Rewolucja zaklęć! Koniecznie przeczytaj!
► Poszukujemy nauczyciela Starożytnych Run!
► Mile widziani śmierciożercy oraz aurorzy!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Eliksirów!
► Trwa lekcja Transmutacji!
► Trwają zajęcia z Wychowania do Społeczeństwa!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

162
186
170
202

Czerwiec 2000r.
Pełnia: 11-13.06 (10-13.01)
Ciepłe promyki słońca przeplatają się nieustannie z deszczową aurą. Możliwe poranne mgły i pierwsze burze. W dzień ok. 18'C, w nocy temperatura spada do ok. 10'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Pokój nr 3
Autor Wiadomość

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 372
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Pon Lip 23, 2018 4:22 pm   
   <Multikonta: N.W.


Powieki ciążyły mu bardzo mocno i nie otwierał ich nawet wtedy kiedy był przekonany, że to właśnie ona wróciła do swojego pokoju. Czuł jej obecność obok siebie kiedy postawiła coś na szafce nocnej, ale mimo wszystko nie uchylił oczu i na nią nie patrzył. Nie chodziło tu o żadne udawanie, że śpi czy coś w tym guście, bo byłoby to strasznie szczeniackie, natomiast nadal ogarniało go błogie lenistwo i rozstrojenie, którego nie chciał pozbywać się tak szybko gdyż bardzo odpowiadało mu leżenie w łóżku po tak ciężkiej i nieprzespanej nocy. Na pewno nie był chory, należał do ludzi, którym nie zdarzało się chorować, a jego odporność biła na głowę zdecydowaną większość ludzi i ich przypadłości. Poza tym gorączka sama w sobie raczej nie była zaraźliwa. Tak więc nawet jeśli ona przeleżała obok niego calą noc wtulona w jego ciało i wypocająca chorobę w jego ubrania to i tak z pewnoscią nie przebiło to ochrony jaką miał na sobie i na pewno nie zmieni się to w kolejnych dniach. Dziwne, że w ogóle tak pomyślała, skoro on również wpadł do lodowatego jeziora, co więcej spędził tam więcej czasu i na dodatek jeszcze nie suszył się razem z nią przy zaklęciu, bo było mu za gorąco. Nie ruszyło go nic a nic, nie miał nawet kataru czy nie objawiła się w nim żadna chęć kichania. Teraz? Teraz był po prostu bardzo zmęczony, a co gorsza za jakieś plus minus dwie godziny musiał być z powrotem w Hogwarcie i wiedział, że za chwilę będzie musiał znieść tyłek z łóżka i sobie stąd pójść, co jeszcze bardziej zwiększało jego zatapianie się w miękkim materacu. Nie chciał sobie stąd iść, więc korzystał ile mógł z odpoczynku i regenerował swoje ciało popadając w bardzo spłyconą drzemkę, z której nie wybudziła go jej obecność mimo, że gdzieś wewnątrz walczyła z nim jego ciekawość i chęć sprawdzenia jak ona się czuje.
Poddał się dopiero wtedy, kiedy poczuł jak kotka zaczęła się gramolić z jego ciała, aby zmienić miejsce swojego snu i najprawdopodobniej zmierzając do swojej właścicielki, co było dość logiczne, zważywszy, że była do niej bardziej przywiązana. Sam fakt, że w ogóle do niego przyszła był dość interesujący, bo koty raczej chętnie nie integrują się z obcymi ludźmi, są niezależne i tak dalej, i tak dalej... względnie on był na tyle wygodnym materiałem do leżenie, że zarówno odpowiadało to zwierzętom jak i samej zainteresowanej, bo to już drugi raz kiedy zrobiła sobie z niego poduszkę. Żeby było śmieszniej o pierwszym razie w ogóle nie wiedział, natomiast również był nieświadomy faktu, że po przebudzeniu znów się na niego położyła i to całkowicie w pełni swojej ludzkiej, ślizgońskiej świadomości. Może to i dla niego lepiej.
W końcu nadszedł ten czas kiedy otworzył niepewnie jedno oko, a zaraz za nim drugie i rozejrzał się spokojnie po pomieszczeniu nie ruszając się z miejsca. Jego nogi były wyprostowane i w kostkach jedna leżała na drugiej, natomiast ręce miał splecione na klatce piersiowej i leżał tak, niewzruszony całym światem. Plecy opierały się o tylną ramę łóżka oddzielone od niej jedynie miękką poduszką, a głowę miał lekko opuszczoną w dół. I choć jego wzrok najpierw skupił się na własnym ciele, bo było to pierwsze co zobaczył po otworzeniu oczu, to jednak po chwili jego źrenice od razu dostrzegły jej obecność w drugiej części pokoju. Siedziała przy biurku, całkowicie skupiona na tym co robi. Serce podeszło mu do gardła, kiedy z wyraźną ulgą mógł stwierdzić, że wyglądała dużo lepiej niż wczoraj, ba! w zasadzie mógł pokusić się o stwierdzenie, że prsaktycznie nie było widać po niej żadnych, fizycznych śladów choroby. Opuściło go poczucie obawy o jej zdrowie, które natychmiast zostało zastąpione przez poczucie niepokoju o to, co w zasadzie się wydarzyło. Jak zareagowała kiedy obudziła się obok, a on bezceremonialnie leżał w jej łózku? Majaczyła wczoraj, więc z pewnosćią kiedy położył się, aby ją ogrzać, nie była w pełni świadoma swoich czynów. Nie było to z pewnością nic normalnego, nawet w przypadku jeśli wymagała tego sytuacja, ba! jego propozycja była wręcz nieco bezpośrednia, a wiedział doskonale, że dziewczyna nie należała do osób, które takie rzeczy przepuszczały jak przez palce. Nie zaczęła się na niego drzeć, to oczywiste, co w takim razie się wydarzyło? Zapewne wzięła całą tę sytuację na chłodno, jakby w ogóle się nie wydarzyła. Może to i lepiej?
Przyglądałsię jej przez chwilę w skupieniu, uważnie, od góry do dołu, począwszy od jej długich, ciemnych włosów opadających kosmykami wzdłuż twarzy i szyi, a kończąc na jej skupionym spojrzeniu jakie poświęcałą zapisanym kartkom. Nie wiedział nawet kiedy mimowolnie kąciki jego ust uniosły się do góry, choć po chwili potrząsnął lekko twarzą, kiedy zorientował się, że jego myśli za bardzo zapędzają się niekoniecznie w tę stronę w którą powinny. Westchnął lekko i podniósł się do siadu ponownie przeciągając swoje zastane mięśnie i zapewne skupiając na sobie wzrok calej trójki, bo przecież znów się poruszył bardziej niż samą oddychającą klatką piersiową. Musiał również znów choć trochę przetrzeć dłońmi swoją zaspaną twarz, która chcąc nie chcąc nadal odmawiała mu posłuszeńśtwa, a co gorsza przez tę drzemkę zaczęła go lekko boleś głowa. Starał się jednak tego nie okazywać, a jedyne co zrobił w tej chwili to utkwienie swojego węgielnego spojrzenia w dziewczynie, tym razem z jej zapewne pełną świadomością na ten temat. - Wyglądasz dużo lepiej, jak się czujesz? - spytał, pozwalając poddać się swojej mimice i pozwolić jej okazać, że kompletnie nie ogarnia rzeczywistości. Zmęczenie nadal brało górę, trzy godziny snu były zdecydowanie zbyt krótkie. Wilgotne włosy opadły mu na twarz, przeczesał je więc palcami tak jak ona zrobiła to zaledwie godzinę temu, ale przecież on o tym nie wiedział. Umysł podpowiadał mu, aby zapytał o coś jeszcze, ale jedyne co zrobił to zakrycie tej myśli innymi, mniej istotnymi, na które mógł sobie pozwolić w momencie kiedy na nią patrzył.
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 807
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Pon Lip 23, 2018 6:45 pm   

