Są już wyniki plebiscytu Złote Tiary!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Zielarstwa!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Rusza lekcja Transmutacji!
► Ruszają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Gabinet prof. Wróżbiarstwa
Autor Wiadomość

April Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 48
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pon Wrz 10, 2018 1:14 am   Gabinet prof. Wróżbiarstwa

Gabinet profesor wrózbiarstwa nie jest zbyt wielkim pomieszczeniem, a przynajmniej takie sprawia wrażenie przez bałagan, który w nim panuje. Przynajmniej takie może mieć wrażenie osoba, która do niego wchodzi po raz pierwszy, gdyż April uważa, że wszystko jest na swoim miejscu. Dość duże biurko, stojące obok okna zawalone jest różnymi pracami uczniów. Ciemne szafki obok drzwi skrywają w sobie wiele różnych ksiąg, a w kilku szufladach jest ukryte całkiem sporo różnych rodzajów herbat. Na środku pomieszczenia znajdują się dwa stoliki z kolorowymi pufami dookoła. Jeden jest zarzucony kartami różnego rodzaju - przez zwykłe do grania, po tarota. Drugi stolik jest pusty i stoi na nim wazon z zawsze świeżymi kwiatami. W kącie stoi regał z dziwnymi przyrządami, prawdopodobnie do wróżenia. Cały gabinet jest dość jasny i przyjemny, roznosi się w nim zapach jaśminu.
Drugie pomieszczenie, do którego prowadziły drzwi było o wiele bardziej w jej stylu. Panował w nim porządek, przynajmniej zazwyczaj. Wielkie łóżko z baldachimem, które stało w rogu było zarzucone poduszkami i kilkoma kocami. Leżało też na nim kilka pluszaków, które musiały należeć do jej dzieci. W pokoju było wiele szafek z roślinami - niektóre były w formie ususzonej i obrobionej, w fiolkach, zdecydowana większość była jednak w doniczkach. Zdecydowana większość to były zioła, jednak znalazłoby się także kilka kwiatków. Na pozostałych szafkach, które zapewne skrywały szaty April, było mnóstwo zdjęć - jej, jej przyjaciół, dzieci, rodziny. W kącie pokoju stała mała szafka skrywająca kawę, kilka herbat, oraz mały zapas alkoholu. Na wyjątkowe okazje. Tuż obok stał stolik, sofa i kilka foteli, które były w stonowanych kolorach i zapraszały, by na nie usiąść. Z sufitu, na środku pokoju zwisała huśtawka, na której kobieta lubiła czytać, oraz na której spała w gorętsze noce, kiedy nie mogła zasnąć wśród poduszek i pościeli. Pokój posiada także drzwi do małej łazienki, w której dookoła wanny jest poustawiane wiele świeczek, kadzidełek i różnych specyfików.
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 201
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Pon Wrz 10, 2018 9:24 pm   
   <Multikonta: --


Dzień po odwiedzinach Sorena Leonardo nie był w stanie znaleźć sobie miejsca. O ile podczas zajęć mógł czymś zająć umysł, o tyle po ich zakończeniu po prostu nie zdołał oderwać myśli od osoby czarodzieja. Wstrętny manipulator. Pół nocy Covenbreeze poświęcił na karmienie wizji ich powrotu do siebie. Jak to mogliby sobie wszystko wytłumaczyć, wybaczyć i jeszcze wspólnie zawojować magiczny świat. Z czasem jednak dotarło do niego, że był to zwykły trik, z których Rostgaard był znany. Najwidoczniej czegoś od niego chciał. Być może zależało mu na tym, by namieszać mu w głowie? Naaah. Mężczyzna postanowił nie poświęcać na te rozmyślenia już więcej czasu, ale to wcale nie pomogło mu zasnąć. Wstał niewyspany i cały dzień miotał się jak straceniec.
Zwalczenie Sorena April nie wyrokowało zbyt dobrze, ale czemu właściwie miał nie spróbować? Zagada do rudowłosej, ona na pewno opowie mu mnóstwo głupkowatych faktów ze swojego życia, pośmieją się, powspominają stare czasy i Leo będzie mógł rozmyślać o tym, jakie zioła wspólnie palili, a nie o tym, dlaczego Rostgaard bezczelnie go pocałował. O tyle dobrze, że nikt tego nie widział. Przeleciało mu przez myśl, kiedy skręcał w stronę gabinetu April. W ręce trzymał duży pęk białej szałwii. Ziela znanego ze swoich zdolności oczyszczających.
- Puk puk, wcale nie czekam, aż mi otworzysz. – wszedł od razu po zapukaniu. W jego nozdrza uderzył silny zapach ziół, z czego najbardziej przebijał się jaśmin. Przez chwilę jakby zakręciło mu się w głowie, po czym zlokalizował postać nauczycielki.
- Cześć, co tam? Bardzo ładnie dziś wyglądasz… – zagadał jak gdyby nigdy nic. Usiadł na pierwszym lepszym siedzeniu, odgarniając z niego jakieś zielska. Był ostrożny, nie chciał trafić na nic, co poparzy mu ręce, albo zaatakuje i oplącze jak u Imma w gabinecie.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     

April Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 48
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Wrz 13, 2018 3:15 am   

