Są już wyniki plebiscytu Złote Tiary!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Zielarstwa!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Rusza lekcja Transmutacji!
► Ruszają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Gabinet prof. Miotlarstwa
Autor Wiadomość

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 355
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Pią Sie 31, 2018 2:03 am   
   <Multikonta: N.W.


Wybałuszył lekko oczy na wspomnienie tęczowej bielizny, ponieważ jego umysł natychmiast podsunął mu flashback wielkich, tęczowych bokserek rozpościerających się na tafli szkolnego jeziora i to w zasadzie jeszcze nie tak z dawna. O tak, trzech uczniów-śmieszków postanowiło upiększyć akwen twórczością przedstawiającą gacie któregoś z nauczycieli, ale na szczęście Profesor Verendal pozostawał w błogiej nieświadomości tego, do kogo one należały i miał szczerą nadzieję, że się nie dowie. Zdawało się jednak, że specyficzna opiekunka Gryfonów taką wiedzę posiadała i niekoniecznie miała ochotę się nią dzielić, ale jakoś wyszło tak, ze on naprawdę nie chciał wiedzieć. Wystarczyło, że musieli posprzątać to razem zanim zakończy się kolejna godzina przeznaczona na zajęcia i ciekawskie oczy hogwardzkich żaków dostrzegą i z pewnością docenią ową twórczość. Bo owszem, samo malowidło było jednak całkiem dobrze wykonane i budzący się kunszt artystyczny wśród uczniów tej szkoły zapewne można było całkiem nieźle podrasować, gdyby ktoś się za to wziął. Ach i te późniejsze szlabany, co by wyrównać szanse poszkodowanych, tak stronniczo potraktowanych przez pannę Harvin. Ach ta szkolna kadra, chyba nigdy się nie zmieni jeśli chodziło o kwestie sprawowania pieczy nad domami, kto by pomyślał że profesor miotlarstwa do tych hmm… niesnasek nie tak na długo później dołączy. W tym momencie wyrwał się jednak z zamyślenia nad bielizną profesorów magicznego zamku i spojrzał na nią nieco mniej zaskoczony, można powiedzieć, że jego mimika twarzy wyewoluowała na bardziej zadziorną. [Zawsze przecież możesz to sprawdzić. – rzucił, w zasadzie na odchodne.
O nie, nie, nie, nie. Nie z nim takie numery. To jest człowiek, który ma młodszą siostrę i z pewnością niejednokrotnie ją też przenosił z miejsca na miejsce jak kukiełkę, w celu późniejszego załaskotania jej za pyskówkę. Tu co prawda sytuacja miała się jednak nieco inaczej pod względem relacji, ale jedno pozostawało to samo: piski, krzyki i okładanie pięściami w wykonaniu Bethy nie różniło się niczym od tego samego autorstwa Annabeth. Można było je przyrównać do siły dzieci uderzających łopatką w asfalt i oczywiście można domyślić się, że asfalt raczej niewiele sobie z tego robił. Jej delikatne rączki, w których nie było zbyt dużo siły fizycznej były prędzej jak jakiś masaż, aniżeli baty, a dobrym masażem to on raczej nigdy nie pogardzi, szczególnie jej dłońmi (chyba musi o tym pomyśleć). Jedynym co tak naprawdę mogło mu przeszkadzać to jej szaleńcze wyrywanie się, zupełnie jakby trzymał kota i miał go wrzucić zaraz do bali z wodą, natomiast mocny i stanowczy uścisk w okolicach jej talii skutecznie uniemożliwiał jej jakąkolwiek ucieczkę. Mogła rwać się niczym dorsz na wędce, ale z haczyka na pewno by się nie zerwała, złowiona, koniec. Dosłownie i w przenośni, obrączki wkrótce, kot kurier będzie je niósł przez kaplicę z zadowolonym, podniesionym ogonem i miną ‘zapomniałaś mi za to podziękować’.
Mężczyzna uśmiechał się iście zadowolony pod nosem, bowiem w tym momencie nie miała żadnej, nawet najmniejszej szansy, aby mu uciec. Nie wspominając już o tym, że nie mogła też zobaczyć wyrazu jego twarzy, bo jej głowa zwisała gdzieś w okolicy jego łopatek, a jej długie włosy zapewne roztrzepały się w tym dziecięcym szale skutecznie zakrywając oczy. Tak więc w związku z tym jego mina przybierała różnorakie, w pełni usatysfakcjonowane mimiczne wyrazy w związki z tym jakże bezczelnym uniesieniem. Bynajmniej nie miłosnym. Dosłownym uniesieniem. Do góry. Skierował swoje spojrzenie w jej kierunku, choć nawet jemu ciężko było na nią spojrzeć. Sama jednak świadomość, że próbował musiała być dla niej wystarczająca. Ni stąd ni zowąd zacisnął mocniej uścisk jednej ręki, aby druga powędrowała do góry i strzeliła jej w jeden z pośladków, kiedy tylko usłyszał magiczne słowo, nad którym panowały ochoczo chmury wcześniejszej, wypowiedzianej groźby. Czy może raczej obietnicy, zwał jak zwał. Całe szczęście, że miała spodnie, bo Christopher raczej nie powstrzymywał swojej ręki jeśli chodziło o użycie odpowiedniej ilości siły. Żeby było śmieszniej – z ‘Ty mały kurwiu’, nie zrobił sobie kompletnie nic. Jak już coś obiecywać, to się tego trzymać. Raz, a porządnie.
- Mówiłem Ci, że złoję Ci tyłek za nazywanie mnie dupkiem Michaelson. – rzucił, czując jak kolejne ciosy jej złożonych w piąstki dłoni obijają mu plecy. Całe szczęście, że pochwycił ją tak a nie inaczej, bo jakby uderzyła go w tors to dziwnym trafem najzwyczajniej w świecie, w przypływie dziwnej paniki by ją upuścił i odskoczył jak oparzony, a tak to… nawet kolanami nie trafiała w tym całym swoim złowróżbnym szale. Mięsnie jego pleców spięły się przyjmując na siebie wszystkie uderzenia i kompletnie na nie nie reagując, bo czemuż też by miały? Aż dziw, że to dziewczę miało w sobie tyle chęci i siły do mordu, ewentualnie do tego aby aż tak się rwać, no ale na nic jej to nie było. Może jakby spróbowała tak dwa dni wcześniej… Dziki uśmiech satysfakcji i zwycięstwa wszedł ponownie na jego oblicze, kiedy ta jednak postanowiła zaprzestać swoich pląsów i poddała się mu całkowicie, zwisając na jego ramieniu jak upolowana łania. Wiecie, łania, bo ma długie i ładne nogi, a nie dlatego jakoby miała być włochata. To już sprawdził. Nie była. Przez chwilę patrzył na nią stojąc jeszcze obok łóżka, a kiedy stwierdziła, że wystarczyło poprosić, to pokręcił z niedowierzaniem głową uśmiechając się półgębkiem, choć nie spuszczając z niej wzroku ciemnych oczu ani na sekundę. A później się położył obok.
Oczywiście, że nie mówił o tej drzemce na poważnie. Halo, czy ktokolwiek wziął to na serio? Oczywiście poza ciemnowłosą osobniczką rozkładającą się coraz bardziej tuż obok niego jak na swoim. I bynajmniej ‘jak na swoim’ nie dotyczyło łóżka. Zjedzenie tak dużej ilości żywności jaką on przed chwilą pochłonął wymagało choć krótkiego odpoczynku, poza tym on miał już fory o McGonagall po swoim pobycie w szpitalu, o czym dobitnie świadczyły skrzaty przynoszące mu śniadanie. Więc jak się teraz prześpi, to raczej nie odwiedzą go żadni goście, no chyba że Ryker, ale każdy wie, że to nie jest gość, a stan umysłu.
Obserwował ją bardzo uważnie z tą typową dla niego i skierowaną specjalnie do niej, częstotliwością. Mając ręce podłożone pod głowę przyglądał się jak ta zaczyna rozpinać guziki w spodniach, aby tuż za nimi w tym samym kierunku pomknął rozporek. Zacisnął lekko zęby i uniósł brwi do góry, zdziwiony delikatnie tym – może nieco niezgrabnym – striptizem, no ale brał co dawali tak naprawdę. Jak już było wspomniane wcześniej – ona jako worek ziemniaków wyglądałaby dla niego bardziej seksownie niż ktokolwiek inny. Zagryzł lekko wargę, a na jego twarz wpełzł kolejny, tym razem nieco bardziej bezczelny, acz pożądliwy uśmieszek, który starał powstrzymywać się jak tylko mógł. Czarne tęczówki pomknęły w kierunku odrzuconych spodni, a on kątem oka zauważył znikający pod jego koszulką czarny materiał bielizny. – Majtki już widzę całe? – spytał złośliwie, wykonując wymowny ruch brwiami i w razie czego zdejmując ręce spod głowy w razie jakby miała mu przywalić. No co? Upewniał się. W końcu jeszcze tak dawno rozerwany, koronkowy materiał leżał gdzieś pomiędzy łóżkiem, a środkowym biurkiem i nie wyglądał na zdatny do użytku. – Ale patrz, zdjęcie ich z Twojego zgrabnego tyłka wcale nie pozbawia Cię duszy, wręcz przeciwnie. – dodał z przekąsem, nie dając się uderzyć w żaden sposób. Fizyczna garda trzymana, magicznie nie byłby się raczej w stanie przed nią obronić. Well. Jak to było? Kobieta bez bol…ekhm.
Czując jej filigranowe ciało zaczynające się w niego wtulać, zrobił jej miejsce, po czym objął ją ramieniem i ułożył swój podbródek na jej skalpie. Szybko zaczął czuć drażniące ciepło jej ciała, które podgrzewało go jeszcze bardziej niż w istocie jego własna temperatura i akurat w tym momencie nie chodziło o jakąkolwiek seksualność. Po prostu. Była ciepła, on ubrany i jeszcze cieplejszy. Wspólnie grzali jak sporej wielkości kaloryfer, a Christopher należał do ludzi, którzy za ciepłem nie przepadali. W tej kwestii mógł jednak zrobić wyjątek, oczywiście ‘tą kwestią’ była sama Betha Michaelson. Jej delikatny oddech sprawiał, że na jego ciele pojawiała się gęsia skórka, ale był całkowicie spokojny, dopóki ta nie zaczęła wprowadzać swojego jakże interesującego planu w życie. Kąciki jego ust delikatnie uniosły się ku górze w geście niemego zadowolenia, kiedy ta zaczęła muskać wargami jego szyję. Nosz co za niewyżyte stworz… zaraz, zaraz.
Zorientowanie się zajęło mu zdecydowanie więcej czasu niż normalnie, ale rozpraszające wargi dziewczyny i lekkie rozkojarzenie spowodowane dłuższą chwilą leżenia na miękkim łóżku robiło swoje. W końcu jednak jego umysł podpowiedział mu co się dzieje i że może jednak warto byłoby się tym zainteresować, bo nie zapowiadało się to dobrze. Może i by nie narzekał, gdyby nie fakt, że jednak był NAUCZYCIELEM, a malinka na jego szyi raczej nie wskazywała na to, jakoby nie wiem… przypalił się tam mugolskim żelazkiem, albo przyłożył rozgraną różdżkę w celu zrobienia sobie dodatkowego znamienia. Mężczyzna zerwał się więc, może nieco zbyt gwałtownie, więc jeśli go na zwieńczenie tego ugryzła, to złoi jej to dupsko tak, że nie siądzie przez tydzień. Lekko zszokowany usiadł na zgiętych kolanach i od razu złapał się dłonią w okolicy, w której przed chwilą zasysała jego skórę patrząc na nią z ogromnym, zaskoczonym wyrzutem. Wyraz jego twarzy był teraz iście zabawny – rozszerzone źrenice były czymś pomiędzy strachem, a brakiem kontroli nad tym co się zadziało, a usta splecione w cienką linię wyrażały kompletną dezaprobatę.
- Chyba żartujesz. – mruknął przecierając czerwone, wręcz bordowe miejsce na swojej szyi, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nic mu to nie da. Ślad zostanie przez kolejnych kilka dni i wszelkie próby zakrycia go zdadzą się na niczym, chyba, że enervate zostało stworzone również na przypadki niekontrolowanych i nagłych gestów seksualnych. Szybko jego wyraz twarzy zaczął się przeobrażać w coś bardziej dzikiego. Kanadyjczyk zmrużył oczy i językiem przejechał po zębach, tym samym zaciskając zęby. Tak chciała się bawić? Proszę bardzo. Czy ona nigdy się nie nauczy, że on w niektórych kwestiach nie pozostawał ani trochę dłużny? Delikatny uśmiech zastąpił tę minę przepełnioną niepewnością i zaskoczeniem, i zdecydowanie można było w tym momencie spodziewać się wszystkiego co niespodziewane. Ale ona zdaje się wiedziała już co ją czeka. Przypominam, że on wciąż był w pełni ubrany, just sayin’.
Zbliżył się do niej powoli, przerzucając jedną ze swoich dolnych kończyn tak, aby jej były teraz pomiędzy nimi, a gdy już zdawało się, że po prostu na niej usiądzie, to pochylił się i szybkim ruchem łapiąc jej ręce przybił je do łóżka, swoimi łydkami blokując jej nogi. – I co? Myślisz, że teraz będę chodził w szaliku? Ja? W szaliku? – wycedził przez żeby, bo te słowa były dla niego tak iście absurdalne, że wolał tego nie komentować. Ostatni raz nosił szalik jakieś… nigdy? W obecnej sytuacji, kiedy wszyscy przyzwyczaili się do tego, że Verendal biega jak w zimie na krótki rękaw, tak widok jego szyi oplecionej w materiał wywołałby jeszcze większy szok niż pływanie w grudniu. Jego wargi zbliżyły się do jej szyi nie zważając nawet na jakiekolwiek próby obrony podbródkiem i zassał się w okolicy linii dolnej szczęki tworząc przy niej co prawda delikatny, ale i tak dość mocno widoczny ślad. – Nauczyciel z malinką? Twój terytorializm powala. – dodał, tworząc kolejne czerwone znamię po drugiej stronie. Dotyk i smak jej słodkiej skóry zaczął go powoli pobudzać, a on bynajmniej nie zamierzał skończyć na dwóch. – Golf i szalik Ci nie pomogą Michaelson, gwarantuję. – mruknął podnosząc na chwilę głowę i przyglądając się swojemu dziełu, przechylając przy tym swoje oblicze w jedną stronę jakby te ślady przypominały mu jakieś interesujące kształty, które można było rozpoznać, jakby się wystarczająco dobrze im przyjrzeć. Jego usta zjechały nieco niżej, gdzieś w okolice łączenia obojczyków, na tyle na ile pozwalała mu jego własna koszulka, aby ponownie zassać się w tej okolicy kolejne znamię. Kto tu teraz znakował teren?
Trzy to bardzo ładna liczba. Co prawda nie tak piękna jak siedem, ale ta mniejsza wartość malinek w jego wykonaniu były wystarczającą zemstą na jej ciele. Podniósł się do siadu, uwalniając tym samym jej ręce, ale nie schodził, jeszcze przez chwilę własną dłonią upewniając się, że faktycznie na jego skórze pozostawał ślad stworzony przez jego zaborczą dziewczynę, a kiedy jego opuszki wykryły chropowaty ślad na ciele mężczyzna lekko westchnął. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na stan jej szyi, aby na jego twarz wkroczył rozbrajający uśmiech na widok trzech, czerwonych, praktycznie symetrycznych kropek. Był dumny ze swojej twórczości. – Wyglądasz teraz jak jakiś lampart, albo inny jaguar...te plamki… – rzucił od niechcenia i rozplątał się z jej nóg, aby ponownie rzucić się na łóżko obok i w pełni nieświadomym tego co palnął znów ułożyć się w pozycji, którą przybrał chwilę wcześniej, tym razem nie dopuszczając jej warg do swojej szyi w obawie o zemstę za zemstę. Wiecie, oko za oko, malinka za malinkę, avada kedavra za kiepski seks. Tak dokładnie to działało.
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Pią Sie 31, 2018 3:48 pm   

