Ważne! Rewolucja kociołkowa czyli nowy system Eliksirów i Zielarstwa!
► Poszukujemy śmierciożerców oraz aurorów!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Zielarstwa!
► Rozpoczyna się lekcja Eliksirów!
► Trwa bal! Uczestników zapraszamy tutaj! Dostępna bilokacja. Szczegóły o zabawie.
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

152
157
135
144

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Zamknięty przez: Vanessa Harvin
Śro Sie 22, 2018 11:47 am
Josephine Constance Schuler
Autor Wiadomość

Jo Schuyler
Prof. Eliksirów
Dołączył: 23 Cze 2018
Posty: 42
Wiek: 46
Krew: czysta
Pupil: Malezyjski Niebieski Wąż Koralowy, zwany również Kulką; Czarny Maine Coon bez jednego oka, w dobry dzień zareaguje na imię Hrabia
Różdżka: włókno z serca żmijoptaka, 13 3/4 cala, świerk, sztywna
Ekwipunek: różdżka, drobniaki
Sakiewka: 80
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 80
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 40
Z. defensywne: 40
Miotlarstwo: 0.
Wysłany: Sob Lip 07, 2018 2:52 pm   Josephine Constance Schuler
   <Multikonta: Vaughn Anson


1. Imiona: Josephine Constance
2. Nazwisko: Schuyler
3. Wiek: 46
4. Charakter:
Charakter Jo ewoluował z wiekiem, ale skupmy się na tym, jaka jest teraz. Każdy, kto z nią rozmawiał około godziny powie, że jest wyjątkowo zamknięta w sobie, na pytania odpowiada rzeczowo, nie używa metafor, choć zdarza jej się mówić tak, że rozmówca, choć otrzymał odpowiedź na zadane pytanie, nie ma pojęcia, co z nią zrobić.
Stara się nie oceniać innych po pozorach, ale co innego, gdy zapach osoby albo znaki na ubraniu coś jej mówią; jest bardzo spostrzegawcza i szybko łączy fakty. Pomimo tego, że nie ma pamięci fotograficznej, pamięta wiele i potrafi z tego korzystać.
Jest wyjątkowo uparta i jeżeli coś sobie postanowi, do dąży do tego celu za wszelką cenę, nie ważne czy w nauce, badaniach, czy życiu codziennym. Poddała się tylko raz – gdy po raz ósmy spadła z miotły na pierwszych zajęciach, ale była w stanie zaakceptować to, że akurat do tego po prostu się nie nadaje.
Już w Hogwarcie była typem introwertyka, który wolała schować się za książką, niż uczestniczyć w rozmowie. Dziś dołącza do dyskusji, jeśli temat jest ciekawy albo któryś z przedmówców wplótł w swoją wypowiedź jakąś nieprawdziwą informację.
Zdecydowanie nie szuka związku, choć siostra namawia ją do tego rękami i nogami, ale ona twardo trwa w myśli, że Markus była jedyną i wielką miłością jej życia i nie zamierza tego stanu rzeczy zmieniać pakując się w związek, w którym tak naprawdę nie ma ochoty być. Nie oznacza to jednak, że od czasu do czasu, gdy ktoś jej zaimponuje, nie wyląduje z nim w łóżku.
Do obecnej sytuacji politycznej podchodzi bardzo sceptycznie, pomimo tego, że w trakcie pierwszej wojny była aktywnym śmierciożercą, a jej rodzice zginęli w walce z Zakonem Feniksa. Nie bez powodu uciekła przed tym wszystkim na drugą półkulę. Słyszała plotki o ponownym zgrupowaniu popleczników Czarnego Pana, nie ma zamiaru pchać się na te spotkania.
W stosunku do uczniów jest cierpliwa, ale wymagająca - pierwszoroczni będą u niej mieli znacznie łatwiej niż ci którzy zdali SUMy czy OWUTEMy, po prostu wymaga wiedzy na tematy, które zostały przerobione, a przerabiane są bardzo dokładnie i z zasadą "nie ma głupich pytań", czyli na przykład, jeżeli w zadanym tekście jest coś niezrozumiałego, i ktoś poruszy otwarcie temat - Jo spokojnie, czasami nawet kilkakrotnie, z różnych perspektyw wyjaśni co autor miał na myśli. Jeżeli jednak uczeń będzie próbował ją okłamać, że przeczytał dany tekst, czy napisał esej, tylko sowa "przypadkiem" zamachnęła się skrzydłami tak, że wpadł do kominka, taki osobnik wpisany zostanie na czarną listę profesor Schuyler, bo jedyną rzeczą, której nie znosi bardziej od lenistwa, są kłamstwa.
Dla rodziny jest zdolna zrobić wszystko - nawet wybaczyć niewybaczalne.
5. Wygląd:
Na pierwszy rzut oka wygląda jak żywcem wyjęta z zimowego obrazka – blada cera, niemal białe włosy i jasnoniebieskie, wpadające w szary oczy, wyglądają komicznie w porównaniu z ciemnymi kolorami jej szat. W przeciwieństwie do siostry, na co dzień nie przejmuje się tym, jak wygląda, może z wyjątkiem fryzury, bo szkoda by było, gdyby pół zamku wybuchło, gdyby przypadkiem jej włos znalazł się w eliksirze, w którym nie powinien.
Roztacza wokół siebie aurę spokoju, niewiele rzeczy zdolnych wywołać u niej zmianę wyrazu twarzy, co wcale nie oznacza, że nie odczuwa żadnych emocji. Po prostu lata ukrywania się wyrobiły w niej ten nawyk.
Uczniowie nigdy nie zobaczą jej w krótkim rękawku, pomimo tego, że posiada kilka specyfików używanych głównie przez aktorów teatralnych, które mogłyby ukryć tatuaż na lewym przedramieniu, ale nie chce ryzykować tego, że podkład mógłby się zetrzeć, bo jest to jedyna rzecz w jej życiu, której szczerze i z całego serca się wstydzi. Nie miała serca jednak ukrywać go przed dyrektorką, bo nie chciała mieć później nieprzyjemności, jednak gdyby istniała metoda na pozbycie się go, która nie wymagałaby od niej rozstania się z lewą ręką, zrobiłaby to bez wahania. Gdyby jednak komuś udało się uważniej przyjrzeć tatuażowi, mógłby zobaczyć, że skóra pod nim jest pokryta bliznami, bo Jo nie raz próbowała go wyciąć i wypalić, używając zarówno magicznych, jak i tych mugolskich.
Na prawej dłoni, ma wypalony czerwony okrąg, identyczny do tego, który posiada jej siostra. Pozostałość po czarno-magicznym zaklęciu, które po wyszeptaniu odpowiedniej formułki pozwala im stwierdzić stan drugiej osoby, co jest znacznie szybsze i bezpieczniejsze od patronusów, listów czy sieci Fiuu. Zdecydowały się na to tuż po pogrzebie rodziców, przerażone myślą, że coś może stać się drugiej bez wiedzy tej pierwszej.
Porusza się niemal bezszelestnie, często przemykając korytarzami niezauważona. W jej ruchach jest gracja, która została jej jeszcze z czasów, kiedy matka katowała ją lekcjami baletu i tańca towarzyskiego, a widać to zwłaszcza, gdy warzy eliksiry. Każdy, nawet najmniejszy ruch jest zaplanowany; każde nacięcie, zamieszanie czy strzepnięcie ma swój cel, a Jo dążąc do niego, z boku wygląda jakby była opętana przez jakąś siłę wyższą.
6. Skąd: Rathlin Island, Północna Irlandia
7. Czystość krwi: czysta
8. Stan majątkowy: przeciętny
9. Rodzina:
    Caleigh Julianna Blishwick – siostra bliźniaczka Jo, choć na papierze jest młodsza od niej o jeden dzień. Bardzo lubi dobrze wyglądać i pomimo choroby, wstaje godzinę wcześniej rano tylko po to, żeby umyć i rozczesać swoje długie włosy i umalować się pod wybrane poprzedniego dnia ubrania. Potrafi znaleźć promyk szczęścia w nawet najbardziej ponury dzień. Pomimo tego, że nie rozmawiały ze sobą przez dobre kilkanaście lat, teraz mają bardzo dobry kontakt.

    Markus Schuyler - mugol. Jedyna miłość Jo. Dla niego była gotowa zostawić za sobą cały świat czarodziejów, złamać różdżkę i prowadzić całkowicie pozbawione magii życie. Był leśniczym w północnej Irlandii, nie miał żadnej rodziny, choć często się śmiał, że biorąc pod uwagę, ile zwierząt doprowadził do pełni zdrowia – ma setki dzieci. Ciepły, zawsze pomocny choć niesamowicie uparty. Zmarł myśląc, że ginie z ręki ukochanej.

    Rosalyn Helena Blishwick – matka. Z wykształcenia magomedyk, jednak zrezygnowała z pracy po urodzeniu dziewczynek, poświęcając im każdą możliwą chwilę, starając się je dobrze wychować. Przy czym w jej słowniku „dobrze” oznaczało wżenienie się w potężną rodzinę czarodziejów, i samo to powinno powiedzieć wiele o jej charakterze. Każde, nawet najmniejsze złamanie zasad było surowo karane, nieproporcjonalnie do winy. Dlatego właśnie żadna z sióstr nie ma ani portretu, ani zdjęć matki.

    Phillip Milton Blishwick – ojciec. Pomimo tego, że to od niego matka zaraziła się fanatyzmem czystości krwi, był znacznie bardziej wyrozumiały dla swoich córek, co o nie oznaczało, że dawał sobie wchodzić na głowę, co to to nie. Niestety w połączeniu z wymagającą pracą oraz obowiązkami śmierciożercy bardzo rzadko bywał w domu, sprawiając bardziej wrażenie nieobecnego wujka niż autorytetu ojcowskiego.

    Connor – przybrany syn, którego poznała jeszcze w trakcie stażu w Australii. Został wyrzucony z tamtejszej szkoły Magii za nieumyślne spowodowanie kalectwa innego ucznia. W związku z tym, że wychował się w sierocińcu, nie miał pojęcia co dalej ze sobą zrobić. Za żadną cenę nie chciał wrócić do świata mugoli, więc napisał do swojej byłej nauczycielki z prośbą o pomoc. Jo uczyła już wtedy w Castelobruxo, i po szczerej rozmowie z tamtejszą dyrektorką oraz niezliczonymi listami pomiędzy Jo, ministerstwem Brazylijskim oraz rządem Australijskim, Josephine stała się prawnym opiekunem chłopaka, który mógł kontynuować naukę w Brazylii.

