Rewolucja zaklęć! Koniecznie przeczytaj!
► Poszukujemy nauczyciela Starożytnych Run!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Trwa lekcja Transmutacji!
► Trwają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Czerwiec 2000r.
Pełnia: 11-13.06 (10-13.01)
Ciepłe promyki słońca przeplatają się nieustannie z deszczową aurą. Możliwe poranne mgły i pierwsze burze. W dzień ok. 18'C, w nocy temperatura spada do ok. 10'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Gabinet prof. OPCM
Autor Wiadomość

Soren Rostgaard
Prof. Zaklęć
Dołączył: 10 Maj 2018
Posty: 92
Wiek: 47 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Brage
Różdżka: morela, włókno z serca świergotnika, 13 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, depresja, czarny humor
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 40
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 60
Z. ofensywne: 65
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Śro Lip 25, 2018 10:37 pm   
   <Multikonta: --


Generalnie szli równo, kroczek za kroczkiem. Tu się trochę zakołysali na drodze, przechylając pod niebezpiecznym kątem, tam na moment zastygli, chwytając równowagę nad podejrzanym rowem. Obyło się bez bliskich spotkań z podłożem – okoliczne ściany również nie ucierpiały, co Soren wziął za bardzo dobry znak. Lżejszy krok i ten lekki, niemal śpiewny szum w głowie przypominał mu powolne spacerki do domu, gdy chybotały chodniki, falowały mosty, a brama wjazdowa do rezydencji stawiała większy opór niż uczniowie i kadra nauczycielska w czasie Bitwy o Hogwart. Einarr także trzymał przyzwoity pion, czasem tylko podskakując znienacka, co Soren kwitował przydługim, badawczym spojrzeniem czarodzieja lekko drinkniętego.
W trakcie przemarszu debatowali na różne tematy – Thorsen mówił do siebie (ale z jakim przekonaniem, charyzmą i elokwencją!), z kolei Rostgaard uciął sobie pogawędkę z pustą butelką whisky, rozstając się z nią w tajemniczych okolicznościach przed bramami Hogwartu (te platoniczne miłostki są tak wyniszczające). Gdyby ktoś się ich zapytał, jak pokonali ten kawał w tym radosnym, alkoholowym uniesieniu, zapewne popatrzyliby na siebie i wzruszyli ramionami. Można powiedzieć, że to fart, szczęście głupców, uśmiech losu. I Rostgaard nie byłby sobą, gdyby, wsłuchując się w echo ich kroków, nie rozmyślał nad możliwym wyjaśnieniami tego dziwnego zjawiska. Pamięć mięśni, skonkludował w końcu, opierając się bokiem o kolumnę na dziedzińcu zamku, podziwiając grę cieni. Auror zakołysał się w pobliżu, czknął, rozejrzał wokół i zaczął coś bajdurzyć. Soren nie słuchał, ale i tak poczuł się w obowiązku wtrącenia co jakiś czas pełnego zaangażowania: „acha”, „hm” oraz „och”. Zapewne dyskutowaliby tak do rana, gdyby nie mglista postać ducha, która przemknęła nieopodal, przenikając Duńczyka nieprzyjemnym chłodem. Z uczuciem kąpieli w arktycznej wodzie, Soren znów się przechylił, wzdrygnął i ruszył w stronę Hogwartu, ciągnąc za sobą aurora. Zacisnął palce na jego ramieniu, ale utrzymywał, że prowadził go za sobą z klasą po pustych korytarzach, ignorując zainteresowanie portretów wokół.
Siedem pięter schodów pokonali w ogromnych trudach – tu się przetoczyli kilka razy na prawo i lewo, tam zawiśli nad przejściami, a w pewnym momencie cofnęli się niżej, przekonani, że – kto jak kto – ale ONI doskonale znają drogę. Od randki z ponurym woźnym uratowało ich zaklęcie wyciszające, które przezorny Soren rzucił z przyzwyczajenia, nim wtoczyli się na teren szkoły. Być może Einarr zauważył tę przezorność towarzysza, zdradzającą częste powroty pod wpływem mocniejszych trunków, a może był zbyt zajęty warczeniem złowrogo na złośliwe, wyślizgujące się spod stóp stopnie. Należy im jednak oddać, że nawet podchmieleni dotarli cali i zdrowi na siódme piętro i nawet zdawali się nieco wytrzeźwieć.
Przynajmniej do momentu, w którym posłyszeli cichą, przytłumiona melodię. I trudno orzec, który z tej niewątpliwie uzdolnionej wokalnie dwójki, zaczął podśpiewywać jakąś skoczną, wesolutką piosenkę. Któryś w każdym razie zaczął i tak, w nastroju sprzyjającym posuwistym krokom improwizowanego walca, zacumowali swój okręt pijackiej szczęśliwości pod drzwiami nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią.
Gdyby ktoś spytał Sorena, dlaczego zatrzymali się akurat przy tym gabinecie, odpowiedziałby bez zająknięcia, że to przecież jego lokum. I nawet powieka by mu w tym perfidnym kłamstwie nie drgnęła.
Pan przodem – zaproponował Duńczyk, dla własnego komfortu opierając się dłonią o framugę drzwi. Na palcach poczuł znajome ciepło, które przeskoczyło zaraz na całą dłoń, a potem popłynęło wyżej, na nadgarstek. Soren oderwał się od drzwi, marszcząc brwi. Zaklęcie.
Einarr w tym czasie walczył z drzwiami. Próbował je podejść klasycznie, na miłego, nieszkodliwego petenta. Zastukał grzecznie (w ścianę obok), pchnął drewno, przekręcił klamkę w każdą możliwą stronę. Nieczułe drzwi nie chciały się ruszyć. To zaraz spróbował na legionistę, ładując się całym ciężarem ciała w środek drzwi, wolną dłonią molestując klamkę.
I w chwili, gdy auror odsunął się na stosowną odległość i zaczął przymierzać się do idealnego kopniaka na mugolskiego glinę, Soren się wtrącił. Chociaż, dla celów naukowych, mógłby poobserwować to starcie jeszcze dłużej.
Wyciągnął różdżkę i, zamaszystym ruchem nadgarstka wystosował w stronę klamki jedno, niewerbalne zaklęcie. Świst, który towarzyszył jego różdżce przy każdym zaklęciu, nieco go ocucił. Sięgnął do klamki, zastanawiając się przez ułamek sekundy, skąd to uczucie rozluźnienia i… znajomy zapach kadzidełek. A potem prawie oślepł, bo pomieszczenie, które ukazały otwarte drzwi, okazało się jasne. Zbyt jasne dla jego przywykłych do półmroku korytarza oczu.
Wtoczyli się do gabinetu oboje i to chyba Einarr był tym, który grzecznie przymknął drzwi. Soren wciąż mrugał, mierząc pastelowy odcień ścian nienawistnym wzrokiem.
No, do momentu gdy pośród jasnych plam nie wparowała ciemniejsza, smukła sylwetka. Cholernie znajoma, seksowna sylwetka, którą Soren miał już okazję podziwiać o tak późnej porze w znacznie gorszym stanie.
I miał powitanie na końcu języka, ale nic, kompletnie nic nie mógł poradzić na to, że jego świdrujące spojrzenie prześlizgnęło się po obcisłej koszulce Leo i krótkich szortach, zatrzymując dłużej na nagich nogach. Obszedł Thorsena, koncentrując wzrok na Leonardo. Musiał się oprzeć o ścianę, bo nie, to nie była halucynacja wywołana whisky.
Chociaż te papucie na stopach Leo mogły być nieśmiesznym żartem.
Niezłe laczki – mruknął, czując jak coś wyciska z jego klatki piersiowej oddech. Nie mógł oderwać od mężczyzny oczu. Stał sobie przed nim, ponad wszelką wątpliwość trzeźwy, czujny i gotowy władować się pięścią w czyjąś twarz.
Soren zapobiegawczo zacisnął palce na różdżce, ale w głowie dzwoniło mu tylko jedno zaklęcie.
I tym razem wiedział, że nie będzie w stanie go rzucić.
_________________

Dubious allegiance, nefarious intent

| Klub Pojedynków |
 
 
     
Einarr Thorsen
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Czw Lip 26, 2018 10:22 pm   