Bycie przewieszonym przez plecy jak jakiś worek ziemniaków nie było tak przyjemne jak mogłoby się wydawać. Przynajmniej dla Bethy, która nie przywykła być w sytuacjach z których nie mogła się wydostać. Gdzie była bezsilna i bezbronna nie ważne jak bardzo się starała. W takich sytuacjach bardzo żałowała, że jej siła fizyczna jest gdzieś na poziomie pięcioletniego chłopca, który uderza starszego brata w przypływie złości. O wiele bardziej wolała swoją moc magiczną, która była znacznie silniejsza i na pewno boleśniejsza. W tej chwili zastanawiała się więc czy by mu przypadkiem nie zaserwować Ottoriusa, albo powtórkę z rozrywki, gdzie główną rolę miała Sectusempra. Ostatkiem sił powstrzymywała się, aby nie sięgnąć do różdżki, która była wpakowana między jej skórę a granicę spodni i go czymś nie uderzyć. Czymś bolesnym. Już miała łapać za magiczny kawałek drewna, kiedy poczuła uderzenie w swój zgrabny tyłek. I to wcale nie takie lekkie. Momentalnie się spięła i zaczęła jeszcze bardziej wierzgać, chcąc jak najszybciej wydostać się z tej niewygodnej i godnej pożałowania pozycji
- ZAMORDUJĘ CIĘ.- wrzasnęła czując jak piecze ją skóra w miejscu w którym została uderzona za karę za nazwanie go dupkiem. Ale to nie jej wina, to było silniejsze od niej, a określenie dupek na kogoś jego pokroju idealnie go odwzorowywało. Zawsze mogła powiedzieć skurwysyn, ale jak na razie nie zasłużył sobie na tak wulgarne miano. Jeszcze. Bo coś jej mówiło, że za niedługo zacznie używać w jego kierunku zupełnie nowych epitetów. I połączenia kilku różnych. I zacznie sama tworzyć słowa, kiedy w końcu jej zabraknie określeń. Na razie jednak miała nadzieję, że jej uderzanie o jego ciało pięściami i nogami jakkolwiek go zaboli i w tej chwili miała w głębokim poważaniu, czy trafi go w wrażliwe od czasu starcia ze szmalcownikami miejsca, czy nie. Mogła go nawet walnąć w blizny na piersi, które sama zrobiła. Problem w tym, że pozycja w której się znajdowała była bardzo… niefortunna i nie mogła zrobić za wiele. Na jego cholerne szczęście. Nie musiała nawet na niego patrzeć, aby wyczuć bezczelny uśmiech satysfakcji, który pojawił się na jego twarzy. To był cios poniżej pasa i to dosłownie.
Jak dobrze, że łóżko było duże, miękkie i z ogromną ilością poduszek, bo znając ją zapewne po rzuceniu na nie jeszcze uderzyłaby głową o drewnianą ramę. W każdym razie, aby było jasne, każdy striptiz – ten świadomy i ten mniej – w jej wykonaniu jest najseksowniejszy i najzgrabniejszy na świecie. Nawet jeśli ściąga z siebie zwykłą kurtkę, lub buty. I może zsuwanie z siebie spodni nie było wykonane z najlepszą gracją, ale niech się cieszy, bo jeżeli miałaby to zrobić tak jak podczas… no nie wiem, zbliżających się czyichś urodzin, to nie leżeliby tak w miarę grzecznie na tym łóżku. I wszyscy to wiemy. Kantem oka jednak zauważyła jego wzrok, którym ją mierzył, gdy się częściowo rozbierała. Wypełnił ją samozadowoleniem i wytworzył na jej twarzy złośliwy uśmiech. Uwielbiała tą wzajemną bezczelność w ich wykonaniu. Karmiła się nią w pewnym sensie. I nie tylko nią.
- I mają takie zostać, Chris. - powiedziała całkowicie poważnie. Nie chciała ich kolejny raz naprawiać reparo, bo coś czuła, że z każdym kolejnym zszyciem były coraz mniej trwałe. - I tak wisisz mi nowy komplet bielizny. Albo dwa. Ewentualnie cztery.- mruknęła rzucając mu cwane spojrzenie - Bo i tak pewnie nie przetrwają za długo. Lepiej mieć już zapas.- dodała. Nie będzie przecież wydawać swoich pieniędzy na kolejne komplety, które miałyby zostać tak bestialsko rozerwane na strzępy. Równie dobrze mogła kupić jakieś babcine majtki, których w ogóle nie byłoby jej szkoda i byłyby tanie, tylko coś czuła, że ich zabawa nie byłaby taka ciekawa. No i ona zapewne nigdy by czegoś takiego na siebie nie ubrała, bo jednak jakby nie patrzeć, to miała gdzieś granicę dobrego smaku.
- Nigdy nie mówiłam, że pozbawia. - odparła, nawet nie zamierzając go uderzyć. Jeszcze. Niech zna jej dobrą i łaskawą wolę dopóki ją ma. Z drugiej strony nie wiedziała, czy wciąż ma duszę, bo dwa demony na jej ramionach mogły być oznaką tego, że ją zaprzedała jakiś czas temu. Tylko nie wiedziała dla czego.
Stworzenie malinki na jego szyi było bardzo, ale to bardzo dobrym pomysłem. Z takiego wychodziła wniosku. Oznakowanie swojego terenu w dodatkowy sposób zdawał jej się być idealny. Zapach i pojedyncze długie włosy, które w tej chwili na pewno się gdzieś walały po podłodze, już nie mówiąc o łóżku i przyczepiając się do ubrań mogły być mylące dla jej konkurencji, której co prawda zdawała się nie mieć, ale lepiej dmuchać na zimne. Skoro już go zdobyła, to nie zamierzała z niego rezygnować i z ogromną chęcią zmierzy się z każdą suką, która tylko rzuci jej wyzwanie. Wtedy ją zniszczy i zetrze w proch, który rozrzuci wśród innych dziewczyn tak dla ostrzeżenia. Malinka natomiast była bardziej widoczna. I wymowna. Dlatego też nie mogła zrezygnować z tej opcji, która w jej głowie brzmiała na genialną. Wpierw należało skutecznie odwrócić jego uwagę krótkimi, subtelnymi pocałunkami składanymi na nagiej skórze szyi. Pojawiająca się gęsia skórka, która była objawem reakcji na jej dotyk i drażniący oddech była świetną zasłoną dymną i znakiem, że może przystąpić do ataku. Na całe szczęście przyssała się mocno, więc nawet jego w miarę szybka reakcja nie pozwoliła mu na uchronienie się od pięknego, śliwkowego znaku na jego szyi. Uśmiechnęła się zadowolona ze swojego złowieszczego i wspaniale wykonanego planu, kiedy ten się zerwał odrywając się od jej ust. Czy obchodziło ją, że był nauczycielem, który raczej nie powinien pokazywać się z czymś takim w szkole? Nie, oczywiście, że nie. Nie po to znaczyła teren, aby teraz był on niewidoczny. Widząc jednak, że ten mały kawałek skóry się ładnie odznacza, podparła się dumnie łokciami na łóżku i oblizała bardzo powoli usta w samozadowoleniu. Och tak, piękny okaz.
- Nie wiem o co Ci chodzi.- wzruszyła bezczelnie ramionami jakby zupełnie nie rozumiejąc jego pełnego wyrzutów spojrzenia. Kilka plotek o życiu łóżkowym profesora od miotlarstwa najwyżej rozniesie się po szkole, a uczennice będą się zastanawiać kim jest tajemnicza kochanka, która zostawiła takie znamię na jego skórze. Może nawet rozpocznie się jakieś poszukiwanie dziewczyny Verendala i zaczną go obserwować po kryjomu? Była święcie przekonana, że frekwencja na jego zajęciach nagle wzrośnie do stu procent, nie mówiąc już o niespodziewanych zajęciach dodatkowych na które będą przychodzić same dziewczyny. Hmm, chyba powinna jednak to przemyśleć, bo jeszcze się okaże, że nie będzie mieć dla niej czasu i będzie sama siebie przeklinać. Och, well.
I wtedy dostrzegła ten delikatny uśmieszek na jego twarzy, który już widziała kilka razy. I za każdym razem nie kończyło się to dobrze. Dla niej oczywiście. To był uśmiech zemsty. Tylko nie rozumiała dlaczego. Przecież była kochana i grzeczna. Powinien docenić jej terytorializm, czy coś. Nie?
- Chris…- zaczęła ostrzegawczo i powoli zaczęła się cofać, gdy się do niej przybliżał, tylko, że nie miała za bardzo gdzie uciec, bo za nią była tona poduszek, które skutecznie uniemożliwiały jej oddalanie się od niego. - Nawet o tym nie myśl.- powiedziała w końcu się zatrzymując, gdy się nad nią pochylił i przygwoździł jej dłonie do materaca. Uśmiech przerażenia, rozbawienia i niepewności wymalował się na jej twarzy słysząc wzmiankę o szaliku. To, że chodził prawie rozebrany, kiedy reszta ludzi na świecie ubierała kurtkę w śnieżyce nie oznaczał, że nie mógł nosić szalika! Może zachorował na anginę, czy coś i zaleceniem lekarzy było noszenie czegoś ciepłego przy szyi? Jest kwiecień. Angina przy tej pogodzie jest na pewno częsta. Nikt więc nie powinien tego kwestionować. Nie? - Nikt Ci nie każe chodzić w szaliku.- to też była prawda. Betha już się mogła szykować na wewnętrzne śledztwo wśród uczennic. Będzie podrzucać im nieprawdziwe poszlaki i dowody, które sprowadzą je na manowce. Na pewno by się super bawiła. - CHRIS, NIE WAŻ SIĘ.- mówiła, kiedy ten nie zważając na jej sprzeciwy przyssał swoje usta do kawałka skóry w okolicy linii dolnej szczęki. Z całych sił starała się wydostać z jego pułapki, ale jak już wspominaliśmy, Betha nie należała do najsilniejszych. Mogła się jedynie wierzgać i wiercić na wszystkie możliwe sposoby starając się wydostać spod niego, ale niewiele to dawało, bo i tak robił z nią co chciał. A to była dopiero pierwsza z trzech malinek. I jak tu go nie nazywać dupkiem? No nie da się. - Przestań!- naprawdę starała się brzmieć groźnie, ale rozbawienie spowodowane sytuacją, jego łaskoczącym oddechem oraz dotykiem w tym delikatnym i wrażliwym miejscu był o wiele silniejszy niż przypuszczała. W tej chwili naprawdę żałowała, że nie była silniejsza i nie mogła mu się wyrwać, bo dwie malinki po dwóch stronach… Poważnie? Ona też będzie chodzić na zajęcia i jak poczuje na sobie spojrzenie znajomych z roku, już nie mówiąc o wykładowcach… Chyba, że pójdzie do Ray i ukradnie jej kilka cosmoporów, które poprzykleja sobie na poszczególne miejsca. Później powie, że chłopak ją pobił. Nie była tylko pewna ile osób jej uwierzy w to, że dała się pobić jakiemuś facetowi, no ale nie ważne. - Zginiesz brutalną śmiercią, Verendal. Przysięgam.- mruknęła, kiedy ten skierował się do łączenia jej obojczyków, aby tam pozostawić swój ostatni mokry ślad. Gdy tylko ją puścił, jej dłonie od razu powędrowały w miejsca po obu stronach szczęki, aby wyczuć nieco wypukłą frakturę skóry spowodowaną przekrwieniem. No do jasnej cholery, jak ona się teraz pokaże na uczelni? Wypięła nieco klatkę piersiową do góry i obniżyła głowę, aby przyjrzeć się ostatniej malince, która znajdowała się praktycznie na samym środku. No co za skurczysyn.
- Ty sobie chyba jaja ze mnie robisz w tej chwili.- powiedziała przejeżdżając palcami po ostatnim znamieniu, który jej zostawił. Dopiero jego słowa wytrąciły ją z zamyślenia nad tym jak to będzie musiała schować. Na ułamki sekund jej palce zatrzymały się na śladzie, a jej źrenice nieco powiększyły w chwilowej panice. Nagle zaczęła się zastanawiać czy on wie. Czy się jakoś zdradziła? Czy mówiła przez sen? Nie, nie możliwe. Chyba. Od zawsze była bardzo ostrożna, bo łowcy niezarejestrowanych animagów mieli uszy dosłownie wszędzie, a Betha doskonale wiedziała jacy potrafią być brutalni podczas swoich pościgów. Miała jednak wielką nadzieję, że był to zwykły, przypadkowy dobór słów. Tak, na pewno.
Wyrwała się z tego zamyślenia kiedy w końcu zszedł z jej nóg. Jak gdyby nigdy nic, dziewczyna zmierzyła go nienawistnym spojrzeniem, aby chwilę później zeskoczyć z łóżka, po kryjomu sięgnąć do swojej różdżki i z zaskoczenia rzucić zaklęcie spętania. - Incursius.- mruknęła celując w niego różdżką. Bardzo przydatne zaklęcie jeśli chodziło o zemstę w tym przypadku. Bo to chyba było oczywiste, że mu nie daruje. Magiczne kajdany związały jego nadgarstki z ramą łóżka znajdującą się za nim. Może i Becia nie miała z nim szans jeśli chodziło o siłę fizyczną, ale w sile magicznej mogła spokojnie stawać do boju. - Oj, Chris. Nawet nie wiesz, jak bardzo masz przejebane. - dodała złośliwie uderzając rytmicznie różdżką o wewnętrzną część drugiej dłoni. Powoli obeszła spore łóżko, aby znaleźć się po stronie mężczyzny i pochylić się nad nim głównie po to, by pozbawić go różdżki, która wciąż była przymocowana do skórzanych pasów na jego przedramieniu. Tą magiczną broń odłożyła na blat biurka znajdującego się w pokoju, aby nie doszło do nagłego zwrotu akcji. Tego bardzo by nie chciała, zwłaszcza, że to była jej kolej na zemstę. Kiedy tylko pozbyła się jego różdżki, ponownie podeszła do łóżka i wlazła na nie bezceremonialnie, a dokładniej na niego. Usiadła na nim w rozkroku, czując jak szorstki materiał jego spodni drażni jej nagą skórę ud. Przejechała różdżką od malinki, którą mu zrobiła przez całą długość linii torsu zatrzymując się dopiero przy granicy spodni. - Jesteś rozgrzany. Na pewno jest Ci strasznie gorąco w całym ubraniu.- mruknęła z przekąsem podczas gdy w jej oczach rozbłyskały złośliwe ogniki zemsty. Ależ ona się wspaniale bawiła. Osobiście wolała bardziej brutalne rewanże, które zawierały w sobie użycie zaklęć czarnomagicznych i niewybaczalnych, ale ten odwet zaczynał jej się coraz bardziej podobać. Nie odrywając różdżki od materiału koszuli, który kończył się tuż między jej nogami z bezczelnym uśmieszkiem na twarzy wypowiedziała - Conduco vestis.- aby z zadowoleniem obserwować, jak odzież w którą był ubrany jej partner nagle znika. Niesamowicie satysfakcjonujące było zostawienie go nagle w samej bieliźnie. I skarpetkach. Chris, gdzie są Twoje spodnie? Hehe. - Lepiej?- spytała unosząc rozbawiona jeden łuk brwiowy wyżej. Nie musiał jej nawet odpowiadać. Teraz miała dostęp do większości jego skóry, a on biedny nic na to nie mógł poradzić, bo był spętany. GDYBY TYLKO POSŁUGIWAŁ SIĘ MAGIĄ BEZRÓŻDŻKOWĄ. Dziewczyna przerzuciła włosy na jedną stronę i pochyliła się nad nim opierając się dłońmi po obu stronach jego ciała. Zbliżyła się bardzo niebezpiecznie do jego ust zostawiając między nimi milimetry odstępu. - Kolejny fakt. Jestem cholernie mściwa.- dodała nawet nie muskając mu warg i kierując się do łączenia jego szyi z ramieniem, gdzie przycisnęła usta, aby po raz kolejny przyssać się jak pijawka. To miejsce było nieco mniej widoczne niż poprzednie, więc powinien być jej wdzięczny, że uwzględniła jego wcześniejsze oburzenie. Taka z niej kochana istota, a tego nie doceniał. Jej wargi zaczęły schodzić niżej, dokładnie do tego samego łączenia obojczyków w którym to on pozostawił u niej ślad. Tak, tu też się przyssała ze zwycięskim uśmiechem na twarzy, czując jak chcąc nie chcąc, nakręca się coraz bardziej. Tylko nie wiedziała, czy nakręca się na swoją małą zemstę, czy raczej na niego. Maybe both? Both is good. Zaraz po utworzeniu trzeciego śladu na jego ciele, zjechała kilka centymetrów w dół aby tam również oznaczyć teren. Tak dla pewności. Kiedy w końcu się od niego oderwała, jej usta pojechały w dół odstając od jego gołej skóry torsu zaledwie na milimetry. Drażniła go ciepłym oddechem i to całkowicie naumyślnie. Zatrzymała się dopiero przy biodrach, które zakrywały bokserki. Uniosła się do siadu, aby przerzucić wzrok z części bielizny na oczy mężczyzny - Czarne. Już miałam nadzieję na tęczowe. Zawiodłam się.- zacmokała ustami wsuwając palce pod gumkę tych męskich majtek tylko po to, aby nią bezceremonialnie strzelić. Na klatę przyjmowała jego spojrzenie, nie mogąc być bardziej zadowolona z takiego obrotu spraw. - Jedno zaklęcie, za każdą malinkę.- wzruszyła ramionami. Incursius za jedną, Conduco vestis za drugą. Zostało jeszcze jedno… Betha ponownie wycelowała w niego różdżką nie mogąc opanować zwycięskiego uśmiechu, który górował na jej twarzy - Zostało ostatnie. Obscuro.- powiedziała niewinnie, gdy czarna opaska pojawiała się na jego oczach. Dziewczyna odrzuciła różdżkę na bok, aby ponownie się pochylić nad mężczyzną i zbliżyć do jego ucha - Mówią Chris, że jak wyłączysz jeden zmysł, to inne się wyostrzają, a wszystkie doznania są o wiele intensywniejsze.- szepnęła, a jej ciepły oddech opływał mu kark. Skoro już była na wygranej pozycji, to pozwalała sobie na coraz więcej. Zaczęła składać krótkie pocałunki od jego ucha, przez linię szczęki, szyję, schodząc coraz bardziej w dół w kierunku linii białej zostawiając za sobą jedynie delikatnie mokry ślad. Gdy dotarła do granicy z bokserkami, uśmiechnęła się złośliwie do samej siebie i oderwała od niego, wracając do jego twarzy, gdzie zatopiła się bezczelnie w jego ustach. Nachalnie badała jego podniebienie łącząc ich języki w namiętnym tańcu, kiedy jedna z jej filigranowych dłoni błądziła po nagiej skórze męskiego torsu. Dopiero po chwili odnalazła drogę do jego bielizny, czując wybrzuszenie pod sobą. Studentka oderwała się mimowolnie od jego ust dosłownie na sekundy oblizując przy tym wargi - Chyba jednak nie jestem taka zła skoro Ci się podoba.- mruknęła ponownie wpijając się w jego usta, podczas gdy jej palce delikatnie, bardzo czule drażniły jego ukrytą pod cienką warstwą materiału męskość. Prawie jak powtórka z rozrywki, tylko, że wtedy to on ją tak męczył, a później bezczelnie poszedł się kąpać. Jak to jest się znajdować po tej stronie barykady, Chris? Nie wiedziała jak długo go tak męczyła, ale nawet jej oddech zaczął się spłycać, a to wyznaczało granicę. Przestała. Jej dłoń zostawiła jego dolne partie w spokoju, a ona sama oderwała wargi od jego spierzchniętych ust. Zeszła z niego, poprawiła koszulkę, przeczesała palcami włosy jak gdyby nigdy nic i chwyciła za różdżkę, która leżała na ziemi, by rzucić szybkie Finite na zaklęcia, które wcześniej zastosowała. Kiedy w końcu zmierzyła się z nim spojrzeniem, oparła się tyłem o biurko kciukiem zmazując pozostałości śliny z dolnej wargi. Jej samozadowolenie i złośliwość aż z niej biły. Wiedziała jednak, że jej facet jest bezczelny, więc wciąż trzymała różdżkę w dłoni, aby w razie czego jej użyć.
- Nie powiesz, że nie było fajnie.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
Ostatnio zmieniony przez Betha Michaelson Nie Wrz 30, 2018 4:19 pm, w całości zmieniany 1 raz  
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 355
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Śro Wrz 05, 2018 9:33 pm   
   <Multikonta: N.W.