10: Historia: ~niżej~
11. Nauczany przedmiot: Eliksiry
12. Wykształcenie:
1966 - 1973 - Hogwart
1973 - 1976 - Eliksiroznawstwo na Uniwersytecie Nicolasa Flamela
1974 - 1977 - Starożytne języki i liczby na Uniwersytecie Nicolasa Flamela
1982 - 1985 - Alchemia na Australijskim Uniwersytecie Magii
13. Doświadczenie zawodowe:
1982 - 1984 - staż w Australijskim Ministerstwie Magii w departamencie Niewłaściwego Użycia Czarów
1984 - 1987 - nauczyciel Eliksirów w Australijskiej Szkole Magii
1987 - 1989 - nauczyciel Eliskirów w Mahoutokoro
1990 - wydanie pracy o zastosowaniu Starożytnych Run w Alchemii.
1991 - 1999 - nauczyciel Eliksirów w Castelobruxo
1992 - wydanie pracy o zastosowaniu jadu Lobaluga
1992 - publikacja artykułu na temat jadu Toksyczka i jego wpływie na Chorbotki
1994 - wydanie pracy o skutecznym uzyskiwaniu wyciągu z Śmiercionośnych Kapeluszników, włącznie z opatentowaniem odpowiedniego zaklęcia.
1996 - opatentowanie trucizny z Miesięcznika
1997 - publikacja artykułu o eksperymentalnych metodach tworzenia eliksirów (głównie skupiający się na truciznach 7 oraz 113)
1997 - współtwórca trucizny z Krwiowca
2000 – nauczyciel eliksirów w Hogwarcie
14. Statystyki:
Zielarstwo: 30
Eliksiry: 80
Zaklęcia Zwykłe: 30
Zaklęcia Defensywne: 40
Zaklęcia Ofensywne: 40
Transmutacja: 30
Miotlarstwo: 0
Ostatnio zmieniony przez Jo Schuyler Śro Sie 08, 2018 12:45 am, w całości zmieniany 2 razy  
 
     

Jo Schuyler
Prof. Eliksirów
Dołączył: 23 Cze 2018
Posty: 42
Wiek: 46
Krew: czysta
Pupil: Malezyjski Niebieski Wąż Koralowy, zwany również Kulką; Czarny Maine Coon bez jednego oka, w dobry dzień zareaguje na imię Hrabia
Różdżka: włókno z serca żmijoptaka, 13 3/4 cala, świerk, sztywna
Ekwipunek: różdżka, drobniaki
Sakiewka: 80
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 80
Zielarstwo: 30
Transmutacja: 30
Z. zwykłe: 30
Z. ofensywne: 40
Z. defensywne: 40
Miotlarstwo: 0.
Wysłany: Wto Sie 07, 2018 5:53 am   
   <Multikonta: Vaughn Anson



10: Historia:
Było grubo po północy, kiedy bose stopy małej dziewczynki dreptały ostrożnie przez długi korytarz do pokoju siostry. Matka nie chciała im pozwolić spać w jednym pokoju, bo bała się, że przez to będą wpadały im do głowy głupie pomysły takie jak walki na poduszki, czy jakieś inne zabawy. Jednak pomimo tego, niemal każdej nocy któraś z bliźniaczek wędrowała przez długi korytarz ostrożnie, tak, aby nie obudzić ani rodziców, ani skrzatów, po to, żeby zasnąć w jednym łóżku i obudzić się przed wschodem słońca i ponownie przemknąć zimnym korytarzem do jeszcze zimniejszego pokoju. Jednak dziś Jo nie szła do sypialni siostry szukając komfortu. W małych rączkach trzymała szklaną buteleczkę ze spirytusem i łagodnym eliksirem zasklepiającym rany, schowanym w rękawie, kiedy tata nie patrzył. Nie musiała nawet pukać, żeby wiedzieć, że Cal nie spała. Nie po tym, co zrządziła im matka.
Bezszelestnie wślizgnęła się do pokoju, starając się jak najciszej zamknąć za sobą drzwi. Bez słowa podeszła do łóżka siostry i odciągnęła kołdrę, tym samym odsłaniając pokryte ranami stopy. Jo była zawsze bardziej wytrzymała, jeżeli chodziło o wysiłek fizyczny, dlatego ośmiogodzinna lekcja baletu nie dała jej się we znaki tak bardzo jak Caleigh, która przez ostatnie kilkanaście powtórek otwarcie płakała, podczas gdy krew powoli barwiła jej nowe baletki.
Starsza bliźniaczka nawet nie musiała uprzedzać, że będzie piekło, bo robiły to już tyle razy, że Cal nawet nie stęknęła, gdy nasączony spirytusem gazik dotknął jej skóry; wiedziała, że za kilka minut poczuje przyjemny, kojący chłód eliksiru i w końcu będzie mogła zasnąć.
Obie dziewczynki wiedziały, że pod żadnym pozorem nie mogły poprosić skrzatów o zmianę poplamionej krwią kołdry, bo matka od razu by się o tym dowiedziała i następnego dnia zrobiłaby piekło z tego powodu, więc tym razem spały pod cienkim kocem, tuląc się do siebie w poszukiwaniu ciepła.

*~*~*~*~*

Josephine była kłębkiem nerwów patrząc, jak jej siostra radośnie zbiega po schodkach w kierunku długiego stołu klaszczących z radości ślizgonów. A co jeśli wyląduje w innym domu, w którym nie będzie nikogo znała? Przecież rodzice ją zabiją, jak wyląduje w Hufflepuffie, albo co gorsza, w Gryffindorze, gdzie lądowali tylko zdrajcy krwi. Mogła się pożegnać z powrotem do domu na święta.
- Blishwick, Josephine! – jakiś chłopak za nią popchnął ją „na odwagę”, ale ona o mały włos nie straciła równowagi i nie przewróciła się wchodząc po schodach, co wywołało cichy chichot z tłumu za nią. Cóż, nie ma to jak dobrze zacząć swój pobyt w Hogwarcie. Zacisnęła mocniej zęby i ruszyła w kierunku wysokiego stołka, a ciemność, która ją otuliła po opadnięciu Tiary na jej oczy przyjęła z ulgą. W głowie miała tylko jedną myśl.
- Aaaaahhh. A dlaczego Slytherin…? Z takim pragnieniem wiedzy i kreatywnością odnalazłabyś się znacznie lepiej w Ravenclaw. A te wszystkie… Hmmm… Może Gryffindor…?
- NIE! – Jo nawet się przejęła tym, że ktoś mógł ją w tym momencie usłyszeć. Zresztą nie była nawet pewna, czy wypowiedziała te słowa szeptem, krzykiem, czy może tylko w myślach…?
- Dlaczego nie Gryffindor…? – wspomnienie matki wypłynęło na powierzchnię, choć dziewczynka za wszelką cenę próbowała schować je za wspomnieniami siostry, jednak przed Tiarą Przydziału nie dało się nic ukryć. – Oj, przepraszam, dziecko, przepraszam… Ale w tym domu znalazłabyś rodzinę i przyjaciół na całe życie. Jesteś pewna, że nie chcesz tam trafić? – Jo kiwnęła gorliwie głową – Hmmm Slytherin, mówisz…? Cóż… - Przed zamkniętymi oczami pojawiły się wspomnienia z dzieciństwa o tym jak skutecznie ukrywała się przed matką; jak pomagała siostrze, jak wyciągała eliksiry lecznicze z biurka ojca; podczas gdy siostra stała na straży. – Lojalna, sprytna, przebiegła… Może jednak… - jak wzięła winę za podeptane kwiaty na siebie, pomimo tego, że to Caleigh w nie weszła, biegnąc za gnomem; jak powstrzymała siostrę przed uderzeniem skrzata za to, że doniósł na nie matce; jak udała siostrę przed ojcem, gdy ten pochwalił ją za to jak gra na fortepianie. – Ale z drugiej strony… - jak mówiła siostrze, że nie mogą się przyjaźnić, że nie chce się przyjaźnić z tamtą dziewczynką, bo jej rodzice nie są czarodziejami, co oznacza, że są gorsi. Jo powtarzała wtedy słowa ojca, ale prawda była taka, że gdzieś w środku się z tym zgadzała. Może nie na tyle żeby otwarcie ich tępić tak, jak robili to jej rodzice, ale wystarczająco, żeby uważać, że skoro nie będą potrafili używać magii, to ich życie będzie gorsze. – Interesujące… Wygląda na to, że jednak… SLYTHERIN!!! – Tiara krzyknęła tak głośno, że Jo poczuła brzęczenie w uszach, a dodatkowo fala światła, która zalała ją po tym, jak profesor McGonagall zdjęła czarę z jej głowy. Dopiero teraz poczuła, jak drżą jej ręce, nawet nie zdawała sobie sprawy z tego jak bardzo stresowała się tą ceremonią.
- Śmiało, siostra już na ciebie czeka. – wicedyrektor uśmiechnęła się ciepło, a Jo w końcu wstała i jakimś cudem dotarła do stołu, siadając tuż obok siostry. Dopiero widząc spojrzenia innych uczniów, którzy dalej bili brawo, posyłając jej ciepłe spojrzenia, odetchnęła z ulgą. Może jednak Hogwart nie będzie taki zły?