Jeżeli było coś, co uwielbiała w swojej pracy to było to sprawdzanie prac domowych, esejów i egzaminów. Sprawiało jej to wielką frajdę, szczególnie, że większość uczniów kompletnie nie miała talentu do wróżenia i wymyślali na tych pergaminach najbardziej absurdalne rzeczy. Rozumiała ich podejście, w końcu jej przedmiot nie był szczególnie ważny w karierze zawodowej kogokolwiek, dlatego sama starała się dawać takie sprawdziany, które dawały kreatywnym uczniom pole do popisu. W końcu sprawdzając to, nawet po kilku godzinach od momentu napisania nie mogła pamiętać czy panna Roberts miała w filiżance smoka z balonem, a pan Martinez wielki miecz (chociaż tej interpretacji wolałaby nie czytać). Mogła się przy tym rozluźnić i skierować myśli na coś innego, w końcu nie było to zbytnio wymagające zajęcie. Ostatnio nie mogła dobrze spać, przez co wstawała wcześniej niż zwykle. W zasadzie to zazwyczaj w ogóle się nie kładła. Sen ograniczała do minimum, przeinaczając go w krótkie drzemki po południu. Wtedy nie budziły ją koszmary, w których jej dzieci giną na wiele różnych sposobów. Przerażający był fakt, że dalej nie wiedziała co się może dziać z dwójką jej trojaczków. Kiedy najstarszy z rodzeństwa dalej przebywał w jej rodzinnych stronach, pozostała zniknęła jak kamfora. Nikt nie zauważył kiedy zniknęły, a ona sama miała większe poczucie winy niż kiedykolwiek. W końcu to ona była wyrodną matką tak? To właśnie było powodem, dlaczego w to sobotnie przedpołudnie nie spała, tylko siedziała przy swoim biurku kreśląc jakieś uwagi na marginesach pergaminów. Nie chciała zabijać w tych dzieciakach ich wyobraźni, dlatego naprawdę bardzo rzadko stawiała coś poniżej PO. Leżała tak na biurku, co jakiś czas upijając łyk zielonej herbaty. No dobra, może to nie był tylko napar z jakichś liści, tylko roztwór tegoż napoju z dużą ilością ognistej. Bardzo dużą. No dobra, może to była whisky w kubku, ale nie oceniajmy, okej? To nie alkoholizm. Zdawałoby się, że April wypiła już dość sporo, zważając na jej uśmiech i rozluźnienie, które razem z tym przyszło. Musiała się w ten sposób odstresowywać… lub znieczulać, zależy która wersja ładniej brzmiała. Dla kogoś kto ją dobrze znał zauważalne było, że to nie było zwykłe picie dla lepszego krążenia, jednak dla kogokolwiek innego była po prostu zwyczajną sobą – roztrzepaną, mającą wszystko gdzieś, rudą istotką. Pijącą od rana, ale kto by się tym przejmował. To Hogwart, który nauczyciel tu nie pije.
Właśnie miała wstać i udać się po dolewkę do swoich prywatnych komnat, kiedy usłyszała głos Leo. Przewróciła oczami. Tylko jego tutaj brakowało, nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z ojcem swoich dzieci. Cofnęła jednak swój tyłek za biurko i uśmiechnęła się szeroko, żeby sprawiać pozory zadowolonej z życia. Alkohol sprawiał, że przychodziło jej to z łatwością, dawno nie miała tak dobrego humoru.
-Dobrze, że nie czekałeś, bo bym nie wstała do Ciebie – zaszczebiotała wesoło do latynosa. Musiała przyznać, że jej najstarszy był do niego podobny. Niech to szlag, głupie skojarzenia, teraz nie będzie mogła się pozbyć myśli o dzieciach gdzieś z tyłu głowy. Uśmiechnęła się i podniosła. Na widok Leo praktycznie wytrzeźwiała, była praktycznie pewna, że przyszedł do niej w tej jednej konkretnej sprawie. Chris mógł powiązać fakty ojcostwa, albo Soren. W końcu Leonardo był oczywistym ojcem Marcela, a Rostgaard widział dzieciaka całkiem niedawno.
-Hej. Właśnie szłam do siebie, po coś do… picia. Idziesz ze mną? Mam dobrą kawę – zgarnęła swój kubek z biurka. Podeszła do niego, po czym przytuliła go lekko na przywitanie. Robiła tak z każdym, nie było wyjątków. Dźgnęła go palcem w żebra i nie czekając na swojego kolegę skręciła do swoich prywatnych komnat. Sięgnęła do szafki i zalała wrzątkiem w filiżance jakieś ziółka z kilku różnych słoiczków. Lubiła tę mieszankę, sprawiała, że myślała logiczniej i robiła się spokojniejsza. To, że wlała odrobinę czystej nic nie zmieniał. Nie przełknie tej rozmowy bez alkoholu. Odwróciła się, żeby zaproponować swojemu rozmówcy jakiś napój.
-Masz na coś ochotę? Kawa, herbata, coś mocniejszego, jak kiedyś? – jak kiedyś, hehe, tylko żeby tym razem nie skończyło się to pieprzoną ciążą mnogą. Uśmiechnęła się ciepło upijając łyk ze swojego kubka. –Co tak właściwie Cię do mnie sprowadza? – zapytała zaciekawiona. To nie tak, że go wypraszała czy coś, po prostu jakiś cel wizyty musiał mieć, tak? To, że trafił akurat do niej musiało mieć jakieś znaczenie. Wierzyła w przeznaczenie i jeżeli zjawił się u niej od tak, to będzie wiedziała, że to znak od kogoś wyżej, że to czas by przestać skrywać prawdę. No cóż, ona na razie nie zamierzała go o niczym informować. Nie wiedziała jak zacząć, co powinna powiedzieć. Co prawda zapewne nawet by mu nie powiedziała, gdyby nie fakt, że spotkali się ponownie, jednak fakt, że dwójka z nich zaginęła nie ułatwiał tego zadania. Czym innym było powiedzenie „hej, mamy razem dzieci”, a czym innym „hej, no mamy razem dzieci, z czego dwójka z nich prawdopodobnie zginie, bo są obskurusami, więcej alkoholu?”. Nawet April miała jakieś poczucie taktu w sobie i to nie był odpowiedni sposób na przekazywanie takich informacji. Nie było chyba odpowiedniego sposobu.
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 201
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Czw Wrz 13, 2018 12:56 pm   
   <Multikonta: --


Za czasów szkolnych Covenbreeze nie należał do osób, które darzyły wróżbiarstwo szczególnym szacunkiem. Uważał, że to jakieś dyrdymały. Nauczycielka pociskała banialuki, robiła sobie z uczniów jaja i marnowała ich cenny czas. Cenny czas, który latynos wolał poświęcić na szlifowanie zaklęć. Dopiero z czasem dotarło do niego, że osoby widzące dysponują darem, o którym się fizjologom nie śniło. I żadnym innym czarodziejom. Chociaż ciągle podchodził do sprawy dość sceptycznie, nie był w stanie zaprzeczyć, że coś jest na rzeczy. Ci ludzie naprawdę byli w stanie przedrzeć się przez kurtynę oddzielającą to, co widzialne, od tego, co tajemnicze i podzielić się wskazówkami dotyczącymi przyszłości. Jak to dokładnie działało? Kij go wie. Bruneta ciekawiło tylko to, że jego rudowłosa koleżanka prawdopodobnie należała do grona tych wybrańców. W końcu wszystko, co mu przepowiedziała, sprawdziło się.
- Widzę, że niezmiennie pozostajesz… sobą. – puścił jej oczko. April musiała być wszędzie. W jednej chwili siedziała, w drugiej polewała sobie jakiś ziół, w trzeciej wysyłała mu pogodny uśmiech, w kolejnej przedstawiała mu kilkanaście opcji, z czego i tak nie miał szansy żadnej wybrać, bo ona podjęła decyzję za niego chyba zanim jeszcze tu przyszedł. Ledwo nadążał za nią wzrokiem. W ostatniej chwili odpowiedział na jej przytulasa, ściskając ją może tylko troszeczkę za mocno. - Nie chcę kawy. I tak nie mogę jakoś dzisiaj zebrać myśli. – przyznał szczerze. - Przyniosłem ci kadzidło. – odłożył pęk białej szałwii wśród na stos innych ziół. - …na złą energię. Biorąc pod uwagę, że codziennie mijasz się z Rostgaardem na korytarzu, może się przydać. Dużo. – rzucił pół żartem, pół serio. Darował sobie rozpoczęcie całej historii na temat: „miałaś rację, co do nas…” W ogóle nie wiedział, czy poruszy tę kwestię. - Jak kiedyś? A ja taki nieogolony… – zdusił parsknięcie śmiechem. Oczywiście wiedział, że chodziło jej o zielarski towar, a nie tegesszmegesy na przypadkowym skrawku podłogi w pokoju hotelowym.
Podniósł się pomału i tanecznym krokiem podszedł do rudowłosej. Omiótłszy wzrokiem magiczne ingrediencje, poddał się i mruknął w końcu: -…a co masz? Tylko żeby mnie nie zwaliło z nóg. Najlepiej coś na starych Duńczyków i ich nieproszone… – no jakoś nie był w stanie wyrzucić z siebie słowa „usta”. Na samą myśl o tym, że miałby na głos przed kimś przyznać, że coś łączyło go z drugim facetem, dostawał wypieków na policzkach. Jakaś tajemna siła ściskała go za gardło, a wewnętrzny samiec zalewał go kpiną od środka. Ciota, ciota, ciota! Śpiewały unisono diabły w jego czaszce. - No, nieważne. Wierzę, że lewizny mi nie dasz. Tylko niech to nie będzie to, czym zioniesz… – nachylił się nad nią bez pardonu i pociągnął nosem. - …szkocka? – niuch, niuch… - …ale daje czymś takim… – niuch – - …nie wiem. Te zioła mi psują odbiór. – wyprostował się i odszedł kilka kroków, rozgniatając w palcach listek mięty. - Co sprowadza? – powtórzył po niej niby spóźnione echo. Jak się nad tym chwilę zastanowił, doszedł do wniosku, że sam nie ma pojęcia, co on tutaj właściwie robił. - …jakoś tak wpadłem. – zaczął dość niezdarnie. - Ostatnio nie mieliśmy okazji pogadać, to pomyślałem, że czas najwyższy nadrobić, o! – rozweselił się trochę, zarzucając ręce na klatkę piersiową. - Jak tam ci idzie nauczanie? – topornie szła mu ta rozmowa, bo za nic nie wiedział, jak ugryźć temat, z którym faktycznie tutaj przyszedł. Wierzył natomiast, że już ona da mu jakiś specyfik, który pomoże mu przebrnąć przez temat nauczyciela zaklęć.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     

April Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 48
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Wrz 13, 2018 4:42 pm   

Nie można było nic zarzucić April, gdyż zachowywała się całkowicie normalnie. Śmiała się, żartowała, była wszędzie. Nie zdziwiłaby się jakby Verendal uznał, że te dzieciaki jednak nie były jej, skoro jest dalej takim promyczkiem Hogwartu. W końcu jej osobiste problemy nie powinny wpływać na inne osoby – na jej kolegów i uczniów. Zawsze mogła pokazać swoją okrutną stronę. Jeżeli taka w ogóle istniała, bo nigdy zbytnio się nie ukazała. No chyba, że mniej śmietanki w kawie niektórych jej gości można było uznać za akt nienawiści.
Obecność Leonardo wpływała na nią w dziwny sposób. Denerwowała się i mimo tego, że nie dała tego po sobie poznać, bała się tego spotkania i tej rozmowy. Nie było to spowodowane obawą o jego reakcję, bo to czy się przejmie miała gdzieś. Bardziej bała się, że ten nagle będzie chciał się bawić we wzorowego ojca, a w tej roli go kompletnie nie wiedziała.
Prychnęła lekko pod nosem na jego komentarz. Kim miała być, jak nie sobą? Naprawdę uważał, że przez te dziesięć lat coś się zmieniło? U April chyba nie można było liczyć na to, że kiedyś dojrzeje. Skoro nawet posiadanie potomstwa nie zmieniło jej zachowania wątpliwe było, że cokolwiek może na nie wpłynąć. Ludzie jak Jones są potrzebni, szczególnie kiedy wszyscy dookoła mają kije w dupie.
-Uznam, że to komplement - spojrzała na niego spode łba, zakładając ręce na piersi. Nie zamierzała szczególnie wnikać w psychikę Leo, wiedziała, że ten nie zamierzał jej w intencjonalny sposób obrażać. Jeszcze. Może później.
Nie spodziewała się, że ten także oplecie ją ramionami. Trochę się w niego wtuliła, przyciśnięta do jego klatki piersiowej. Nie mogła wziąć oddechu przez jego ciasny uścisk. Był zdecydowanie za silny.
-Hej, nie musisz miażdżyć mi żeber – wymruczała mu w pierś, próbując się wywinąć z tego przytulasa. Kiedy w końcu jej się to udało czmychnęła do siebie, zapraszając Latynosa gestem za sobą.
Na jego wiadomość, że nie chce kawy pokiwała głową, po czym podziękowała za podarunek. Ona sama nie znała większości nauczycieli, którzy razem z nią wlewali wiedzę w umysły dzieciaków. Jak widać Leonardo miał doświadczenie w wizytach reprezentacyjnych, biorąc pod uwagę fakt, ze nawet przyniósł jej bukiet szałwii. Bardzo miły gest z jego strony.
-Soren nie jest taki zły, na jakiego go malują – zachichotała, nie będąc świadomą ich powiązania. Nigdy by nie przypuszczała, ze będzie uwikłana w taki dziwny trójkąt… miłosny? Ciężko było nawet nazwać relacje , które były między nimi. –Muszę go w końcu zaprosić na szklaneczkę ziółek odprężających. Ewentualnie butelkę ognistej… Może też wpadniesz? – uśmiechnęła się ciepło. To było naprawdę serdeczne zaproszenie, bez żadnego drugiego dnia. Skąd mogła wiedzieć o trudnej przeszłości swoich dwóch kolegów? Rostgaard nie spowiadał jej się z kim spał, tak samo ona jemu. Gdyby tak było może wcześniej dostrzegłaby absurd sytuacji w jaką się wpakowała.
-Z zarostem wyglądasz nawet lepiej. Poza tym, tutaj łóżko jest wygodniejsze, tak dla Twojej informacji – bezczelnie pociągnęła temat. Dawno minęły czasy kiedy rumieniła się jak trzpiotka na takie aluzje. Puściła mu oczko, po czym odwróciła się, by zrobić mu coś do picia. Nie chciało jej się opisywać zawartości tych wszystkich słoików, które zresztą były bardzo skrupulatnie opisane. Wrzuciła mu do kubka kilkadziesiąt listków i owoców, nie zwracając uwagi na dokładne proporcje. Miała już wprawę w mieszaniu specyfików takiego typu. Zalała ziółka wrzątkiem, po czym odwróciła się, żeby przekonać się, że Leo stoi jedynie kilka centymetrów od niej.
-Nie szkocka, ognista. Wiesz, inaczej nie da sprawdzać się tych bzdur niektórych Ślizgonów. – rzuciła do niego – dla Ciebie wersja virgin, proszę. – Wcisnęła mu w ręce kubek z ruchomymi kociakami, po czym usiadła z własnym gdzieś na brzegu łóżka, klepiąc miejsce obok siebie.
-Nauczanie jak nauczanie, to nie jest ważny przedmiot, więc uczniowie nie biorą tego na poważnie. Ja zresztą też nie, niech się trochę odprężają pomiędzy zaklęciami, a OPCM. – powiedziała w stronę Latynosa. Nie czuła tego nauczycielskiego powołania co większość jej kolegów. Swoją pracę traktowała jak zabawę, nie traktowała jej poważnie. Położyła plecy na łóżku, skupiając swój wzrok na suficie.
-Jak Ci smakuje herbata? – zapytała z dość wrednym uśmieszkiem. Nie miała zwalać z nóg, może jednak trochę ja podkręciła. Tylko odrobinkę.
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 201
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Czw Wrz 13, 2018 7:19 pm   
   <Multikonta: --