Jedną z cech, które Einarr w sobie szczerze nienawidził była niemożność zapomnienia tego co robił po pijaku. Każdy wygłup, głupie zachowanie i robienie z siebie przedstawienia pozostawało na zawsze w jego pamięci. Więc i alkohimalaizm jego i Sorena z pewnością zostanie po wsze czasy zapamiętany. A na pewno ostatnie momenty. I próba wykopania drzwi, którą Rostgaard przerwał, za co Einarr go prawie zdzielił w łeb.
Wnętrze było o wiele za jasne jak na jego gust.
- O, cholera! - wymamrotał widząc jakiego koloru są ściany.
Jego wzrok powędrował za spojrzeniem Sorena i ujrzał Leo, rozebranego do ostatnich cienkich warstw i...
- Kudłate pupcie - Einarr zdusił czknięcie. - To znaczy... no... te... cholera... jak im było? Aaa... papucie. Leo! - wykrzyknął ucieszony, podchodząc do Covenbreeza. Chwycił go za rękę, patrząc mu głęboko w oczy. - Maaaaaam coś dla ciebie, staaaaryyy.
Po czym wcisnął mu w rękę miniaturę Wierzby Bijącej stojącej na podstawce z ciemnego drewna. Figurka poruszała się jak jej większy pierwowzór.
- Mówi, że za tobą tęskni - dodał, mając na myśli Wierzbę na Błoniach.
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 200
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Pią Lip 27, 2018 1:10 pm   
   <Multikonta: --


W chwilach takich jak ta Leonardo nie mógł się nadziwić, dlaczego kiedyś uważał uganianie się za śmierciożercami za najprzyjemniejsze zajęcie na świecie. Tarzanie się w błocie, obrywanie zaklęciami, ryzykowanie życia na każdym kroku, zmaganie się z truciznami, przesłuchiwanie tego marginesu… a teraz? Teraz siedział sobie wygodnie w fotelu, zajadał się avocado, czytał książkę i popijał sok z dyni, słuchając nastrojowej melodii z zaczarowanego pianina. Innymi słowy – żyć nie umierać!
Tylko czemu wewnątrz ciągle czuł pustkę? Czasem mniejszą, a czasem większą. Zasadniczy problem polegał na tym, że ten pierwiastek irytacji, pierwiastek niezadowolenia, pierwiastek niespełnienia – jak zwał, tak zwał – był tam. Był. I drążył. Drążył coraz większą dziurę, którą Leonardo starał się przyklepywać aktywnym trybem życia, medytacją, najróżniejszymi przyjemnościami i wmawianiem sobie, że jego praca w Hogwarcie jest bardzo ważna.
W tej pozycji brunet najpewniej by przysnął. Kilka chwil dzieliło go od objęć Morfeusza, który doskonale wiedział, jak dobrze spożytkować noc – śpiąc.
Jasny gwint.
Co mógł zrobić? Podniósł się, bo ktoś najwidoczniej próbował zakłócić jego relaks. Morfeusz był wyraźnie niezadowolony z faktu, że ktoś wyrywa mu profesora z zasięgu. Nie zamknąłem tych drzwi? Nah, nawet nie miał za bardzo w co się ubrać, więc znowu musiał wyjść do jakiegoś dzieciaka z bokserkach i t-shircie. Właściwie, to czy cokolwiek było wstanie ich zadziwić po tej pamiętnej lekcji OPCM? Czemu oni nie pukają.
- Przykro mi, ale ja już dzisiaj niczego nie prowadzę. – oznajmił, wychodząc z części mieszkalnej pokoju. Różdżkę trzymał skierowaną do dołu. I bardzo dobrze, bo gdyby było inaczej, to absolut jeden raczy wiedzieć, jakie zaklęcie właśnie by się z niej wydostało. Soren. To Soren. Naprawdę Soren. I Einarr… Przez chwilę przerzucał spojrzenie pomiędzy mężczyzn, aż w końcu zatrzymał się gdzieś pomiędzy nimi. Momentalnie zrobiło mu się niedobrze, a świat zawirował. Szkoda tylko, że powodem radosnej huśtawki nie były żadne fancy substancje. Wręcz przeciwnie – uzdrowiciel poczuł, jak demony uwięzione w klatce na samym dnie jego osobowości wyłamują kraty razem z zawiasami i rozlatują się radośnie po wszystkich zakamarkach jego osobowości, krzycząc w stronę Skandynawa: „Hello, daddy! Missed us?” Lawa w jego żyłach zawrzała. Przez chwilę nie mógł nic powiedzieć, świdrując Sorena spojrzeniem… a właściwie bezdennym, obsydianowym świdrem nienawiści, żalu, niedopowiedzeń i ożywionych nadziei. Ze swoistego transu wyrwał go dopiero Thorsen.
- Einarr, jesteś pijany. – stwierdził z udawaną wesołością. W normalnych warunkach pewnie by go to bawiło. - Dzięki. – złapał za wierzbę, nie komentując tekstu o samotności pierwowzoru. Odstawił figurkę na biurko, a następnie wyjrzał przez okno, starając się wypuścić w przestrzeń jak najwięcej negatywnych wibracji, które właśnie przeszywały każdą komórkę jego ciała. Mógłby go zabić. Odwrócić się, wypowiedzieć dwa magiczne słowa i mieć z głowy tego człowieka raz na zawsze. Tylko wtedy co z Einarrem? A może trzeba było z nim porozmawiać? Ech… trzeba jakoś zagrać w tę grę. Rzucił głos w głowie Latynosa. Ten sam głos, który zbierał pozostałości po klatce na jego demony. Uśmiechnij się, wyprostuj… Powtórzył w głowię mantrę, którą słyszał codziennie w domu rodzinnym. Stay pleasant, stay present, stay proud…
- Dzięki, Soren. Staram się. – odwrócił się do nich z radosnym uśmiechem na twarzy. - Pewnie pożałuję tego pytania, ale jak właściwie się tutaj znaleźliście? – gestem wskazał im, by weszli za nim do części mieszkalnej, gdzie miał przecież mnóstwo jedzenia. Nie myślał, że będzie musiał się nim podzielić, ale przecież nie może ich nie ugościć.
- Chodźcie. Mam jedzenie i sok z dyni. – nie ryzykował i pomógł Einarrowi dotrzeć na krzesło, obejmując go mocno jednym ramieniem, przerzucając sobie jego rękę przez szyję.
- Smacznego. – zajął fotel, zupełnie przypadkiem siadając naprzeciwko Sorena. Musiał dzielić swoją uwagę na nich i wspomnienie zielonego światła, które prawie wysłało go na tamten świat. Siedział wyprostowany, być może trochę spięty. (A na pewno w porównaniu z lekkością bytu jego gości). Czekał, aż któryś z nich opowie mu tę historię, a potem rozmowa sama się potoczy, prawda?
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     

Soren Rostgaard
Prof. Zaklęć
Dołączył: 10 Maj 2018
Posty: 92
Wiek: 47 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Brage
Różdżka: morela, włókno z serca świergotnika, 13 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, depresja, czarny humor
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 40
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 60
Z. ofensywne: 65
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Pią Lip 27, 2018 4:33 pm   
   <Multikonta: --