*~*~*~*~*

- Cyziu, na Salazara, błagam cię skończ… Wszyscy wiemy, że masz crusha jak stąd do wieczności na Laughalota, ale jak będę musiała jeszcze raz usłyszeć o tym jak chciałabyś zaliczyć przejażdżkę na jego miotle, to przysięgam, że cisnę w ciebie upiorogackiem… - całe dormitorium dziewcząt się zaśmiało z obietnicy Caleigh, podczas gdy twarz Narcyzy mogłaby spokojnie robić za flagę Gryffindoru. Naprawdę starała się tak często nie mówić o kapitanie drużyny Quidditcha, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że w tym roku opuszczał Hogwart.
- Lepsze to niż bratanie się ze szlamami… - mruknęła tylko pod nosem, tak naprawdę nie mając nic złego na myśli, po prostu chciała za wszelką cenę przekierować uwagę dziewcząt na kogoś innego.
- Właśnie, Cal… Niech to twoje krukoniątko napisze dwa eseje z Historii Magii, co? Bo ja naprawdę nie mam do tego głowy i książki działają na mnie lepiej niż… Jo! I jak? Co powiedział? Dostałaś szlaban? Zostałaś zawieszona? Wyrzucili cię? – W ułamek sekundy wszystkie dziewczęta zapomniały o tym, co się działo jeszcze minutę temu i skupiły swoją uwagę na bliźniaczce, która właśnie weszła do pomieszczenia, wyglądając jak siedem nieszczęść.
- Dostałam szlaban, nie zostałam zawieszona i nie, nie wyrzucili mnie. Slughorn uparcie twierdził, że Mumford próbowała mnie sabotować tylko ostatecznie pomyliła substancje i róg dwurożca wsypała do swojego kociołka. A że sama zainteresowana jest w tym momencie zbyt nieprzytomna, żeby temu zaprzeczyć na razie mi się upiekło, choć mam wrażenie, że Dumbledore mi nie uwierzył… - westchnęła głośno, opadając na swoje łóżko.
- Ale… Było warto…? – spytała Narcyza, przysiadając obok przyjaciółki.
- Żartujesz? Tej szlamy w ogóle nie powinno być w Hogwarcie! A biorąc pod uwagę to, z czym ostatnio wyskoczyła, no błagam… Żałuję, że nie miałam jadu Mantykory bo wtedy na pewno już by jej tu nie było. – odpowiedziała bez zająknięcia. Przytuliła mocno najmłodszą z sióstr Black i dodała szeptem. – Steve widział ją po fakcie, jak ją transportowali do skrzydła szpitalnego i nigdy nie widziałam u niego tak obrzydzonej miny, więc już na pewno nie masz się o co martwić.
- Dziękuję.
- My, ślizgonki, musimy się trzymać razem. Zwłaszcza jak ktoś próbuje nam odbić przyszłego męża – Jo odpowiedziała, głośniej, a przez dormitorium przetoczyła się fala śmiechu. – A teraz wybaczcie, moje panie, ale muszę się pozbyć tego okropnego smrodu z włosów. – uśmiechnęła się szeroko, po czym wzięła z kufra wygodne ubranie i ruszyła w kierunku łazienki. Dopiero gdy odkręciła wodę w wannie i upewniła się, że drzwi na pewno były zamknięte, pozwoliła sobie na chwilę słabości. Osunęła się na podłogę, nawet nie powstrzymując drgawek, które nią wstrząsnęły. O mały włos nie zabiła dziś drugiej osoby, i fakt, że to była szlama nie zmieniał faktu, że miała wrażenie, że jej wnętrzności wywracają się na lewą stronę. Przed nauczycielami i koleżankami potrafiła się ukryć za fasadą spokoju i opanowania, ale teraz wszystko uderzało w nią ze zdwojoną siłą. Nie była nawet w stanie płakać, a gula w gardle utrudniała jej wzięcie głębszego oddechu. Zamknęła oczy i skupiła się na szumie płynącej wody.
Minęło dobre dziesięć minut zanim uspokoiła się na tyle, żeby sięgnąć pod kupkę czystych ubrań, które położyła na toaletce. Znalazła tam małą fiolkę eliksiru uspokajającego, który sama uwarzyła kilka tygodni wcześniej. Odkorkowała buteleczkę i unikając swojego spojrzenia w lustrze wypiła zawartość jednym haustem, po czym weszła do wanny napełnionej wodą o temperaturze oddechu smoka, mając nadzieję, że to wypali z niej poczucie winy

*~*~*~*~*

- Cal, mówię poważnie. Zgadzam się z nim. Zobacz jak mugolska kultura zanieczyściła nasze tradycje, jak obejmują stanowiska, o których nie powinni nawet wiedzieć. W tym roku do niewymownych dołączyła szlama, do niewymownych! – Jo była oburzona tym faktem. W ciągu ostatnich trzech lat bardzo się zmieniła. Ta mała dziewczynka, która nie mogła się pozbierać po spowodowaniu wybuchu eliksiru innej uczennicy, wyrosła na bezlitosną nastolatkę, która z obojętną miną ćwiczyła zaklęcia na mniejszych zwierzętach znalezionych w Zakazanym Lesie, a wieczorami z większością ślizgonów walczyła niemal na śmierć i życie w opuszczonych salach. Jak znaczna część jej roku planowała zasilić szeregi Czarnego Pana po opuszczeniu Hogwartu. – Już poprosiłam ojca, żeby mnie przedstawił jako kandydata.
- Jo! To że się z kimś zgadzasz, nie oznacza od razu, że masz za tę osobę ginąć! Od kiedy ta wojna się otwarcie zaczęła straciliśmy większość rodziny, połowa naszych kolegów została osierocona albo z tylko jednym żyjącym rodzicem. Proszę cię, przemyśl to jeszcze! – młodszej bliźniaczce łamał się głos. Nie wiedziała, co by zrobiła, gdyby straciła jedyną osobę na świecie, na której jej naprawdę zależało.
- Podjęłam już decyzję, ale jak masz mi dalej wytykać wszystko to, co może pójść źle, to idę się uczyć do biblioteki. Porozmawiamy, jak się już uspokoisz. – Blondynka zgarnęła swoje książki do skórzanej torby i wyszła z dormitorium. To nie tak, że w ogóle nie rozumiała punktu widzenia siostry, bo na jej miejscu pewnie zareagowałaby podobnie, ale akurat w tym przypadku nie miała najmniejszego zamiaru zmienić zdania. To był pierwszy raz w życiu, kiedy podjęła decyzję, z którą Caleigh tak otwarcie się nie zgadzała, ale były już dorosłe i kiedyś musiało to nastąpić.
Przywitała się cicho z panią Pince i skierowała się w najdalszy zakątek biblioteki, gdzie były same książki dla pierwszego roku, czyli tym samym najrzadziej odwiedzany dział, a to w tej chwili było jej potrzebne. Usiadła na podłodze, nie przejmując się tym, że pewnie pobrudzi sobie szaty, rozłożyła wokół siebie potrzebne książki i z cichym westchnięciem wróciła do nauki. Nie bardzo docierało do niej to, co działo się wokół… Nie przeszkadzał jej ani otaczający ją chłód, ani słyszane z daleka chichoty jakichś młodych uczennic, które najwyraźniej nie miały nic lepszego do roboty.
Dopiero, gdy poczuła lekki dotyk, zdała sobie sprawę z tego, że już zdążyło się ściemnić, i gdyby nie przedłużone godziny otwarcia biblioteki na czas przygotowań do owutemów, bibliotekarka dawno by ją wyrzuciła, ale to nie jej dłoń leżała teraz na ramieniu Jo. Spojrzała w tęczówki identyczne do swoich, a jednak tak różne. Oczy jej siostry były ciepłe, pełne nadziei i radości, podczas gdy z jej własnych wiał chłód.
- Dołączę razem z tobą. – powiedziała poważnie. Do Josephine w pierwszym momencie nie dotarł sens w tych słów, a gdy już dotarł, nie mogła nawet zaoponować, bo zrobiłaby dokładnie to samo, co jej siostra jeszcze kilka godzin temu. Nie mogła też teraz nagle zmienić decyzji, bo trybiki poszły już w ruch, była w pułapce. Po krótkiej chwili, która w jej głowie zdążyła urosnąć do kilku godzin, zacisnęła mocniej zęby i kiwnęła tylko mocniej głową. Resztę wieczoru spędziły w całkowitej ciszy.

