnieniami. Autor listu przekazał, że niedawno otrzymali list od czarodzieja, który żył na Madagaskarze (Lemo Cotta weszło za mocno chyba, kto by tam chciał żyć), w którym tamten poinformował ich o obecności wyjątkowo agresywnego osobnika smoka i prosi o interwencję. Interwencja owszem była, ale podobno z pięcioosobowej grupy wrócił tylko jeden czarodziej, w opłakanym stanie. Z jego zeznań ustalono, że ów smok to przedstawiciel Norweskiego Smoka Kolczastego o wyjątkowo ciemnej łusce, z charakterystycznym znamieniem na pysku. Autor zasugerował, że mógł to być dawny podopieczny Cartera. W końcówce listu zwraca się z prośbą, by to Carter udał się na miejsce wskazane w liście i jako ktoś, kto wychował gada, spróbował go pochwycić i sprowadzić do rezerwatu, jako że gad stanowi niebezpieczeństwo dla mieszkańców wyspy jak i dla siebie samego. Podpisany niżej William obiecał zapewnić wsparcie czwórki swoich ludzi i zaznaczył, że czeka na list zwrotny z odpowiedzią.
Wypuścił głośno powietrze. Niecodziennie dowiadujesz się, że znaleźli twoje zaginione przed paroma laty dziecko. Tak, to było jego dziecko. Bo tak, Carter był jego matką - wychował smoczątko, niby wychowywał je na broń dla Hartley'a, ale doskonale wiedział, że to tak nie zadziała.
Z tego wszystkiego zapomniał, że miał pójść i się wykąpać z Harvin, więc zostanie trollem. Trudno. Miał większy problem. Nazywał się Vanessa Harvin, która prawdopodobnie nie będzie zachwycona jego pomysłem, aby lecieć do Afryki po jakiegoś zdziczałego smoka, który szalał po dżungli z lemurami. Jednak nie zamierzał tego tak zostawiać. Nawet nie chodziło o tych wioskowych murzynów, którzy mogli harce jego dziecka przypłacić życiem, ale chodziło o samego smoka. Norweski smok kolczasty w tropikalnym klimacie? To nie było zdrowe.
Tak, to były jego priorytety. Smok ponad ludzi.
_________________
    Claim your prize for a crown of stars, In the name
    of love be the sacrifice You and I will stand and fight


 
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3670

Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 90%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Paź 12, 2018 10:49 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Co? Jaka tortilla? Nie marudziła kiedy schował ją w marynarce, bo to faktycznie było całkiem porządne okrycie, ale bez przesady... żeby ją tak uwieszać na sobie. Może i była zmęczona, ale nie na tyle otępiała, żeby zupełnie nie orientować się w sytuacji. Gdy tylko Carter ją tak bezczelnie złapał i przewiesił przez ramię było już za późno na bunt. Nie miała nawet za bardzo jak się wiercić, bo obolałe mięśnie zniechęcały ją do większego wysiłku.
- Deang! Nie w ten sposób! - syknęła, bo w tym momencie była to jedyna reakcja na jaką mogła sobie pozwolić, ale i tak mało skuteczna.
Znowu pozbawiono ją prawa do głosu i prawa do decydowania o sobie. Chciała, żeby ją przetransportował do sypialni, ale może akurat nie w takiej formie. Były inne i to bardziej cywilizowane metody noszenia partnerek. Na Merlina... gdyby tak TERAZ ktoś ich zobaczył... jak miałaby się z tego wytłumaczyć? Nie wątpiła w to, że Carter stara się tak przemknąć korytarzami zamku na niższe kondygnacje, aby absolutnie nikt ich nie dostrzegł, bez względu na to czy miałby to być nauczyciel czy uczeń. Nie mniej, po drodze i tak co jakiś czas dało się słyszeć jej marudno-sykowe Deang, chce na ziemię czy Nie noś mnie tak! albo Na to się nie zgadzałam! Oczywiście, wszystko półgłosem na wszelki wypadek gdyby jednak jakaś zbłąkana dusza miała znaleźć się w pobliżu. Wiedziała, że i tak nic to nie da i zapewne Carter świetnie się bawi, mogąc ją w ten sposób jeszcze trochę podrażnić. Ostatecznie spasowała już w okolicach swojego gabinetu, do którego nie zamykała drzwi, bo raczej nie było w środku co kraść i pogodzona ze swoim losem nie protestowała aż do momentu gdy w końcu znalazła się na łóżku. Westchnęła ciężko, spoglądając na niego z pewnym wyrzutem, ale oszczędziła mu już dalszą część marudno-sykowych pomruków niezadowolenia. Jakby na to nie patrzeć, odstawił ją na miejsce, a o to chodziło.
- Mhmm... tylko nie chce czekać długo - wymamrotała pod nosem zbierając się z łóżka po chwili, bo jeszcze na tyle sił miała, żeby skierować się do łazienki.
I się w niej nie zamykać, tak dla odmiany. Bo skoro Carter chciał dołączyć, to bronić mu nie będzie. Wręcz przeciwnie. Może była zbyt zmęczona na kolejną dawkę intensywnej przyjemności, co nie oznaczało, że nie można w inny, relaksujący sposób spędzić czas we dwójkę przy okazji takiej kąpieli. Czekać na niego nie zamierzała jednak i chyba dobrze, bo by się nie doczekała. Carter znowu strollował. Jego strata, nie będzie żadnego odprężającego masażu, a zaraz sam będzie szorował do łazienki. W pojedynkę. Jak już się dość ogarnęła, oszczędzając sobie zbyt długiego moczenia pod wodą, otworzyła drzwi stając w progu ubrana w szlafrok, a ręcznikiem osuszając wilgotne włosy.
- Zaraz dołączysz, tak? - zacytowała go, wbijając w niego niezbyt zachwycone spojrzenie. - Będziesz się szorował sam. Dokładnie, bo później sprawdzę - pogroziła mu, bo za takie wystawienie ją w łazience należała się kara i brak litości.
Zauważyła jednak, że jej prawie-mąż jest na czymś dziwnie skupiony, co się nie zdarzało. Jakiś list? Teraz nawet do niego korespondencja przychodzi na jej adres. Podeszła bliżej, odkładając zaraz ręcznik na bok i zatrzymała się przy nim.
- Zaproszenie na randkę od tajemniczej wielbicielki? - zapytała od niechcenia, nie zamierzając tak chamsko wnikać w treść przesyłki, bo może rzeczywiście jakaś pierwszoroczna krukonka napisała mu miłosne wyznanie i biedak głowi się właśnie nad tym co tu z taką namiętną adoratorką począć.
Nic nie poczniesz Carter, bo prokurator już by na Ciebie czekał. Tak czy inaczej, skoro jednak zostawił ją bezczelnie samą w łazience to chyba musiał mieć jakiś twarde usprawiedliwienie i najwyraźniej znajdowało się ono w tym liście. Lepiej, żeby było przekonujące, bo jednak miłosne liściki od uczennic nie były dobrą wymówką. Albo od uczniów. A może od studentek? Ktoś miałby w sobie tyle odwagi (bardziej głupoty), żeby ryzykować z taką korespondencją pod nosem Harvin? Przecież ona by za węchem wytropiła taką podejrzaną miłośniczkę profesora Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami, a potem to już wiadomo... prorok miałby o czym pisać. To musiało być coś ważniejszego. Co innego odciągnęłoby Cartera od niej?
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Amaimon

Strona wygenerowana w 1,07 sekundy. Zapytań do SQL: 9