Kilka pięter niżej ten plan wydawał się kompletnie bez zarzutu. Mieli wmaszerować jak zwycięzcy do gabinetu Leonarda, w chwale, glorii i przy śpiewach niebiańskich chórów. Idąc dalej tym scenariuszem po powitaniu alkohimalaistów następowała powszechna radość, zgoda i bezwzględny koniec wszelkich waśni, przypieczętowany zbiorowym osuszeniem barku profesora OPCM z lepszych trunków. Potem koncepcja nieco się rozmazywała, a didaskalia koncentrowały wyłącznie na odliczaniu spożytych promili.
W cały swoim alkoholowym geniuszu Soren nie przewidział, że Leonardo nie będzie zachwycony późną wizytą. I mężczyzna dotkliwie odczuł jego niezadowolenie, a właściwie szczerą, lodowatą nienawiść, gdy napotkał parę ciemnych, znajomych oczu. Gdyby nie fakt, że przeczuwał u siebie niedługi zawał serca, na pewno wyeksmitowałby swoją nietrzeźwą osobę za drzwi. Może to kwestia whisky, która wciąż rozlewała po ciele Duńczyka rozleniwiające ciepło, a może instynkt samozachowawczy nigdy nie działał w jego przypadku poprawnie, ale ten wzrok zapierał mu dech w piersiach. Topił się w tej zimnej, hipnotyzującej czerni, a Covenbreeze z premedytacją wpychał go głębiej w niewzruszoną taflę.
Einarr, jak wskazywał jego podarunek i radosne okrzyki, nie zauważył napięcia, które sparaliżowało dwóch towarzyszy. Jego obecność podziałała na Sorena jak siarczysty policzek. Zamrugał, rejestrując płynną przemianę Leonardo – z odwiecznego wroga, który zawsze wybierze drugą stronę barykady, stał się niespodziewanie kwintesencją zażenowania i sztucznego, uprzejmego uśmiechu. Wolno wypuścił powietrze, starając się uspokoić rozdygotaną dłoń z różdżką. Schował ją, bo pokusa, by czymś trącić Leonardo zaczęła osiągać stan bliski niedługiej realizacji. Skoncentrował wzrok na osobliwej miniaturce, bo Covenbreeze, ze swoim teatralnym uśmiechem i udawaną swobodą, budził w nim mieszane uczucia. A poza tym wmawiał sobie, że nie interesuje się, kto wybłagał u Einarra pośrednictwo w przekazaniu dziwacznego podarunku.
Zrządzenie losu – wyjaśnił wymijająco, lekkim, tanecznym krokiem przechodząc za mężczyznami do części mieszkalnej. Uważnie obserwował balansowanie aurora, asekuracyjnie nie zbliżając się przesadnie blisko. Wmawiał sobie, że przyciągnęła go propozycja posiłku. – Sam wiesz, Hogsmeade jest małe. Łatwo trafić na byłych studentów, prawda, Panie Thorsen?
Po tej nocy pewnie nie będzie żadnych przeciwskazań, żeby odpuścili sobie te formułki grzecznościowe. Manewrowanie po schodach Hogwartu, do taktu skocznej melodyjki, wyjątkowo łączy ludzi.
Omijanie Leonardo wzrokiem szło Sorenowi całkiem nieźle – co wcale nie oznaczało, że nie koncentrował się na jego obecności. Zapatrzył się na pianino, przeskakiwał spojrzeniem między jednym bukietem kwiatów a drugim, dumał nad zawartością szafy. Ten pokój może należeć do każdego, przekonywał się siebie, ignorując każdy przedmiot, który w jakiś sposób przypominał rzeczywistego właściciela bawialni. Z tym, że całym sobą czuł, że to azyl tego konkretnego czarodzieja. Od kadzideł, po muzykę, kolor ścian, a nawet perfekcyjne zaścielone łóżko. A poza tym nie byłby sobą, gdyby nie odwrócił się akurat w momencie, gdy Covenbreeze go mijał, by wyłowić jego znajomy, elektryzujący zapach.
Dobrze chociaż, że Einarr bawił się przednio. Soren miał nadzieję, że auror podchwyci temat i opowie o ich wybornej przeprawie.
Usiadł niedaleko Thorsena na pobliskim fotelu, zaraz odnotowując naprzeciwko ruch i sylwetkę Leonardo. Jedyne, po co sięgnął, to sok z dyni, ale nic nie upił. Zamiast tego wychylił się nieco, by znów zmierzyć gospodarza wzrokiem. I wyraźnie nie mógł znieść tych papci, bo uniósł brwi i pokręcił z dezaprobatą głową.
Nie napijesz się ze swoimi starymi znajomymi, Leonardo? – spytał niespodziewanie, mając oczywiście na myśli coś więcej aniżeli sok z dyni. W swoim zwyczaju prześlizgnął dłonią po płaszczu, ale nie wyczuł znajomej wypukłości butelki.
_________________

Dubious allegiance, nefarious intent

| Klub Pojedynków |
 
 
     
Einarr Thorsen
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Nie Lip 29, 2018 2:18 pm   

- N-no shit, Sherlock - Einarr burknął do Leo szczerząc się niczym rekin na widok ławicy sardynek. - Swoją drogą, stary, po jaką cholerę mieszkasz tak cholernie wysoko?
Na trzeźwo pewnie nie robiłoby mu to różnicy, ale po pijaku to była droga jak na K2 i to w środku siarczystej zimy. Za diabła nie wiedział co to za bimber zaserwował mu Soren, ale czuł, że zaczyna go to ścinać powoli z nóg. Powitał więc pomoc Covenbreeza z wdzięcznością i głupim uśmiechem na twarzy.
- M-mam luuuukreecjee. Chsesz trooocheee? - Język zaczął mu się z lekka plątać.
Klapnął na krzesło z westchnieniem ulgi, po czym jego spojrzenie zaczęło wędrować na linii Leo-Soren jak publiki na meczu tenisowym.
- Pod Szwińskim Łbem nie szpodobaliszmy szię reszczie, więc pszyszliśmy tu. Leo, masz jakisz elikszir? - zapytał Covenbreeza, a grymas na jego twarzy sugerował, że wcale a wcale nie podoba mu się fakt, że zaczyna gadać niczym schlany menel z bocznej alejki.
Zmrużył oczy, kiedy do niego dotarło dziwne napięcie w panującej tu atmosferze. Instynkt przetrwania wrzeszczał by uciekał - no dobra, wypełzał w żółwim tempie - póki jeszcze się nie rozpętało piekło. Ale nic z tego nie wynikło, bo ciało miało gdzieś instynkt, intuicję i zdrowy rozsądek; ciało chciało sobie siedzieć, nasiąkać promilami i ostatecznie znaleźć wygodną pozycję do spania. Gdzieś tam na samym dnie umysłu pojawiła się czerwona lampka i cichy głosik oznajmiający, że nigdy więcej z Sorenem się nie napije niczego poza wodą, którą sobie sam przyniesie i naleje.
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 200
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Nie Lip 29, 2018 3:23 pm   
   <Multikonta: --


No i oczywiście nie dowiedział się, jak ta dwójka do niego dotarła. Umówmy się – łatwo szło się domyślić, jak doszło do tego zjednoczenia. Profesorowi zależało jednak na jakimkolwiek materiale do małego, niezobowiązującego small-talk.
- Aha. Czyli po prostu nabzdryngolić się, a reszta jakoś pójdzie. – podsumował ich doskonały plan. Nie znał Einarra, więc nie zakładał, że pijackie eskapady miał w zwyczaju. Na ogół starał się nie oceniać ludzi po jednorazowych występkach. Co tyczyło się Sorena… ta gadzina nie zmieniła się nic a nic. Nachalna obecność, bezczelna pewność siebie, przeświadczenie o byciu ponad innymi i ten seksowny, chrapliwy głos… To znacz, khm. Ropuszy skrzek. Tak.
- Już ja doskonale wiem, jak łatwo trafić na BYŁYCH STUDENTÓW, panie profesorze. – gdyby ironią można było zabić, to Soren już by nie żył, ale jednocześnie byłaby to najsłodsza śmierć na świecie, bo Leo posłał mu tak wymowne, przeurocze spojrzenie, że aż nie wypadało. - No, daj. – nie miał ochoty na lukrecję, ale jak zajmie czymś usta, to będzie miał wymówkę, żeby za dużo z nimi nie gadać.
Było mu tak niezręcznie, że pytanie Thorsena pojawiło się jak wybawienie. Wystrzelił pod ogromną szafę, płynnym gestem odczarowując odpowiednie szuflady. Chwilę w nich pogrzebał. Ach, ileż tam było cudowności, którymi mógłby otruć swojego byłego wykładowcę. Wywar żywej śmierci… tojad… co w jego szafie robił tojad? A… hmm. Popadam w paranoję, jasne.
- Masz, wypij to. – właściwie, to sam nie do końca wiedział, czy to jeszcze miało prawo działać. Od jakiegoś czasu nie musiał stosować eliksiru przebudzenia, bo jako przykład zdrowego stylu życia wysypiał się niemal doskonale (i to mimo dręczących go koszmarów, hmm). - O ile dobrze pamiętam, to pozwoli ci nie paść, ale jeszcze trochę na pewno zaszumi ci we łbie… – nachylił się nad Sorenem, będąc pewnym, że jego plan jest świetny. Oparł dłonie o jego kolana i zrównał ich spojrzenia. Ach, ileż by dał, żeby teraz przechwycić chociaż jedną jego myśl. A najlepiej tę o tym, jak bardzo zrozumiał swój błąd i jakim dobrym człowiekiem się stał. Mogli by sobie wszystko wyjaśnić i… i byłoby supi!
- Coś mu podał? – syknął zdenerwowany, czując oddech mężczyzny na twarzy. Nie. Wyprostował się natychmiast po zadaniu pytania i usiadł jeszcze bardziej spięty niż wcześniej. Co sobie pomacał, to jego. Tylko dlaczego jego organizm tak ochoczo reagował na jakąkolwiek wizję bliskości z tym człowiekiem? Przecież oni próbowali się zamordować. Na pytanie Rostgaarda odpowiedział dopiero po chwili, musiał otrząsnąć się z dziwnego transu. - Przecież piję. – wskazał sok. Chwycił za kawałek avocado, które zaraz wylądowało na dnie jego żołądka. - Mam nadzieję, że nie zrobiliście zadymy w Świńskim Łbie? – wątpił, żeby Soren tracił swój cenny czas na jakichś marnych oprychów, ale kto wie?
- Właśnie, Einarr. Skoro już tu jesteś, to będę miał do ciebie romans. Ale ogarnij się najpierw, chłopie. – zaśmiał się rubasznie, chociaż do śmiechu wcale mu nie było. Nie było mu też na rękę, że Soren miał być obecny przy tej rozmowie, ale nie wiadomo, kiedy znowu nadarzyłaby się okazja. - Jesteś jeszcze aurorem, nie? – o dziwo zadał to pytanie całkiem serio. Rotacja w brygadzie uderzeniowej była dość duża i w ogóle nie zdziwiłoby go to, gdyby facet rzucił tę robotę.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     