*~*~*~*~*

Jo dałaby się pokroić na kawałeczki po tak wyczerpującym dniu, byleby tylko nigdy więcej nie musieć go powtarzać. Dzięki porządnej dawce eliksirów była już na nogach siedemdziesiątą piątą godzinę, co nieźle odbiło się na jej organizmie. Miała wrażenie, że ostatnie cztery przejechała na samych oparach uporu i determinacji, bo nie pamiętała, kiedy ostatnio w jej ustach znalazło się coś, co normalny czarodziej nazwałby posiłkiem. Jednak nie byłaby sobą, gdyby opuściła laboratorium przed wykonaniem wszystkich zadań, które powinna. Przez to, że nikt jej nie poinformował, ile miała czasu na uwarzenie wszystkiego, założyła, że potrzebują wszystkiego na wczoraj i gdy Cyzia przyszła ją odwiedzić po dwudziestu godzinach, tylko mruknęła coś o tym, że przecież nie jest jedynym zaawansowanym warzycielem w szeregach i że niektóre rzeczy mogą robić nawet studenci pierwszego roku, jednak gdy Narcyza zaoferowała pomoc, blondynka tylko westchnęła cicho i powiedziała, że powinna spędzać czas z mężem, a nie przesiąkając zapachem gotującej się wątroby nietoperza.
Po czterdziestu godzinach dłonie zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa, dlatego wspomogła się eliksirami, bo wolała zaryzykować uszczerbek na zdrowiu niż niepowodzenie misji, do której były potrzebne jej mikstury. Czasy aktywnego ganiania za zdrajcami i strzelania Mrocznymi Znakami na prawo i lewo miała już za sobą, a jej talenty zostały zutylizowane gdzie indziej, co zresztą jak najbardziej jej odpowiadało, bo miała styczność z miksturami, o których nigdy by nie usłyszała na uniwersytecie, magazyn wypchany po brzegi do tego stopnia, że nigdy nie zabrakło jej nawet tych najrzadszych składników oraz biblioteki kilku najstarszych rodów do swojej dyspozycji.
Ale aktualnie jedyne na czym mogła się skupić, to łóżko. Przez krótką chwilę ważyła wszystkie za i przeciw teleportacji w tym stanie, ale ostatecznie zmęczenie wzięło górę i zaczęła wyobrażać sobie punkt aportacyjny w pobliżu rodzinnego dworu, bo właśnie tam mieszkała z siostrą od pogrzebu rodziców.
Wzięła głęboki oddech i mentalnie przygotowała się na to, że za moment jej wnętrzności zostaną wywrócone na lewą stronę. Z cichym trzaskiem zniknęła sprzed bramy dworu Averych, a gdy wylądowała, straciła równowagę, bo wylądowała na nierównym terenie; dodatkowo - jej żołądek się zbuntował i zwróciła wszystko, co miała do zwrócenia. Plus był taki, że nie było tego wiele. Spróbowała się podnieść, ale nie była w stanie oprzeć ciężaru ciała na lewej stopie. Jeszcze tylko tego brakowało. Zaczęła po omacku szukać różdżki, żeby wyleczyć skręconą kostkę, ale eliksiry, które wlewała w siebie przez ostatnie dwa dni w końcu przestały działać i osunęła się bezwładnie na ziemię.
Obudziło ją pieczenie lewego przedramienia, ale nie wystarczająco mocne, żeby świadczyło o tym, że jest osobiście wzywana. Oczywiście i tak miała zamiar odpowiedzieć, ale gdy sięgnęła po różdżkę, która zazwyczaj leżała na nocnym stoliku, zauważyła brak. Stolika znaczy. Dopiero teraz otworzyła oczy i rozejrzała się pospiesznie po pomieszczeniu - zdecydowanie nie była ani u siebie, ani u żadnej z osób, które znała. Gdy jej wzrok zatrzymał się na obandażowanej stopie, pod którą ktoś położył poduszkę przypomniało jej się, co robiła, zanim odleciała. Ktoś widocznie musiał ją znaleźć i się nią zaopiekować. To, że kostka nie była jeszcze wyleczona powiedziało jej, że zdecydowanie nie wylądowała w domu czarodzieja. Westchnęła cicho. Cóż – wykorzysta i zabije. Ale najpierw będzie musiała znaleźć różdżkę, albo sposób na skontaktowanie się ze swoim światem; to znaczy miała Mroczny Znak, ale w życiu nie ośmieliłaby się go użyć w tak błahej sprawie. Starając się robić jak najmniej hałasu spróbowała wstać. Sukces. Kolej na jeden krok do przodu… No krokiem to ciężko było to nazwać, bardziej kuśtyknięciem, ale przynajmniej nie rozpłaszczyła się na podłodze.
Gdy otworzyła drzwi, jej oczom ukazało się przytulny, niewielki salon z wesoło trzaskającym ogniem. Kto normalny w ciągu dnia, przy takiej temperaturze rozpalał jeszcze kominek!?
- Hej, hej… Nie powinnaś jeszcze sama chodzić… - głos należał do wysokiego, barczystego blondyna, który wyglądał, jakby gołymi dłońmi mógł łupać kamienie. Delikatny ton zdecydowanie nie pasował do jego aparycji. Ale Jo jedynie mocniej zacisnęła zęby i ruszyła w kierunku upatrzonego krzesła przy kuchennym stole. – Okej, gdybym wiedział, że mam do czynienia z takim uparciuchem, to bym cię wcześniej obudził. – Zaśmiał się, a kobieta dalej go ignorowała, powoli kuśtykając. Mężczyzna nie ruszył, żeby jej pomóc, wyraźnie dając jej do zrozumienia, że nie popiera tego, że obciąża skręconą kostkę. Jo z głośnym westchnięciem opadła na krzesło. – Mam na imię Markus, też miło cię poznać. – powiedział odrobinę sarkastycznie i odwrócił się, wracając do krojenia warzyw. Kobieta przez dłuższą chwilę w ciszy rozważała wszystkie możliwe opcje. To oczywiste, że miała do czynienia z mugolem. Sądząc po budowie chatki, w której się znajdowała, oraz po odgłosach dochodzących z zewnątrz, dalej znajdowała się w lasach. Musiała ominąć swój punkt aportacyjny o kilkaset metrów, może kilka kilometrów, bo inaczej znalazłaby ją siostra wracająca z misji.
- Jak daleko jesteśmy od miejsca, w którym wylądowałam? – spytała, nie bawiąc się w grzeczności, ale nie doczekała się odpowiedzi. Tym razem to ona była ignorowaną stroną w tej rozmowie, co odrobinkę ją zirytowało, ale tylko zmrużyła oczy i syknęła. – Josephine… - jasne, mogła skłamać, ale po co?
- O, proszę! To ona potrafi mówić! – zaśmiał się, posyłając jej ciepłe spojrzenie, nawet nie przestając przygotowywać posiłku. Widać było, że miał w tym sporą wprawę. – Jakąś godzinę szybkim krokiem – dodał, a Jo już miała przygotowane kolejne pytanie.
- A do Kelp House? – tu Markus przestał skończył kroić i wrzucił warzywa do gotującej się wody w żeliwnym garnku wiszącym nad kominkiem. Jo odrobinę się zdziwiła widząc tę jakże zaawansowaną technologię. Wiedziała na sto procent, że mugole też korzystają z kuchenek, więc ten tutaj musiał być ewenementem, ale z drugiej strony czego się można było spodziewać po kimś, kto mieszkał z dala od cywilizacji.
- A to jakieś cztery godziny, ale dziś jest sobota i nie kursuje prom, więc będziesz musiała poczekać do poniedziałku. – stęknęła głośno. Czyli nie wylądowała nawet na wyspie, nieźle ją zwiało. Schowała twarz w dłoniach, starając się obmyślić jak najlepszy plan. Priorytetem oczywiście było odzyskanie różdżki, później sobie poradzi. Ale sama nie dałaby rady trafić, nawet nie wiedziałaby w którym kierunku musiałaby pójść. Chcąc, nie chcąc – chwilowo była zdana na łaskę tego mugola. Z tego, co zdążyła zauważyć, żądaniem, żeby ją zabrał tam, gdzie ją znalazł raczej nic nie wskóra, bo upór blondyna zdawał się dorównywać jej własnemu. Ale przynajmniej nie wtykał nosa w nie swoje sprawy, więc nie musiała szukać wymówek dlaczego była w środku lasu o tak nieludzkiej porze.
- Dziękuję. – powiedziała w końcu, po bardzo długiej chwili ciszy.

*~*~*~*~*

- Powiesz mi w końcu dlaczego leżałaś nieprzytomna w środku lasu? – spytał pewnego wieczora, bawiąc się lokiem kobiety, której głowa spoczywała na jego klatce piersiowej. Starał się złapać ją za spojrzenie, ale ta skutecznie go unikała. – Jeżeli nie chcesz, to nie musisz, rozumiem. – dodał, delikatnie całując czubek jej głowy, a dłoń przenosząc niżej, rysując wzorki na jej ramieniu.
- Jak ci powiem - znienawidzisz mnie… - powiedziała w końcu, dalej unikając jego spojrzenia. Mijał właśnie czwarty tydzień od kiedy obudziła się w tym samym łóżku, w którym teraz leżała. Różdżka porzucona gdzieś wśród runa leśnego. Pomimo tego, że mogła już sama chodzić, odwlekała powrót do swojego życia. Tatuaż też aktualnie milczał, więc nic nie zmuszało jej do szybkiego podjęcia decyzji. Nikt też nie szukał jej na tyle aktywnie, żeby ją znaleźć, a specjalnie się nie ukrywała. Siostra też jeszcze nie martwiła się na tyle, żeby sprawdzić, co u niej, bo okrąg na prawej dłoni nie przypomniał o swoim istnieniu. Widocznie musiała założyć, że jest na jakiejś misji.
- Nie wiem, czy byłbym w stanie. – powiedział szczerze, a Jo w końcu odważyła się na niego spojrzeć. Nie wiedziała, co zrobiła w życiu, żeby zasłużyć na dobroć, którą okazywał jej Markus. Bardzo szybko i wbrew sobie zaczęła coś do niego czuć; coś, czego nigdy wcześniej nie czuła. Chciała, żeby patrzył na nią tym wzrokiem do końca życia. Wszystko, kim dotychczas była, każda decyzja, którą podjęła nie miała znaczenia. Jedyne, czego pragnęła to być u jego boku do końca. Budzić się do nuconych przez niego piosenek, rzucać w niego agrestem wychodowanym w ogrodzie, pluskać się w strumieniu, pomagać przy opiece nad zwierzętami, które podejrzanie łatwo mu ufały, a wieczory spędzać na huśtawce, rozmawiając o niczym. To zabawne, jak zaledwie w ciągu miesiąca potrafiły się zmienić priorytety śmierciożercy, gdy zakocha się w mugolu.
Westchnęła głęboko, chłonąc tę chwilę całym swoim ciałem, zapamiętując wszystko, co tylko mogła, włącznie z tym, jak światło księżyca oświetlało jego twarz, bo wiedziała, że już nigdy tak na nią nie spojrzy, bo zaczęła mówić. I mówić…
Opowiedziała o magii, o swojej rodzinie, o Hogwarcie, siostrze, przyjaciołach… Ale też o Voldemorcie, o każdym morderstwie, o tym skąd się wziął i co oznaczał tatuaż na jej przedramieniu.
Gdy skończyła, zapadła bardzo niepokojąca cisza. Słońce zdążyło już wstać, ale nie było słychać ani świergotania ptaków, ani brzęczenia pszczół, ani nawet szeptu wiatru. Cały świat zdawał się właśnie opłakiwać stratę Jo, która łkała teraz cicho, siedząc na końcu łóżka. Nie była w stanie spojrzeć w kierunku Markusa, bo za nic w świecie nie chciała zobaczyć nienawiści w jego oczach. Wolała, aby jego ostatnie wspomnienie w jej umyśle pozostało nie zmącone prawdą.
Spodziewała się, że zaraz złapie ją za ramiona i wyrzuci z chatki, albo w najlepszym przypadku wyzwie od wariatek, ale nic takiego się nie stało.
- Dlaczego… Dlaczego mi o tym powiedziałaś? – spytał w końcu, niemal szeptem.
- Bo zasługujesz na kogoś znacznie lepszego ode mnie. Dzięki temu możesz łatwiej podjąć decyzję. – jej głos był zachrypnięty po całej nocy opowiadania przeplatanego szlochem. – Przepraszam… - dodała, nawet nie wiedząc do końca, za co dokładnie. Czy za odebrane życia, za okłamywanie go przez miesiąc, czy może za samo powiedzenie mu prawdy. – Jeśli chcesz, mogę sprawić, że zapomnisz… O mnie i o tym, co ci powiedziałam. Będzie tak, jakbyś mnie nigdy nie poznał. – dodała tak cicho, jak tylko mogła, jednak przy wszechogarniającej ciszy, to ostatnie zdanie zdawało się krzyczeć.
- Nie. – powiedział, w ułamku sekundy znajdując się przy niej. Przyciągnął ją mocno do siebie i otulił ramionami. – Nie powiedziałabyś mi o tym, gdybyś nie chciała się zmienić. A ja jestem ostatnią osobą na świecie, która ma prawo do odmówienia drugiej szansy.