18+, czy coś.
Oczywiście on nie byłby sobą, gdyby nie robił sobie z jej gróźb jednego, bardzo dużego ‘nic’ i dalej kontynuował swoje dzieło godne najlepszych mugolskich tatuażystów tego świata. Jak ona się pokaże na uczelni to go nieszczególnie w tym momencie obchodziło, poza tym przecież przed chwilą zrobiła mu dokładnie to samo i dokładnie tak samo się nad tym nie zastanawiała. Chyba nie trzeba mówić, że widok wymalinkowanej studentki wcale nie zrobi aż tak dużego wrażenia na wszystkich, bo student jaki jest każdy wie i widzi. Natomiast jakby on pojawił się przed uczniami i uczennicami na zajęciach z tak oczywistym dowodem tego co wyprawiał, to chyba prędzej by to miotlarstwo odwołał usprawiedliwiając się chorobą (w którą i tak by nikt mu nie uwierzył), niż dał się tak wystawić na widok publiczny. I nie, nie ubierze szalika, nie ma nawet takiej mowy. No, ale oczywiście to ona jest tu bardziej poszkodowana, a jakże, przecież. Tak więc… brak wyrzutów sumienia, zero, null, a także ciemne spojrzenie lustrujące jej zachowanie z asystą ciała będącego w pełni przygotowanym do fizycznej obrony i stawiające gardę mogło dość zirytować. Szczególnie ją. Wszystkie mięśnie miał spięte, refleks wyostrzony, mogła więc atakować jak chciała, a świadomość że i tak nie będzie mu w stanie zbyt wiele zrobić dodawała mu swego rodzaju otuchy, że już tę walkę wygrał. Delikatny uśmiech wszedł na jego oblicze, kiedy podsumowała jego wyczyn i wzruszył ramionami ze swego rodzaju niewinnością, która mogła przyprawić o jeszcze większy wkurw niż sam wzrok, tak bardzo usatysfakcjonowany oznaczeniami jej ciała. Jakoś tak nie zwrócił uwagi na jej speszenie spowodowane słowem kluczem dotyczącym jej animagii, biorąc je za zwyczajną złość spowodowaną tym jak wygląda obecnie jej szyja, a wyglądała doprawdy przepięknie. Trzy czerwone, choć raczej przechodzące już w bakłażanowy fiolet, podrażnienia jej skóry prezentowały się godnie tak jak przystało na królową Slytherinu. Przecież nie będzie się bawił w jakieś delikatne kropki, to była zemsta, takie to mogą sobie robić młodzi Krukoni wraz z niedojrzałymi Gryfonami. Ale Ślizgon? Ślizgon to Ślizgon, już dawno zdążył przekonać się o charakterze tych jakże nikczemnych stworzeń. One muszą mieć wszystko co najlepsze, jak widać w tym także oznaczenia swojego ciała, to co on jej będzie żałował. Inny kolor majtek niż czarny byłby zniewagą, a co dopiero jakieś blade i nic nie znaczące znamię.
Mając jednak na myśli to, że był na wygranej pozycji, to naprawdę MIAŁ NA MYŚLI TO, że już tę walkę zwyciężył. Fizycznie był przygotowany na każdy jej ruch, jednakże całkowicie zapomniał, że położyli się do łóżka całkowicie ubrani, a co gorsza uzbrojeni w swoje najpotężniejsze bronie (u niego może z nią polemizować urok osobisty), czyli różdżki. Uśmiech powoli zaczął znikać z jego twarzy, kiedy zdążył zauważyć posłane w jego kierunku nienawistne spojrzenie, w którym nie pożałowała mu ani trochę swojej złości. Było w nim jednak jeszcze coś, coś, na co nie było gotowy i doskonale wiedział co to oznacza, ale nie miał nawet chwili, aby w jakikolwiek sposób zareagować. Inkantacja, tak bezczelnie rzucona w jego stronę, natychmiast przyszpiliła jego ręce do ramy łóżka dość niewygodnymi kajdanami (nie można było dodać jakiegoś futerka? Przynajmniej nie obtarłby sobie nadgarstków…), przy okazji podciągając też jego sylwetkę nieco do góry. Niepewnie uniósł brodę próbując przyjrzeć się owej pułapce i jej konstrukcji, swobodnie pozbawiającej go możliwości jakiejkolwiek obrony w walce wręcz, już nie wspominając o wyjęciu różdżki. Słysząc jej słowa powrócił wzrokiem na jej pełen chęci zemsty wyraz twarzy i w ostatniej chwili powstrzymał się, aby nie przełknąć wymownie śliny. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo ma przesrane, nie musiała go o tym informować. Ale doceniał. Że też zapomniał, ze ona ma przy sobie różdżkę… chyba za bardzo przyzwyczajał się do mugolskich rozwiązań niemagicznych łącząc je z ich światem. Jego błąd, musi to zmienić.
Starał się powstrzymywać swój oddech, który powoli zaczął mu przyspieszać. Nie wiedział jednak, czy chodziło tu o lekkie przerażenie tym, co zamierzała zrobić, czy raczej podniecenie tym jak bardzo to było seksowne. Tak czy siak się przekona. Nie ruszał się z miejsca, całkowicie sprawiający wrażenie spokoju i opanowania, jak gdyby nic sobie z tego nie robił. Z uwagą i sporym zainteresowaniem obserwując to, co wyczyniała. Uniósł jedną brew do góry zwracając uwagę na kolejno odpinane pasy przy podajniki swojej różdżki, no ale cóż… i tak nie miał szans jej wyjąć, nie w tej pozycji, w której obecnie się znajdował… chociaż… jakby chciał to przecież mógłby zrobić to, a nawet więcej, ale przecież ona o tym nie wiedziała. Ciekawość wzięła nad nim górę, bo kimże byłby, gdyby nie tak pełnym zainteresowania światem stworzeniem? A już na pewno zainteresowanym poczynaniami i samą osobą Bethy Michaelson, na dodatek ubraną w znikomą ilość ciuchów, ugh. Jak dziewczyna przesadzi, to po prostu zrobi jej delikatne zdziwienie. Czarne tęczówki podążały za jej sylwetką, kiedy odkładała JEGO różdżkę na biurko, jak najdalej poza jego zasięgiem, jakby obawiała się, że jednak może w jakiś sposób ją pochwycić. Nie za wiele się myliła, ale tak jak wspomniane nie chciał psuć jej tej przyjemności, a już na pewno nie sobie. Sama świadomość jej minimalnego strachu dawała mu jakieś poczucie wyższości, o ile w ogóle można to tak nazwać… co prawda miał w sobie trochę stresu, ale koniec końców nie zapowiadało się chyba aż tak źle. Tak myślał. Nie był pewien co prawda, bo dziewczyna była zbyt nieprzewidywalnym stworzeniem, no ale nie zabierze jej przecież satysfakcji z pomęczenia go.
Nie odzywał się ani słowem. Ani. Słowem. Ani po angielsku, ani po francusku, ani nawet w myślach. Nic. Żadnego dźwięku, pisknięcia, jęknięcia czy innego ięcia. Siedział cicho jak mysz kościelna, a jedynymi oznakami tego, że żyje i nie śpi były intensywnie wpatrujące się w nią ciemny oczy i poruszająca się w kompletnej arytmii klatka piersiowa. To tez starał się jednak zminimalizować, bo chwilę później doszłoby tu do hiperwentylacji. Obserwował uważnie każdy jej, nawet najmniejszy ruch i mimiczny wyraz, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak wielką satysfakcję miała z męczenia go, a raczej planów co do tej czynności, bo tak naprawdę nawet jeszcze nie zaczęła. Uniósł delikatnie brwi do góry kiedy okrakiem usiadła mu na spodniach i poruszył jedną z nich z wymownym wyrazem twarzy czując jak drażni jego skórę końcem swojej różdżki. Przez jego ciało przeszedł delikatny dreszcz i mógłby przysiąc, że czuł gęsią skórke, mimo że na jego ciele była ona całkowicie w tym momencie niewidoczna. Zacisnął zęby słysząc jej słowa i miał wielką ochotę jej coś odpowiedzieć, kiedy dokładnie w tym samym momencie jej kijek powędrowal może nieco zbyt nisko, a on zaczął obawiać się może nie tyle co o swoją płodność, jak i całą męskość. To się źle skończy. A on ją później zamorduje. Zaklęcie jednak nie nastąpiło, nic nie uderzyło w jego ciało, a jedynie (i kurwa aż!) pozbawiła go ubrań, pozostawiając go w samych bokserkach i skarpetkach. Nosz co za. Jak mogła wyparować jego ulubione spodnie i jedną z ładniejszych, białych koszul!. Mięśnie jego żuchwy poruszały się nerwowo, a spojrzenie zmieniło się na bardziej mroczne i z wyrzutem, bo choć mimo że nie miał nic przeciwko tej zabawie i pieszczotom, to jednak perspektywa przegranej w tej sytuacji zaczęła go dziwnie drażnić. NO I JEGO SPODNIE. Wypuścił ze świstem powietrze, powstrzymując się od komentarza i odwrócił na chwilę wzrok przewracając oczami jak obrażone dziecko, a samo spojrzenie wróciło za chwilę na jej oblicze, świdrując czarnymi oczami te piękne, niebieskie tęczówki, tak bardzo nacieszone zemstą swojej właścicielki. Jak w Merlina wierzył, kochał ją, ale po wszystkim zemsta na jej zemstę za jego zemstę będzie bardziej niż słodka, a domyślał się, że ona wie iż on tej zabawy nie odpuści, co jeszcze bardziej potęgowało jego kończącą się powoli, acz wytrwałą cierpliwość. Coś jak odliczanie, wiecie… 3… 2… 1 i ¼, 1 i 1/3… itd.
Nie wiedział czego ma się spodziewać, naprawdę. Nie był widzący, nie potrafił przewidzieć przyszłości, więc mógł się jedynie domyślać. Co prawda wszyscy wiemy jak kończy się wyobrażanie sobie niektórych rzeczy po swojemu, ale całe szczęście on nie był kobietą, bo te to w ogóle miały fantazje. Wychodziło więc, że niewiele się w tej kwestii mylił, zważywszy na to co w istocie chciała mu zrobić. Jej ciemne włosy łaskotały jego nagi tors, a kiedy zbliżyła swoja twarz do niego z zamiarem najwyraźniej pocałowania go, to był święcie przekonany że na rozpoczęcie to zrobi. Uchylił więc lekko usta, jednakże bardzo przeliczył się ze swoimi myślami, przy okazji robiąc grymas niezadowolenia. Jej wargi powędrowały niżej, a ona sama postanowiła się zemścić poprzez zrobienie mu kolejnej malinki. Christopher zacisnął mocniej zęby, nie dawał jednak żadnej satysfakcji z tego co robiła, nie ruszając się, nie wiercąc, nie rwąc ani nie unikając dotyku jej subtelnych i miękkich ust.
- Tylko na tyle Cię stać Michaleson? œil pour œil? – wysyczał przez żeby nie żałując ani jednego, prowokacyjnego słowa. No dalej dziewczyno, pokaż na co Cię stać poza robieniem tego samego efektu. Wiedział doskonale, że drażnienie jej nie było najlepszym pomysłem, ale naprawdę chciał, żeby pokazała co potrafi. Nie musiał długo czekać na odzew, bowiem ta zaczęła wędrować niżej, kolejno, wręcz bliźniaczo robiąc ślady w tych samych miejscach w których on postawił jej. Na pewno nikt nie połączy wątków. Żodyn się nie domyśli, że ich szyje wyglądając tak samo nie mają ze sobą nic wspólnego. Génial. Starał się być dzielnym chłopcem, naprawdę, nie nakręcać się, być w pełni spokojnym. Ona działała na niego jednak jak płachta na byka i nie mógł nic na to poradzić. Podniecała go coraz bardziej, swoim ciałem i zachowaniem zachęcając do coraz bardziej gwałtownych czynów. Hormony powoli zaczęły w nich buzować nakręcając go coraz bardziej, a on nie mógł nic z tym faktem zrobić. Kompletnie. Nic. Był bliski cichego jęknięcia, kiedy niebezpiecznie zbliżyła się do linii jego bokserek, ale skutecznie powstrzymywał wszelkie dźwięki zasznurowaniem ust w cienką linię i wstrzymaniem oddechu. Strzelenie gumką jego bielizny spowodowało odwrócenie twarzy w bok i uniesienie oczu do góry, na sufit, który już od dawien dawna był jego prywatną oazą spokoju. Miał nadzieję, że niektóre gwałtowne ruchy jego ciała również powstrzyma. Nie spodziewał się, że jak już zacznie go nakręcać to on tak szybko się rozkręci, ale czuł jak jego sylwetka chce wręcz wyrwać się z okowów tych pierdolonych kajdan, a on musiał skutecznie to powstrzymywać nie dając jej tej dzikiej satysfakcji (którą pewnie i tak była już po stokroć wypełniona). Tzn. wiedział, że ona obecnie jest z siebie bardzo dumna i doskonale się bawi, mimo, że koniec końców jednak on jak najbardziej nie dawał się sprowokować do czegokolwiek, ale było coraz trudniej. Wystarczyło już, że materiał jego bielizny unosił się do góry coraz bardziej bezczelnie go zdradzając.
Czarne oczy wróciły na jej twarz, kiedy dotarło do niego, że nie skończyła jeszcze z rzucaniem zaklęć na jego ciało. Rozchylił mocniej powieki jakby nie zarejestrował do końca faktu, że ona w ogóle mówi poważnie. Nie, nie, nie, nie, nie, ani mi się w… – pomyślał, by później ciemność przesłoniła mu ślepia, a jego ciało w szoku – zapewne ku jej dzikiej satysfakcji – szarpnęło się gwałtownie wystraszone szokiem spowodowanym nagłym brakiem wzroku. To było całkowicie niekontrolowane. Zaszurał zębami wydając charakterystyczny dźwięk, bez problemu słyszalny zważywszy na ciszę, jaka nastała w pokoju. Mężczyzna starał uspokoić się, choć nie mógł powstrzymać szybszego oddechu, całkowicie zdradzającego coś co działo się w jego ciele, choć nie można było do końca określić co tam naprawdę nim kierowało. Odwrócił twarz w kierunku dźwięku odrzuconej na ziemię różdżki rejestrując z zadowoleniem, że dziewczyna już raczej nie będzie jej używać, po czym zwrócił spojrzenie ciemnych oczu, a raczej jego brak z powrotem na jej oblicze. Tak przynajmniej sądził. Musiał przymknąć powieki, bo materiał opaski drażnił mu gałki oczne, ale jakoś nie zrobiło mu to większej różnicy, bowiem zamienił ciemność na ciemność. Bardzo wyraźnie czuł teraz każde poruszenie jej ciała, a także dźwięki, które przy tym wydawała. Zestrzygł uchem na tyle, na ile pozwalały mu ludzkie mięśnie, czując obok siebie jej sylwetkę, tak kusząco szepczącą mu to, co dokładnie właśnie odkrył. Nie potrzebował jednak tej intensywności, bo i tak był już wystarczająco pobudzony, ale zdaje się, że ona o tym już doskonale wiedziała i napawała się każdym gestem z jego strony wyraźnie wskazującym na to, jak sromotnie przegrywał. Pocałunek złożony przez nią na kolejnych partiach sprawił, że mężczyzna uchylił delikatnie usta, bo oddychanie samym nosem było już niewystarczające. Zaciskanie zębów nie pomagało mu się już powstrzymywać, więc długie palce poczęły szukać wyjścia z tej sytuacji na próżno. Przyćmiony podnieceniem umysł wygnał magię dając mu poczucie, że uwolnić może się wyłącznie siłą własnych mięśni, a ona bawiła się coraz bardziej śmiele. Czując jej delikatne wargi coraz niżej i niżej, w pewnym momencie szarpnął dość gwałtownie i bardzo mocno rękami starając się uwolnić z kajdan, ale zarówno jego uwiązanie, jak i drewniana rama łóżka były zbyt stabilne, aby siła mięśni mogła je powstrzymać. Kulminacja jego nerwów nastąpiła dokładnie w chwili, kiedy jej usta wróciły do jego i w końcu go pocałowały. Przylgnął do niej pożądliwie, napawając się ich miękkością, będąc równie nachalnym w kwestii pocałunku co ona i bezczelnie wpychając język do jej ust, bawiąc się nim, drażniąc podniebienie, a tym samym jej nerwy. Nie mógł jednak za wiele zdziałać, bo to ona prowadziła tę grę i wygrywała, mogąc pozbawić go tej przyjemności kiedy tylko jej się podobało. Jęknął delikatnie czując jej palce zaciskające się na jego męskości, a jego ciało szarpało się coraz mocniej w konwulsjach niecierpliwości i pożądania jej tu, teraz, gdziekolwiek, jakkolwiek. Byle jej. Nie odzywał się ani słowem, choć to w tym momencie jego sylwetka zdradzała jej wszystkie jego myśli. Unosił biodra do góry napawając się dotykiem jej dłoni. Ilość bodźców i ich intensywności była tak potężna, że miał wrażenie, że zaraz jej tu zejdzie lub co gorsza ta zabawa skończy się, zanim zdąży się jej odpłacić, a regenerował będzie się tak z godzinę, może specjalnie dla niej z pół. Pojedyncze dźwięki wychodziły z jego ust, a on starał się je tłumić nie dając jej jeszcze większej satysfakcji, choć było to trudne i praktycznie już mu nie wychodziło. W zasadzie mógł się nie powstrzymywać, bo ona i tak wszystko wiedziała. Mała menda. Zabije ją albo zrobi jej coś gorszego, jeśli zaraz nie usiądzie na nim bez majtek. Testosteron wręcz go rozsadzał.
I wtedy wszystko się skończyło. Czuł, jak dziewczyna zaprzestaje wszelakich czynności i jak gdyby nigdy nic sobie z niego schodzi, najpewniej stając gdzieś obok. Ty sobie chyba jaja ze mnie robisz w tej chwili. – cisnęło mu się na usta to samo, co powiedziała dokładnie do niego kilkanaście minut temu. Ciche finite było dla niego doskonale słyszalne, a kiedy magiczne przedmioty w postaci kajdan i opaski zniknęły, chwilę zajęło mu w ogóle zarejestrowanie tego faktu. Jego napięte mięśnie rąk w końcu mogły się obluzować, nie zmieniał jednak swojej pozycji, wciąż leżąc z dłońmi opartymi o ramę łóżka. Niepewnie uniósł powieki musząc mrugnąć nimi kilka razy, zanim oczy przyzwyczaiły się na powrót do światła wpadającego przez uchylone okna. Leżał jeszcze przez chwilę w tej pozycji, próbując uspokoić swój oddech, a kiedy choć trochę udało mu się to zrobić, to powoli i nad wyraz dziwnie spokojnie podniósł się do siadu, wręcz mechanicznie spuszczając nogi z łóżka i podpierając się rękami po obu stronach, aby rzucić na nią spojrzenie spod byka. Był wkurzony, był wkurzony bardziej niż ona rano, kiedy to on ją zostawił. Cholerny hipokryta, no ale co poradzić. Jego wyraz twarzy zaczął się nagle zmieniać, na coś pokroju mimiki mówiącej wyraźnie „a więc to tak? Well…”. Przejechał językiem po zębach, aby na koniec zagryźć wargę, a jego wzrok choć przed chwilą patrzył gdzieś indziej niż na nią, zapewne aby to wszystko przeanalizować, tak teraz znów wbity był w jej sylwetkę, tak dumną z siebie, usatysfakcjonowaną w pełni i najwyraźniej lekko obawiającą się odwetu, bo różdżkę wciąż dzierżyła w dłoni, jemu skutecznie odbierając dostęp do swojej, swoim ciałem. Bała się? Jego zemsty? Przecież tu nie ma się czego obawiać. On był grzecznym, miłym, wychowanym i nie tyle mściwym, co na pewno niezapominającym o niczym Kanadyjczykiem. Chris i zemsta? Pff. To się w ogóle nie łączy.
Dobra, kogo ja oszukuję. DLA NIEJ ZROBI WYJĄTEK.
Nadal się nie odzywał. Musiał przyznać sam przed sobą, że sam się sobie dziwi. O ile normalnie nie był rozgadanym człowiekiem, tak teraz chyba bił już wszelkie rekordy wypowiedzianych słów na każdą minutę tego jej jakże niemoralnego czynu i tego co dopiero miało się wydarzyć. A to mówiło już samo przez się, że będzie ciekawie. Czuł, jak powietrze elektryzuje się wokół w napięciu i oczekiwaniu, ale był to ten typ wydarzenia, którego mimo, że boisz się, to jednak czekasz nań niecierpliwie. Mu się nigdzie nie spieszyło, musiał doprowadzić się do względnego porządku i skupienia, a w tym czasie powietrze można było ciąć mieczem. Christopher wziął głębszy oddech, wciąż jednak patrzył na nią w skupieniu zmieniając co jakiś czas wyraz swoich oczu, teraz wyraźnie pytających niemo „I co ja mam z Tobą zrobić?”, by chwilę później rozpocząć przedstawienie.
Może i był głupi zdradzając się tak łatwo, nie była to jednak jakaś szczególnie wielka tajemnica. Wiedział doskonale, że kiedy tylko się zbliży to zapewne oberwie jakąś drętwotą w panice jej umysłu, albo jeszcze innym zaklęciem, a na to nie mógł sobie pozwolić. Czas więc zagrać nieczysto, tak samo jak ona jeszcze przed chwilą. Jej różdżka zaczęła delikatnie drżeć, powoli unosząc się do góry wraz z jej ręką, a raczej zaczynając celować w Kanadyjczyka, co było dość… niespotykanie dziwne. Christopher uniósł brwi do góry, jakby zdziwiony jej bezczelnością i wymierzaniem w jego zaklęć po raz kolejny, ale jego wyraz twarzy zmienił się nagle na bardziej złośliwy, kiedy magiczny patyczek wyrwał się z jej rąk i pomknął ku niemu, złapany sprawnie przez jego lewą rękę, zresztą tak samo po chwili skończył też drugi, należący do niego, który z kolei wylądował w prawej. Tak w razie czego jakby wpadła na pomysł obrony i zwrócenia przeciwko niemu jego własnego sprzętu. Przechylił lekko głowę przyglądając się różdżce z rdzeniem z włókna smoczego serca i cmoknął lekko, kontemplując nad jej wyglądem. - Ładna. To modrzew, prawda? – stwierdził, analizując każde wyżłobienie czy rysę spowodowaną zapewne jakąś z wcześniejszych walk. Dzika satysfakcja zaczęła okalać jego umysł, kiedy patrząc kątem oka w jej kierunku z wciąż wyprostowaną w dłoni różdżką, zauważył coś bardzo interesującego na jej twarzy. Szok? Niedowierzanie? Zdziwienie? Blady strach? Nie miał pojęcia, ale cholernie był z tego dumny. Odrzucił oba patyki gdzieś na parapet, daleko poza zasięgiem ich rąk, nawet jeśli znajdowali by się na łóżku, a on sam nie podnosił się jeszcze z niego, jakby dając jej szansę na ucieczkę. Albo… jednak nie.
Wstał. Leniwie i powoli, jakby wcale nie musiał obawiać się, że ta pomknie w panice w kierunku drzwi, chociażby od łazienki, żeby się tam zamknąć i nie dać mu wejść dopóki się nie uspokoi. Ale od czego była bombarda? Nieważne. Mebel o który się opierała zaczął delikatnie drżeć na prawie niewidzialną komendę jego warg, poruszając na sobie wszystkie znajdujące się tam przedmioty i jednocześnie pilnując, aby żaden z nich nie spadł. Zaraz za nim w ruch poszły dwa kolejne biurka znajdujące się po obu stronach pokoju – najpierw to odcinające drogę do drzwi - które jak gdyby nigdy nic, wręcz zachęcone niewidzialnym zaklęciem zaczęły zbliżać się z obu stron i łączyć wraz z tym środkowym, tworząc swego rodzaju podkowę, z której nie było ucieczki. Pozostało tylko jedno. Accio Michaelson. Hehe. Christopher przeciągnął się lekko, rozcierając wymownie zastane od kajdanek nadgarstki i nie spuszczając z niej wzroku. Doskonale się bawił, a przecież jeszcze nie skończył. – Gdzie Twoja koszulka Michaelson? – spytał dość mocno zachrypniętym i pełnym pożądania, niepowstrzymanym głosem, unosząc lekko brwi do góry i pogłębiając bezczel widniejący wyraźnie na jego twarzy. W istocie, ubrania na niej nie było, pozostawała teraz w samej, czarnej i seksownej bieliźnie, trafiona zaklęciem, które jeszcze przed chwilą zastosowała na nim. Postawił jeden krok, drugi, leniwie zbliżając się do niej i analizując jej ciało. Cmoknął niezadowolony, jakby coś mu się jeszcze w tym wszystkim nie podobało, a dziewczyna mogła poczuć, że stanik, który miała na sobie zaczął luzować się, poczynając od pękniętych, czy raczej rozciętych zaklęciem diffindo ramiączek, za którymi zaraz poszło zapięcie, wysyłając tym samym biustonosz do parteru podłogi. – Od razu lepiej. – stwierdził, wyraźnie ukontentowany widokiem jej półnagiego i seksownego ciała. Zagryzł lekko wargę i strzepał rękę, jak gdyby wyrzucał niewidzialną różdżkę ze swoich dłoni, po czym teraz zbliżył się do niej w normalnym tempie i bardziej bezceremonialnie. Jego dłonie oparły się o biurko po obu stronach jej ciała, na tyle aby obniżyć jego tors i wyrównać się z nią wzrokiem. – Kolejnego faktu na mój temat chyba się już domyślasz.- mruknął w jej kierunku ciemnym spojrzeniem wpatrując się w jej tęczówki, tak bardzo zdradzające ekscytację, podniecenie i strach w jednym. Sam był tak bardzo wypełniony pożądaniem i napaleniem, że w tym momencie mógłby przebiec maraton, byleby to z siebie zrzucić, no, ale porządny seks wcale tak bardzo się nie różni od biegu na trochę ponad czterdzieści dwa kilometry. Chyba wybiera w tej sytuacji tę drugą opcję.
Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Czw Wrz 06, 2018 12:25 am   