Leo… no teraz to na pewno był najlepszą wersją siebie. Przynajmniej czuł się ze sobą samym możliwie dobrze, a to przecież było najważniejsze, no nie? W sumie dziwnie mu się zrobiło, kiedy zdał sobie sprawę, że ma przed sobą tę samą dziecinną April pełną nieograniczonej lekkości bytu. Właściwie nic a nic się nie zmieniła, podczas gdy on sam z badassa-psychola zamienił się w… no. Dobrego Leosia, który raz w tygodniu wyskoczy sobie na drinka do baru, a o polowaniu na śmierciożerców opowiada tak, jakby w życiu się o tym ewentualnie naczytał, a nie intensywnie ten zawód uprawiał.
- To się okaże. Ale pewnie komplement. – posłał jej chytry uśmieszek. Jeżeli April niezmiennie pozostawała… April, to oczywiście, że był to komplement. W końcu nie poszedłby do łóżka z byle kim! - Oj, wybacz. – oczywiście puścił ją w momencie, kiedy wyraziła swoje niezadowolenie. - Zawsze było u mnie trochę kiepsko z wyczuciem siły… – podrapał się po potylicy z lekka zakłopotany. Kobieta była na tyle drobna, że faktycznie nietrudno byłoby jej zrobić krzywdę, chociaż do złamania czegokolwiek brunet musiałby dołożyć zdecydowanie więcej siły. Powiódł wzrokiem za jej gestem, a następnie dołączył do tego też nogi i tak oto znalazł się znowu ekstremalnie blisko rudowłosej. Soren nie jest taki zły, pff.
- Masz rację. Jest znacznie gorszy. Ale to dlatego, że nie ma takich ciemnych farb, żeby dobrze namalować jaki ten człowiek jest w rzeczywistości paskudny. – mruknął zniechęcony. W jego głosie nie było słychać rzeczywistej pogardy dla Duńczyka. Po prostu ciągle był zły za tę akcję z pocałunkiem przy wyjściu z jego gabinetu. - Zaproś, zaproś. Tylko nie wiem, czy masz tutaj tyle zielska, żeby raz na zawsze otruć tę skandynawską gadzinę. – na pewno znalazłoby się coś na tyle mocnego, żeby zwalić go z nóg, ale że złego diabli nie biorą, to kto wie, ile człowiek musiałby nasypać mu trutki na szczury, żeby już się nie obudził. - Chyba nie skorzystam z zaproszenia. – przekrzywił głowę w bok, przygryzając lekko dolną wargę. Nie chciał sobie wyobrażać, co by się stało, gdyby nawalił się razem ze swoim dawnym kochankiem. Pewnie najpierw by go zabił, a potem ożywił i zabił jeszcze raz, żeby następnie ponownie go ożywić i stwierdzić, że już teraz mogą żyć sobie szczęśliwie dalej, bo wszelkie winy zostały odkupione. - Mówisz tak, jakby jakiekolwiek łóżko w ogóle było ci potrzebne… – wyszczerzył szereg białych ząbków w zadziornym uśmiechu. Taka prawda. Na łóżku to on sobie mógł ewentualnie potem odpocząć. Z zaciekawieniem przyglądał się, co też April wrzucała mu do kubka, ale nie mógł się oprzeć wrażeniu, ze kilka rzeczy i tak mu umknęło. No nic, będzie musiał się przekonać, co to za specyfiki! - Ooo, żebyś wiedziała, jak cię rozumiem. Jak czasem widzę, co oni tam wypisują, to się płakać chce. Niektórzy to się z dupami na mózgi pozamieniali chyba, ale dopóki prowadzimy w punktacji, to nie będę im nic mówił. Jak spadniemy, to zrobię mały pogrom. – oznajmił, a brzmiało to jak bardzo poważna obietnica. Szkoda tylko, że żaden Ślizgon jej nie słyszał. Dopóki ich arogancja i wywyższanie się zdawały egzamin, dopóty Leo się nie wtrącał. Objął kubek obiema dłońmi i upił trochę. Rozprowadził napój po kubkach smakowych. - Dobre to nawet. – łyknął potężny haust, zastanawiając się, co to za słodkawy posmak, który zostawał po języku, kiedy owocowo-ziołowa nuta minęła. - Co tam wrzuciłaś? – zapytał spokojnie nieświadomy tego, czym jego koleżanka raczyła go otruć. - No nie da się ukryć, że czasem dam komuś popalić na zajęciach, ale to rzadko. – zrobił minę niewiniątka, bo nie uważał, żeby wymagał od uczniów za dużo. Jakby chcieli zobaczyć, to to zapierdziel, to powinni przyjść do niego na uniwersytecie. Wtedy OPCM traktowaliby jak spacerek po polanie w słoneczny dzionek. - A wyłapałaś tam kogoś, kto ma takie… – nie wiedzieć czemu ściszył głos… - wiesz… prawdziwe, prawdziwe wizje? – uniósł brew zaciekawiony. Nie żeby zaczął w to wszystko w jednej chwili wierzyć, ale co mu szkodziło dowiedzieć się czegoś o kimś, kto się jakoś wyróżniał? - Herbata, jak mówiłem, dobra… – w tym momencie poczuł jakieś dziwne mrowienie na policzkach. Było ono nawet przyjemne, po prostu oblała go jakaś taka fala natrętnego ciepła. W głowie lekko mu zaszumiało, a obraz na chwilę z lekka się rozmazał. - Ooo… Widzę, że nie zawodzisz. – rozsiadł się wygodnie w fotelu, osuwając się minimalnie po oparciu. W stopach czuł, jakby podłoga zrobiła się jakoś tak… miękka? Śmieszne to było odczucie. Wzrok też mu znacznie złagodniał, przez co z wesołego, ale stonowanego pana profesora Leo zamienił się w radosnego kluska roztopionego w fotelu. - To chyba nielegalne. – rzucił, śmiejąc się rubasznie.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     

April Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 48
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Wrz 13, 2018 9:28 pm   