*~*~*~*~*

- Wrócę zanim się obejrzysz, obiecuję. – powiedziała, starając się wyplątać z uścisku Markusa, ale ten dzielnie trzymał ją w objęciach. Zwariował na punkcie tej drobnej, zadziornej blondyneczki, która z dnia na dzień wywróciła jego świat do góry nogami, ale przynajmniej było sprawiedliwie, bo ona też zwariowała na jego punkcie; przynajmniej byli szaleni razem. – Muszę iść, naprawdę. Nie chcę, żeby ktoś nabrał podejrzeń… - dodała, po czym złożyła przelotny pocałunek na jego ustach. Minął już prawie rok od ich pierwszego spotkania i niecały miesiąc od kiedy się pobrali. Jo niemal każdą noc spędzała w chatce pośrodku lasu, która teraz była obłożona najpotężniejszymi zaklęciami ochronnymi, jakie tylko znała. W ogródku znalazło się też kilkanaście magicznych roślin oraz huśtawka, która bujała się delikatnie sama, gdy ktoś na niej siedział. Jo uwielbiała spędzać tam wieczory z dobrą książką.
- Wiem, wiem… Bo jak się dowiedzą, do mnie zabiją. – dodał żartobliwym tonem, a młoda pani Shuyler spojrzała na niego karcąco. Bardzo nie lubiła, kiedy żartował na takie tematy, bo dalej nie miała planu na to jak wyplątać się z szeregów Czarnego Pana, nie narażając tym samym życia siostry, której jeszcze nawet nie powiedziała o tym, że wyszła za mąż, i to w dodatku za mugola. – Uważaj na siebie. – szepnął, składając przelotny pocałunek na czubku jej głowy, po czym ją puścił i patrzył jak Jo znika z cichym trzaskiem. Chyba nigdy nie przyzwyczai się do tego widoku. Przez krótką chwilę jeszcze z uśmiecham wpatrywał się w miejsce, w którym przed chwilą stała i nagle ogarnęła go ciemność.
Jo wylądowała bez kłopotów przed dworem Malfoyów, gdzie miało się odbyć kolejne spotkanie. Nie spodziewała się jednak zobaczyć bliźniaczkę tuż obok punktu aportacyjnego, jednak wystarczyło jedno spojrzenie i już wiedziała, że coś jest nie tak.
- Powinnaś mi powiedzieć… - Cal z trudem powstrzymywała łzy. – Powinnaś mi o nim powiedzieć kiedy był jeszcze czas… - dodała ciszej. – Gdybym wiedziała, pomogłabym wam w ucieczce, powstrzymałabym ich. Nie wiedziałam, siostrzyczko… Przepraszam… - w tym momencie Jo poczuła, jakby ktoś wylał na nią kubeł lodowatej wody. Mówiła o Markusie. Już miała się aportować z powrotem do chatki, kiedy jej własna siostra ją rozbroiła. – Naprawdę przepraszam… - powiedziała, rzucając w jej kierunku srebrną czarkę, którą Jo rozpoznała jako należącą do Narcyzy. Zanim zdążyła spojrzeć pytająco na siostrę, poczuła silne szarpnięcie w okolicy pępka i po krótkiej chwili znalazła się w lochach domu, w którym się wychowała. Z jej gardła wyrwał się pierwotny krzyk. Była bezsilna, nie mogła nic zrobić. Lochy były zapieczętowane tak, że można się było do nich dostać tylko z zewnątrz. Wiedziała też, że skrzaty nie zareagują na jej wezwanie. Nie, kiedy to jej siostra wydała im polecenie.
Jej myśli gnały jedna za drugą, prześcigając się w tworzeniu coraz to straszniejszych scenariuszy. Zabiją ją. Ale najpierw będą go torturować. I będą kazać jej na to patrzeć. Albo co gorsza zmuszą ją pod imperiusem, żeby to ona go torturowała.
Nie miała pojęcia ile czasu minęło od kiedy jej własna siostra ją zdradziła, każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność. Nie była w stanie się na niczym skupić. Gdy spróbowała usiąść, każda pozycja była wyjątkowo niewygodna, oparcie się o ścianę też było niemożliwe, więc zostało jej chodzenie szybkim krokiem od ściany do ściany.
Aż w końcu usłyszała kroki siostry i zaraz po tym ściana się rozstąpiła, ukazując zapłakaną Caleigh. Jo już nawet nie była zła. Nie była pewna, co czuła, ale na pewno nie była zła.
- Przepraszam… - powiedziała Cal. – Przepraszam, Jo, nawet nie wiesz jak bardzo. – powiedziała, po czym przytuliła się do siostry tak, jak to robiła będąc małą dziewczynką.
- Co zrobiłaś, siostrzyczko…? Powiedz mi, co mu się stało… - wyszeptała, przyciskając bliźniaczkę mocniej do siebie, ale ta tylko zaczęła mocniej płakać i cały czas przepraszała.
- Zabiłam go… Czarny Pan chciał, żebyś go zabiła, albo zabiłby was oboje… Więc go zabiłam… - wyszlochała, a Josephine zamarła. Poczuła, jak ziemia usuwa się spod jej stóp, a świat staje się bardziej tępy. Jakby w zwolnionym tempie przyjrzała się bardziej siostrze i dopiero teraz do niej dotarło, że Cal ścięła włosy tak, że miały teraz długość identyczną do jej własnych, Miała też na sobie jej szatę do warzenia eliksirów. Jak mogła wcześniej tego nie zauważyć…?
Markus… Markus umarł, myśląc, że to ona go zabija. Widział twarz Jo, twarz swojej żony. Osoby, której ufał całym sobą. Przy której zasypiał nie mając koszmarów, którą kilka godzin wcześniej całował na pożegnanie. Myślał, że to ona go zabiła.
Gwałtownie odsunęła siostrę od siebie i spojrzała na nią z obrzydzeniem. Jak mogła… Jak mogła coś takiego zrobić…?
- Proszę, zrozum… Nie mogłam cię stracić. Nie ciebie… - z głosu Caleigh wiała desperacja, wyciągnęła ręce do siostry w błagalnym geście, ale ta nie była w stanie zrozumieć, a na pewno nie teraz.
- Różdżka… - powiedziała – Oddaj mi moją różdżkę. – poprosiła chłodnym tonem, a jej siostra wybuchła jeszcze mocniejszym płaczem, powoli wyciągając z kieszeni szaty kilka kawałków bezużytecznego teraz drewna… No tak. Jej różdżka była wyjątkowo wierna, więc rzucenie tak potężnej klątwy przez kogoś, kto nie był jej właścicielem musiało ją wykończyć. Jo zabrakło słów… Spojrzała ponownie na siostrę, dalej nie mogąc uwierzyć w to, czego właśnie doświadczyła. Zacisnęła mocno wargi, po czym bez słowa wyminęła Caleigh i skierowała się do swojej sypialni. Od kilku dobrych miesięcy miała spakowaną walizkę na wypadek nagłej ucieczki, choć miała nadzieję na to, że będzie uciekać z ukochanym.
No i większość rzeczy, które miały wartość emocjonalną i tak trzymała już w chatce, ale teraz nie mogła tam wrócić. Nie kiedy to miejsce zostało skompromitowane.
Na szczęście miała znajomych ze studiów, którzy mogli jej pomóc zniknąć z kontynentu. Bo nie miała tu po co zostać. Nie chciała brać dalej udziału w tej bezużytecznej wojnie, nie chciała nawet żyć w świecie czarodziejów; nie, gdy ten odebrał jej wszystko, co posiadała najcenniejszego. Nie pożegnała się nawet z siostrą, po prostu znikła, a dwa tygodnie później wsiadała na statek, który płynął do Australii.

*~*~*~*~*

Po dwóch latach pracy w pełnym słońcu, skóra Jo dalej nie była przyzwyczajona do nadmiaru promieni UV. Pomimo tego, że żyła jak przeciętny mugol, była w stanie uwarzyć maść, która chroniła ją przed poparzeniami trzeciego stopnia skuteczniej od dostepnych kremów. Jednak na tym jej używanie magii w życiu codziennym się kończyło. Dalej nie mogła się przemóc, żeby kupić nową różdżkę; nie po…
- Josephine! – ostry głos Amelii przeciął powietrze niczym bicz. – Kolacja gotowa! – Jo uśmiechnęła się szczerze. Drobniutka kobiecina była dla niej niczym babcia, której nigdy nie miała. Trafiła na jej ranczo niedługo po tym jak trafiła do Australii, a że Amelia nie była w stanie sama oporządzić całego gospodarstwa sama, z wielką chęcią przyjęła dodatkowe dwie ręce pod swój dach. Blondynka musiała się wiele nauczyć, bo ani w Hogwarcie, ani na Uniwersytecie nie nauczono jej jak poprawnie pielić, sadzić jadalne rośliny, jak prowadzić samochód, o pojazdach takich jak traktor nawet nie wspominając. Mając do dyspozycji magię, takie umiejętności nie były potrzebne.
- Daj mi pół godziny! – odkrzyknęła, po czym wróciła do noszenia kamieni i układania ich w coś, co za kilka tygodni miało być pięknie kwitnącym skalniakiem. W mieście wszyscy podziwiali jej rękę do kwiatów i z ochotą płacili jej za pomoc w utrzymaniu zielonych ogrodów, co przy takich temperaturach i opadach deszczu wydawało się niemal niemożliwe. Sama Jo nie miała pewności, czy rzeczywiście ma talent, czy raczej ma to coś wspólnego z faktem, że jest czarodziejką. Nie rzucała co prawda żadnych zaklęć, nie stosowała magicznych nawozów… Ale młodzi czarodzieje przecież często wykorzystywali magię w niekonwencjonalny sposób, jednak jej do młodości było raczej dalej niż bliżej.
Jak już skończyła, w końcu weszła do kuchni, gdzie Amelia kończyła już zmywać naczynia.
- Ktoś dziś o ciebie pytał… - widelec w dłoni blondynki zamarł w połowie drogi do ust. – Miał taki sam tatuaż, co ty. – pomimo tego, że było powyżej trzydziestu stopni Celsjusza, Jo miała wrażenia, jakby nagle weszła do chłodni. Znaleźli ją. – Nie martw się, powiedziałam, żeby zabierał dupę z mojego ganka, bo mu wpakuję kulę między oczy. – tu czarodziejka nie mogła powstrzymać uśmiechu. Nie zmieniało to jednak faktu, że w każdej chwili śmierciożerca mógł wrócić i w najlepszym wypadku zabić Amelię.
- Jak wyglądał? – spytała w końcu, mając nadzieję, że przynajmniej będzie w stanie zidentyfikować tego kogoś, kogo za nią wysłali, i z tą informacją zdecydować, co robić dalej.
- Brzydki jak diabli, wysoki, łysy, brytyjski akcent. Wzrok już nie ten, ale mogłabym przysiąc, że miał tatuaż wilka, który się ruszał. – dodała nieco mniej pewnie, spoglądając na Jo wzrokiem szukającym wsparcia.
- Wysoka temperatura, pewnie drgania powietrza. – kobieta uśmiechnęła się pokrzepiająco. Na jej twarzy nie było najmniejszego znaku, sugerującego, co mogło dziać się w jej umyśle. Najlepiej by było, gdyby znikła dziś w nocy, ale nie było szans, żeby udało jej się odpalić samochód bez obudzenia Amelii, a do najbliższego miasta były dwie godziny jazdy. Cóż… Przez moment biła się z myślami. Mogła wziąć rower. I tak wszystkie jej rzeczy mieściły się w plecaku, więc jakby wyjechała o północy, zdążyłaby na pierwszy autobus odjeżdżający do większego miasta. Tam będzie znacznie łatwiej się ukryć.
Dokończyła posiłek, po czym w ciszy pozmywała po sobie naczynia. Amelia siedziała przed telewizorem i oglądała jakiś teleturniej, na jedynej stacji, którą łapała antena na tym odludziu. Podobała jej się tutaj i gdyby mogła, z pewnością zostałaby dłużej, ale nie chciała ryzykować, że sama jej obecność mogła sprowadzić na kogoś niebezpieczeństwo.
Przed spakowaniem się wzięła jeszcze długi chłodny prysznic, ciesząc się każdą sekundą, bo nie wiedziała, kiedy znowu będzie miała dostęp do bieżącej wody. Samo znalezienie wszystkich ubrań, kosmetyków i szpargałów nie zajęło jej więcej niż pół godziny, ale nie mogła jeszcze wyjść, bo chciała uniknąć pożegnania z Amelią, wiedząc, że ta za wszelką cenę próbowałaby ją zatrzymać
W końcu usłyszała, jak kobieta wyłącza telewizor i wchodzi po schodach do swojej sypialni. Poczekała dobrą godzinę, od kiedy przestała słyszeć szum płynącej wody i w końcu bezszelestnie otworzyła drzwi do swojej sypialni. Brudna pościel leżała już w koszu na pranie, wszystkie półki były opróżnione. Jo wahała się, czy nie napisać listu z wyjaśnieniem, ale Amelia była na tyle inteligentna, że domyśli się, dlaczego musiały się rozstać.
Zanim opuściła miasto, profilaktycznie upewniła się jeszcze, że kilka osób widziało, jak wsiada do autobusu, w razie, gdyby śmierciożerca chciał jej dalej szukać. Tak przynajmniej skupi się na poszukiwaniach, a nie na ludziach, których zostawiała za sobą.