Jak bardzo może być usatysfakcjonowany człowiek jedną małą zemstą? Odpowiedź: bardzo. Ogólnie rewanże i odwety należały do jej ulubionej części potyczek, zwłaszcza, kiedy ktoś jest pewny swojej wygranej. W momencie którym Betha miała robioną kolejną malinkę na swoim ciele w jej głowie już rozwijał się plan, który wdroży w życie przy pierwszej najbliższej okazji. Będzie okrutny, złośliwy, pożądliwy i naprawdę pobudzający. Była święcie przekonana, że sama mu ulegnie i będzie to jako taka kara także dla niej, ale to ona dominowała, a to było wystarczająco dobre. Zresztą… to nie tak, że kara będzie okrutna. Na pewno mu się spodoba. Jej także, no ale doprowadzanie na sam skraj Chrisa chyba stanie się jej nowym hobby. Oczywiście jak tylko w końcu wydostanie się z jego uchwytu, który był mocny i pewny. Na całe szczęście zaraz po zrobieniu śliwkowych zdobień na jej skórze, które będzie musiała ukrywać pod warstwą ubrań przez najbliższe kilka do kilkunastu dni, dał jej spokój i położył się zadowolony obok. Bezczelny mały dupek. Może nie na tyle mały, bo prawie dwumetrowy, ale nie ważne. Dzięki temu, że był taki szczęśliwy ze swojego małego odwetu, Betha mogła natychmiast zareagować i odwdzięczyć mu się pięknym za nadobne. Bardzo szybko opracowała swój plan zemsty, który powoli zaczęła wdrażać w życie, a widok jego skutego ciała i zdziwionego, może nieco wystraszonego wzroku sprawiał, że nakręcała się jeszcze bardziej. Uwielbiała wygrywać, a w tej chwili już wiedziała, że to będzie jej rozgrywka, której na pewno nie skopie. Obmyśliła każdy mały szczegół. Wiedziała jak go nakręcić, jak go wymęczyć i jak go zdenerwować w taki sposób, aby cierpiał i rozpalał się najbardziej. Może to był bardzo intensywny dzień ich nowego związku, ale po poprzednich dwóch razach już się dowiedziała jak na niego działa. Bardzo. Cholernie przyjemne uczucie, kiedy Twój oddech drażniący skórę, dotyk palców, ust, delikatne łaskotanie włosów, ciepło skóry i zapach tak działają na drugą osobę. Z wzajemnością. Na razie jednak napawała się działaniem pierwszego zaklęcia i na klatę brała jego spojrzenie, którym ją świdrował. Było ono satysfakcjonujące, a jeszcze lepsza była świadomość, że powstrzymuje się od jakiejkolwiek reakcji na jej działania. W sumie urocze, że myślał, że da radę. Jednak trzeba było mu przyznać, że długo się wstrzymywał i dawał radę. Może powinna mu przyznać jakiś specjalny medal za starania? Naklejkę dzielnego pacjenta? Skoro już robiła za jego prywatną pielęgniarkę, to możliwe, że mogłaby też robić za lekarkę.
Tworzenie dodatkowych malinek na jego ciele miało być jedynie delikatnym odwetem za te trzy znaki, które jej wytworzył. Ona była grzeczna, zrobiła tylko jedną, a ten od razu wyleciał z trzema. I to w takich widocznych miejscach! Z jedną da się jakoś ukryć, chociażby pod golfem, czy szalikiem, apaszką, opatrunkiem, czymkolwiek, a z trzema? Naprawdę chyba będzie musiała ukraść Raylene trochę szerokich plastrów i je sobie ponaklejać, a potem wmawiać wszystkim, że znowu brała udział w walce. Albo najwyżej opuści kilka wykładów i ćwiczeń. I spotkanie z rektorem, które miało się odbyć następnego dnia, bo ten był ciekawy jak jej idzie zastępstwo za Hagrida. „Panno Michaelson, jak tam Hogwart?” „Intensywnie. Mają bardzo… agresywne widłowęże.” Dodatkowo musiałaby się jeszcze spowiadać przed McGonagall, a tego już by raczej nie wytrzymała. Jeżeli jednak ktoś połączy fakty i lokalizację ich wspólnych malinek… well, wtedy przynajmniej każdy już będzie wiedział, że od profesora Verendala lepiej trzymać rączki z daleka, bo jak pewna była ślizgonka się wkurwi, to te rączki urwie i rzuci goblinom na pożarcie. A wszyscy wiemy, że była do tego zdolna. Więc jeśli ludzie kojarzą Bethę Michaelson, tą która skrzyżowała swoje różdżki z Voldemortem i przeżyła, cholerną królową Slytherinu, to raczej pójdzie po rozum do głowy i zastanowi się kilka razy nim zrobi coś, czego może później żałować.
Tylko na tyle Cię stać Michaleson? Czy to było wyzwanie? Podjudzanie? Prowokacja? Bardzo głupio z Twojej strony Verendal i się przekonasz o tym za chwilę. Z jednej strony jego słowa sprawiły, że uśmiechnęła się sama do siebie, bo jego nieświadomość była taka urocza. Z drugiej strony jednak pobudzało ją to do dalszej akcji, którą prawie natychmiast podkręciła. Chciał się przekonać na własnej skórze, więc niech się jego życzenie spełni. Przecież dobra z niej dziewczyna, nie? Wszelkie starania wyrwania się w kajdanek w które go wsadziła tak ją nakręcały, że nie mogła wyjść z samozadowolenia. Każde kolejne szarpnięcie nadgarstków w jego wykonaniu wywoływało u niej uśmiech pełen satysfakcji. Jak bardzo chciał się wydostać? Jak bardzo chciał przerwać zaklęcie i się do niej dobrać? Z tego co widziała – cholernie. W niej również narastało podniecenie, które wypełniało coraz bardziej jej ciało i rozlewało się ciepłem po każdej komórce. To był właśnie minus ich wspólnego męczenia. Sam oprawca także na tym cierpiał, chociaż dominował i był przecież w lepszej pozycji. Teoretycznie. Jak na razie, faktura jego nagiej, rozgrzanej skóry pod jej palcami paliła jej opuszki, a jednocześnie przyciągała jeszcze bardziej. Całując każdy kolejny skrawek zdawało jej się, że ta parzy jej wargi. Temperatura dookoła znowu zaczynała się niebezpiecznie podwyższać i czuła, że nawet rozwarte na oścież okna by jej nie zmniejszyły. Elektryzowanie jakie było między nimi prawie było widoczne gołym okiem, a Betha nie przestawała. Nadawała prędkości swoim kolejnym poczynaniom, aby jak najbardziej go nakręcić i zostawić. Aby dać mu to samo uczucie, które dał jej on dzisiejszego poranka. Była tylko nieco bardziej wyrafinowana i nie bała się używać różdżki na swoim mężczyźnie. Bo to już nie podlegało żadnej wątpliwości, że nadała mu łatkę JEJ prywatnego mężczyzny, kochanka, przytulanki, kaloryfera, jak kto woli. Co za tym dalej szło, tylko ona miała prawo się tak nad nim znęcać. Chociaż może znęcanie nie było dobrym słowem. Bawić się. Bawienie się z nim brzmiało lepiej.
Była bardzo wyczulona na wszystkie znaki, gesty, reakcje, które starał się ukryć, jednak jego podświadomość, chęci, a ciało to były dwie zupełnie różne rzeczy i mógł wiele chcieć, ale wszystko dawało jej znać, że mu się podoba. Każdy dźwięk i głośniejsze wypuszczenie powietrza były jak melodia dla jej uszu, która wypełniała ją zadowoleniem i narastającą złośliwością. Jego pobudzenie odbijało się również na niej, jednak zdawała się trzymać o wiele lepiej od niego, bo to nie ona była poddawana kolejnym gestom z jej strony. Mogła to ciągnąć jak długo chciała i nawet jeśli jej oddech także się spłycał, to nie dawała za wygraną, biorąc jeszcze więcej. Jego gwałtowne szarpanie rąk przypiętych magicznymi kajdanami do ramy łóżka poszerzały jej bezczelny uśmiech. Był głodny i doskonale o tym wiedziała. Napawała się tą myślą. Mimo, że niedawno jadł, to był tak cholernie spragniony i wygłodzony… tylko, że nie chciał jedzenia. Chciał jej. A sama myśl o tym nakręcała ją jeszcze bardziej powodując, że każdy jej kolejny ruch był intensywniejszy i bardziej bezceremonialny. Właśnie dlatego pieściła jego męskość w dłoniach, dając mu zalążek tego, czego chciał. Jego głód jednak najbardziej dało się wyczuć w tym namiętnym pocałunku, którym ją uraczył, gdy w końcu do niego przylgnęła. Tak długo unikała zetknięcia ich wspólnych warg, że jak to nastąpiło, to ledwo mogli złapać powietrze. Ich języki wspólnie się plątały w pożądliwym tańcu zmniejszając liczbę oddechów do minimum. Byli zachłanni. Obydwoje. Ale to ona była na wygranej pozycji w tym pojedynku. Jej palce nierytmicznie zaciskały się na wybrzuszeniu pod jego bokserkami, aby chwilę później przejechać po nim w górę i w dół na końcu znowu się kurcząc wokół niego. Wiedziała, że była bezczelna, ale nakręcenie się powodowało, że nie mogła się powstrzymać chcąc mu dać jeszcze więcej. Każdy kolejny wydawany przez niego dźwięk, uniesione biodra, wyrywanie rąk z kajdan i natarczywość w pocałunku dawały jej znaki, że to właśnie ten moment, aby skończyć. Dokładnie teraz. W momencie, kiedy napalił się tak, że zaraz zrujnuje łóżko, przerwie czar siłą fizyczną i weźmie ją tu i teraz. Właśnie wtedy, gdy prawie się wspiął na wyżyny pożądania. Okrutne. Wiedziała to. Dlatego to było takie cholernie satysfakcjonujące.
Musiała sama dojść do siebie i nieco uspokoić oddech, który już się spłycał. Całe szczęście dla niej była w lepszej pozycji, więc nie było z nią tak źle. Dlatego też po rzuceniu finite była taka zadowolona z siebie. Nie przypuszczała jednak, że Chris ma w zanadrzu broń, której w życiu by się nie spodziewała, a o której przekona się za chwilę. Na razie jednak lustrowała go spojrzeniem jasnych oczu, obserwując jak powoli dochodzi do siebie. Och, fantastyczny widok. Powinna go sobie zapisać i wracać do niego za każdym razem jak będzie jej smutno. Od razu polepszy sobie dzień. Kolejne spojrzenie spod byka również wzięła na klatę odwdzięczając się mu krótkim, złośliwym, ale jednocześnie niewinnym uśmiechem. Jego wyraz twarzy zmieniał się coraz bardziej, jednak ona zachowywała zimną krew. Miała swoją różdżkę w dłoni. Miała jego różdżkę za plecami. Była na wygranej pozycji, więc w razie odwetu, rzuci jakieś szybkie zaklęcie i może znowu go spęta? Skoro najwyraźniej było mu mało. Nie spuszczała z niego wzroku, widząc jak się nad czymś zastanawia. Spodziewała się walki. Tego, że nie zostanie jej dłużny, tylko zastanawiała się jak ma zamiar to zrobić, skoro był praktycznie bezbronny. Pomyślała o wszystkim, nawet o tym, aby go rozbroić, gdy był przypięty do łóżka, aby w razie czego nie miał możliwości sięgnięcia po różdżkę. Co mogło pójść nie tak?
Well…
Nie spodziewała się nieczystego zagrania. Dlatego, gdy tylko jej różdżka zaczęła drżeć i samej się unosić kierując jej rękę w stronę Chrisa, Betha ze zdziwieniem i lekkim szokiem obserwowała poczynania na które nie miała najmniejszego wpływu. Co do… Patrzyła na nią, a później na niego i wtedy magiczny drewniany kijek wyślizgnął się z jej dłoni kierując się w stronę mężczyzny. Druga różdżka wystartowała zza jej pleców nim zdążyła się obejrzeć. I wtedy już wiedziała. To modrzew, prawda? Spierdalaj, Chris.
- O nie.- wyrwało jej się, bo w tej właśnie chwili zdała sobie sprawę, że jest na jeszcze bardziej przegranej pozycji niż on przed chwilą. Kochał ją chyba, nie? Był miłym, kochanym Kanadyjczykiem, który nie myślał o czymś takim jak zemsta? Nie no dobra, już kilka razy dał odczuć jaką jest zajebiście miłą osobą. Ta część jego osobowości musiała zanikać, kiedy Betha pojawiała się na horyzoncie.
Dziewczyna przełknęła niemo ślinę nie kontrolując już swojego spojrzenia przesiąkniętego szokiem, lekkim niedowierzaniem i świadomością tego w jak wielkiej dupie się właśnie znalazła. Podążyła jedynie wzrokiem za odrzuconymi różdżkami, aby po chwili wrócić do mężczyzny. I wtedy wstał, a ona w dokładnie tym samym momencie chciała postąpić krok do tyłu, jednak biurko, które było za nią skutecznie uniemożliwiało jej plany. - Chris…- zaczęła spokojnie, jakby mówiąc do niebezpiecznego zwierzęcia, którego nie chciała sprowokować. Ale na to już chyba było za późno. Nagle mebel za nią zaczął drżeć, a ona niespokojnie zwróciła ku niemu swoje zdziwione spojrzenie. Obserwowała jak wszystkie przedmioty na nim się poruszają, a niedługo później dwa kolejne biurka zmieniają swoje ustawienie. No bez jaj. Jej wzrok przeskakiwał z jednego przedmiotu na drugi i tak do czasu, aż w końcu ustały zamykając ją w ślepym zaułku. Odciął jej drogę ucieczki, a ona czuła narastającą gulę w gardle. Złapała się biurka o które się opierała po obu stronach swojego ciała, jakby chcąc w nie wejść, by jak najdalej odejść od zbliżającego się do niej mężczyzny. Niestety, nie zaszła za daleko. Wróciła do niego spojrzeniem, gdy rozcierał otarte lekko nadgarstki. Cholera…
Gdzie Twoja koszulka Michaelson? Że co? I wtedy też poczuła jak chłód przechodzi przez jej nagą skórę brzucha, która jeszcze przed chwilą była ukryta pod ciemnym materiałem męskiej koszulki. Spojrzała w dół, aby dostrzec, że w istocie, bluzka zniknęła zupełnie jak ubranie z Chrisa chwilę temu, gdy sama się nad nim znęcała. Jej oddech przyspieszył w lekkiej panice, a ona uniosła na niego spojrzenie. Każdy kolejny krok postawiony w jej kierunku sprawiał, że chciała być silna i dzielna, ale znając jego mściwe zapędy, których już nie raz padła ofiarą, obawiała się, że przegra tą wojnę z kretesem. I wtedy poczuła, jak oba ramiączka jej stanika nagle się luzują, a biustonosz chwilę później pada do jej stóp. - Chris…- mówiła dalej, chociaż wiedziała, że za cholerę go nie zatrzyma. Sama go nakręciła i teraz nie było siły, która by go powstrzymała przed słodką zemstą. Dlatego, gdy przyspieszył swój krok, Betha instynktownie chciała odejść, ale biurko za nią w dalszym ciągu uniemożliwiało jej ucieczkę. No do chuja, czy ono musiało tam stać? Cofnęła się najbardziej jak mogła, mocniej chwytając się kantu biurka i wycofując lekko plecy nad drewniany blat. Zakleszczył ją między ramionami kładąc dłonie zaraz obok jej. Mógł teraz wyczuć jej niespokojny oddech, dostrzec rozszerzone źrenice pełne samych sprzecznych emocji takich jak spłoszenie, pożądanie, ekscytacja i szok. Nie odwracała jednak spojrzenia, chcąc zachować chociaż resztki swojej poprzedniej satysfakcji. Kolejnego faktu na mój temat chyba się już domyślasz. Pff. Przeklęty bezróżdżkowiec. - To cholernie nie fair.- mruknęła, kiedy był tak blisko, że czuła na sobie jego drażniący oddech. Była zaskoczona tym nagłym obrotem spraw, bo nie zdawała sobie sprawy, że Chris ma w zanadrzu taką… wyjątkowo upierdliwą umiejętność. Zdziwienie, szok i lekki strach jednak był przeplatany z podnieceniem i rozpaleniem, które z niej nie schodziły od czasu jej małej gry.
Już chciała mu rzucić jakimś bezczelnym komentarzem, gdy ten nachalnie wpił się w jej usta, wpychając się językiem, łącząc go wraz z jej w wygłodniałym tańcu. I to był dopiero początek. Wtedy wszystko wybuchło. Betha niemalże natychmiast odwzajemniła natarczywość jego pocałunku, nie będąc mu dłużną. Znowu poczuła jak oddech jej płycieje, a fala ciepła rozgrzewa jej ciało, gdy jego palce pojawiły się na jej delikatnej nagiej skórze łapiąc ją w pewnym chwycie i unosząc do góry. Gdy tylko usadziła się wygodnie na blacie hebanowego biurka, jej dłonie powędrowały z drewnianej faktury na jego kark przyciągając go jeszcze bliżej. Aby móc się wpić w jego usta jeszcze bardziej. Jeszcze zachłanniej. Każdy kolejny ruch po jej skórze oddziaływał ze zdwojoną siłą, dlatego gdy pociągnął ją za włosy odchylając jej kark, by jego usta mogły bezczelnie badać każdy skrawek jej szyi, przeszedł ją przyjemny dreszcz rozpalenia. Jego usta zdawały się zostawiać rozżarzone ślady w miejscu gdzie się znajdowały. Jej oddech przyspieszył. Przymknęła oczy napawając się jego dotykiem, jego zapachem, jego samą obecnością. Faktem, że cały pokój rozpierało pożądanie. Zagryzała dolną wargę, gdy ucałował miejsca w których wcześniej zrobił oznaczenia w postaci fioletowych malinek. Już ja ci pokażę jak fajnie było. W tej chwili na nic innego nie liczyła. Zacisnęła mocniej palce na jego karku, czując jak przyjemne dreszcze rozchodzą się po jej ciele powstając na skutek jego ciepłego oddechu drażniącego jej kark. Niech Cię szlag, Chris.
Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 355
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Pią Wrz 07, 2018 3:19 pm   
   <Multikonta: N.W.


Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Pią Wrz 07, 2018 5:54 pm   

Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 355
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Sob Wrz 08, 2018 8:53 pm   
   <Multikonta: N.W.


Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Pon Wrz 10, 2018 9:57 pm   

Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---

Kiedy jego dłonie delikatnie zaczęły napierać na jej plecy, poddała się im, posłusznie się kładąc i opierając policzek na wysokości jego ramienia, stykając nos z jego szyją. Ich klatki piersiowe się zsynchronizowały w jednym, wspólnym oddechu, a ona mimowolnie się uśmiechnęła, gdy całował jej po kolei czoło i usta, odwzajemniając ten delikatny pocałunek. Ponownie ułożyła policzek na jego wciąż rozpalonej, nagiej skórze, starając opanować w dalszym ciągu swój oddech. Te ostatnie kilkadziesiąt minut były tak intensywne, że czuła jak zaschło jej w gardle. Zupełnie jakby brała udział w jakichś zawodach lekkoatletycznych na których wyrobiła sto pięćdziesiąt procent normy.
Nie wiedziała jak długo leżeli w ciszy, ale po oddechach dało się dostrzec, że obydwoje byli zmęczeni, ale zadowoleni. Teraz jak leżała w jego objęciach, czuła się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Dawał jej poczucie spełnienia i takiego bezpieczeństwa, że nigdzie indziej nie mogła go zaznać. W końcu nie ważne jak silna jest kobieta, ona wciąż będzie czekać na mężczyznę silniejszego niż ona sama. Betha zdaje się w końcu kogoś takiego znalazła.
Dziewczyna wsłuchując się w jego coraz bardziej spokojny oddech, uśmiechnęła się zadowolona zagryzając dolną wargę. Właśnie sobie coś uświadomiła i cholernie jej się ten fakt podobał.
- Trzy razy w ciągu dwudziestu czterech godzin. - oznajmiła lekko zdyszana - Wykończysz mnie.- albo ona jego. Albo wykończą siebie nawzajem. Ale coś czuła, że żadne z nich by nie narzekało na takie zakończenie. Czy można było powiedzieć, że wyrabiała normę za stracone lata? Jeżeli tak dalej pójdzie, to wyrobi normę nie tylko za samą siebie, ale także za wszystkich przegrywów jacy chodzili po magicznej kuli ziemskiej. Mogą już jej zacząć dziękować, bo coś czuła, że to dopiero początek bardzo intensywnego i długiego związku.
Po chwili skrzyżowała ręce na jego piersi, aby oprzeć o nie swoją brodę i spojrzeć w jego czarne tęczówki swoimi kontrastującymi opalizującymi oczami. Przynajmniej jej spojrzenie już się nieco rozjaśniło i już nie było tak naćpane jak jakieś pięć minut wcześniej. Patrzyła się na niego przez krótką chwilę w ciszy, aby w końcu przeciąć ją swoim z deka zmęczonym głosem
- Bezróżdżkowiec.- zaczęła bezceremonialnie - Czy jest coś jeszcze o czym powinnam wiedzieć, zanim Cię sprowokuję i zacznę się z Tobą bić?- spytała z lekkim uśmieszkiem na twarzy. Może się okaże, że jest jeszcze jakimś poszukiwanym potężnym czarodziejem, który działa pod przykrywką i jest poszukiwany za jakiś zamach stanu? Może powinna się zastanowić kilka razy zanim znowu go wkurzy? No cóż, tym razem wziął ją całkowicie z zaskoczenia. Kolejnym razem się nie da. A przynajmniej się postara.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 355
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Nie Wrz 16, 2018 6:55 pm   
   <Multikonta: N.W.


Dyszał jeszcze przez dłuższą chwilę, starając się w jak najkrótszym czasie opanować swój przyspieszony oddech. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w bardzo niejednostajnym rytmie, dopóki dziewczyna nie położyła się na nim i nie pomogła mu w jakiś sposób zsynchronizować jej ze swoim tempem. Materac chłonął kolejne kropelki potu jakie wypływały z jego ciała, a on był święcie przekonany, że cała pościel pod nim jest przemoczona, a kiedy wstanie, to z pewnością zastanie ogromną, mokrą plamę w miejscu na którym leżał, idealnie odwzorowującą jego sylwetkę. Czuł, że jego włosy również są wilgotne, plącząc się i pewnie łącząc w pojedyncze strąki, miast jak zwykle sypko układać się (czy raczej nie) na jego głowie. Wyglądał, jakby używanie jakiegokolwiek żelu do układania czupryny było dla niego ogromnym wyzwaniem, więc postanowił wylać sobie z bezsilności nań całą butelkę i wgnieść tak jak Merlin nakazał. Czy się jednak tym przejmował? A skąd. Miał teraz bardziej istotne myśli w głowie, czy też raczej próbował pozbyć się ich wszystkich i uspokoić ten kołowrót jaki się tam rozgrywał. Wszystkie substancje, które powodowały jego nabuzowanie czy zachowanie teraz zaczęły powoli opadać, a on robiąc się spokojniejszy, przy okazji również zaczął odczuwać ogromne zmęczenie jakie szło za tą ich całą zabawą. Przecież niedawno wstali, ba! nawet się kąpali, a teraz wychodzi na to, że trzeba będzie wszystko robić od początku. Zamknęli się najwyraźniej w okręgu, w którym wykonywali tak naprawdę cztery czynności, nie więcej. Pytanie tylko kiedy je zakończą, on był jednak pewien, że wkrótce. Bynajmniej nie dlatego, że chciał, ale powiedzmy… że nie zależało to od niego, w końcu przecież nie miał dwudziestu lat – w przeciwieństwie do niej.
Było mu cholernie gorąco, a jej obecność na jego ciele wcale tej odczuwalnej temperatury nie obniżała. Nie miał jednak nic przeciwko jej mniej-niż-pięćdziesięciokilogramowej sylwetce leżącej na nim, ba, w końcu przecież sam jej na to pozwolił i do tego zachęcił. Był święcie przekonany, że pomiędzy nimi wkrótce zrobi się wodospad, bo nie dość, że byli nagrzani jak dwa piece przez cały ten wysiłek, to teraz ich wzajemne ciepło na siebie oddziaływało. Jego płuca nabierały coraz większych haustów powietrza całkowicie uspokajając oddech. W momencie ułożenia przez dziewczynę policzka na jego torsie, mężczyzna objął ją mocniej i wtulił nos w jej gęste długie włosy napawając się jej zapachem, ale przede wszystkim obecnością. Czuł się teraz cholernie za nią odpowiedzialny, nie mówiąc już o wewnętrznym poczuciu chronienia jej, choć gdzieś tam w głębi doskonale wiedział, że potrafi sobie sama poradzić. Był cholernie szczęśliwy mogąc teraz tu, z nią leżeć i napawać się ciepłotą jej ciała, jej osobą i za nic w świecie nie zamieniłby tego uczucia, jakie go teraz ogarniało.
Parsknął jednak lekko słysząc jej słowa i przechylił głowę, aby móc choć pobieżnie spojrzeć na jej twarz. – Ja? Ciebie? Kto tu kogo…? – spytał retorycznie, choć w tym pytaniu można było doszukiwać się wyraźnego zaprzeczenia. Oj nie, nie, zdecydowanie to nie on ją tutaj wykończy, tylko ona jego. Młode to. I niewyżyte, ot co. Nie, żeby narzekał, bo nie narzekał, no ale nie ma co się spodziewać że w ciągu najbliższych kilku godzin coś z siebie jeszcze wykrzesa. Mimo wszystko na jego twarz wkroczył uśmieszek szczerego rozbawienia, a on sam pocałował ją delikatnie w czubek głowy, jeszcze zanim zmieniła swoją pozycję, aby móc mu spojrzeć w oczy. Odwzajemnił to spojrzenie, unosząc jedną brew do góry, jakby wyczekując i spodziewając się, że coś zaraz powie. Jego ciemne oczy przyglądały jej się z ciekawością, ale również troską i szczęściem, i jeszcze kilkoma innymi uczuciami jakie można by było wyciągnąć z tej mieszanki po dokładnej analizie i separacji. Jego dłoń powędrowała na długość jej włosów, delikatnie muskając i rozczesując ciemne pasma długimi palcami, a druga ręka spoczywała sobie spokojnie w okolicach jej krzyża.
- Tak. – zaczął, przybierając nieco poważniejszą minę, jakby miał jej ogłosić zaraz coś niezwykle ważnego, dużo bardziej zmieniającego jej światopogląd niż magia bezróżdżkowa. – Musisz wiedzieć, że nie powinnaś nawet próbować, bo i tak przegrasz. – stwierdził jak gdyby nigdy nic, zmieniając swój wyraz twarzy na bardziej wyluzowany i pewny siebie, z odrobiną żartu i rozbawienia, po czym przewrócił się na bok, zrzucając ją na miękką pościel, ale nie odrywając się od niej, aby złożyć na jej ustach może nieco zbyt intensywny jak na ten moment pocałunek. – A tak na poważnie… to chyba nie. W każdym razie nic mi nie przychodzi do głowy. A Ty? Poza swoją hm… kreatywnością…? – wyraźnie zastanowił się nad tymi słowami, przeszukując zakamarki swojego umysłu w poszukiwaniu informacji, które mogłyby być dla niej istotne w bawieniu się w prowokacje, ale jakoś nic nie wydawało mu się aż tak ważne. Poza tym dobry szermierz tak łatwo nie zdradza swoich technik potencjalnemu wrogowi, a choć ona nie była jego życiowym przeciwnikiem, to w innych kwestiach na pewno nie raz będą się pojedynkować…
Przeciągnął się na łóżku i podniósł, siadając na jego brzegu, aby palcami dotknąć mokrej pościeli w celu ogarnięcia jej, no wiecie… wysuszenia, wyczyszczenia… . Siedział tyłem do niej, patrząc na ubrania porozrzucane po pokoju, jednakże po chwili odwrócił głowę w jej kierunku usadawiając ją na swoim ramieniu, a jego grzywka nadawała mu nieco niepoważnego wyglądu. Będzie musiał ściąć te włosy. - Zniknęłaś moje ulubione spodnie. – mruknął z lekkim przekąsem, choć nie było w tym ani grama jakiejkolwiek złości. Co prawda szkoda mu było tej części garderoby, no ale przecież w zamian dostał doskonałą zabawę, więc uznajmy to za wybór godnych priorytetów. Coś jednak wskazywało, że w tym stwierdzeniu była jakaś niema groźba, odłożona na później, tak jakby chciał jej obiecać, że to on ją kiedyś pozbawi na dobre ulubionego ubrania. Poczekamy, zobaczymy. Przywołał do siebie bokserki i jakąś zwykłą, czarną koszulkę, zakładając obie części garderoby na siebie i podnosząc się do stójki, aby ponownie się przeciągnąć. Dobre przeciąganie było najlepszym uczuciem na świecie szczególnie po takim wysiłku. Poczuł, że zaraz jego żołądek znowu zacznie grać żałobnego marsza, innymi słowy będzie głodny, ale jakoś wolał nie ogłaszać tego faktu pannie Michaelson, bo wolał dać jej się przyzwyczaić do faktu ile potrafi na raz wciągnąć. Wiecie… lepiej niektóre rzeczy dawkować powoli.
W pewnym momencie odwrócił się jednak w jej kierunku i zmarszczył delikatnie brwi, jak gdyby coś sobie uświadomił. Zacisnął delikatnie zęby, zastanawiając się przez chwilę nad czymś, a przy tym łapiąc się pod biodra i zerkając w stronę okna. – Czy Ty swoją drogą nie masz żadnych zajęć? – spytał, zwracając oczy w jej stronę i powstrzymując się od tego, żeby jak typowy samiec nie zacząć przyglądać się jej seksownej sylwetce, a skupiać zdecydowanie na twarzy. Intensywność pierwszego dnia ich związku mogła nieco przyćmić ich poczucie czasu i choć on większość zajęć miał odwołaną przez Panią Matkę Dyrektorkę tego przybytku, tak nie miał pojęcia jak wygląda jej plan studiów. Poza tym w grę wchodziły też inne plany. Przysiadł z powrotem na brzegu łóżka i zmierzwił sobie włosy, aby wyglądały jakoś bardziej przyzwoicie i ponownie skupił na niej ciemne tęczówki. – Pytam, bo ja mam. To znaczy… na pewno mam zaplanowaną podróż do Kanady na tydzień. – stwierdził, jakby chwilowo tracąc pewność. No, ale przecież nie było to nic złego, tylko że będą musieli się rozstać, co w tej intensywności i ilości przebywania ze sobą w ciągu jednego dnia i to na początku znajomości mogło być lekko dziwne. Poczuł dziwne uczucie na języku, jakby ktoś oblał go kwasem, ale mimo wszystko nie okazywał po sobie jakiegoś przejęcia czy też innych emocji, no… może poza tą delikatną niepewnością i obawą na jej reakcję. Ale nic poza tym.
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Pon Wrz 17, 2018 5:37 pm   