Soren Rostgaard
Prof. Zaklęć
Dołączył: 10 Maj 2018
Posty: 92
Wiek: 47 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Brage
Różdżka: morela, włókno z serca świergotnika, 13 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, depresja, czarny humor
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 40
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 60
Z. ofensywne: 65
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Pon Lip 30, 2018 10:52 am   
   <Multikonta: --


O, tak, Einarr zadał bardzo mądre pytanie. Dlaczego właściwie gabinet Covenbreeze’a mieścił się tak wysoko? Gdyby był dwa piętra niżej, zapewne nasi alkohimajaliści minęliby nieświadomi. Wylądowaliby grzecznie pod drzwiami jamy Sorena i grzecznie oddaliby się procesowi trzeźwienia na fotelach. Mimo wszystko, nie kwitowałby ich misternego planu trywialną potrzebą permanentnego nawalenia. Chcieli miło spędzić czas, a że akurat wpadli na siebie w Hogsmeade i to w okolicy Gospody Pod Świńskim Łbem, to aż żal było im marnować tak wyborną okazję. Ponadto Rostgaard miał przed sobą całą papierologię, aklimatyzację i kwestię dostosowania planu zajęć do odgórnych wymogów Hogwartu. Każdy człowiek na jego miejscu znalazłby odpowiednią osobę do utopienia rozgoryczenia w szklaneczce czegoś mocniejszego.
Nie bądź tak krytyczny względem pijackiego geniuszu – parsknął Duńczyk, nawet zadowolony, że nie zdradził najbardziej oczywistego powodu ich wizyty. Przecież nie mógł na progu oświadczyć, że nie wierzył w nieomylność swojej intuicji i musiał się przekonać na własne oczy, czy w szkole rzeczywiście uczy ten sam Leonardo, którego przystosowywał do pojedynków w najbardziej niesprzyjających warunkach, jakie tylko przyszły mu do głowy. Ten sam, który praktykował teleportację jako uniwersalne rozwiązanie zagorzałej kłótni.
Uśmiechnął się, bo tak, ta ironia spłynęła po nim jak po kaczce. Z drugiej strony, sam się dziwił tej nadzwyczajnej manierze. Co wybierał się do Hogsmeade, to zwykle wpadał na znajome pyski. Wolałby się do tego nie przyzwyczajać, bo wysyp alkoholowych wspinaczek w tygodniu przekroczy dopuszczalną normę.
Ależ drogi Leonardo, tytulaturę możemy zostawić na oficjalne spotkania. – Machnął dłonią, traktując rozmówcę podobną dawką ironii. Bawił się przy tym brzmieniem imienia profesora OPCM na języku. Musiał sam przed sobą przyznać, że szczęśliwym trafem spotkał Einarra, a nie Leonardo. Sądząc po jego bojowym nastroju i chłodnym spojrzeniu, zarezerwowanym dla Skandynawa, trafienie na niego równało się Avadą zamiast powitania.
Pod pozorem zlustrowania zawartości szafy, znów skupił wzrok na Latynosie. Rzeczywiście Thorsen mógł wymagać magicznego naparu – nie doświadczał aktualnie tak silnych emocji, co Rostgaard, którego bodaj tylko adrenalina i przeświadczenie o zbliżającym się zawale, trzymały w pionie, łaskawie utrzymując jasność umysłu. Musiał wyciszyć swoje galopujące myśli, by na powrót wrócić do obojętności podszytej umiarkowanym zainteresowaniem. Nie pomagała w tym obecność Latynosa i jego wymyślna tortura w postaci dotyku dłoni.
Tak blisko zapach mężczyzny był dostatecznie wyrazisty, by Soren instynktownie pochylił się ku niemu, chłonąc ten krótki kontakt. Rozluźnił się, unosząc powoli brew. Dłonią sięgnął do nadgarstka Latynosa, żeby chociaż na krótko dotknąć jego nagiej skóry. Zgodnie z oczekiwaniami ten krótki kontakt był cudownie elektryzujący.
Co za troska – szepnął, nim Covenbreeze się wyprostował, siląc się na zblazowany półuśmiech. Wolałby go znacznie bliżej. – Prawdziwą szkocką, nic więcej. Spod lady, oczywiście. – Doprecyzował, bo nie miał zamiaru Thorsena otruć, a zdrowo spić. Przewidywał, że młody organizm aurora dość szybko rozprawi się z promilami; potrzebował nieco więcej czasu i może szklanki wody. Litrowej najlepiej.
Nie odniósł się do ani do kwestii bójki w barze (była poniżej jego godności), ani do sprawy związanej z aurorem (dość palącą, skoro Leonardo przywołał ją w jego obecności). Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wywołał jakąkolwiek awanturę w pubie. Upijał się na smutno, tak utrzymywał. Gdy zbliżał się do niebezpiecznej granicy zaczynał być agresywny, stąd, o ile to możliwe, nieco rozważniej podchodził do alkoholu od przeszło… dwudziestu lat. A co do pilnych romansów – znając Leonardo i jego niechęć do instytucji Biura Aurorów, warto było wysłuchać, co też się wydarzyło, że musi nadwyrężyć zaufanie Thorsena.
_________________

Dubious allegiance, nefarious intent

| Klub Pojedynków |
 
 
     
Einarr Thorsen
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Śro Sie 01, 2018 1:46 am   

Zaszumiało, oj zaszumiało, i to na tyle, że przez chwilę Einarr łapał powietrze niczym ryba wyciągnięta na brzeg. Poczuł się jak po zastrzyku mugolskiej adrenaliny tylko tak ze trzy razy mocniej go to kopnęło.
- Jak zejdę tu na zawał, to będę cię straszył nawet po twojej śmierci, Leo - ostrzegł Covenbreeza pół-żartem, pół-serio, chociaż groźba była całkiem realna.
- Ja wyszedłem pierwszy, ale za profesorem nikt nie leciał z widłami więc albo wszyscy zostali ogłuszeni albo mieli szczęśliwy dzień i uszło im wszystko na sucho.
Thorsen przyglądał się, teraz już całkiem trzeźwo, interakcji Sorena z Leo i coś mu w tym nie grało. Nie potrafił umiejscowić czym to "coś" było, ale nieszczególnie mu się to podobało. Zdecydowanie jednak wyczuwał swojego rodzaju jad wrogości, który się tu sączył i wypalał przysłowiowe dziury w dywanie. Umysł Einarra ogłosił przerwę w pracy i oznajmił, że jak się jego właściciel prześpi, to może podsunie mu co ciekawsze wnioski z obserwacji towarzyszy niedoli.
Na pytanie Leo zareagował rzucając mu bardzo wymowne spojrzenie z cyklu pod tytułem "serio pytasz czy sobie głupie jaja robisz?" i równie wymownie postukał się w czoło.
- I to podobno ja jestem pijany. Oczywiście, że jestem - prawie się tu obruszył. - Co za głupie pytanie - mruknął pod nosem już do siebie.
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 200
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Śro Sie 01, 2018 12:06 pm   
   <Multikonta: --