*~*~*~*~*

Uczta kończąca rok szkolny zawsze była zaprawiona nutką goryczy. Owszem, egzaminy się skończyły i przez dwa miesiące nie trzeba było odrabiać pracy domowej, ale przerwa od nauki oznaczała również przerwę od rozmów z przyjaciółmi do drugiej nad ranem, sobotnich ognisk, a starsi uczniowie często ronili łzy, nie mając pewności, kiedy zobaczą osoby, które przez wspólnie spędzone lata stały się rodziną.
Jo zazwyczaj bezpośrednio po posiłku chowała się w swoim gabinecie, gdzie czasami znajdowali ją uczniowie chcący jej podziękować czy wręczyć jakiś niewielki podarunek, jednak ten rok był inny. Podpierając się o ścianę ze smutnym uśmiechem obserwowała grupkę drugoklasistów, którzy obiecywali sobie, że będą codziennie do siebie pisać, i że przywiozą sobie pamiątki z wakacji, i że jak wrócą za rok to pocztówkami wykleją sobie całą ścianę w dormitorium. W trakcie tego przekrzykiwania się w końcu udało jej się złapać wzrok jednego z chłopców. Kiwnęła głową w kierunku ogrodów, po czym oddaliła się właśnie w tym kierunku. Nie musiała długo czekać, żeby usłyszeć za sobą szybkie kroki, próbujące ją dogonić, więc zwolniła odrobinę.
- Profesor Blishwick. – zarumieniony chłopiec uśmiechnął się szeroko. Jo z trudem powstrzymała się od głośnego westchnięcia. Nie bardzo wiedziała, jak mu przekazać informację o tym, że w przyszłym roku niestety się nie zobaczą. Fakt, że bardzo zżyła się z tym urwisem zdecydowanie nie ułatwiał sytuacji. Już podczas jego pierwszego roku w szkole skradł jej serce, a część kadry nawet całkiem poważnie zaczęła proponować, żeby go adoptowała. Jednak zawsze zbywała te komentarze ze śmiechem. Nie chciała w jakikolwiek sposób go skrzywdzić, a jej przeszłość wyraźnie pokazywała co się działo z osobami, na których jej zależało.
- Connor… - zaczęła w końcu, gdy usiedli na „ich” ławce pod Magnolią, której różne części kwitły w różnych porach roku.
Chłopiec widocznie coś wyczytał z jej miny, bo radosny uśmiech znikł w ułamku sekundy.
- Obiecałaś… - wyszeptał. – Obiecałaś, że mnie nie zostawisz. – dodał głośniej, a jego ton o mały włos nie złamał jej serca. Nie był smutny, nie oskarżał jej. Był zły na siebie za to, że uwierzył jej, kiedy powiedziała, że zawsze będzie mógł do niej przyjść z jakimkolwiek problemem. Że nie ważne, że poza szkołą nie czekają na niego rodzice, bo tu będzie miał przynajmniej jedną osobę, która będzie o niego dbała.
- Wiem. – powiedziała. – Nie będę próbowała wymyślić jakichś wymówek. – to nie brzmiało dobrze, ale nie miała pojęcia jak inaczej przekazać te informacje w jak najmniej bolesny sposób. – Ale wolałam, żebyś się dowiedział o tym ode mnie teraz, a nie z przemowy dyrektora na początku przyszłego roku. – dopiero teraz zwróciła uwagę jak mocno chłopiec zaciskał pięści. Pociągnął głośno nosem, a Jo w końcu nie wytrzymała i przyciągnęła go bliżej, otaczając go ramionami. – Przepraszam… - powiedziała cicho, nie bardzo wiedząc co jeszcze może powiedzieć. Miała nadzieję, że Connor kiedyś zrozumie, że jej decyzja nie miała nic wspólnego z nim, i liczyła na to, że będzie miała okazję wytłumaczyć mu dokładnie, dlaczego zdecydowała się na przyjęcie pracy w Mahoutokoro, ale nie dziś. Dziś usłyszałby tylko to, że inni uczniowie tam są lepsi i ważniejsi od niego, a tego w żadnym wypadku nie chciała, dlatego pozwoliła mu cicho szlochać w swoją szatę, od czasu do czasu odgarniając z jego czoła ciemny kosmyk włosów.

*~*~*~*~*

- Jooooooooooo!!!! Nie daj się prosić, wszyscy idziemy, nawet stary Julio. Jest święto! – brunet spojrzał na nią robiąc błagalne oczka. Pracowała w Castelobruxo przez niecałe dwa miesiące, a cała kadra już traktowała ją jak dawno zaginioną kuzynkę, która po ciężkich katuszach w końcu wróciła do domu. Ta szkoła była pierwszym miejscem od chatki Markusa, w której czuła akceptację i bezpieczeństwo. Nikogo nie obchodził tatuaż na lewym przed ramieniu, liczyło się tylko to, jaką osobą była tu i teraz. W pierwszej chwili głośni i wylewni Brazylijczycy byli niezłym szokiem kulturowym po Japonii, ale szybko to zaakceptowała.
- No dobra. Ale lojalnie uprzedzam, żeby mnie nie upijać na potęgę, bo nieświadomie przerzucam się na łacinę. – zaśmiała się, narzucając na siebie płaszcz. Nie zauważyła niebezpiecznego ognika, który pojawił się w oczach połowy kadry, która w tym momencie postawiła sobie ten sam cel.
- Się przejmujesz, w końcu jesteśmy w Ameryce Łacińskiej! – przez pomieszczenie przeniósł się głośny śmiech. Do transportu do stolicy użyli świstoklika, żeby mieć ułatwioną drogę powrotną, w końcu teleportacja i alkohol to nie było dobre połączenie.
Jo dopiero w drugim barze zdała sobie sprawę z planu innych nauczycieli, a w tamtym momencie była raczej bliżej tego stanu niż dalej. I jakiś wredny chochlik w jej głowie szeptał, żeby to wszystko pierdolnęła i wypiła te pół butelki tequili na raz, bo kto jej zabroni. Chcieli nie rozumieć tego, co mówiła – ich problem. Dlatego gdy Gabriel chciał jej wręczyć kolejny kieliszek – wyrwała mu z ręki butelkę i kilkanaście sekund później odstawiła ją tak mocno na bar, że pękła w kilku miejscach. Dała się wyciągnąć na parkiet nauczycielce zielarstwa, gdzie przetańczyła do rana.
Tuż przed wschodem słońca Gabriel wyciągnął wszystkich na dach, żeby mogli go obejrzeć razem. Niektórzy przytuleni w poszukiwaniu ciepła, ktoś siedział komuś na ramionach, a jeszcze ktoś lewitował kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią, w ogóle nie przejmując się tym, że ktoś mógł ich teraz zobaczyć.
- Jo... Powiesz nam w końcu, dlaczego odeszłaś z Mahoutokoro? – blondynka nie była pewna kto dokładnie zadał to pytanie, ale to nie miało znaczenia. I tak nie zrozumieli by jej odpowiedzi, więc opowiedziała o tym, że tamtejszy dyrektor dowiedział się o tym, że była śmierciożercą. I że dał jej ultimatum - albo sama odejdzie, albo doniesie na nią Ministerstwu. Najbardziej bolało ją to, że nie mogła pojechać ze swoim podopiecznym na Mistrzostwa Eliksirów Szkół Czarodziejskich, bo włożyła bardzo dużo pracy w przygotowanie Juna. O jego wygranej musiała się dowiedzieć z artykułu, bo jej listy były ignorowane.
Dopiero gdy skończyła zorientowała się, że jakimś cudem jej wspaniałym kolegom i koleżankom udało się poskładać jej wypowiedź, zachowując sens, a zawsze pomocna dyrektorka uzupełniała dziury. Jo spojrzała na nią oskarżycielsko, bo na rozmowie o pracę obiecała jej, że od niej reszta kadry niczego się nie dowie.
- Et tu Brute? - Tu większość parsknęła śmiechem.
- No co, sama im przecież powiedziałaś, ja pomagam tylko w tłumaczeniu. – Jo już miała coś odpowiedzieć, ale Gabriel nagle obejmujący ją od tyłu skutecznie jej to uniemożliwił, niemal miażdżąc jej płuca
- Gabe! Powietrze! Bardzo je lubię, proszę, nie zabieraj mi go! – mężczyzna owszem, rozluźnił uścisk, ale szybko dołączyła do niego reszta kadry. Ktoś gdzieś szepnął, żeby temu wspaniałemu dyrektorowi wysłać Caiporę pocztą. Ktoś inny dodał, żeby przekląć jego szaty tak, żeby śpiewały same włoskie arie. Jo nawet nie próbowała powstrzymać szerokiego uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy. Była w domu.