Kobieta nie miała szczęścia poznać Leo z jego badassowej strony. W barze raczej nie opowiada się o tym, jak z zimną krwią zabijało się ludzi. Nie wiedziałeś nigdy na kogo trafisz. Akurat w przypadku rudowłosej mógłby to być problem. Zależy jak mocno pijana i na haju by była, bo po przekroczeniu pewnej graniczy zapewne jedynie by się zaśmiała i zapytała, czy krew z tętnicy serio pryska pod takim ciśnieniem jak to opisują. W innym przypadku pewnie by się zlękła i przy najlepszej okazji zniknęła w toalecie i nigdy nie pojawiła w tej części Hiszpanii ponownie. Na szczęście (albo i nie, patrząc na konsekwencje tamtego spotkania) Leonardo nie opowiadał jej o swoich aspiracjach i aurorskim życiu. Skupili się wtedy na innych rzeczach. Chyba. Średnio kontaktowała i nie pamięta połowy rzeczy, które wydarzyły się tamtej nocy.
-Przynajmniej wiem, że zostawiłam dobre wspomnienia – przepowiedzenie mu faceta zapewne było najlepszym wspomnieniem jego życia. Szczególnie, kiedy wróżba się sprawdziła. Chociaż jemu przez myśl mogły przejść te bardziej cielesne wspomnienia. Na te też nie mogła narzekać. Mimo tego że obydwoje nie mogli wtedy pochwalić się jasnością umysłu, nie zdziwiłaby się, jakby ten nawet nie pamiętał tamtego zbliżenia.
Nie rozumiała niechęci Latynosa do Duńczyka. Jak mogli się do siebie zrazić w tak małą ilość czasu? Przy ich ostatniej rozmowie Leo wspomniał, że znali się wcześniej. Wolała nie pytać jaka przeszłość ich wiąże. Mogła się domyślić, że jest to burzliwy temat, a ona nie chciała się wtrącać. Jak któryś będzie chciał jej powiedzieć, to to zrobi.
-Chyba mówimy o innym Sorenie, kochany. Mojego znam tyle lat i nie powiem na niego złego słowa. Wymagający? Tak. Czepialski? Owszem. Jednakże paskudny nie opisuje jego w ani jednym calu. I zdania nie zmienię. - powiedziała szybko, wyrzucając z siebie słowa. Nie lubiła takich sytuacji, więc nie zamierzała nic więcej dodawać na temat Rostgaarda. Niech panowie wyjaśnią to między sobą, ona zamierza pozostać bezstronna jak tylko się da. Dopóki to nie dosięgnie jej samej, a znając życie prędzej czy później ta cała drama obejmie też drobną nauczycielkę.
Prawie zachłysnęła się swoją mieszanką, kiedy ten rzucił komentarz o łóżku. Wróciła wspomnieniem do tamtej nocy. Była pewna, że w pewnym momencie akcja działa się na jej hotelowym posłaniu. Nie zamierzała jednak tego wypominać swojemu koledze, bo faktem było, że nie przejmowali się takimi błahostkami jak miejsce ich cielesnych uniesień.
-Przypomnę Ci, że nie byłam sama w tym pokoju. Zawsze mogłeś mnie przenieść na to łóżko. – spojrzała na niego. Teraz się z niej śmieje, a wtedy był tak samo chętny jak ona, jak nie nawet bardziej. Hipokryta. Przez ten komentarz dorzuciła mu trochę więcej sproszkowanego korzenia fruwokwiata. Niech ma za swoje.
Wysłuchała jego monologu wpatrując się w niego. Serio ktoś jeszcze przejmował się tym pucharem domów? Chyba musi zacząć wykorzystywać punkty do motywowania swoich głupiutkich uczniów, szczególnie tych, którzy nie szanowali jej jako nauczycielki.
-Co mi zrobisz, jak zacznę odejmować po dziesięć punktów każdemu Ślizgonowi, który do swojej pracy wciska jak najwięcej podtekstów erotycznych? Szybko wyjdziecie wtedy na minus – zapytała nie całkiem poważnie. Zazwyczaj po prostu pisze jakiś zgryźliwy komentarz, gaszący pragnienia nastolatka kubłem zimnej wody, jednak chciała się przekonać co takiego poradzi jej Leo. Może przeprowadzi ze swoimi wychowankami rozmowę. Ciekawe jakby zareagowali na to, że ich profesor ma z nią dzieci. Wiadome było, że nie zaszła w ciążę wiatropylnie, przynajmniej dla większości. Uśmiechnęła się na wieść, że smakuje mu jej napar. Przynajmniej w tym była dobra.
-Trochę tego, trochę tamtego. Receptura jest tajna, jeszcze mnie podasz do ministerstwa – wystawiła mu język. Mogłaby mu powiedzieć co tam wrzuciła, ale sama już nie była pewna. Zaszalała.
Słysząc jego pytanie zastanowiła się przez chwilę, jednak odpowiedź jak dla niej była dość łatwa.
-Nie, nie zauważyłam żadnego widzącego, chociaż to nie jest takie proste. Wizje zazwyczaj przychodzą w trakcie snu, a osoba z talentem do wróżbiarstwa nie musi od razu być jasnowidzem. Jest kilku uczniów, co faktycznie się stara i coś im wychodzi na tych zajęciach, ale wątpię, żeby mieli szczególny dar. – Zakończyła swój wywód wzruszeniem ramion. Dar ten był bardzo rzadki, a prawdziwe przepowiednie padały raz na kilkadziesiąt lat. Wpatrywała się w niego, kiedy ten upijał coraz więcej napoju. Sama wiedziała, że nie powinno się go spijać w takim tempie, dlatego go powoli sączyła. Nie wyprowadzała go jednak z błędu, patrząc z wesołymi diablikami w oczach jak ten coraz bardziej łagodnieje. Zaśmiała się cicho, wstając i siadając bliżej niego. Wyciągnęła nogi, po czym rzuciła komentarz, patrząc na swojego kolegę.
-Leo, skarbie, ja nigdy nie zawodzę - zachichotała, odgarniając swoje włosy. Nie skomentowała dalszej części jego wiadomości, w domyśle zostawiając, że faktycznie nie wszystko co pił Latynos mogło być legalne. Ale czego dyrektorka nie widzi, to jej nie zaboli. A jeżeli zobaczy to jakoś się dogadają. Najwyżej April ją weźmie na urok osobisty i roztrzepanie (naprawdę nie wiedziałam, że to zakazana substancja, słowo). Jakoś z tego wybrnie.
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 201
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Pią Wrz 14, 2018 10:46 pm   
   <Multikonta: --


Rzeczywiście – opowiadanie o wypruwaniu flaków z marginesu społeczeństwa na pierwszym spotkaniu nie należało do zbyt rozsądnych wyborów. Poza tym Leonardo podczas wakacji zupełnie odcinał się od swojej pracy. Cud że w ogóle przedstawiał się swoim prawdziwym imieniem. Nie kłamał. Po prostu nie przedstawiał wszystkich faktów, co dla April skończyło się w taki sposób, że Leo jest aurorem i łapie przestępców, narażając swoje życie dla dobra społeczeństwa. Jak szlachetnie! - Nawet bardzo dobre. – poprawił ją z przyjaznym uśmiechem. Mimo że nie była idealnie w jego typie, wszelkie braki nadrabiała wyobraźnią. Soren w tej chwili w ogóle nie przeszedł mu przez myśl. Na szczęście. Wymagający, czepialski, pff.
Nie wiedzieć czemu, Covenbreeze nie był w stanie znieść usprawiedliwiania Duńczyka przez rudowłosą. - O czym ty w ogóle mówisz. O tym narcystycznym psychopacie? Znasz go? TY? TY GO ZNASZ? – uniósł się, ale przez wpływ jej ziółek nie był w stanie nawet za bardzo się spiąć. A może nawet nie chciał? - April, jak cię uwielbiam, tak przestań pieprzyć. Soren to jest… – zapowietrzył się na ładnych kilka chwil. - …no ja nie mam słów na tę gnidę. Rzygam jak na niego patrzę. Kiedy coś mówi, to rży jak końska dupa do bata, patrzeć się na niego nie da. – absolut jeden raczy wiedzieć, dlaczego nauczyciel OPCM tak się zapieklił. Właściwie to sam chciał się powstrzymać, ale jakoś tak nie mógł. Co dziwne, nie był na Rostgaarda aż tak wściekły, ale wyzywanie go naprawdę przynosiło mu ulgę. Chyba był zły sam na siebie za to, że ich spotkanie nie przebiegło tak, jak Leo to sobie wyobraził. No jak ten Soren tak mógł? W myślach mu nie czytać, a pff. - …sam fakt, że ten kryminalista chodzi po zamku to już przechodzi wszelkie pojęcie. – coś w środku mężczyzny ścisnęło go za flaki. Musiał się wycofać, bo mimo wszystko nie zamierzał nikomu wygadać żadnych nieprzyjemnych faktów z historii jego byłego profesora. Mógłby zniszczyć mu życie prostymi zeznaniami, ale… nie mógł. Nie chciał. - Wybacz. – stwierdził po chwili niezręcznej ciszy. Nie chciał zarzucać jej swoimi problemami z czarodziejem. A przynajmniej nie w tak brutalny sposób.
Dobry nastrój powrócił, kiedy ta rzuciła komentarz o łóżku. - Co ja ci mogę powiedzieć. Nie jestem cierpliwym gościem. – wytknął jej język. Do dziś dnia łapał się na tym, że bezczelnie wyciągał łapę po to, na co akurat miał ochotę. Nie był tak zuchwały jak jeszcze kilka lat temu i kiedy miał ochotę sieknąć pyskatego ślizgona w pysk, po prostu brał kilka głębokich wdechów i grzecznie się uśmiechał, ale to nie zmieniało faktu, że naturę miał raczej narwaną. Mimo że był cwany i analizowanie strategicznych śmietków w Brygadzie nie stanowiło dla niego wielkiego problemu, zdecydowanie lepiej czuł się w roli: „Ej, Leo. Zrób rozpierdol, możesz rozwalić wszystko.”
- Ognistej ci postawię! – rzucił rozbawiony, klaszcząc energicznie w dłonie. - …ja to nie za bardzo do odejmowania im punktów, przecież nie mogę sabotować własnego domu. Poza tym, na OPCMie większości idzie dość dobrze… – oznajmił z pewnym zawodem w głosie. - …ale jakbyś przypadkiem zaorała jakiegoś cwaniaka… – i nie, nie mówił o sobie.. - …to mogę ci dać listę. – zrobił słodką minkę, machając radośnie różdżką, jakby dyrygował chórem. - Jeśli chcesz, to mogę z nimi o tym pogadać. – już od dawna szukał pretekstu, żeby wparować do pokoju wspólnego, ale jak dotąd nie miał najmniejszego powodu, a przecież nie będzie na siłę tworzył pretekstów. - O nie, co to, to nie… – zaprzeczył stanowczo z nutką wyrzutu w głosie. Prędzej odgryzłby sobie język niż komukolwiek cokolwiek doniósł. Tego nie robili ludzie honoru! I chociaż rzeczywisty honor Leo pozostawiał wiele do życzenia, on sam uważał się za słownego gościa. - Łe, to szkoda. No ale nie każdy jest tak utalentowany jak ty. – uniósł kącik ust. Było się z czego śmiać, ale jednocześnie cała ta akcja z Sorenem była dość kopnięta. - A miałaś jakąś wizję ostatnio? Coś ciekawego? Kto będzie chciał mnie zabić? – parsknął ze zrezygnowaniem. Zupełnie by się nie zdziwił, gdyby wrogowie z jego przeszłości szykowali się, żeby strzelić go raz, a na tyle dobrze, żeby już się nie podniósł. - Wiesz. W razie co możesz mnie ostrzec… – nawet nie wiedział, że buja radośnie głową, oglądając rudowłosą to z prawej to z lewej strony. Wyglądał trochę jak drażniące się z dorosłym dziecko. Coraz bardziej zatapiał się w… ten dziwny, wsysający człowieka wewnątrz fotel. Cały ten pokój był jakiś taki wsysający. Słowa April też były wsysające, a sam Leonardo ucieszył się jak dziecko, kiedy ta powiedziała do niego per „kochanie”. - No ja wiem, że wszystko co śmieszne to u ciebie zawsze w podwójnym zestawie w wersji premium. – oznajmił, żegnając się z ostatnimi skrawkami przytomności umysłu. Przechylił się w jej stronę, opierając dłonie o jej kolana. - To mam nadzieję, że i tym razem mnie nie zawiedziesz, bo ja tutaj przyszedłem w pewnej niepokojącej sprawie… - wymruczał gardłowo, błądząc wzrokiem po jej twarzy. Źrenice to mu się tak rozlały, że właściwie wyglądał, jakby miał czarne tęczówki. Było w tym coś niepokojącego, a jednocześnie tajemniczo pociągającego. Po chwili wyprostował się i sięgnął po kubek, który wcześniej odstawił. Pociągnął z niego drobny łyk i zarzucił nogę na nogę, przeciągając się. - Pamiętasz, jak mi kiedyś przepowiedziałaś faceta? – zaczął tak swobodnie, że wierzyć by się nie chciało, iż jeszcze kilkanaście minut temu miał problem z tą historią.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     

April Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 48
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Wrz 15, 2018 9:27 pm   

W czasie tamtego wyjazdu dziewczyna nie przejmowała się niczym. I to w stopniu większym niż na co dzień, co dla osób które ją znały mogłoby wydawać się niemożliwe. W końcu skończyła Hogwart z całkiem zadowalającymi ją wynikami, miała pomysł na życie, była pełna wigoru i energii. To były wakacje o których zawsze marzyła, w końcu zwiedzała ciepłe kraje, co było miłą odmianą po spędzeniu praktycznie siedmiu lat w deszczowej Szkocji. Zawsze chciała podróżować, poznawać nowe kultury, nowych ludzi. Przekonać się czy wszystkie legendy, w które zagłębiła się podczas wszystkich lat swojej edukacji są prawdziwe. Dlatego, gdy tylko pojawiła się okazja złapała smoka za ogon i zaczęła spełniać swoje marzenia. Zaczynając od Francji, przez Włochy, aż do Hiszpanii. I chociaż wyjazd nie był długi, to był strasznie intensywny pod względem wrażeń, widoków i emocji, które nią targały.
W bajkę Leo, gdzie przedstawiał siebie jako co najmniej kapitana Amerykę nie uwierzyła ani przez chwilę. Wiedziała, z czym wiąże się praca Aurora i, że to nie jest taka kolorowa bajeczka jaką przedstawiał. Wolała się jednak nie mieszać, nie wtrącać. Cel w zakłamywaniu rzeczywistości jakiś miał, ponadto nie obchodziła jej przeszłość jej nowego przyjaciela od picia. Liczyło się to, że był zabawny. I przystojny. Nie wiedziała co jest w tych Latynosach, że przyciągali ją jak magnes.
Inną sprawą było to, że dziewczyna rzadko zwracała uwagę na czyjś wygląd. Oczywiście miała jakieś cechy, które sprawiały, że jedni ludzie byli dla niej bardziej atrakcyjni niż inni, jednakże nie zwracała uwagi na takie szczegóły. Nie obchodziła ją płeć, kolor włosów czy rasa jej partnera. Wystarczało jej, by był dobrym człowiekiem i żeby potrafiła z nim rozmawiać przez dłuższą ilość czasu.
-Polecam się na przyszłość – zaśmiała się i puściła mu oczko. Nie powinien brać tego poważnie, to w końcu April. Ta sama kobieta, która podała pierwszakom herbatę wywołującą halucynacje, żeby ich trochę nastraszyć.
Dziewczyna nie rozumiała nagłego ochłodzenia atmosfery. Nie wiedziała, czemu w ogóle temat Sorena wyszedł w ich rozmowie. I czemu Leonardo tak pieklił się na sam dźwięk tego imienia. Wiedziała, ze Duńczyk potrafił być okrutny, jednak wątpiła, że Latynos dałby sobie wejść na głowę tak bardzo, żeby Rostgaard potraktował go w sposób, który wywoływałby takie komentarze. Między tą dwójką musiało się coś stać, a ona nie zamierzała wnikać w ich relacje. W końcu są dużymi chłopcami, nie potrzebują pośrednika. A ona nie była ciekawa. Chciała jedynie spokoju, a dopóki go miała z obu stron konfliktu była zadowolona.
-Czy go znam? Jest dla mnie jak starszy brat. – Zaśmiała się – chociaż nasze początki były ciężkie, nie mogę powiedzieć, że nie. Bałam się go w cholerę, a on patrzył mi na ręce, kiedy kroiłam dla niego zioła. Po wszystkim skoczyliśmy na piwo no i tak wyszło. Wpada czasami na święta – wzruszyła ramionami. Dla niej to nie było nic dziwnego, w końcu miała wiele, różnych dziwnych powiązań. Relacja z Sorenem była jedną ze spokojniejszych relacji jakie posiadała. Wiedziała, że może liczyć na staruszka i zgłosić się do niego z każdym problemem. Nie zgadzała się z opinią Leonardo na temat ich wspólnego znajomego. Nie miała zamiaru jednak się z nim kłócić, nie zależało jej na tym, żeby drzeć koty na temat w którym nie są w stanie dojść do porozumienia. I chociaż bardzo chciała obronić swojego przyszywanego brata, to ugryzła się w język. Sam się będzie musiał rozprawić z Covenbreezem.
-Przesadzasz Leoś. – stwierdziła, gdy ten w końcu zakończył swój monolog. Sięgnęła i pogładziła go lekko po policzku, by po chwili powrócić na swoje miejsce, jak gdyby cała ta sytuacja, począwszy od uniesienia się Leo nie miała miejsca. Chcąc rozładować atmosferę posłała mu cwany uśmieszek. Zmrużyła lekko swoje brązowe oczy i założyła nogę na nogę. –Ale mówisz, że mnie uwielbiasz? – zapytała lekko prześmiewczym tonem –mnie, mnie, czy może moje specyfiki? – zachichotała, psując tę dostojną chwilę. Sięgnęła do swojego kubka i dopiła wszystko co w nim zostało. Była przyzwyczajona do tych ziółek, przez co nie działały na nią aż tak mocno, jednakże także czuła ich wpływ. Była odrobinę bardziej szczebiocząca niż zwykle. No i pozwalała sobie na więcej. Wiedząc, że w trakcie tej rozmowy będzie jakoś musiała powiedzieć Leonardo, że jest ojcem, raczej nie powinna tyle wspominać o tamtym stosunku. Nie, jeżeli chciała to rozegrać na własnych zasadach. No ale pijana April, to jeszcze bardziej otwarta, bezczelna i flirtująca April, a ten powinien doskonale o tym wiedzieć.
-Nie musisz mi przypominać jakie… szybkie to było, ty niecierpliwy kolego – uśmiechnęła się do niego wrednie. Utrzymywała na nim swój świdrujący wzrok, żeby zobaczyć jego reakcję. No i oczywiście nie chciała być niekulturalna i podczas rozmowy zawsze utrzymywała kontakt wzrokowy ze swoim rozmówcą. Chyba, że ten ją zawstydził, wtedy uciekała wzrokiem jak wystraszone zwierzę. Ona sama nie była z tych, którzy dostają wszystko co chcą, brakowało jej tej charyzmy i silnej woli. Była raczej tą osobą, która przy wspólnym kupowaniu alkoholu jako jedyna zostanie zapytana o dowód.
Zaśmiała się na jego wiadomość o stawianiu ognistej. Brzmiało jak wyzwanie, którego chętnie by się podjęła. –Ognista za każde dziesięć punktów, czy po wyzerowaniu? – zapytała z powagą w głosie. Leo powinien wiedzieć, że ta nie zawaha się przed odjęciem horrendalnej ilości punktów Slytherinowi tylko dla darmowego alkoholu. A potem by było, że pani Jones to taka niedobra, zabrała nam możliwość wygrania pucharu… Cóż, dopóki byłaby pijana, dopóty obchodziłoby ją to w stopniu równym zero. –Poradzę sobie, nie jestem małą dziewczynką – dodała jedynie na jego propozycję. Nie potrzebowała listy, nie potrzebowała obrońcy. W końcu powinien wiedzieć, że jak będzie chciała to da popalić tym idiotom.
Przekręciła oczami na jego wzmiankę o jej talencie. Ona sama nie uważała siebie za kogokolwiek ze szczególnymi umiejętnościami. Fakt, że miała trochę szczęścia i karty układały jej się w jakiś logiczny sposób, a nie jak niektórym szóstoklasistom. No ale to przecież nic wielkiego. Wróżby zawsze mają jakieś ryzyko spełnienia się, częściej jednak są one zmieniane przez osoby z nimi skorelowane. Jej samej często zdarzało się wywróżyć kompletne bujdy, dlatego nie wierzyła w swoje „szczególne” umiejętności.
-Nie wiem kto będzie chciał Cię zabić… -powiedziała do niego całkiem szczerze – wiem za to, że ty będziesz chciał zabić mnie – mruknęła pod nosem, bardziej do samej siebie niż do niego. Gdyby wiedziała cokolwiek o próbie zamachu na któregoś z jej przyjaciół od razu by tego osobnika o tym poinformowała. O to nie musieli się martwić. Może i była czasami nierozgarnięta, jednak jeżeli chodziło o zdrowie, czy życie kogoś dla niej bliskiego potrafiła walczyć. A przynajmniej starała się, nawet mimo tego, że z góry starcie wydawało się przegrane.
Złapała go za jego dłonie, kiedy ten położył je na jej kolanach. Uśmiechnęła się pod nosem patrząc na jego stan. Kochany, nie zmienił się prawie w ogóle przez te kilkanaście lat. Zauważyła jego reakcję na słodkie słówka i zapamiętała. Tak na przyszłość. Pokazała mu, że ta jego niepokojąca sprawa bardzo ją ciekawi, jednak prawie zaśmiała się w głos, kiedy zapytał, czy pamięta co mu wywróżyła. Bo pamiętała doskonale.
- Ta niepokojąca sprawa to tamta pijacka przepowiednia? Przespałeś się z jakimś i teraz myślisz, że to była klątwa? – przewróciła oczami i poprawiła się w fotelu. Ech, Ci faceci, i ich męska godność i duma.
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 201
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Wto Wrz 18, 2018 4:20 pm   
   <Multikonta: --