Gdy Leonardo dostrzegł oprzytomnienie wdzierające się w ciało Aurora, dotarło do niego, że ten eliksir był stosunkowo świeży. I zmodyfikowany, bo uzdrowiciel dostosował go do swoich potrzeb. Zarywał nocki na opracowywaniu kolejnych artykułów na magiczne konferencje, badając detale pozornie oczywistych zaklęć, a OPCM sam się nie prowadził, dlatego eliksir pobudzający z dodatkowym kopem był mocno przydatny. - Przy mnie nikt nie umiera. – rzucił dziarsko brunet, a jakaś niewidzialna siła skręciła go w żołądku. A Anna? A ten chłopczyk w Mungu? A matka Bethy… Przeciął strumień myśli, bo to nie był dobry moment, aby wpadać w trans rozpaczy. W momencie, gdy Soren musnął jego nadgarstek, po ramieniu przeszedł mu przyjemny dreszcz. Mimowolnie się uśmiechnął, tym razem niczego nie wymuszając. Chcąc nie chcąc – nauczył się mechanizmów, które naprawdę skutecznie pozwalały mu zwalczać żal do drugiej osoby. Dzięki temu Duńczyk szybko przeniósł się z kategorii: „Zabijmy” do kategorii „Ech, no… musimy to jakoś wyjaśnić.”
- O dziwo, chyba nawet nie kłamałeś. – oznajmił po dłuższej chwili, widząc, że eliksir pobudzający faktycznie się sprawdził. Gdyby Rostgaard chciał otruć Thorsena, to prawdopodobnie nawet Covenbreeze by go nie poskładał. A przynajmniej nie w takich warunkach i bez odpowiedniego sprzętu. - Ale grzeczniej, kolego. – zaśmiał się głośno. - Nie miałem zamiaru cię obrazić. Możesz jeszcze nie wiedzieć, ale to działa tak, że dzisiaj jesteś Aurorem, a jutro możesz nim już nie być. – oznajmił z przekąsem. Oj, tak. Kariera była niczym bańka mydlana. - To siadaj, panie Aurorze. – chwilowo zupełnie zignorował obecność Sorena, podając Einarrowi puchar soku z dyni. - Pij powoli. – pan doktor przemówił. - Głupia sprawa, sam nie wiem, od czego zacząć… – mruknął, zastanawiając się, czy to na pewno dobry pomysł. Innej opcji chyba nie było. Rozwalił się wygodnie w fotelu, deptając zaczepnie czubek buta swojego byłego profesora z głupkowatym, ale bardzo uroczym uśmieszkiem. - To stara sprawa, bo ja wiem? Sprzed… 15 lat? Coś koło tego. Była taka jedna. – zatrzymał się na chwilę, bo nie miał zamiaru wyłożyć mu absolutnie wszystkiego, ale pewne wyjaśnienia musiał zapewnić; inaczej nic by z tego nie było. - …Caroline Michaelson jej było. Wyjątkowo paskudny śmierciożerca. – normalnie podsumowałby ją inaczej, ale ze względu na niedawne spotkanie z Bethą, jakoś nie mógł powiedzieć już nic złego na tę kobietę. Zapłaciła swoją cenę, a nawet więcej, co do profesora zaczęło docierać dopiero po latach. - …powiedzmy, że… – kiedy przyszło do momentu, w którym Latynos otwarcie przyznaje się do swoich win, coś ścisnęło go za gardło. - …to znaczy… – dalej nic, o co chodziło? - chodzi o to… – już zaczął się zastanawiać, czy Soren przypadkiem nie rzucił na niego jakiegoś głupiego uroku. Nie, to nie on. Ha, ciężko przyznać się przed samym sobą, co? Rozbrzmiał głos w głowie Leonardo. Mężczyzna wypuścił spokojnie długi strumień powietrza, któremu opór stawiały lekko rozchylone usta. - …zginęła podczas przesłuchania. – w porządku, teraz to już jakoś pójdzie… -…to znaczy, no ja ją zabiłem. – dłonie mu drżały. - To znaczy poniosło mnie w trakcie tego przesłuchania, tak. Na tyle, że już właściwie nic z niej nie zostało. Sprawa została umorzona, bo swego czasu uparcie korzystałem z przychylności władz. Kiedy dali mi jej akta, było tam jasno napisane: BEZDZIETNA. – wstał z fotela, podchodząc do okna. -…tyle, że ostatnio spotkałem jej córkę. Betha się nazywa. Nie ma wątpliwości. – urwał, zastanawiając się w ogóle, jaką to on miał prośbę. - …musisz pójść do biura, odkopać tę sprawę i dostarczyć mi te dokumenty. To znaczy… byłbym wdzięczny. – szczegółowo wyłożył mężczyźnie w jakim miejscu w archiwum i pod jakim kodem znajdzie odpowiednie papiery. - …ja nie mogę tego zrobić, bo zanim cokolwiek by mi dali, to musiałbym znowu dołączyć do Brygady, a to nie wchodzi w grę. Zanim się zapytasz, czemu właściwie miałbyś mi pomóc, to ugryź się w język. Będę ci winien przysługę, to jedyne, co mogę zaoferować. – odwrócił się do niego i dodał: -…to i tak o wiele za dużo za kilka dokumentów. – uśmiechnął się cwaniacko, ponownie roztaczając wokół tę niewymuszoną pewność siebie. I o wiele za mało za spokój ducha. Po dłuższej chwili ponownie usiadł w fotelu naprzeciwko Rostgaarda, wyczekując odpowiedzi kolegi po fachu.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     

Soren Rostgaard
Prof. Zaklęć
Dołączył: 10 Maj 2018
Posty: 92
Wiek: 47 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Brage
Różdżka: morela, włókno z serca świergotnika, 13 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, depresja, czarny humor
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 40
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 60
Z. ofensywne: 65
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Śro Sie 01, 2018 11:03 pm   
   <Multikonta: --