*~*~*~*~*

Droga Josephine,
Zdaję sobie sprawę, że mój ostatni list pozostawia wiele do życzenia, ale jesteś moją ostatnią deską ratunku. Wyrzucili mnie ze szkoły, bo jakiś bogaty dupek uparł się, że próbowałem go zabić, gdy przez przypadek dodałem sproszkowany róg dwurożca dwa etapy za wcześnie. Medycy byli w stanie go poskładać, ale jego wspaniały tatuś przekupił nowego dyrektora i tak o to wylądowałem z powrotem w sierocińcu, gdzie siostry próbują nieskutecznie znaleźć i złamać moją różdżkę. Wiesz, jakie mają podejście do magii.
A ja nie mogę tak po prostu wrócić do życia jako mugol, nie mając świadomość o całym wspaniałym świecie, który jest na wyciągnięcie ręki.
Proszę, pomóż.

Connor


- I wierzysz, że to był naprawdę przypadek? – dyrektorka spytała, oddając Jo list.
- Tak, ten chłopak nie ma złej kości w swoim ciele. – blondynka siedziała na brzegu krzesła, nerwowo przygryzając wargę. Pomimo tego, że chłopak nie odpowiadał, regularnie do niego pisała przez cały pobyt w Japonii. Zaproponowała nawet, żeby spędził z nią święta i ferie zimowe, ale Connor odpowiedział tylko raz. Oskarżając ją o to, że go zostawiła samego i z prośbą, żeby nigdy więcej nie wtrącała się w jego życie, ani nie wysyłała do niego listów. Prośbę o niepisanie uszanowała, jednak starała się na swój sposób mu pomagać. Zaczynając od niewielkich prezentów na Boże Narodzenie, poprzez opłacenie wyjazdów szkolnych, zawsze wszystko robiąc anonimowo.
Dyrektorka westchnęła ciężko.
- Niestety to nie jest nasza jurysdykcja, ale jeśli go adoptujesz i będzie mieszkał z tobą, będzie miał zapewnione miejsce w szkole. Mam znajomą w służbach socjalnych, która może będzie w stanie pomóc, ale nie wiem jakie są zasady. Umówię was. – powiedziała w końcu.
- Dziękuję, naprawdę. Dzieciak potrzebuje, żeby ktoś w niego uwierzył.
- Na twoją odpowiedzialność, Jo. – dyrektorka uśmiechnęła się ciepło – Tylko nie mów za wcześnie Gabrielowi, bo ci będzie chciał wyprawić baby-shower. Chociaż znając jego, to już pewnie przygotowuje tort z pieluch. – tu obie cicho się zaśmiały. – Wyślę ci sowę z datą spotkania, a ty załatw sobie pozwolenie na teleportację międzykontynentalną, z tym akurat nie powinnaś mieć problemu.
- Jasne. I jeszcze raz dziękuję.
- Przestań, jesteśmy rodziną. Im nas więcej, tym weselej. A teraz uciekaj, masz zaraz zajęcia. – blondynka opuściła gabinet z szerokim uśmiechem.

*~*~*~*~*

- O mój boże, czytałaś to? – spytał Gabriel, chichocząc niczym siedmioletnia dziewczynka.
- Nie. – Jo nawet nie podniosła wzroku, dalej spokojnie czytając kolejny esej. Czasami miała dość powtarzanych fraz, ewidentnie zaczerpanych z tej samej książki, ale z drugiej strony ruszyli tyłek i znaleźli tę książkę. A dziś Jo nie była w nastroju na przyczepienie się do tego.
- Moje serce w twe ręce oddaję – zaczął czytać teatralnym tonem, ukradkiem zerkając na kobietę. – Ono smutku wiele zaznało, tak długo cicho łkało… - kontynuował, a Jo nie mogła się powstrzymać. Co roku trafił się jeden, czy dwóch uczniów opanowanych hormonami, którzy nagle odkrywali, że wśród nauczycieli są przedstawicielki płci pięknej. O ile było to nieszkodliwe zauroczenie, Jo zwyczajnie ignorowała te zalotne spojrzenia, a listy skanowała pobieżnie, żeby sprawdzić, czy uczeń nie pisze do niej z jakimś problemem, a resztę zwyczajnie paliła. Przez pierwsze kilka miesięcy może nawet odrobinę ją to bawiło, ale to przecież były tylko dzieci.
- Przestań… - poprosiła, ale w jej głosie pojawił się cień uśmiechu, jednak Gabriel był znacznie bardziej zafascynowany dalszą treścią niż ona.
- Jest w moim życiu tylko jeden dzień, dzień w którym cię poznałem. – kontynuował, a Jo ze zrezygnowaniem odłożyła niesprawdzoną do końca pracę i przeciągnęła się, bo wiedziała, że nauczyciel już jej dziś nie odpuści, i w dodatku była sobota, więc na sprawdzenie reszty będzie miała jeszcze jutro. – Tylko ten się liczy, bo wtedy cię pokochałem. – dokończył i zaśmiał się perliście. – Często dostajesz taką poezję niskich lotów? – złożył kartkę do poprzedniego stanu i napił się piwa, które przyniósł ze sobą. Druga butelka stała na biurku obok Jo, ale jeszcze nie miała okazji spróbować nowego tworu kolegi; chciała najpierw skończyć to, co miała do zrobienia, ale że nie zapowiadało się, żeby mogła do zrobić w spokoju, z cichym westchnięciem okręciła nakrętkę i już miała się napić, ale poczuła znajomy, palący ból promieniujący od jej lewego przedramienia. Tak ją to zaskoczyło, że wypuściła butelkę z dłoni i szarpnięciem podciągnęła rękaw za łokieć. Czyżby…? Nie… To nie możliwe. Czarny Pan nie żyje. Jednak głębia koloru, jakim teraz się odznaczał nie mogła kłamać. Jak jeszcze parę minut temu był blady, tak teraz wyglądał jak namalowany świeżym atramentem.
Jakby wbrew tej myśli ogarnęła ją druga, znacznie silniejsza fala bólu, która mimowolnie wyrwała z jej ust cichy krzyk. Świat wokół zaczął się rozmywać. To straszne, ale miała tak silnie wyrobiony nawyk, że nawet teraz, po ponad piętnastu latach od ucieczki, jej pierwszą myślą było to, że przecież nie ma ani szat, ani maski.
Dopiero silny uścisk Gabriela na jej lewym nadgarstku przywołał ją do rzeczywistości.
- Nie dotykaj tatuażu! – powiedziała spanikowanym głosem. Co prawda, żeby przenieść się na miejsce spotkania, musiałby go dotknąć różdżką, ale żeby zdradzić ich położenie wystarczył zwykły dotyk.
- Jo, co się dzieje…? – spytał ostrożnie, delikatnie zmuszając ja do spojrzenia mu w oczy. Kobieta zacisnęła mocno wargi, jakby bojąc się, że jak wypowie to zdanie na głos, to ta sytuacja stanie się bardziej prawdziwa. – Zresztą nie ważne co, wszystko będzie dobrze. – dodał po krótkiej chwili, widząc stan, w jakim była jego przyjaciółka.
- On wrócił… Czarny Pan… - wyszeptała, opuszczając wzrok. – Czarny Pan powrócił. – powtórzyła, podciągając kolana do piersi. Była przerażona i nawet nie próbowała tego ukryć, choć nie była nawet pewna czego dokładnie się bała. Była na drugiej półkuli, jej mąż już został zabity, został jej jedynie Connor, ale o nim nie wiedział nikt z jej dawnego życia. Nie zmieniało to faktu, że miała ochotę zwinąć się w kłębek, schować w szafie i zacząć płakać.
Gabriel delikatnie otulił ją ramionami i pocałował w czubek głowy. Nie do końca to wszystko rozumiał, ale nie przeszkodziło mu to we wspieraniu Jo. Teraz nie był czas na pytania, o wszystkim porozmawiają jutro, bo wiedział, że blondynka będzie chciała uprzedzić resztę kadry. Jeżeli to, co mówił Jo było prawdą, na pewno przeczytają o tym z pierwszych stron gazet, ale jeszcze nie dziś.