Ostatnie dwadzieścia cztery godziny były na tyle intensywne, że będzie odpoczywać po nich przez kolejne dwa dni. Niestety zaraz po tym, jak jej umysł ochłonie po tym całym wysiłku i się przejaśni, dojdzie do niej szara rzeczywistość i obowiązkowe zajęcia na studiach na których raczej powinna się pojawić, bo profesorzy coraz gorzej patrzą na wymówkę związaną z Hogwartem i tym całym stażem. Jak na razie jednak starała się oddalić te myśli na jak najdalszy plan i skupić na tym co było teraz. Na tym, kogo miała obok i na swoim szczęściu, które oplatało ją całą. Dawno nie czuła się tak spełniona. Jeżeli miało to być jedynie przelotne uczucie, to niech czas stanie w miejscu. Mogła w jego objęciach spędzić całe życie. Teraz, leżąc na jego piersi, czując uspokajające się powoli bicie serca, słysząc jego oddech i czując jego ciepło, była najszczęśliwszą osobą pod Słońcem. Dawał jej takie poczucie bezpieczeństwa, którego chyba nigdy nie czuła. Wiedziała jednak, że początki bywają tak piękne dzięki temu, że wszystko jest nowe i pierwsze. Z czasem nowe powszednieje i staje się przyzwyczajeniem. Starała się jednak trzymać tej chwili i mieć nadzieję, że ten stan w jakim się aktualnie znajdowała nigdy nie będzie przedawniony.
Jej serce powoli się uspokajało, a oddech normował doprowadzając ją do stanu wyjściowego. W dalszym ciągu czuła się jak po przebiegnięciu maratonu do którego podeszła spontanicznie, ale to było dobre zmęczenie. Kiedy tak na niego patrzyła w oczekiwaniu na odpowiedź, uświadomiła sobie, jak to wszystko cholernie dziwnie się złożyło. Poznali się całkowitym przypadkiem i zbieżność wielu przypadków doprowadziła ich do tego miejsca w którym się znajdowali. Dwa miesiące. Dwa miesiące zajęło, aby się w sobie zakochali. Jak wcześniej miała milion wątpliwości co do jakiejkolwiek pozytywnej łączącej ich relacji, tak teraz nie wyobrażała sobie, że sytuacja z wczoraj mogłaby potoczyć się inaczej. Co by było gdyby jednak wyszła? Obudziłaby się następnego dnia z beznadziejnym uczuciem pustki, które starałaby się wypełnić na milion różnych sposobów. A tak? Teraz, leżąc tu, z nim, całkowicie bez sił, napawając się jego zapachem, dotykiem i widokiem, była mu cholernie wdzięczna za to, że powstrzymał ją przed popełnieniem najprawdopodobniej najgłupszego błędu w jej życiu.
Uśmiechnęła się złośliwie słysząc jego retoryczne zapytania. Nie miała siły na jakiekolwiek dalsze gry i zabawy, ba. Nie miała nawet siły, aby podnieść głowę, a co dopiero na cokolwiek innego. Ale, aby nie było, nie musiał podnosić rękawicy, kiedy ta ją rzuciła. Mógł jej dać wygrać tą ich małą, niepisaną rywalizację i wszyscy byliby szczęśliwi i w pełni sił. Teraz też byli szczęśliwi, tylko kompletnie wymęczeni. Mimo wszystko uśmiechnęła się, gdy ucałował jej czoło, a długie palce przeczesywały jej lekko splątane, długie włosy. Uniosła rozbawiona jeden łuk brwiowy słysząc odpowiedź na zadane przez nią pytanie. No, może i faktem było, że jak na razie przegrywała te ich potyczki, ale dzisiejszą przegrała tylko dlatego, że nie była przygotowana na stawienie czoła bezróżdżkowcowi. Gdyby wiedziała… bardzo możliwe, że obrałaby całkowicie inną strategię. Na przykład go zakneblowała i miała nadzieję, że magia niewerbalna nie zadziała. To też mogło się udać.
- Kiedyś w końcu wygram.- powiedziała z przekąsem, będąc absolutnie przekonaną, że tak kiedyś się stanie. Będzie próbować do skutku, a to chyba nie powinno nikomu przeszkadzać.
Gdy została przerzucona ponownie na miękkie łóżko, poczuła przyjemny chłód, który od niego bił i kontrastował z jej rozgrzanym jeszcze ciałem. Kiedy Chris złożył na jej ustach pocałunek, jej kanciki delikatnie uniosły się do góry w zadowoleniu. Dziewczyna odwzajemniła ten intensywny gest, na koniec oblizując dolną wargę językiem. Słysząc jednak pytanie, przez jej głowę przeszło milion różnych myśli, które walczyły ze sobą niczym gladiatorzy na arenie z lwami. Miała w tej chwili ogromny dylemat, czy wyznać mu prawdę na temat niezarejestrowanej animagii, czy jednak zatrzymać ten fakt dla siebie jeszcze trochę dłużej. Była pewna, że go kocha i ufała mu, ale wewnętrzna obawa wciąż dawała o sobie znać. Z jednej strony, podzielił się z nią faktem, że jest bezróżdżkowcem, natomiast nikt go nie będzie za to ścigać. Jeżeli ktoś się natomiast dowie, że jest niezarejestrowanym animagiem, najprawdopodobniej czeka ją pościg, a potem Azkaban. - Nie, raczej nie.- powiedziała. Nie sądziła, że kłamała. Wzięła to raczej pod manipulowanie prawdą. Zresztą, ona pytała w kwestii ich prywatnych potyczek, a nie tych gorszych, czasami zawierających w sobie wkurzonych szmalcowników… Można wtedy uznać, że nie skłamała. Nie?
Obserwowała leniwym spojrzeniem, jak powoli wstaje i siada na rogu łóżka, samej przewracając się na bok, aby oprzeć głowę na zgiętej w łokciu ręce.
- Powiedziałabym, że mi przykro, ale wcale tak nie jest.- odparła ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy, który się wymalował zaraz po tym, jak tylko przypomniała sobie początek tej małej intrygi. To było dobre zagranie, musiała sobie to przyznać. Sęk w tym, że on zniknął też bluzkę do której już zdążyła się przywiązać nawet jeśli miała ją na sobie krótki czas. Na całe szczęście, teraz miała pełen dostęp do jego szafy i rzeczy w niej zawartych, więc jak nie będzie patrzeć, ukradnie kolejną, aby mieć co nosić po akademiku. I mieć w czym spać, kiedy noce będzie musiała spędzić sama. Teraz ta myśl wydawała się być jak tortura, chociaż jeszcze wczoraj nawet o tym nie myślała.
Gdzie ona w sumie miała różdżkę? Co on z nią zrobił? Szlag by go trafił, że mógł użyć accio bez tego magicznego badyla. W końcu sobie przypomniała, że w tym całym szale, odebrał jej ją, gdy najmniej się tego spodziewała. To modrzew, prawda? ugh. Te słowa będą jej się śnić po nocach. Ale dzięki temu przypomniała sobie, że odłożył je na parapet, jak najdalej od niej. Uroczo. Przeniosła na niego swoje spojrzenie, kiedy spytał o zajęcia. No tak, studia.
- Mam.- wzruszyła ramionami całkowicie się tym nie przejmując. Ma już na uczelni takie chody, że najprawdopodobniej mogłaby sobie zrobić cały tydzień wolnego, ale powoli zaczęła naginać zasady i cierpliwość swoich przełożonych, więc raczej powinna zacząć dawkować swoje wybryki. Z drugiej strony zawsze swoją nieobecność mogła zwalić na ból spowodowany przez szmalcowników, który powraca raz na jakiś czas… czy coś. Profesorowie od ONMS traktują ją jak bohaterkę od kiedy przyłożyła się do ratowania gatunku pod ochroną, więc chyba jeden dzień wolnego powinni jej wybaczyć. A przynajmniej taką miała ukrytą nadzieję.
Po chwili zeszła z łóżka głównie po to, aby pochwycić różdżkę i przywołać do siebie bieliznę, którą po chwili zaczęła zakładać - Przez jeden dzień wolnego nie wylecę z uczelni.- chyba. Raczej. Jak coś, to zwali to na niego. - A co?- spytała, jednak nie spodziewała się usłyszeć takiej odpowiedzi. Zapięła właśnie stanik, kiedy z jego ust padła podróż do Kanady. Na tydzień. Chwilowo zamarła słysząc te słowa, a to całe przyjemne uczucie, które ją wypełniało nagle zostało zastąpione czymś zupełnie innym. Spojrzała na niego w ciszy, spotykając się z nim wzrokiem. Ale… że co? Że wyjeżdża? Znaczy… to tylko tydzień, ale… Co? Mimowolnie serce ją trochę ukuło na tą wieść, a ją owiała pewna doza niepewności i smutku, którą spowodowała ta wiadomość. Skrzyżowała ręce na piersi i oparła się tyłem o parapet z którego wcześniej zgarnęła różdżkę. - Kiedy?- spytała jakby chcąc się dowiedzieć na kiedy ma szykować obrobienie mu szafy, bo na pewno będzie potrzebować ubrań przesiąkniętych jego zapachem, gdy go nie będzie. Wiedziała, że kiedyś będzie musiał jechać, w końcu ma tam rodzinę… ale myślała raczej, że jest to przyszłość o której jeszcze nie powinna myśleć. No cóż. Ta wiadomość bardzo dobrze podziałała na nagłe otrzeźwienie umysłu, trzeba było to przyznać. Nie spodziewała się, że coś takiego tak nagle sprowadzi ją na ziemię i wymaże wszystkie pozytywne emocje. To był tylko tydzień, a miała wrażenie, że to rozstanie będzie jak cała wieczność. Cierpiała kiedy musiała go unikać przez cholernych czternaście dni, bo chciała się z niego wyleczyć, a teraz, kiedy przestali się kryć i ta cała miłość w końcu wybuchła im w twarz, miała się z nim rozstać? Miał jechać na drugi koniec świata? Ugh, to nie była przyjemna myśl.
W końcu odeszła od parapetu i usiadła zaraz obok, uginając jedną z nóg na łóżku. Objęła jego rękę, na dole splatając się z jego palcami i oparła policzek o jego ramię. - Ten tydzień brzmi strasznie długo.- mruknęła cicho niezadowolona. Teraz gdy miała go na wyłączność, wszechświat ponownie chciał sobie z niej zakpić i sprawdzić jej cierpliwość. To zwykły wyjazd. Nic wielkiego. Zapewne jeden z wielu w przyszłości, a mimo to serce ją kuło na samą myśl jego nieobecności. Jej myśli były strasznie egoistyczne, ale o wiele głośniejsze od głosu rozsądku, który twierdził, że to przecież nic takiego. Wolałaby, aby został.
Zostań.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 355
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Czw Wrz 20, 2018 8:05 pm   
   <Multikonta: N.W.


Kto by pomyślał, że atmosfera - jeszcze przed chwilą tak sielankowa - może w przeciągu kilkunastu minut zmienić się tak diametralnie w coś pokroju smutnej, może nieco przygnębiającej i to mimo tego, że wcale nie stało się coś aż tak bardzo złego. Mężczyzna przyglądał się jej wyczekująco zaraz po tym jak rzucił ostatnią głoskę wypowiedzianej przez nań informacji na temat wyjazdu nie wiedząc czego dokładnie miał oczekiwać. Delikatne ukłucie w okolicach żołądka dało mu o sobie znać dokładnie w momencie, kiedy jej twarz przybrała całkowicie inny wyraz w ułamku sekund i nawet nie próbowała ukrywać, że ją to dotknęło. Przełknął ślinę, patrząc na nią w tej wymownej ciszy jaka nastąpiła po jego słowach i oparł swoje przedramiona na kolanach, pochylając się w przód i kierując spojrzenie ciemnych tęczówek na swoje knykcie prawej ręki pocierając je palcami drugiej. Nie chciał na nią patrzeć w tym stanie, bo obejmowały go tym samym dziwne wyrzuty sumienia, a fakt iż potrafił bardzo dobrze odczytywać czyjeś emocje czy uczucia wcale mu nie pomagał. Dopiero kiedy z jej ust padło pytanie, to ponownie zwrócił na nią wzrok i zmarszczył brwi, jakby zastanawiając się nad dokładną datą.
Spokojnie, po tym całym balu. – rzucił, uśmiechając się w jej kierunku pokrzepiająco. No cóż, w końcu nie było to np. jutro, tak więc na spokojnie mogli się pogodzić z tym faktem, który wydarzy się dopiero za niespełna dwa tygodnie, przecież to kupa czasu aby przyzwyczaić się do faktu, że on na tydzień zniknie. Tak? Chyba? Nie. Jakoś nie napawało go to teraz specjalnym optymizmem, ale mimo wszystko starał się o tym aż tak nie myśleć. I choć perspektywa rozstania z nią wcale mu się nie podobała, szczególnie teraz, kiedy wciąż działała wzajemna fascynacja i zainteresowanie, tak to był jedyny dobry moment przed wakacjami, żeby pojechać tam, do rodziny i ich odwiedzić. Zdobył już aprobatę McGonagall, bo jego zajęcia i tak były już odwołane, a perspektywa tygodnia wolnego od lekcji Historii Magii z Callaghanem, który miał mu towarzyszyć, ucieszyła uczniów bardziej niż prezenty na Gwiazdkę. Nie to, żeby jego przyjaciel był złym nauczycielem, no ale Historia Magii, nawet najbardziej kreatywnie wykładana wciąż była szkolnym przedmiotem, a jak wiadomo jego brak równa się wolnej godzinie w trakcie której można odpocząć od tych wszystkich lekcji. W każdym razie wszystko było już przygotowane do podróży i w zasadzie pozostało tylko dopracować plan tak dalekiej i wyczerpującej podróży, a później lecieć. Po prostu, jakby to wcale nie była wycieczka na drugi koniec świata, praktycznie idealnie położony po drugiej stronie kuli ziemskiej.
Wyprostował się, kiedy odsunęła się od parapetu i obserwował uważnie każdy ruch który wykonywała. Jej chód był delikatny i bardzo ostrożny, a cała mimika wskazywała na to, że skutecznie popsuł jej humor na cały dzień, a może nawet i dłużej. I przy okazji sobie, bo to cholerne uczucie przygnębienia dopadło również i jego. Oczywiście nie oponował kiedy usiadła obok niego i splotła swoje palce z jego dłonią, po czym oparła głowę na jego ramieniu. Jakby z automatu on również ułożył swój policzek na jej głowie, obejmując ją wolną ręką i przytulając do siebie. Westchnął lekko na jej słowa, po czym odsunął się od niej, aby jak gdyby nigdy nic chwycić ją za biodra i jak lalkę posadzić sobie bezceremonialnie na kolanach rzucając przy tym ciche „no chodź tu”.
Szukaj plusów w minusach. Zawsze to lepiej niż miesiąc, poza tym nie będę Cię… jak to było? Wykańczał? - rzucił, uśmiechając się i wymownie unosząc brwi w jej kierunku i wypominając jej stwierdzenie sprzed chwili. Musnął ją nosem o nos i jakby zaczął zastanawiać się nad tym co chce powiedzieć, przeszukując swój umysł w poszukiwaniu wspomnień. – No i wiesz, to moje ‘wzorowe wychowanie’ też zniknie na te kilka dni… – dodał, przedrzeźniając jej słowa znad jeziora. Powinna się z tego powodu cieszyć, bo po spotkaniu z matką z pewnością przez parę dni dopadnie go irytująca kurtuazyjność. – Poza tym widzisz, jak nie chcesz żebym się pojawiał to jestem, a jak chcesz no to cóż… – mruknął, los był strasznie ironiczny. Uniósł do góry kąciki ust uśmiechając się do niej i pocałował lekko, niespiesznie, delikatnie muskając jej miękkie wargi. – To jeszcze dwa tygodnie, a poza tym szybko wrócę. Nim się obejrzysz będę z powrotem i to w najmniej oczekiwanym momencie. – starał się sprawiać wrażenie pociesznego i całkowicie spokojnego tą sytuacją, raczej zdążą się przez ten czas wzajemnie wykończyć, powykorzystywać i porobić inne ciekawe rzeczy, aby aż do porzygu mieć siebie dosyć. Miejmy tylko nadzieję, że nie będą o sobie gadać w pierwszej osobie liczby mnogiej, bo zawartość żołądka będą zwracać również ich przyjaciele i ludzie ich otaczający, brrr.
W istocie jednak, w jego wnętrzu odbywało się małe piekiełko, które postanowiło rozdzielić jego priorytety na kilka części i jakoś je ze sobą pogodzić, a i też nie wprawiało go w najlepszy nastrój, szczególnie kiedy patrzył na jej przygnębioną i smutną twarz rozdzierającą mu serce i sprawiającą, że miał wyrzuty sumienia. Nie okazywał tego po sobie jednak, jak to zawsze miał w zwyczaju, przyjmując na swoją twarz wyraz dziwnej mieszaniny obojętności wraz z mimiką prób pocieszania, od której na sam widok robiło się cieplej na serduszku. Te szczenięce, ciemne oczy i zbyt długa grzywka nie raczej nie dawały tak łatwo rozmówcy wypaść z poczucia dobrego humoru, a szczególnie jej, stąd też miał nadzieję, że jej to pomoże. Ma go dwa tygodnie, przed nimi bal (na który co prawda nie planował iść i wolałby go spędzić sam na sam w jej towarzystwie), później z chwilową przerwą na Kanadę z którą będzie musiała się nim dzielić. Nie chciał jej zostawiać i może i by ją tam zabrał, ale jakoś nie był jeszcze gotowy na to, aby z rodziną dzielić się dobrą nowiną, jaką było oczywiście posiadanie jakiegokolwiek życia emocjonalnego, które nie było tymi marnymi podróbkami w postaci jego byłych partnerek tylko prawdziwym uczuciem jakim obdarzył drugą osobę. Kochał ją i tyle, była dla niego obecnie najwspanialszą i najpiękniejszą istotą na ziemi, i dało się to wszystko zobaczyć w tym jego spojrzeniu, którym za każdym razem ją - od niedawna - obdarzał. Wiecie... coś pokroju "chciałbym, aby kiedyś ktoś na mnie patrzył tak, jak Christopher na Bethę". Najpierw sam musiał się nią nacieszyć i tym uczuciem, aby później podzielić się tym szczęściem ze światem. Poza tym, był święcie przekonany, że ona również nie byłaby co do tego pomysłu przekonana, to zwyczajnie zbyt krótki czas. Następnym razem na pewno jej nie odpuści, szczególnie jak pozna to absurdalne uczucie rozłąki osoby, którą naprawdę pokochał.
No więc, będzie musiała się nim podzielić z tym jakże odległym, pięknym krajem i jego rodziną, a później, miejmy nadzieję, nie opuszczą się do śmierci, czy jak to tam te wersy mówiły...
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Czw Wrz 20, 2018 9:46 pm   