Soren zwykle nie kłamał. Jeśli sytuacja bezwzględnie tego wymagała, wtedy kreatywnie obracał prawdą. Częściej wolał przemilczeć niewygodne fakty, niż posiłkować się gładkim oszustwem. Nie wiązało się to z żadnym kodeksem moralnym, który wyznawał – po prostu uważał, że prawda była najwygodniejszą opcją. Miała swoją wartość, podobnie jak człowiek, który się na nią powoływał. Rzecz jasna Covenbreeze musiał złośliwie założyć, że co złego, to Rostgaard. Przecież w jego oczach uosabiał wszelkie okropieństwa tego świata – Skandynaw był niemal pewien, że gdy Leonardo dopadała grypa, złorzeczył właśnie na niego.
Westchnął ciężko, wnosząc oczy ku górze. Gdybym chciał go otruć, pomyślał, wracając wzrokiem do aurora, nie przyszedłbym do jedynej osoby, która mogłaby go uratować. W gruncie rzeczy Einarr wyglądał coraz lepiej. Język się rozplątał, wzrok nabrał bystrości, a plecy przestały się kołysać. Nie wyglądał na permanentnie trzeźwego człowieka, ale do stanu sprzed kilku chwil wiele mu brakowało. Soren oparł się wygodniej o fotel, uświadamiając sobie z latencją, z czym równał się podejrzliwy wzrok kompana pijackiego spaceru. Einarr nie był w stanie wychwycić subtelności, jakimi obrzucali się z Leonardo, ale im przytomniejszy umysł, tym mniej drobiazgów mu umyka. Wypadałoby zachować pozory przyzwoitości, choćby z uwagi na piastowane stanowiska.
Nigdy nie wiesz, kiedy skończysz za ladą baru, pomieszkując w kartonie – wtrącił swoje trzy grosze, nie odrywając znudzonego spojrzenia od Thorsena. Zaraz jego wzrok przeskoczył na Leonardo. Za dobrze się bawisz, podsumował, przekrzywiając głowę. Wyprostował przydeptaną nogę i, korzystając z okazji, otarł się czubkiem buta o łydkę Latynosa.
Powrócił do swobodnej pozy, ale zaraz padło nazwisko, które wywołało pewne przebłyski w pamięci. Michaelson?, powtórzył w myślach, walcząc z mleczną mgłą zapomnienia, która sporadycznie otulała najświeższe wspomnienia. Nie byłby jednak mistrzem opanowania, gdyby wyuczona obojętność, pod którą kamuflował walkę z niesfornym umysłem. Patrząc nań z boku nie szło określić, czy rzeczywiście słucha czarodzieja, czy może planuje zagładę ludzkości.
Opierając się o podłokietniki, Soren złożył palce w piramidkę, wzrokiem krążąc między aurorem a nauczycielem OPCM. Samozwańczy mistrz elokwencji dukał i gdyby nie irytujące białe plamy w pamięci, Rostgaard z satysfakcją obserwowałby, jak były uczeń szuka najodpowiedniejszych słów. Oświadczenie, którym potraktował ich Leonardo nie było niebezpieczne. Z punktu widzenia minionych czasów i zajmowanej posady, do obowiązków Covenbreeze’a należała czynna walka z poplecznikami Czarnego Pana. Jeśli podejrzewano, że w trakcie przesłuchania oskarżony wyda swoich towarzyszy, Ministerstwo nie przebierało w środkach. Biuro Aurorów dysponowało wolną ręką – w granicach zdrowego rozsądku. Jeden Cruciatus więcej nie robił im żadnej różnicy.
Soren, który doskonale poznał Leonardo, wiedział, co kryje się pod słowami: „poniosło mnie”. Ta część natury Latynosa, krwista, zawistna i niestabilna, odpowiednio wykorzystana, stanowiła skuteczną broń. Jednak on nie przyznawał się do winy, oczekując rozgrzeszenia; pod tym oświadczeniem kryło się coś więcej. Świdrując wyczekującym wzrokiem plecy gospodarza, Skandynaw analizował każde wypowiedziane zdanie. Prześledził jeszcze raz każde zawieszenie głosu, drżenie rąk i urwany oddech. Zabijałeś już, to nic nowego, oparł podbródek o splecione palce, kątem oka podglądając Einarra.
Auror znosił ten potok informacji z umiarkowanym spokojem. Może alkohol wciąż działa?, głowił się Skandynaw i właśnie wtedy Covenbreeze rzucił w nich bombę. Przed oczami Sorena stanęła smukła, ponętna sylwetka ciemnowłosej kobiety. Nim jednak umysł skrystalizował jej obraz, wyostrzając rozmazane szczegóły, pojawiła się znajome zamglenie. Coś mi umyka. Ćmienie bólu, zwiastujące migrenę, aż go zamroczyło.
Ta córka – zaczął, chociaż na usta cisnęło mu się po prostu: Betha. – Wie, że zabiłeś jej matkę? – spytał zdawkowo, mrużąc powieki. Trudno określić, czy Ministerstwo nie przeprowadziło pełnego wywiadu, czy też umyślnie utajniono niewygodne informacje. Covenbreeze na pewno nie przymierzał się do jakichkolwiek oskarżeń pod adresem Biura Aurorów.
Albo chciał wyciszyć wyrzuty sumienia, albo potrzebował dokumentów, by zweryfikować prawdomówność nowopoznanej czarownicy.
_________________

Dubious allegiance, nefarious intent

| Klub Pojedynków |
 
 
     
Einarr Thorsen
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Sob Sie 04, 2018 10:35 am   

Zdecydowanie było tu coś nie tak. Nie z Einarrem oczywiście. Sprawa dotyczyła Leo i Sorena. Atmosfera zgęstniała tak, że jeszcze trochę, a będzie ją można kroić nożem jak galaretkę. Z tym, że galaretka była jadalna i smaczna, a gęstniejące powietrze zalatywało stęchłym odorkiem starej śmierci.

Na "grzeczniej" Covenbreeze'a zareagował jedynie ponurym spojrzeniem. Trzasnąć go w łeb nie miał jak.

I po cholerę lazłem z Rostgaardem do Gospody?!

Wziął puchar z sokiem, niuchnął zawartość i natychmiast odstawił na najbliższą powierzchnię płaską jaką miał w zasięgu ręki. Żywiołowo nie znosił zapachu i smaku dyni. Powód ku temu był prosty - matce Einarra jakaś zdziczała hippisowsko krowa poradziła by karmić dzieci dynią, a zwłaszcza sokiem z niej oraz dyniową pulpą. Kilka soczystych pawi później zrozumiała, że Einarr prędzej zagłodzi się na śmierć niż zje cokolwiek z dynią. No może poza chlebem dyniowym, bo ten akurat uwielbiał. I dyniowe mordy na Halloween.

Kiedy Leo zaczął dukać o co mu właściwie chodzi, to Thorsen zgrzytnął co najmniej raz zębami, pomacał kieszeń z różdżką, wymyślił kilka paskudnych sposobów jak wycisnąć zeznania z niezdecydowanego nauczyciela, a także gdzie na terenie Hogwartu będzie mógł zakopać jego zwłoki, jeśli wykładana prośba przedłuży się o kolejną minutę. Kiedy Leo skończył swój wywód, Einarrowi bardzo ciche acz niezwykle soczyste "Ja pierdolę, koniec wreszcie".

- Więc chcesz żebym rąbnął jej akta z archiwum - podsumował krótko. - Z taką matką, dziewczyna nigdy nie dostanie roboty w Ministerstwie, a tym bardziej kopii jakichkolwiek dokumentów zawierających szczegóły przesłuchania. Poza tym, ile osób wie, że przyłożyłeś rękę do zejścia jej matki? I skąd pewność, że nie spróbuje kogokolwiek przydybać i wycisnąć te informacje z niego jak sok z cytryny?

Skoro miał tak ryzykować, to chciał w pełni wiedzieć w co się pakuje. Kradzież akt była dziecinnie prosta. Spędził w tym cholernym archiwum całe godziny szukając tropów prowadzących to przebywających - JESZCZE - na wolności śmierciojadów. Nikt nie mrugnie nawet okiem, że znów tam lezie. Co więcej, odetchną z ulgą, że nie muszą go oglądać w biurze i znosić jego dość mugolskich zwyczajów jak rzucanie nożem w portrety śmierciożerców zawieszone na tablicy, czy prankowanie innych aurorów, kiedy dopadała go frustracja gdy utkał na jakimś tropie.

- Nie mówię, że tego nie zrobię - dodał natychmiast, by Leo nie dostał jakichś głupich myśli. - I wisisz mi wielką przysługę plus przepis na to co mi dałeś. Biorę profesora Rostgaarda na świadka, jakbyś próbował się wymigać - dorzucił jeszcze, uśmiechając się kącikiem ust przez co jego blizna stała się bardziej widoczna.
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 200
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Nie Sie 05, 2018 4:45 pm   
   <Multikonta: --