*~*~*~*~*

- Jo, nie bądź zła. – wysoki brunet powiedział, wyjmując z jej rąk papierowe torby z zakupami. Była zaskoczona tym, że przyjechał tydzień wcześniej, ale nawet nie przyszło do głowy, żeby go przytulić na przywitanie, bo już zdążył jej podnieść ciśnienie pierwszym zdaniem.
- Co żeś zrobił? – spytała dość ostrym tonem, ale chłopak wiedział, że więcej w tym gry niż prawdziwej wściekłości. Jak blondynka była naprawdę zła – mogła zabijać swoim milczeniem.
- Więc pamiętasz, jak ci mówiłem, że mieliśmy na kursie tygodniowe praktyki w Mungu, prawda? – Jo tylko skinęła głową i machnęła dłonią, żeby kontynuował. – Więc znalazłem tam kogoś, kto mógłby cię zainteresować.
- A gdzie ta część, za którą miałabym być zła? – spytała otwierając lodówkę, w końcu zakupy same się nie rozpakują. Connor wyraźnie nad czymś intensywnie myślał, ale w końcu westchnął ciężko i powiedział prawdę.
- Twoja siostra jest tam stałą rezydentką od czterech miesięcy. – blondynka zamarła w połowie ruchu. Była na tyle opanowana, że przynajmniej nie wypuściła z dłoni siatki z cytrynami. W pierwszej chwili miała ochotę się wściec, ale zdała sobie sprawę, że tak naprawdę nie ma do tego powodu, co odrobinę ją zdziwiło. Przez tyle lat utożsamiała siostrę z najgorszymi chwilami w swoim życiu, ale w tej chwili zeszło to na drugi plan.
- Dlaczego jest w Mungu? – spytała w końcu, odkładając cytryny na blat. Zakupy mogły chwilę poczekać.
- Podczas drugiej wojny śmierciożercy nieźle ją potraktowali. – widać było, że Connor był spięty, jakby dalej się bojąc, że Jo zaraz wybuchnie, i jakby nie chcąc dać jej czasu na zareagowanie kontynuował nerwowo. – Pomimo tego, że nie chciała brać udziału w wojnie i aktywnie się ukrywała, ktoś ją znalazł i przez kilka miesięcy nie zobaczyła światła dziennego. Nie lubi mówić dokładnie jak ją torturowali, więc nie naciskałem, ale na początku nie była nawet w stanie siedzieć bez oparcia, a przynajmniej tak jest napisane w karcie.
- Connor. Oddychaj. Nie jestem zła. – uśmiechnęła się lekko, przykrywając jego dłoń swoją i spojrzała mu w oczy.
- W dobre dni lubi opowiadać o tobie… - dodał znacznie ciszej. O czasach przed Hogwartem, o wakacjach spędzonych na Sycylii, o tym jak wepchnęłaś do rzeki tego chłopaka, który ją ciągnął za włosy. O tym jak uparcie próbowałyście bez różdżek rzucić zaklęcie, dzięki któremu mogłybyście chodzić po wodzie. O tym jak próbowałyście uciec z domu, ale przyłapały was skrzaty.
- Czy…? – Jo nie musiała kończyć pytania.
- Nie, nie wie, że mnie adoptowałaś. – westchnął. – Mówi, że pomimo waszej matki, tamte czasy były znacznie prostsze i że tęskni za tobą. – Jo zdjęła dłoń z ręki bruneta, powoli zaczynając rozumieć, dlaczego jej o tym wszystkim mówi. Chciał, żeby pojechała z nim do Anglii i spróbowała pogodzić się z Caleigh.
- Connor… - zaczęła delikatnie, ale ten jej przerwał.
- Nie odpowiadaj od razu, po prostu o tym pomyśl. – poprosił. – W końcu minęło dwadzieścia lat, a jak nie wyjdzie – obiecuję, że do końca życia nie będziesz musiała sprzątać mieszkania, robić prania, ani wynosić śmieci. Daj jej szansę. – Jo przygryzła wargę, rozważając wszystkie za i przeciw, i po chwili skinęło głową. Tyle mogła zrobić.

*~*~*~*~*

Po całej nocy spędzonej na rozmowie z siostrą czekała ją jeszcze jedna podróż w przeszłość. Nie sądziła, że po tylu latach chatka Markusa będzie stała tak, jak ją zostawiła. Spodziewała się zastać mech pokrywający drewnianą podłogę, spróchniałe ściany, paprocie zwisające z dachu i może nawet legowisko jakichś zwierząt w miejscu ich sypialni; dlatego gdy zobaczyła znajomy kontur budynku i pomalowane na ciemnozielone drzwi, coś się przekręciło w jej żołądku; pomimo tego, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat zdążyła zaakceptować to, co się stało, niewielki procent jej mózgu spodziewał się, że usłyszy wołający ją znajomy głos, a po chwili w progu pojawi się jej mąż z szerokim uśmiechem na ustach, ale nie ważne ile by czekała, to by nigdy nie nastąpiło.
Z ciężkim westchnieniem weszła do salonu.
Ciężki kociołek dalej wisiał w kominku, dawno suche naczynia stały na suszarce, a nad blatem wisiały warkocze cebuli i czosnku, które zapletli ostatniego dnia lata. Cały dom był nienaruszoną kapsułą czasu, w której wszystko przypominało jej o tym, co cię stało, o raz o tym, jakie jej życie mogło być. Wszystkie „co by było, gdyby” uderzyły ją jedno po drugim, niemal wyciskając powietrze z jej płuc, ale tylko zacisnęła zęby i przełknęła głośno, uparcie ignorując gulę w gardle. Pomimo tego, że bolało, musiała to zrobić. Ten ostatni raz odwiedzić przeszłość, tym razem po to, żeby się pożegnać.
Na komodzie w sypialni dalej stały ich zdjęcia. Z części wesoło do niej machała ona sama, na części wygłupiali się razem, a na kilku stali bez ruchu. Te ostatnie były zrobione przez ludzi w pobliskiej wiosce podczas jarmarku, pożegnania lata i jedno w trakcie ich ślubu. Ktoś, po tylu latach Jo nie pamiętała dokładnie kto, zrobił im to zdjęcie w kościele, tuż po tym, jak Markus założył jej misternie zdobioną obrączkę na palec. Moment tuż przed pierwszym pocałunkiem jako małżeństwo, moment, w którym trzymali swoje dłonie i patrzyli sobie głęboko w oczy uśmiechając się szeroko został na zawsze uwieczniony.
Jo przejechała palcami po metalowej ramce, mimowolnie zerkając na swoją dłoń. Obrączki nie nosiła już od dziesięciu lat, ale w tamtej chwili poczuła jej ciężar na palcu, jakby jej własny umysł próbował w niej wzbudzić poczucie winy, ale tym razem jedynie się uśmiechnęła. Bardzo długo zajęło jej pogodzenie się z przeszłością, ale w końcu jej się udało. Wzięła fotografię w dłoń, po czym obrzuciła ostatnim spojrzeniem znajome wnętrze i aportowała się na skraj rodzinnej posiadłości. Było jeszcze jedno miejsce, które musiała dziś odwiedzić.
Spacer przez cały ogród minął jej szybko, choć widać było, że o to miejsce Caleigh nie dbała tak bardzo, jak o chatkę. Krzewy róż rozrosły się do przerażających proporcji walcząc o światło z dojrzewającymi malinami i agrestem Może jednak się przekona do zamieszkania w dworze? Własny ogród zdecydowanie kusił, i może nawet udałoby się jej przetransportować tu siostrę? Świeże powietrze było zdecydowanie przyjemniejsze od sterylnego pokoju w szpitalu, ale pracując w Hogwarcie nie mogła wracać codziennie do domu, a szczerze wątpiła, by któryś ze starych skrzatów domowych przeżyłby obie wojny, zwłaszcza gdy ostatnie członkinie rodu wyrzekły się wszystkiego, co się z tym rodem wiązało, a bez pomocy sama Cal by tu sobie nie poradziła. Ale zawsze mogły zatrudnić nowe skrzaty, a pielęgniarki z Munga same zaoferowały swoją pomoc w okresie rekonwalescencji.
Zanim doszła do rodzinnej krypty, ostrożnie ścięła kilka białych róż, a ciemny kamień transmutowała w niewielki wazon, który od razu napełniła wodą.
Całe mauzoleum wyglądało jakby było wykute z jednego ogromnego kawałku marmuru, skutecznie utrudniając obcym wejście do miejsca wiecznego spoczynku całego rodu. Ściany nie miały żadnych szczelin i tylko ktoś z krwią jej rodu był w stanie odkryć wielkie drzwi, które otwierały się tylko po wypowiedzeniu rodzinnego motto.
Nawet jak jeszcze mieszkała w dworze, nie odwiedzała tego miejsca, bo nie leżał tu nikt, kto był jej specjalnie bliski. Matki nienawidziła, dziadków nie znała, o wcześniejszych przodkach nawet nie wspominając, a ojciec był jej obojętny. Przez krótką chwilę nawet się wściekła, że siostra pochowała jej męża w tak doborowym towarzystwie, ale szybko zdała sobie sprawę z tego, że nie było warto.
Jo odrobinę się zawahała zanim przekroczyła próg, jakby irracjonalnie bojąc się, że zaraz spadnie na nią gniew przodków, ale tylko potrząsnęła głową odganiając od siebie te myśli. Gdy tylko postawiła stopę w środku, w pomieszczeniu zapaliły się pochodnie, oświetlając wnętrze, które pomimo tego, że było wykonane z białego marmuru, nadal sprawiało wrażenie ponurego. Brak naturalnego światła też nie pomagał, a tak przynajmniej dzięki pochodniom można było cokolwiek zobaczyć, zwłaszcza w podziemnej części krypty, ale tam Jo się dziś nie wybierała. Dziś odwiedzała osobę, która spoczywała niedaleko wejścia, po prawej stronie.
Uśmiechnęła się widząc, że Caleigh udało się poprawnie przeliterować drugie imię Markusa, co wcale nie było łatwe. Nie była pewna czy powinna coś powiedzieć, bo to przecież nie tak, że mógł ją usłyszeć, więc tylko postawiła wazon ze świeżymi kwiatami na kamiennej półeczce i przyłożyła dłoń do marmurowej płyty znajdującej się na wysokości jej oczu, starając się uporządkować to, co chciałaby przekazać, ale im dłużej nad tym myślała, tym bardziej dochodziła do wniosku, że nie potrafi znaleźć odpowiednich słów. Może tuż po byłaby w stanie je znaleźć, ale nie teraz, nie po dwudziestu latach, gdzie wszystko to, co miało zostać przekazane już zostało wypowiedziane. Jedyne słowo, które jej przychodziło do głowy to „żegnaj”, ale gdy wypowiedziała je na głos, brzmiało pusto, jakby oderwane od rzeczywistości. Oderwała dłoń od kamienia, który zdążył się nagrzać pod jej dotykiem i wyszła z mauzoleum, pozwalając ciężkim drzwiom powoli się za nią zamknąć.
To co należało to przeszłości trzeba tam było zostawić i zamiast skupiać się na tym, na co nie miała wpływu, postanowiła się skupić na przyszłości, której lwią częścią przez najbliższy czas miał być Hogwart.
 
     

Vanessa Harvin
Prof. Transmutacji | Op. Gryffindoru
Dołączył: 13 Maj 2010
Posty: 3619
Wiek: 28 lat
Krew: czysta
Pupil: sowa - Cheri, Carter (nieoswojony)
Różdżka: pióro Graniana, 12 cali, cis, mało elastyczna
Ekwipunek: różdżka
Sakiewka: 100g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 55
Z. zwykłe: 20
Z. ofensywne: 25
Z. defensywne: 20
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Wto Sie 07, 2018 10:26 pm   
   <Multikonta: Jasmine Gingers


Chce więcej ; _ ;

Akcept!
_________________


Do you now what it's like when
You're not who you wanna be?
Do you know what it's like to
Be your own worst enemy
Who sees the things in me I can't hide?
Do you know what it's like
To wanna surrender?
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strona wygenerowana w 0,57 sekundy. Zapytań do SQL: 11