Humor jej podupadł. Tak nagle. Wiadomość o wyjeździe była jak Crucio na jej serce. Nie spodziewała się nigdy, że coś tak błahego przysporzy jej tyle przykrości. Nie zdążyła się nim nacieszyć, a ten ma zamiar już wyjeżdżać. Może i był to tylko tydzień, ale w tym momencie czuła się tak, jakby miał zniknąć na co najmniej kilka miesięcy. Jedzie do rodziny głupia… To, że ty jej nie masz, nie znaczy, że on też. Zresztą widziała wszystkie zdjęcia, na których gromadka ludzi wspólnie się uśmiecha, jest szczęśliwa, radosna. Prawdziwa rodzina, nie? Tak to chyba powinno wyglądać. Każdy się kocha, jeżdżą do siebie co jakiś czas, a jak się nie pojawiasz, to wysyłają Ci wiadomości tak długo dopóki się nie zjawisz. Tak to przynajmniej opisują. Betha nie znała tego z autopsji, ale wiedziała, że rodzina jest ważna dla Chrisa, więc nawet jeśli chciałaby postąpić w najbardziej egoistyczny sposób, to później byłaby dręczona wyrzutami sumienia, które występują tylko i wyłącznie, gdy robi coś, co go krzywdzi. Kanadyjczyk był ewenementem wśród wszystkich znanych jej ludzi. Białym krukiem. Jej słabością. To tylko tydzień… albo raczej aż.
Po balu. Bal miał być za dwa tygodnie. To dwa razy więcej czasu niż jego nieobecność, a w przeciwieństwie do niej, ten okres czasu zdawał się być przerażająco krótki. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, co? Miała czternaście dni na oswojenie się z myślą, że pojedzie i przez cały tydzień będzie musiała spać sama w wielkim łóżku, które nigdy wcześniej nie wydawało się takie być. Może jej w końcu przejdzie? Przecież dzisiaj był pierwszy wielki dzień ich zejścia. Może za te czternaście dni już nie będzie jej tak przykro? A nawet jeśli, to może ten wyjazd minie tak szybko, że faktycznie nie zauważy, że go nie ma? Może będzie mieć taki zapieprz na uczelni, że tydzień zleci szybciej niż myślała? Może. Wszystko podpadało pod może. Musiała więc dobrze wykorzystać ten czas, który mieli do wyjazdu, bo nie zostało go dużo. To tylko i aż dwa tygodnie, a skoro jeden dzień w ich wykonaniu mógł być tak intensywny… Wcześniej unikali się przed czternaście dni, a teraz mają tyle samo czasu, aby wykorzystać go w pełni. O ironio.
Nawet nie oponowała, kiedy posadził ją sobie na kolanach. Oplotła dłońmi jego kark i spojrzała mu nieco przybitym wzrokiem w te jego bezdennie czarne oczy, widząc, że jemu też humor nagle uleciał, mimo, że wciąż starał się ją podnieść na duchu. Uśmiechnęła się smutno na jego słowa, mrużąc chwilowo oczy, gdy musnął ją nosem. No tak… Odpoczynek na tydzień. Kiedy miała dwuletnią przerwę to było wszystko w porządku, ale teraz jak myślała o tygodniu celibatu, to nie mogła wytrzymać? Typowe. Nie przerywała mu jednak wysłuchując kolejnych słów, które powodowały na jej twarzy nikły uśmiech. Z jednej strony ją rozbawiał, ale z drugiej było jej przykro, że faktycznie nie zobaczy tych wszystkich rzeczy, które kochała i które ją irytowały jednocześnie. Nawet jeśli było to „wzorowe wychowanie”.
- Za dwa tygodnie wypróbuję tą teorię. Jeżeli się nie sprawdzi, to się wkurzę.- mruknęła, znając już wynik tego małego eksperymentu. Nigdy nie działał on tak jak powinien. Dziewczyna odwzajemniła ten subtelny pocałunek, który złożył na jej ustach, wzdychając pod nosem na kolejne słowa. Może miał rację? Może nim się obejrzy, ten tydzień minie, a ona pewnego dnia zobaczy jak stoi przed drzwiami pokoju do akademika i wtedy rzuci mu się na szyję? Kolejne może.
- Skoro tak mówisz.- powiedziała, jedną z dłoni odgarniając mu grzywkę z oczu. Musiała się z tym pogodzić tak czy siak. Wszystko już było na pewno dawno ustawione. Wczorajszy zwrot akcji był niespodziewany i zupełnie nie planowany. Ich zejście się ze sobą także takie było. Oczywistym więc było, że robił inne plany w których jej nie było. Zresztą… nawet gdyby zaproponował jej wyjazd, odmówiłaby. Miałaby lecieć do Kanady, aby poznać jego rodzinę? Spotkać się z jego matką, ojcem, siostrą… bratem. Heh. Chyba by umarła. Speszyłaby się tak jak chyba jeszcze nigdy w życiu, przez co i tak zostałaby na miejscu. Najwyraźniej nie było innego wyjścia jak tylko przełknąć fakt, że za dwa tygodnie rozstaną się na całe siedem dni.
Dziewczyna nawet nie zanotowała faktu, kiedy kciukiem zaczęła kręcić kółka na jego karku zastanawiając się nad tym wszystkim. Oparła czoło o jego czoło, czując jak jego gorący oddech owiewa jej półnagie ciało. Całe rozgrzanie, które wcześniej podwyższyło temperaturę jej ciała do najwyższej możliwej temperatury, teraz całkowicie z niej zeszło. Po tej wiadomości wszystko z niej zeszło i zdawało się nie wrócić przez całkiem długi okres czasu. W pewnej chwili przypomniała sobie o pewnym fakcie o który zamierzała spytać już jakiś czas temu, ale Chris… no cóż, ma swoje sposoby, aby skutecznie zmienić temat i zająć czas czymś zupełnie innym. Nie aby narzekała.
Oderwała się od jego czoła, aby zlustrować go spojrzeniem opalizujących oczu.
- Chris…- zaczęła, jakby bardzo poważnie, bo właśnie sobie o czymś przypomniała. Spojrzała mu w oczy, chcąc zaobserwować jakąkolwiek zmianę w jego spojrzeniu, kiedy zada mu pewne pytanie. - Kojarzysz, że zabiłeś człowieka?- dodała, przypominając mu sytuację, gdy zaatakowali ich szmalcownicy. Nie żeby miała mu to wypominać, po prostu zastanawiała się, czy był tego świadomy. Chris kojarzył jej się raczej z niegroźną osobą, niezdolną do skrzywdzenia nawet muchy w przeciwieństwie do niej, więc może nie wiedział co zrobił? Nie wydawał się mieć większych wyrzutów sumienia. Nawet chyba o tym nie myślał. Wiedziała, że sytuacja wtedy była naprawdę beznadziejna i musieli się posunąć do najbardziej ekstremalnych środków, ale czy faktycznie to nie był problem? - Nie przeszkadza Ci to?- spytała jakby chcąc zbadać grunt po którym stąpa. Morderstwo to już poważne przewinienie, nawet jeśli życie straciła taka kanalia jak tamten szmalcownik. Sęk w tym, że raczej nie każdy był gotowy do tego typu wykroczeń, a Betha myślała, że ten uroczy Kanadyjczyk, nie jest zdolny do takich czynów bez pojawiających się później wyrzutów sumienia.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 355
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Pią Wrz 21, 2018 2:25 am   
   <Multikonta: N.W.


Wewnętrzne rozmyślanie nad faktem wyjazdu zostało w jednej chwili zastąpione szczerą obawą, kiedy usłyszał swoje imię. Imię wypowiedziane tak niepewnie, a jednocześnie bardzo poważnie, że na sam jego dźwięk przeszedł go niewyczuwalny na zewnątrz dreszcz obracający mu trzewia o sto osiemdziesiąt stopni. Jej spojrzenie wcale nie poprawiało jego obecnego odczucia, choć na tę chwilę zdawał się być dość mocno skupiony i wypruty z czegokolwiek, jakby spodziewając się, że powie mu zaraz coś pokroju „żartowałam, to była urocza noc, wychodzę”. Może i miał dziwne priorytety, ale jakoś pytanie o zamordowanie nic nie znaczącego i przede wszystkim złego człowieka wywołało w nim poczucie dziwnej ulgi i nie znaczyło nic przy tym co zdążył sobie wyobrazić zanim je zadała. Wyraz jaki pojawił się w tym momencie na jego twarzy nie różnił się niczym od tego, jaki miał przed chwilą, no… może poza lekkim drgnięciem pojedynczej brwi. Spuścił na chwilę wzrok, niezmącony ani trochę tą rozmową, jakby zastanawiał się nad czymś, musiał coś przetworzyć, względnie sobie przypomnieć. Trwał w bezruchu przez kilkanaście sekund wpatrując się w drewnianą nogę biurka i rytmicznie zaciskając zęby zaczął coś przetwarzać. Parę scen przemknęło mu kolejno przed oczami, poczynając od tego cholernego lasu, a kończąc na jeszcze bardziej pieprzonej polance, gdzie dostawali srogie baty za to że śmieli się zainteresować. Przypominał sobie to, co działo się po kolei poczynając od ich ukrywania się, przez wielką niewiadomą, przegraną, później chwilowy triumf, na koniec przeplatany czymś pokroju obawą o własne życie, która nie znaczyła nic, kiedy przypomniał sobie tego palanta zachodzącego Bethę od tyłu i człowieka, który przerwał mu atak. Zaklęcie Fractum zadźwięczało w jego umyśle zupełnie jakby właśnie tam stał, a później trzask pękających kości, najprawdopodobniej gdzieś o okolicy szyi, może klatki piersiowej. Jego ciemne oczy wydawały się być w tej chwili nieco mroczne, wpatrzone tak w jeden punkt i nie zmieniające swojego położenia, z poruszającym się jednostajnie mięśniem żuchwy, a przy tym pozostawaniem w bezruchu i jedynie pojedynczymi, zbuntowanymi kosmykami, które mimo poprawy osuwały mu się na powieki.
- Hmm. Więc jednak nie żyje. I ja go zabiłem. – mruknął pod nosem, jakby jedynie opowiadał o padającym na zewnątrz deszczu, bardziej do siebie niż do niej mieląc te słowa na języku jak jakąś nieprzyjemną resztkę posiłku, która wlazła między zęby. Co prawda zakładał taką możliwość i gdzieś podświadomie wiedział, że tak właśnie się stało, niemniej jednak kiedy ktoś mu o tym powiedział i on sam przyznał się o tym przed sobą, to – dziwiąc się dość konkretnie przed samym sobą – jakoś niespecjalnie go to ruszyło. Nie poczuł kompletnie nic. Było to dość niepokojące zważywszy na charakter jakim zwykle się prezentował, a jednocześnie dość interesujące na tyle, że chciałby się dowiedzieć co tak naprawdę się stało, że spłynęło to po nim jak woda po ptakach akwenowych. Nadal uważał to za coś bardzo złego, żeby wszystko było klarowne, jednakże w tej sytuacji nie miał jakichkolwiek wyrzutów sumienia, co go dość mocno zaniepokoiło. Wiedział też, że całe wydarzenie dotarło do MACUSy, ale koniec końców szczegóły pozostały dla tych, którzy w istocie się tam znajdowali i jakoś chyba nie miał ochoty, aby wychodziły one na światło dzienne. W końcu Aurorzy, jakby nie patrzeć, w żaden sposób nie ukarali go za ten fakt, ani też nie pojawiły się żadne przesłanki, że mają zamiar to zrobić. Zresztą… nikt go nie informował o szczegółach, a on sam nie pamiętał wiele odkąd tylko się obudził. – Ojciec nie będzie zadowolony. – dodał wzdychając lekko i palcami przeczesując włosy, które za mocno zaczęły łaskotać jego twarz, aby chwilowo patrząc na sufit, zwrócić w końcu spojrzenie na partnerkę. – Nie wiem Betha, nie wiem czy mi to przeszkadza. – rzucił w jej kierunku nie odpowiadając na jej pytanie. Fenomenem i swego rodzaju ewenementem była teraz atmosfera w tym pomieszczeniu, która zmieniała się teraz w tempie zdecydowanie zbyt szybkim i wywołującym jeszcze większy mętlik w jego głowie, który zaczął go powoli przytłaczać. Nie mógł jednak uciec przed nią i jej spojrzeniem, które chyba w jakiś sposób było teraz oceniające lub próbujące określić sytuację w jakiej się znaleźli. A wyglądało na to, ze w jej opinii była bardzo poważna.
- Wiesz dobrze co się tam działo. Wiesz w jakiej byliśmy sytuacji. – rzucił, nieco mocniejszym tonem, jakby zaczynając się bronić przed jej niewypowiedzianymi oskarżeniami, przed jej nieistniejącym wypominaniem tego co zrobił. Nie wiedzieć czemu poczuł się w tym momencie przez nią osaczony i nie wiedział co ma mówić, żeby się obronić i będąc święcie przekonanym, że jeśli tego nie zrobi to ona faktycznie stąd wyjdzie i już nigdy nie wróci. Na tę myśl zaczął panikować, choć może nie okazywał tego poprzez krzyki czy też inne bodźce, póki co. – Chcieli zabić Ciebie, chciałem Cię obronić. – wdech. – A on mi przerwał. – wydech. Jego ciało zaczęło delikatnie drżeć i to akurat dało się bez większego problemu wyczuć w asyście przyspieszonego oddechu. Chłodne powietrze wpadające przez okna zaczęło mu przeszkadzać wywołując na jego skórze gęsią skórkę, co nie zdarzało się praktycznie nigdy w jego życiu. Niektóre przedmioty w pomieszczeniu zaczęły wydawać dziwne dźwięki obstukiwania się o meble, kiedy zaczęły, nieruszone żadną widoczną siłą, drgać nie mniej niż Kanadyjczyk. Mężczyzna odwrócił na chwilę wzrok, ponownie wpatrując się w mebel, który chwilę wcześniej pozwolił mu zabrać myśli w jedną całość, a teraz widocznie działał na niego dziwnie uspokajająco. Przez chwilę zapanowała cisza, dość wymowna i nieprzerywana niczym, poza jego próbującym się uspokoić, ale nie mogącym, oddechem i ni stąd ni zowąd dźwiękiem czegoś co nie wytrzymało i spadło, rozbijając się na podłodze.
Jeśli chcesz wiedzieć czy mam wyrzuty sumienia, to nie, nie mam. Wiem, że było to złe, ale wiem to teraz. Wtedy nie wiedziałem, bo ten człowiek chciał mnie zabić, chciał zabić Ciebie co przysłaniało mi całkowicie ocenę sytuacji. W takich chwilach się nie da. I tak wiedziałem, że to zaklęcie może zabić. I tak, nic mnie nie usprawiedliwia. – na jednym tchu wyrzucił potok słów ze swoich ust, wplatając w to wszystkie znane mu akcenty jak i, jak za każdym razem kiedy zaczynał się denerwować, francuskie słowa. Z tego zawsze śmiał się jego przyjaciel, od razu było wiadomo kiedy Christopher Verendal się irytuje, bo zamieniał się wtedy w cholernego żelipapą.
Nawet jeśli zaczynała coś do niego mówić, to w ogóle nie słuchał tego co miała do powiedzenia. Z drugiej strony jego spojrzenie wymierzone w jej kierunku po raz drugi raczej nie dawało żadnych chęci do jakiegokolwiek odzywania się. Było ciemne, mroczne, nieco wystraszone, zupełnie jak u psa chowającego się w kącie mieszkanie w obawie przed agresywnym właścicielem, którym obecnie była Betha. Serce waliło mu młotem, a jego język przejechał po zębach odczuwając wysuszone podniebienie i przełyk, a to wszystko w zaledwie kilka minut. I tak patrzył na nią, wręcz wpatrywał się przez kilka minut nieobecnym wzrokiem w jej opalizujące tęczówki nie odzywając się przez chwilę i bynajmniej nie dlatego, że dawał jej przetworzyć to, co właśnie powiedział. On sam musiał to zanalizować przed sobą i dojść do odpowiednich wniosków, które może wyprowadzą go z jego pogmatwanego w tej chwili rozumowania.
- Ja się bałem. Naprawdę się bałem. – zaczął ponownie niepewnym i może nieco zbyt cichym głosem, ale wytrwale się w nią wpatrywał. – Bałem się nie o siebie, a o Ciebie. Bałem się, że Cię stracę zanim Cię jeszcze zyskałem. – czuł jak szkliwo jego zębów za chwilę całkowicie zostanie wytarte przez pocieranie o siebie zębów, a serce wyskoczy mu z piersi. – Betha… – głęboki, uspokajający wdech. – Dwa tygodnie męczyłem się sam ze sobą nad tym co mnie dopadło, a dopadłaś mnie Ty i uczucie które do Ciebie żywię i którego nie znałem nigdy. Gdyby oni Cię wtedy zabili to wyrżnąłbym ich wszystkich, nie wiem jak, ale na pewno bym to zrobił. – mruknął, na powrót odwracając wzrok i czekając na nieuniknione w jego mniemaniu jej ubranie się i wyjście z tego pomieszczenia, kiedy już uzna, że te wyjaśnienia są niegodne tego czynu i uzna go za psychopatę. Jego ciało nadal drżało lekko w nerwach, a on sam czuł, że ma ochotę coś zniszczyć, mimo wszystko jednak walczył ze sobą i wciąż próbował uspokoić, choć w oczekiwaniu na jej reakcję było to wybitnie trudne.
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 766
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Pią Wrz 21, 2018 10:32 pm   