- Takie ekstrema mam już za sobą. – oznajmił stanowczo, aczkolwiek z pewną powściągliwością. Nie po to tyle nad sobą pracował, medytował i wyprawiał różne inne cuda, aby znowu się załamać. Co to, to nie. Gdyby teraz życie postanowiło czymś go zaskoczyć, to prędzej zmieniłby się w żywiołaka i posłał mu kulę piekielnego ognia na ogarnięcie. Na szczęście Soren był maksymalnie szóstką w jego dziesięciostopniowej skali problemów. To znaczy – należałoby coś z tym zrobić, ale nie ma pośpiechu. Niedzięczni. Jego były partner coś tam siorbnął, a kolega po fachu nawet nie spróbował soku. Alkoholicy. Pewnie truło ich wszystko, co nie miało przynajmniej piętnastu gradusów.
- A myślisz, że ja to pamiętam? Chwila? – z ogromną niechęcią, ale odkopał tę sytuację, szybko przewijając momenty w celi. - Właściwie… z żyjących to już tylko ja. – nie wiedzieć czemu, parsknął śmiechem. Pewnie gdyby tam został, to też już by przycinał korzenie kwiatkom. Zębami. - Poza tym, teraz wie też ona, rzecz jasna. Chociaż… ech, nie wiem. Może za bardzo mi się we łbie poprzewracało z tym załatwianiem dawnych spraw… – o ile prościej byłoby ją znaleźć i udusić. Brak matki, brak córki. No i list gończy. Przygoda!
- Aktualnie mogłaby spróbować już tylko ze mną, ale straciła pierwszą i jedyną okazję, kiedy byłem trochę na rauszu, a w dodatku po prostu jej się podłożyłem. Jednego siniaka do teraz nie mogę się pozbyć. – poinformował towarzystwo, zarzucając nogę na nogę. -…z drugiej strony, to studentka. Raczej nie szuka tarapatów, a sam fakt jej zachowania można by było zgłosić i narobić jej konkretnych problemów. Leonardo oczywiście nie zamierzał podawać tego nigdzie dalej. Najwyżej sam bym to zrobił, ale kto wie, czym to by się skończyło. – ściągnął brwi, zerkając na Einarra spod byka. Nie podobała mu się jego chciwość, ale niech już będzie. - Bo zaraz obetnę ci ucho i te akta będą warunkiem jego odzyskania… – odgryzł się z dwuznacznym uśmiechem. - …zgoda. Po prostu szybko to załatw. – nic mu po zmodyfikowanym przepisie na eliksir, wcześniej czy później Thorsen sam by go sobie zrobił. A przysługa? Co on też mógł chcieć, przecież nie poprosi go o pomoc w obrabowaniu Gringotta, prawda? Soren, czemu ty mnie jak zwykle nie słuchasz.
- Jak mówiłem. Wie. Sam jej powiedziałem. I zanim powiesz, że mam za karę, to ugryź się w ten… – zatrzymał się na chwilę, bo przecież obiecał wszechświatowi, że nie będzie nikogo obrażał. Tak bardzo. -…w język się ugryź. Myślałem, że Betha zasługuje na prawdę. – dodał szybko.
Na końcu to już nie wytrzymał i dosłownie jebnął brechtem. - A bierz go sobie na co chcesz. Nawet na pokojówkę, tylko uważaj, bo te nie… – znowu urwał, tupiąc nerwowo podeszwą o posadzkę. Miły. Masz być miły. Uprzejmy. Rostgaarda cisnęło się zdecydowanie zbyt przyjemnie. - No, nic. Bier go do czego chcesz. – teatralnym gestem podbił pozwolenie, zastanawiając się, czemu osoba Bethy tak nagle zainteresowała Duńczyka.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     

Soren Rostgaard
Prof. Zaklęć
Dołączył: 10 Maj 2018
Posty: 92
Wiek: 47 lat
Krew: czysta
Pupil: puchacz | Brage
Różdżka: morela, włókno z serca świergotnika, 13 cali, sztywna
Ekwipunek: różdżka, depresja, czarny humor
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 40
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 60
Z. ofensywne: 65
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Nie Sie 05, 2018 8:09 pm   
   <Multikonta: --


Co do nietykalności akt, na które powoływał się Einarr, Soren miał odmienne zdanie. Nie dlatego, że wątpił w poziom zabezpieczeń archiwum – a właściwie ich brak – ale podważał Ministerstwo Magii jako instytucje pozbawioną skorumpowanych jednostek. Mogłoby się przecież okazać, że Betha również posiada znajomości w Brygadzie. Wtedy dostęp do materiałów z przesłuchania, w których na pewno nie oszczędzono drastycznych opisów tortur, którymi Leonardo wyciągnął z oskarżonej niezbędne informacje, zależałby od fanaberii kobiety. Po za tym, śmieszna sprawa, Soren długo pracował dla Ministerstwa, chociaż wszyscy wiedzieli o jego matce. Jednak Rostgaard wiedział, że w niektórych przypadkach usytuowani odpowiednio wysoko czarodzieje przymykali oko na kwestię przegniłych gałęzi drzewa genealogicznego. Może teraz sytuacja wyglądała inaczej, ale za czasów Skandynawa, członek wysoko postawionego rodu świadczył o nieskalanej reputacji Brygady. Zresztą, jak na sztab zrzeszający najsilniejszych magów, Szef nie dbał o moralne i motywacje drużyny. Bazowe testy psychologiczne wyławiały wyłącznie to, czego przełożeni pożądali. W przypadku Leonardo – brutalność i sadyzm, u Sorena – socjopatię i agresję. Szef znał preferowany styl działania swoich aurorów, preferowane zaklęcia, uzależnienia i historię pobieranej edukacji. Przeważnie nie sprawdzano, dlaczego czarodziej zdecydował się na posadę w Brygadzie. Ale wtedy liczyła się ilość, nie jakość.
„Załatwianie dawnych spraw” przyciągnęło uwagę Rostgaarda do tego stopnia, że porzucił swoje rozmyślania nad mechanizmem obronnym archiwum Brygady. Leonardo planował szeroko zakrojoną akcję zadośćuczynienia? Co za bezsens, skwitował, mrużąc oczy. Może chciał zdławić w sobie ostatki idealizmu, które wybielały aurorów?
Nim jednak skoncentrował się na prawdziwych intencjach Leonardo, jego pamięć zaskoczyła. Wystarczyła rzucona między słowami informacja, którą przechwycił – studentka. Uniósł brwi wyżej, przypominając sobie kilka spotkań przed początkiem roku szkolnego, z udziałem pięknej, ciemnowłosej kobiety. Momentalnie kliknęło, a migrena, jak na ten znak, ruszyła z miejsca, wczepiając się narastającym bólem w skroń. Zamarł, uświadamiając sobie, skąd ta potrzeba negowania zasłyszanych informacji. Wolałby, żeby Betha nie wiedziała, kto odpowiada za bolesną śmierć jej matki.
A to oznaczało…
Szlag by to trafił – podsumował cichym warknięciem, rzucając Latynosowi zrezygnowane spojrzenie. Rzeczywiście byłoby prościej, gdyby Covenbreeze zabił całą rodzinkę. – Kto by pomyślał, że w takim tchórzu obudzi się nagle szlachetność. – Powinien się ugryźć z język, ale to Leonardo zwiał podczas ich kłótni. Tak? Tak.
Co z tego, że musiał się teleportować przed Avadą. Gdyby mu zaufał wiedziałby, że klątwa nie dosięgłaby celu.
Einarr się zgodził na ich małą intrygę, co Soren prychnięciem. Nie sądził, by świstek papieru, podrzucony Michaelson cokolwiek zmieniał. Nic nie przywróci życia jej matce – ale, doskonale znając położenie kobiety, Rostgaard przewidywał, co zrobi. I nie czuł się wcale lepiej ze świadomością, że udostępnił jej część swojej wiedzy.
Śmiech Leonardo tylko spotęgował ból głowy. Soren ścisnął palcami nasadę nosa, w myślach przeszukując kufer z eliksirami. Zakładał, że to skutki uboczne zaklęcia przypominającego. O ironio, właśnie przez ten czar zeszły się jego drogi z Bethą.
Prawda nic nie zmieni – sapnął, odchylając się na fotelu. – Moim zdaniem to zadanie na dwie przysługi, Panie Thorsen. Kto wie, czy otrzyma Pan później oryginał dokumentów.
Nie odniósł się do słów Leonardo wyłącznie dlatego, że i tak piorunował go wzrokiem. Przerwał swój obstrzał, żeby zwilżyć usta.
Jak często przeprowadza się inwentaryzację archiwum? Dwa razy w roku? – zagadnął z udawanym zainteresowaniem, płynnym ruchem dźwigając się z fotela. Przeszedł przez pokój ze szklanką w dłoni, zatrzymując się przy oknie, dokładnie jak chwilę temu Leonardo.
Mógłby spytać Latynosa o ewentualny środek znieczulający, ale znając życie, dostanie w prezencie jakąś wymyślną truciznę, przez którą będzie zdychać przez tydzień.
_________________

Dubious allegiance, nefarious intent

| Klub Pojedynków |
 
 
     
Einarr Thorsen
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Wto Sie 07, 2018 9:49 pm   

Atmosfera powoli stawała się nie do zniesienia. Jeszcze jak był ostro wstawiony, to jakoś nie było to odczuwalne, ale w tej chwili miał wrażenie, że za chwile coś lub ktoś tu wybuchnie i z pewnością nie będzie to on.