Mężczyzna zupełnie nie miał pojęcia, dlaczego świadomość bliskich relacji April i Sorena wyprowadziła go z równowagi. Prawdopodobnie poczuł się zagrożony. Ten pieprzony Rostgaard znowu miał coś, co wcześniej należało tylko do niego. Czy była na to rada? Nie. Czy warto było się tym przejmować? Jasne, że nie. W końcu April była wolną istotą i mogła się przyjaźnić z kim chciała. TYLKO DLACZEGO AKURAT Z SORENEM? - Jak tam sobie chcesz. Ja nie mam o tym człowieku nic dobrego do powiedzenia. – machnął ręką z teatralną przesadą. Oczywiście mógł powiedzieć na jego temat bardzo wiele dobrych rzeczy. Duńczyk miał swoje minusy. Sporo minusów. Ale był też właścicielem kilku wyjątkowych cech, które sprawiały, że w swoim poharatanym serduszku Leo zawsze znalazłby dla niego trochę miejsca. To raczej przez swoją dumę tak go odrzucał. I to się nie miało w najbliższym czasie zmienić.
Splótł palce ich dłoni, gdy ta April znalazła się na jego policzku. Jeszcze pachniała owocami, ziołami i jakąś inną substancją, której Latynos nie był w stanie zidentyfikować, ale tak po prawdzie nie było mu to do szczęścia potrzebne. Na jego twarzy pojawił się ciepły, szczery uśmiech. Z pewnym oporem puścił dłoń rudowłosej, podążając za nią wzrokiem. Jej kolejne pytanie wywołało w nim chęć logicznej, chłodnej analizy sytuacji. Miał powiedzieć coś w stylu: „Logicznie rzecz biorąc, bardziej twoje specyfiki, bo bardzo długo nie mieliśmy kontaktu i musiałbym być głupi, żeby uwielbiać obcą osobę.” Zamiast tego rzucił jednak proste: - Ciebie, ciebie! To właśnie w twoich specyfikach jest niezwykłe, że są przygotowywane przez ciebie. – nawet nie wiedział, że zrobił zadowoloną, kocią mordkę. W automatycznym odruchu także złapał za swój kubek, dopijając resztę cudownego eliksiru „czym tu się przejmować.” - Cierpliwość jest cnotą, której nie posiadam. – odpowiedział tak, jakby był z tego faktu dumny. Może i trochę był, kto go wie. - …po co na coś czekać, skoro można to mieć od razu? – potarł energicznie dłonie. Sam już od dawna na nikogo ani na nic nie czekał, więc niewiele też brał. Bo co brać, kiedy nie ma co? Tak się to życie toczyło… - Zostaw tych biednych ślizgonów. – oznajmił z udawaną troską. Tak naprawdę zależało mu na dobrym wyniku Slytherinu, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Hogwart nie był priorytetem uczniów tego domu. Wolał nawet nie myśleć, co wyprawiali po zajęciach. - …co innego możesz mi wyzerować, jak taka chętna do działania jesteś. – posłał jej dość sugestywne spojrzenie. Normalnie zaraz by ją za ten tekst przeprosił, ale aktualnie uznał, że doskonale wstrzelił się w sytuację. - Zauważyłem, że nie jesteś. – odpowiedział zadowolony. W sprawie obrońcy by polemizował, bo ciągle uważał, że April przede wszystkim jest kobietą, a kobiety trzeba chronić, bo one się same dobrze nie ochronią. I już. Taka kolej rzeczy. Biologia pod tym względem była bezwzględna, ale gdyby kobiety były tak samo silne jak faceci, to już do niczego by ich nie potrzebowały, halo.
Trochę mu ulżyło, gdy okazało się, że nikt nie czyha na jego życie. Jakoś zupełnie nie zanotował późniejszego mruknięcia dziewczyny. Dziwne. Mógłby przysiąc, że wisi nad nim jakieś fatum. Ale skoro pierwsza widząca tej części GB mówiła, że jest inaczej, to wniosek płynął z tego taki, że Covenbreeze był zwyczajnie przewrażliwiony.
- Pff! – podniósł się, udając urazę. Miała szczęście, że była dla niego taka milutka, bo w przeciwnym razie… i tak by tutaj został. - Nie zarzucam ci klątwy, ale jeśli jakąś rzuciłaś, to teraz jest dobry moment, żeby się przyznać… – posłał jej chytry uśmieszek. Nie czekając na odpowiedź, kontynuował. - Mogło się zdarzyć, że… Ciota, ciota, ciota! - …że faktycznie ja i Soren. Ten. Ciota, ciota, ciota! Wołał coraz głośniej jakiś obrzydliwy głos w jego głowie. - CICHO, DO KURWY. – wydał z siebie coś na kształt zduszonego wrzasku, wyszarpując przy tym różdżkę. Drżącymi dłońmi złapał się za skronie. Zacisnął powieki. Naprawdę dziwnie i trochę niebezpiecznie to wyglądało… Ale zadziałało. - Ygh. Wybacz. – szybko wrócił do czasu rzeczywistego, chowając różdżkę. Zdenerwowanie zniknęło tak szybko, jak się pojawiło, zastąpione przez rozanielony uśmiech wywołany specyfikiem rudowłosej. - …no że my ten. No wiesz. – zmrużył oczy, patrząc na nią podejrzliwie. - Zresztą, sama wiesz, co się stało, bo to przewidziałaś! – pisnął niemal jak mała dziewczynka. - No. To się sprawdziło. – usiadł na fotelu, czekając, aż ta nim wzgardzi, wyklnie, powie, że jest obrzydliwy i powinien się zabić. Bo przecież to zrobiłby każdy normalny czarodziej, prawda?
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     

April Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 48
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Wrz 21, 2018 2:18 am   

April nie zarejestrowała większości słów wypowiadanych przez latynosa – zamulił ją alkohol, którego wypiła w nadmiarze. Dotarło tylko do niej tylko to, że Leo i Soren kiedyś się ze sobą spiknęli. Co oni za powalony trójkąt stworzyli.
- No widzisz, wy się kochaliście, my się kochaliśmy, tylko ze mną masz dzieci, a z nim nie. – powiedziała gdzieś w stronę sufitu. Przewaga facetów nad kobietami, mężczyzna nie zaciąży
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 201
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Sob Wrz 22, 2018 9:12 pm   
   <Multikonta: --


Było po niej widać, że mikstura własnego autorstwa nieźle jej – jak to się mówiło – „weszła”. Covenbreeze mówił, a ona słuchała. Jednym uchem, bo drugim chyba od razu jej wypadało. Gdzieś pod koniec swojego wywodu Leo głośno się zaśmiał. Rudowłowa wyglądała naprawdę uroczo, kiedy traciła kontakt z rzeczywistością. - Apriiiil… ja tutaj miałem być pijany! – potrząsnął nią delikatnie, ale kiedy dotarło do niego, że czarownica przekroczyła już granicę, po której nie można było się cofnąć, darował sobie. Przez kilka dłuższych chwil patrzał na nią rozanielonym spojrzeniem. Jak dziecko. No jak dziecko. Sięgnął po pierwszy lepszy koc i okrył ją. - Masz. Tylko nie zaśnij na siedząco. – zachichotał cicho, czekając, aż tej cokolwiek się w głowie przejaśni.
Na to się jednak nie zapowiadało, gdyż czarownica zaraz rzuciła coś o tym, że z Sorenem nie jest w ciąży, a z nią jest? To znaczy… że ona z nim była? Co też ta April wygadywała. Brunet uniósł brew i ściągnął usta. Faktycznie – kiedyś marzyła mu się trójka dzieci, domowe ognisko i stabilna praca. Niestety. Nie było mu pisane. Mógł się z tym tylko pogodzić.
- Hah, April! – parsknął bardzo nośnym brechtem, jak jakiś śpiewak operowy. - …ty jak czasem coś powiesz… mam nadzieję, że to nie przepowiednia. – puścił jej oko. Boże. Soren i dziecko? - Jak jutro wytrzeźwiejesz, to będzie ci głupio. Ale jakbyś kiedyś chciała… – przygryzł dolną wagę. - …to wiesz, gdzie mnie znaleźć. Dzieciaki też fajna sprawa. – pogłaskał ją po plecach, a następnie serdecznie przytulił. Czuł się trochę, jakby mówił do niej zza szyby. Wszystko było lekko przytłumione, ale to dobrze. Naprawdę potrzebował takiego wyciszenia. Wręcz przytłumienia.
- Myślę, że byłabyś supermamą! – rzucił dziarsko, a następnie podniósł się, dopilnowawszy tego, że rudowłosa była w odpowiedniej pozycji, żeby w tym fotelu zasnąć. - …wracam do siebie! Do zobaczenia niebawem. – pokręcił głową z niedowierzaniem. Dzieci, hah! A to dobre… Cichutko wyszedł z gabinetu, żeby nie przeszkadzać swojej koleżance.


z/t
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     

April Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 48
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Wrz 28, 2018 11:57 pm   

No cóż. Nawet najbardziej mocna głowa czasami wymięka. Może to wina wypitego wcześniej alkoholu? Może to wszystko fakt, że naprawdę nie wiedziała co ze sobą zrobić? Fakt, nie słuchała Leonardo, znaczy - starała się, ale jej nie wychodziło. Ciężko było cokolwiek wyłapać, kiedy Twoja głowa bujała się w takim śmiesznym tempie do przodu i do tyłu. Kiedy ten zaczął nią trząść powinien wiedzieć, ze to zły pomysł, a kobieta aż zadrżała, przez mdłości które ją ogarnęły.
- Ja nie jestem pijana - powiedziała po dość długiej chwili. Zbyt długiej, żeby wziąć jej słowa na poważnie. Każdemu się czasami zdarza. To, że ona wyrabiała normy za abstynentów nie świadczył o niej źle, prawda? Bujała się trochę na krześle na którym siedziała, uśmiechając się do Latynosa, kiedy ten postanowił zadbać o jej ciepło i przykryć ją kocem. Kochany, pomyślał o niej w tej kryzysowej sytuacji. Normalnie idealny ojciec.
- Co, jaka przepowiednia? - pokręciła głową kompletnie gubiąc wątek. Nie wiedziała o co chodzi jej koledze, więc z zaciekawieniem zadała pytanie. - Zresztą, nieważne. - dodała po chwili. Już wystarczyła jej wiedza, że ten miał jakieś przygody z Sorenem. Nie chciała znać szczegółów.
Kiedy ten zaproponował jej dzieci wybuchnęła śmiechem.
- Seks bez zobowiązań nie jest już dla mnie. Teraz w grę wchodzą uczucia. Do Ciebie żadnych nie żywię, więc - wzruszyła ramionami. Zostawiła pozostałe jego słowa bez odpowiedzi. Nie rozumiała czemu udał, że nie zrozumiał informacji o potomstwie, ponadto nawet w sumie nie była pewna, czy były jego. Pomachała mu na pożegnanie, po czym położyła się na krótką drzemkę.

[zt]
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Strona wygenerowana w 0,56 sekundy. Zapytań do SQL: 9