Post sponsorowany przez A Great Big World, Christina Aguilera - Say Something

Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Nie wiedziała, że te troskliwe w jej mniemaniu pytania, wywołają taką lawinę nieprzewidzianych emocji. W życiu by nie pomyślała, że w jego umyśle wytworzy się taka myśl, że mogłaby sobie pójść. Wiesz, Chris… było miło, ale to chyba jednak nie to. Nie mogę być z kimś takim. Nie mogę być z mordercą. To byłby szczyt hipokryzji. Po tym wszystkim miałaby już nigdy nie wrócić? Po tej wspaniałej nocy i jeszcze cudowniejszym poranku? Po tym, jak powiedział, że ją kocha? Po tym, jak odwzajemniła jego uczucie? Po tym, kiedy na własnej skórze przekonała się jakie emocje w niej budzi? Nie było szans. Myślała, że to oczywiste. Nie wiedziała więc, że po tym krótkim pytaniu naszły go takie absurdalne obawy, nie mającego żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Nie martw się, Chris. Jestem większą psychopatką, niż ty kiedykolwiek.
Obserwowała jego mimikę, kiedy wyczekiwała jakiejkolwiek reakcji i odpowiedzi na zadane przez nią pytanie i nie wiedziała za bardzo jak ma to wszystko odczytać. Nie była tak dobra w czytaniu emocji. Nieprzerwanie wpatrywała się w jego bezdenne oczy, a nie słysząc przez dłuższy czas żadnej odpowiedzi, zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem go niezbyt brutalnie uświadomiła o jego czynie. - Chris?- mruknęła, a chwilę po tym nadeszła pierwsza odpowiedź. Czyli jednak nie był pewny. Uczucie niepewności uderzyło w nią nagle, a widząc jego niewzruszoną minę i nieprzejęty głos, jedynie się ono podwoiło. Dla niej nie było to nic specjalnego. Morderstwo szmalcownika w takim przypadku jak ich było całkowicie uzasadniony. Aurorzy, którzy przybyli na miejsce nawet nie kwestionowali ich wyborów. Nikt nie przejmował się śmiercią człowieka, który zapewne miał na sumieniu o wiele więcej osób, niż mogli pomyśleć. Dla Bethy był on jedynie zwykłym epizodem w życiu, który ostatecznie stanie się zamazaną postacią, gdzieś w odmętach pamięci. Chciała jednak wiedzieć, czy dla Chrisa, czyn którego się dostąpił nie był czymś co go przerastało. Dlatego szukała w jego spojrzeniu czegoś, co da jej pewność, że wszystko było w porządku. To jednak było mroczniejsze niż każde poprzednie. Jakby nie patrzeć, nie tego się spodziewała. Ojciec nie będzie zadowolony… W tej chwili poczuła, że chyba jednak wszystko jest w porządku? Tak jej się przynajmniej wydawało. Miała wrażenie, że spłynęło to po nim jak po kaczce, co dało jej uczucie ulgi. Na chwilę. - Chris…- chciała zacząć mówić, kiedy jej przerwał w dalszym ciągu nie odpowiadając na jej pytanie. Słysząc jego kolejne słowa, chciała powiedzieć jedynie Okej, okej, rozumiem… ale zamiast tego, wpatrywała się w niego z lekkim zaskoczeniem. Atmosfera, która teraz panowała w pokoju była tak cholernie różna od tej, która wręcz rozsadzała pokój kilkadziesiąt minut temu, że aż jej się robiło niedobrze. Napięcie w powietrzu było namacalne, a ona nie odważyła się nawet odezwać, wpatrując się w Chrisa i czekając na dalszy rozwój sytuacji. Nie osądzała go. Nie śmiałaby. Zaczynała się jednak martwić o wiele bardziej niż przed chwilą, gdy czekała na odpowiedź na zadane pytanie. Nie wiem, czy mi to przeszkadza… Chyba jednak tak.
Wiesz w jakiej byliśmy sytuacji… Beznadziejnej. Tragicznej. Bez wyjścia.
- Wiem…- rzuciła krótko, słysząc jego ton, przez który mimowolnie się spięła. Teraz to ona poczuła się osaczona. Miała wrażenie, że ma do niej wyrzuty o to wszystko, że to nigdy by się nie wydarzyło, gdyby nie pobiegła za tym cholernym buchorożcem. Racja. Gdyby nie ona, zapewne nie miałby teraz na rękach krwi drugiego człowieka. Nie miałby dodatkowych blizn na swoim ciele. Nie wylądowałby w Mungu. Nie byłby torturowany przez Cruciatusa. Przełknęła cicho ślinę, zaczynając się coraz bardziej martwić, czy przypadkiem po raz kolejny nie zrujnowała czegoś na czym jej zależy. Kurwa.
Widząc jego coraz większą panikę, zaczęła przeskakiwać spojrzeniem po jego twarzy. Chciałem Cię obronić… Jego kolejne słowa dały jej dziwne poczucie bezpieczeństwa i miłości z jego strony. Może nie powinna się tak teraz czuć, ale nie mogła nic na to poradzić. Słuchając go wypuściła wstrzymywane wcześniej powietrze, które powoli zaczynało palić jej płuca. - Hej…- mówiła, ale ten jej nie słuchał, będąc kompletnie zaaferowany swoim krótkim monologiem - Okej...- chciała go jakoś uspokoić, ale on sam się nakręcał i w tej chwili nie ważne jak się starała, nie była w stanie go zatrzymać. Wszystko w porządku, Chris. Naprawdę. Czuła jak zaczął się trząść, a to spowodowało u niej tak nagłe wyrzuty sumienia, że nie była na nie absolutnie przygotowana. Nie chciała, aby to się tak rozwinęło. Chciała tylko wiedzieć, że nic mu nie jest. Chciała wtulić się w niego i przestać myśleć o tym co było, o jego wyjeździe do Kanady, o wszystkim co było złe. Chciała zapomnieć ponownie o całym świecie. Nie spodziewała się takiego obrotu spraw. Nie chciała go. Czy możemy wrócić do momentu sprzed pytania? Proszę?
Słysząc jak pomniejsze przedmioty zaczynają niespokojnie drgać i się przesuwać po płaskiej powierzchni, Betha zwróciła ku nim swoje spojrzenie, dopiero teraz zdając sobie sprawę czym to jest spowodowane. Mimowolnie spięła niektóre mięśnie, aby po chwili wrócić wzrokiem do Chrisa, który wolał się skupić na pobliskim meblu, niż na nią patrzeć. - Hej, Chris…- mówiła, ale ten w dalszym ciągu jej nie słuchał. Już nie wiedziała co ma robić, aby złagodzić sytuację, która nabierała tempa najsilniejszego huraganu. I tak samo się pojawiła. Nagle. Niespodziewanie. Co miała robić? Normalnie dawno by wyszła, zupełnie nie przejmując się drugą osobą, mając w głębokim poważaniu wewnętrzne obawy i bitwy, które ta toczyła. Ale to był Chris. Mężczyzna, któremu zdecydowała się oddać nie tylko całe swoje ciało, ale także najbardziej ukrywaną przed światem część jej samej. Serce. Mógłby ją w tej chwili wyganiać, bić i krzyczeć, a ona zostałaby przy nim, nie wyobrażając sobie, że mogłaby go w tym stanie zostawić.
Gdy nastała cisza, nie miała ochoty jej przecinać. Nie miała odwagi, aby to zrobić. Ona była taka wymowna, ciężka. Miała wrażenie, że dało się usłyszeć ich wspólne, nerwowe bicie serca przeplatane z nierównomiernym oddechem. Nie była ona dobra. Była napięta. Była jak cisza przed burzą, która dopiero miała uderzyć, a to sprawiało, że niepokoiła się jeszcze bardziej. W końcu, ta została przecięta. Trzask rozbijanego szkła przykuł jej spojrzenie, powodując chwilowe przyspieszenie akcji serca. Dopiero, kiedy ten zaczął mówić, ponownie skupiła swoje opalizujące tęczówki na nim. W ciszy przysłuchiwała się wyrzucanym przez niego słowom, które układały się w pojedyncze zdania. Nie rozumiała. Zupełnie nie rozumiała dlaczego zaczął jej się tłumaczyć. Nigdy nie chciała jego tłumaczeń, jego usprawiedliwienia. Nie oceniała go przecież, więc dlaczego miałaby je chcieć? Słysząc jego zdenerwowanie, przełknęła ślinę karcąc się w myślach za doprowadzenie do tego. Głupia. Dlaczego zawsze wszystko psujesz? - Chris, naprawdę nie obchodzi mnie jego śmierć.- powiedziała bardzo ostrożnym, troskliwym głosem, nie chcąc jeszcze bardziej pogorszyć sytuacji w której się znaleźli. Zaczęła się denerwować, a przez to zaciskała mocniej zęby nie chcąc doprowadzić do nerwowego drżenia ciała. Chciała dać mu do zrozumienia, że fakt, że tamten człowiek nie żyje i to przez niego, w ogóle jej nie interesuje. Że to nie ma znaczenia, ale on jej nie słuchał i widziała to w jego spojrzeniu, w jego mimice, w jego postawie ciała. Wszystko jej mówiło, że cokolwiek nie powie w tej chwili, do niego i tak to nie dotrze. Z uporem maniaka jednak patrzyła mu się w oczy, nie odwracając wzroku, nawet jeśli jego wzrok nie był tym samym co chwilę temu. Milczała, pozwalając sobie i jemu przetrawić wszystkie słowa, które przed chwilą padły. Nie wiedziała jak długo trwała ta cisza między nimi, ale była zdecydowanie za długa. Atmosfera była tak gęsta, tak napięta, że miała wrażenie, że nawet wiatr za oknami ustał, nie chcąc jeszcze bardziej się narażać. Ona jednak nie mogła wytrzymać za długo. Musiała coś powiedzieć. - Chris…- zaczęła, ale ten na nowo się odezwał, a jego słowa sprawiły, że zamilkła. Słuchała go w ciszy, nawet nie myśląc o tym, aby mu przerwać. Wlepiała w niego swoje pełne troski spojrzenie, obserwując całą mowę jego ciała. Przyspieszony oddech, niepewny głos, wzrok, który zdawał się być speszony. Nie sądziła, że te dwa, krótkie pytania doprowadzą go do takiego stanu. Bałem się, że Cię stracę zanim Cię jeszcze zyskałem… Jego słowa jednak były dla niej tak cholernie rozczulające. Tak cholernie prawdziwe, że przez moment nie wiedziała co ma powiedzieć. Gdyby oni Cię wtedy zabili to wyrżnąłbym ich wszystkich.Wierzyła mu. Całkowicie.
I wtedy ponownie nastała cisza. Już nie wiedziała która z kolei, ale tym razem nie zamierzała pozwolić jej trwać. Już nie. To było za wiele.
- Chris…- zaczęła spokojnie, wciąż szukając jego wzroku, który od niej odwrócił. Nie znajdując go, zgrabnym ruchem zmieniła swoją pozycję siadając na jego nogach okrakiem, aby mieć lepszy dostęp do jego twarzy. - Hej, spójrz na mnie.- dodała pewniej, ujmując jego twarz w obie dłonie i zrównując się z nim hardym, ale pełnym ciepła oraz troski spojrzeniem. Unikał jej wzroku. W pewnym sensie poczuła się tym faktem dotknięta, ale była nieugięta w swoim działaniu. Zmusiła go, aby na nią spojrzał. Gdy w końcu to zrobił, wpatrywała mu się w te czarne oczy przez krótką chwilę, aż w końcu westchnęła pod nosem z lekką dozą ulgi, że już od niej nie ucieka. Jedną z dłoni powoli przeniosła na jego kark po drodze przeczesując palcami czarne kosmki włosów, które znowu strasznie niesfornie opadały mu na oczy. - Nic mi nie jest. Jestem w pełni żywa, w pełni zdrowa i cholernie szczęśliwa.- mruknęła łagodnym tonem, a jej kciuk dłoni znajdującej się w dalszym ciągu na jego policzku, zaczął delikatnie gładzić powoli zarastającą już twardym włosem skórę. - Nie obchodzi mnie, że go zabiłeś, Chris. I tak mu się należało.- prychnęła, unosząc kancik ust w krzywym, ledwo widocznym, pokrzepiającym uśmiechu - Pytałam się, bo się martwiłam. Chciałam wiedzieć, czy wszystko w porządku. To wszystko.- dodała uśmiechając się nieco wyraźniej. Teraz się zastanawiała, czy może nie popełniła błędu pytając się go o śmierć tego szmalcownika. Może faktycznie nie powinna poruszać tego tematu… Była jednak zbyt ciekawa jak sobie radzi. Chciała jedynie krótkiej odpowiedzi. Dostała więcej niż się spodziewała. - Chris…- zaczęła łagodnie, wciąż wlepiając w niego swoje ciepłe, pełne miłości spojrzenie jasnych tęczówek. - Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało. Jesteś dobry, empatyczny, troskliwy, dbasz o ludzi. Przez czternaście dni starałam się sobie wybić Ciebie z głowy tylko dlatego, aby nie wpuścić Cię do swojego popieprzonego życia. - mówiła spokojnie i powoli, mierząc się z każdym wypowiedzianym słowem. W trakcie oderwała dłoń od jego karku, chowając mu kolejne kosmyki czarnych włosów za ucho, by ostatecznie ułożyć ją delikatnie na jego drugim policzku. - Po raz pierwszy w życiu nie chciałam być egoistką i pozwolić Ci odejść, tylko po to, abyś był bezpieczny. Z dala ode mnie… bo widzisz jak przebywanie obok się zazwyczaj kończy.- dodała nieco prześmiewczo. Widząc jednak jego spojrzenie, westchnęła cicho i wciąż gładząc kciukiem jego policzek mówiła dalej - Będąc pod wpływem Imperio…- jej głos wyraźnie spoważniał, a ona sama chciała ponownie przekląć siebie za tak słabą wolę - Kiedy kazał mi Ciebie wykończyć…- zacisnęła mocniej zęby, teraz samej odwracając wzrok, bo nieprzyjemne obrazy wspomnień z tamtego dnia powróciły do jej umysłu, rozprzestrzeniając się po nim z każdą kolejną chwilą. - Nawet nie wiesz jak bardzo biłam się ze sobą. Jak bardzo chciałam to przerwać. Jak bardzo nienawidziłam się z każdym kolejnym zaklęciem... - prawie, że syknęła nienawistnie czując, że gula narasta w jej gardle. - Modliłam się w duchu, abyś mnie wykończył, zanim ja zrobię to z Tobą.- dodała prawie niedosłyszalnie. Naprawdę wolała umrzeć, niż zadać mu ostateczny cios ze swojej własnej różdżki. To była najmniej egoistyczna rzecz, jakiej kiedykolwiek pragnęła. - Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo Cię kocham. Jak cholernie chcę, abyś żył. - powiedziała, ponownie wlepiając w niego swoje z trudem powstrzymywane, rozemocjonowane spojrzenie, - Kocham Cię, Chris. Nie ważne co zrobisz, co powiesz. Ja zawsze tu będę.- odparła całkowicie szczerze i prosto z tego skamieniałego szlachetnie serca. Po swoich słowach przytuliła się do niego, jedną z dłoni wplatając mu we włosy i przyciągając jeszcze bliżej siebie, dopóki nie poczuła bicia jego serca. Była w stanie wybaczyć mu praktycznie wszystko. Zupełnie nie obchodziła jej śmierć szmalcownika. Dbała jedynie o Chrisa.
-Zawsze.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 355
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Pon Wrz 24, 2018 2:19 am   
   <Multikonta: N.W.


Nie miał pojęcia dlaczego zareagował na jej słowa tak, a nie inaczej. Bynajmniej nie chodziło tu o to, że zaczął się tym wszystkim denerwować, choć było to jakby reakcją na akcję, a samą akcją był fakt, iż się wystraszył. Wystraszył się tego, że ona go zostawi. I gdyby pomyślał o tym w innych okolicznościach, tj. rozmyślałby ‘co by było gdyby’ to może by się tym tak nie przejął i uznał za głupotę odrzucając te myśli, jednak w tym momencie nie wiedzieć czemu ta perspektywa stała się dla niego tak realna, jak tylko realna stać się mogła, a najgorsze w tym wszystkim dla niego było to, że on by jej nie powstrzymał i to nie tak, że musiałaby się bronić przed jego sprzeciwem, tylko nie zrobiłby kompletnie nic, aby tym razem zawrócić ją zza drzwi tak jak zrobił to wczoraj. Jeśli coś kochasz, puść to wolno. – mówiła pewna postać. Bardzo lubił tę mugolską opowieść, było w niej dużo ukrytych i niekoniecznie widocznych na pierwszy rzut oka mądrości, które akurat w tym przypadku zdawały się być bardzo adekwatne do jego dziwnych i niekoniecznie właściwych rozważań. Cóż rzec, ponoć to osobniczki płci żeńskiej były tymi skomplikowanymi i zmieniającymi swoje nastawienie w mgnieniu oka a tu proszę, mamy czysty dowód na to, że również wśród mężczyzn zdarzały się ukryte przypadki złego wykończenia aspektu emocjonalności, który trzeba by było bardziej wyszlifować. Jeśli chodziło o Christophera Verendala, to jemu akurat trzeba by było wszystko poukładać od początku, ale akurat jego spaczenie było już nienaprawialne, tak więc chyba należało się przyzwyczaić do jego osobowości zmiennej i często, mimo wszystko, pogmatwanej, choć sprawiał wrażenie – na pierwszy rzut oka – miłego, spokojnego i kochanego Kanadyjczyka, którym w większości czasu był. "Zawsze bądź skromny i miły."
Trzask. Pękający na ziemi przedmiot nie wywołał w nim nawet najmniejszego drgnięcia. Poza tym i tak był już zbyt roztrzęsiony, aby jego ciało przejęło się kolejnym, nic nie znaczącym dla niego bodźcem. W jego obecności, szczególnie kiedy się denerwował, działy się już różne rzeczy, poczynając od pękających ścian, kończąc na wysadzających się samoczynnie meblach, tak więc pękające naczynie przy tym było niczym. Poza tym w istocie był już praktycznie ślepy i głuchy na to, co go otaczało, w pewnym momencie nawet nie przejmując się obecnością drugiej osoby. Pesymistyczne myśli tak mocno ogarnęły jego umysł, że nie dopuszczały do siebie żadnego światła, żadnych pozytywnych emocji, a jedynie strach, ból i obawę o nadchodzącą samotność. Ciemne oczy z uporem maniaka wpatrywały się w jeden, upatrzony sobie punkt nie dając się tak łatwo w walce o spojrzenie w jej opalizujące tęczówki, ale choć walczył dzielnie to jednak w końcu poddał się. Na początku jedynie odwrócił w jej stronę twarz, nadal jednak uciekając spojrzeniem, kiedy jednak nalegała równie uparcie co on, to koniec końców na nią spojrzał. Zmęczonym, przerażonym i jednocześnie pustym spojrzeniem, jakiego próżno szukać w życiu codziennym, kiedy jego twarz okalał uśmiech i niekończący się optymizm. "Nie oczekuj ulgi od nikogo."
Czuł jak jej dłoń delikatnie muska mu skórę na karku, choć teraz nie czuł żadnych łaskotek czy przyjemnego dotyku, a jedynie palące uczucie, które nie było dla niego ani trochę przyjemne. Czarne myśli pochłaniały go coraz bardziej, a jej początkowe słowa umykały mu niczym woda spomiędzy palców i nie wywnioskował z nich kompletnie nic. Co z tego, że była żywa, skoro zaraz odejdzie? Mięśnie żuchwy coraz bardziej odznaczały się na jego policzkach, co mogła odczuć na dłoni wciąż pozostającej na jednym z nich, a on sam co jakiś czas – na ułamki sekund – odwracał wzrok, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia, który pomoże mu się uspokoić. Jak na złość teraz nie mógł go znaleźć, więc od niechcenia powrócił do jej oczu, których jak mniemał nie będzie dane mu już zobaczyć. Przyglądał się im teraz z należytą i wymaganą przez dziewczynę, jeszcze przed chwilą, uwagą, szukając każdej cechy szczególnej, każdej najmniejszej plamki wokół ciemnych źrenic na tej nieziemsko ubarwionej w najpiękniejszy niebieski tęczówce. Zdawał się oddychać coraz spokojniej, a i jego ciało z każdym kolejnym wypowiedzianym przez nią słowem powoli zaczynało się uspokajać, co wyraźnie dało się zauważyć. On sam, gdyby miał jaśniejsze oczy, to z pewnością wyglądałby teraz jak narkoman na potężnym haju, z rozszerzonymi do granic możliwości źrenicami. Jednak w przypadku barwy jego oczu, teraz nie odznaczało się to na tyle mocno, aby móc to zobaczyć. Jego twarz przysunęła się bliżej do gładzącego ją kciuka, szukając dotyku dziewczyny dokładnie w tym samym momencie kiedy ten nie stanowił już dla niego wyimaginowanego zagrożenia i perspektywy nadchodzącego pożegnania. Przymknął na chwilę oczy napawając się przez chwilę tym dotykiem. Nie odzywał się ani słowem, nie przerywał jej, bo nie wiedział co jeszcze więcej mógłby rzec. Z drugiej strony w jej mniemaniu powiedział o wiele za dużo, a i on sam z pewnością później dojdzie do wniosku, że w istocie tak było. Chociaż, jakby nie patrzeć to może to i lepiej, że to zrobił? Nie powinien się uzewnętrzniać, jednak przy niej czuł, że musi, że przede wszystkim może, a ona przyjmie to na siebie i mu pomoże, albo nawet jeśli nie to z pewnością wysłucha i nie będzie go oceniać. O ironio, przed chwilą myślał zupełnie co innego, ale jak już było wspomniane wcześniej jego myśli w tym momencie były tak pogmatwane, że brak ich zrozumienia przed jego osobę doprowadził ich właśnie do tego momentu. Słuchał więc w ciszy, przerywanej jedynie pojedynczymi i ostatnimi szarpnięciami przedmiotów po drewnianych meblach, które po paru minutach całkowicie się uspokoiły. On sam był też równie spokojny, znów na nią patrząc, wciąż jej słuchając, oddychając coraz bardziej równomiernie i układając sobie po kolei myśli. Nie usłyszał jednak, póki co, najważniejszej dla niego rzeczy, co ponownie wywołało w nim lekki dreszcz przerażenia. Czekał jednak cierpliwie. "To nie będzie strata czasu."
Wciąż sprawiał wrażenie, ze słowa które wypowiadała w jego kierunku wcale do niego nie docierały. Wpatrywał się w nią uparcie i choć wydawało się, że jego spojrzenie jest pełne pustki, to jednak słuchał jej coraz uważnie, co jakiś czas szybko mrugając aby jak najkrócej stracić ją z oczu. Starałam się wybić z głowy. Co? Biłam się z sobą. Co? Abyś mnie wykończył. Co? Jak bardzo Cię kocham. Mnie? Ja zawsze tu będę. Tak? Teraz jego powieki opadły kilkukrotnie, aby znów powrócić do góry, kiedy rozbudził się z tego dziwnego transu. Wpatrywał się w nią dużo uważniej, wciąż jednak pozostając w tej nostalgicznej posturze, w tej niepewności, jakby zastanawiając się czy mówiła prawdę, choć jego podświadomość wręcz wydzierała się w jego umyśle, że w istocie tak było. Kochała go, tak jak on kochał ją. Nie zostawi go, tak jak on nie zostawi jej. Zawsze. Ostatnie słowo zabrzmiało jak dźwięk dzwonu wybijającego w kościele południe i było tak donośne, że skutecznie wygnało z niego wszystko o czym teraz myślał. Poczuł jak Betha wtula się w jego ciało i opiera głowę na klatce piersiowej, a on choć przez chwilę pozostał w bezruchu, to teraz objął ją w pasie i zaplątał ręce w okolicach jej krzyża, aby mocniej ją do siebie przytulić. Koniec końców położył swoją głowę na jej ramieniu, wpatrując się przez chwilę w podłogę choć koniec końców przymykając oczy. " "Kocham cię" to nie zwykłe zdanie."
- Ja Ciebie też. - mruknął i choć był to głos pełen zmęczenia i braku wyrazu, to ona doskonale mogła wyczuć, że wiadomość zwrotna była całkowicie szczera i miała swoje pokrycie w rzeczywistości. Nie musiał dodawać, że jej nie zostawi, bo ona wiedziała to bardzo dobrze, szczególnie kiedy objął ją mocniej i teraz ogrzewał też swoim ciałem. "Nie bądź pewny miłości, którą życie Ci daje."
Był pewien.
_________________
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Strona wygenerowana w 1,21 sekundy. Zapytań do SQL: 9