- Skoro wie, to po cholerę ci te papiery? - zapytał już retorycznie, wpatrując się przenikliwym wzrokiem w Leonarda, jakby chciał się w ten sposób przewiercić wprost do jego mózgu. - Mogę je przekazać tobie, ale tylko tobie, nie jakiejś smarkuli, której może to nieźle namieszać w głowie, o ile mamusia już tego sama nie zrobiła.

Wymiana zdań między Leo i Sorenem go rozbawiła, ale wizja jego byłego profesora w kusej kiecce francuskiej pokojówki po prostu wysadziła cały system i Einarr na wpół to jęknął, na wpół parsknął śmiechem.

- Teraz będę miał przez ciebie koszmary, Leo - rzucił z dezaprobatą wstając z fotela i przeciągając się aż mu coś chrupnęło. - Lepiej to załatwię nim zacznę za bardzo zastanawiać się po jakiego diabła się na to zgodziłem. Najbliższa sobota, w Dziurawym Kotle. Jak się nie spóźnisz, to postawię ci kolację. Tylko ubierz się normalnie - dodał jeszcze, mając na myśli, że Leo ma wskoczyć w ciuchy bardziej mugolskie niż czarodziejskie.

- Profesorze - zwrócił się do Sorena - miło było się znów spotkać.

Ukłonił się im obu i opuścił gabinet Covenbreeze'a, mając przy tym nadzieję, że się nie zgubi szukając drogi do wyjścia. Od dawna nie włóczył się po tych korytarzach po zmroku. Ale może jakiś duch, byleby nie Irytek, odprowadzi go do drzwi.

<z/t>
 
     

Leo Covenbreeze
Prof. OPCM | Opiekun Slytherinu
Dołączył: 07 Maj 2018
Posty: 200
Wiek: 37 lat
Krew: czysta
Pupil: kot - Rose
Różdżka: łuska węża morskiego, 14 cali, jabłoń, bardzo sztywna
Ekwipunek: Różdżka, maść czarownic, chrupki dla kota
Sakiewka: 50g
Genetyka: Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 15
Zielarstwo: 20
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 45
Z. defensywne: 65
Miotlarstwo: 5
Wysłany: Pią Sie 10, 2018 5:39 pm   
   <Multikonta: --


Mężczyznę ukłuł trochę komentarz Sorena. Uśmiechnął się dość marnie w odpowiedzi, a następnie wzruszył ramionami. Nie uważał się za tchórza, a przynajmniej nie dlatego, że śmiał uciec przed Avadą. Nieobecność Skandynawa w jego życiu naprawdę dobrze mu zrobiła. - Lepiej późno niż wcale. – odpowiedział stanowczo, ucinając tę niewygodną kwestię. Kości zostały rzucone. Betha znała prawdę, a Leo, mimo potencjalnego zagrożenia, czuł się lepiej z jednym kłamstwem mniej na koncie.
- Jak to po co? Potrzebuję ich, żeby wiedzieć, czy sobie czegoś nie ubzdurałem. Przecież bym jej nie zmasakrował, gdybym wiedział, że typiara ma bachora. – przeczesał dłonią włosy, ledwo powstrzymując fuknięcie. Towarzystwo dwóch niebezpiecznych czarodziejów połączonych z Brygadą Uderzeniową jakoś źle na niego wpływało. Kiedy zbyt wiele silnych jednostek zbierało się w jednym miejscu, zawsze dochodziło do jakiejś tragedii. Można było przypuszczać, że właśnie dlatego w Hogwarcie dzieją się różne dziwne rzeczy; kadra zazwyczaj składała się z doświadczonych magów, którzy czymś tam zdążyli zasłynąć. Co innego, że Covenbreeze uważał wszystkich poza sobą i Sorenem za niemożliwych przeciętniaków. Van może ma potencjał, w końcu brat śmierciożerca na pewno jakąś ją zahartował. Przeszło mu przez myśl. Immanuel? Zrobił na nim wrażenie tą roślinką, ale poza tym oberwał drętwotą i odebrał urlop od życia na kilka godzin… April? Stworzenie ze wszech miar kochane, urocze i wiedzę jakąś tam na pewno miała – ba! – może nawet prawdziwy talent jasnowidzenia, ale wojowniczka na pewno była z niej marna. Verendal? Bardziej niebezpieczne niż on były zapewne jego mugolskie zabawki albo zamkowe kucharki z nagrzanymi patelniami. No ale chociaż wszyscy byli dość przyjemni i Latynos miał wrażenie, że dobrze się z nimi dogaduje. Tak się jakoś to życie toczyło.
- Prawda wszystko zmieni, Soren. Naucz się tego w końcu. – oznajmił głosem zniecierpliwionego mentora z nutką lekko zawiedzionego ojca. Po latach mógłbyś zrozumieć, że oszustwo do niczego nie prowadzi, profesorze. Przeniósł zmartwione spojrzenie z Rostgaarda na Thorsena.
- W porządku. Do zobaczenia. I wyobraź sobie, że ja muszę z nim pracować. To dopiero koszmar. – pożegnał go krótkim gestem i rubasznym śmiechem. Miał jeszcze podziękować, ale nauczył się, żeby zachować takie rzeczy na „po-robocie”. Przez kolejne kilka minut w gabinecie panowała niezręczna cisza. Covenbreeze zajął się jedzeniem i piciem, bo nie lubił kłaść się spać z pustym żołądkiem. Poza tym – był wiecznie głodny. I się tego nie wstydził! Kiedy jego żołądek powiedział „dość”, Latynos podniósł się i podszedł do Sorena, ponownie wyglądając przez okno. - Masz szczęście, że nie ma słońca. Wampiry podobno słabo to znoszą. – zaczepił go, bo przecież nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił. - Naprawdę się schlałeś? Czy udawałeś? – zadał chyba najbardziej rozsądne w tej chwili pytanie. Dobrze pamiętał, że Rostgaard odznaczał się wybitnie ciekawą pod względem naukowym odpornością na napoje wysokoprocentowe. Tym bardziej fakt, że wpadł tanecznym krokiem do gabinetu na siódmym piętrze sprawiał, iż ciemnowłosy zaczął zastanawiać się, jak to było w ogóle możliwe, że Duńczyk doprowadził się do takiego stanu. To znaczy… dobra. Leo nieraz wyglądał gorzej, ale nie o to w tym momencie chodzi! - Coś świętowałeś? Czy po prostu woda się skończyła? – drobna, pozbawiona negatywnych emocji uszczypliwość dobrze rozluźniała z lekka napiętą atmosferę. W końcu mieli sobie wiele do wyjaśnienia i najwidoczniej nie było przed tym ucieczki, skoro spotkali się nawet tutaj. Ciekawe, czy gdybym zakopał się w jakiejś dziurze na końcu świata, to też byś mnie tam znalazł. W ostatniej chwili powstrzymał impuls nakazujący mu przygryźć nerwowo wargę. Nie miał wobec niego żadnych morderczych planów, jednakże to nie znaczyło, że mógł czuć się swobodnie, prawda? Na to dopiero przyjdzie czas. O ile Soren zdecyduje się, tak jak Leonardo, zmierzyć się z tą sytuacją.
- Swoją drogą, co łączy cię z Bethą? – miał zapytać później, ale jakoś tak samo wyszło. Skoro już był tym specjalistą od przesłuchań i wyłapywał wszelkie odchylenia w zachowaniu innych ludzi (co alkohol tylko potęgował), to czemu miał z tego nie korzystać? Niech jego były profesor ma świadomość, że nie ma do czynienia z załamanym barmanem, a dorosłym czarodziejem w szczytowej formie.
_________________



Son of the elements
Son of the rain
Son of the thunder
Son of the flame
I am the elements...
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Amaimon

Strona wygenerowana w 0,53 sekundy. Zapytań do SQL: 9