Pochłonięta notatkami starała się nie zwracać uwagi na leżącego na jej łóżku mężczyznę, który był aktualnie w stanie snu. Gdyby żyła w mugolskim świecie, gdzie działa wszelka elektronika, zapewne dla większego skupienia założyłaby na uszy słuchawki, aby się odciąć od świata zewnętrznego. To byłby bardzo dobry pomysł. Muzykę puściłaby całkowicie na fula i zapomniała o wszystkim. Ale to był ten mankament magicznego świata, że czarodzieje nie znali takich cudów techniki i woleli chyba nie poznać. Zwłaszcza Ci czystokrwiści, którzy w jakikolwiek sposób byli związani z Czarnym Panem i jego ideologiami nawet po jego śmierci. Musiała więc wsłuchać się w ciszę, która panowała aktualnie w pokoju, która jedynie była zakłócana niezbyt głośnym mruczeniem kota na jej nogach. Czasami dało się także usłyszeć pojedyncze krzyki studentów, którzy aktualnie wychodzili z akademika i znajdowali się po jej oknem. Zapominała, że niektórzy nie musieli się bić z okropną gorączką przez ostatnie dwa dni i mają więcej chęci do życia niż ona, zwłaszcza, że dzisiejszy dzień miał być luźniejszy dla większości studentów, przez dni otwarte ośrodka. Czyli akademik będzie tętnił życiem o wiele bardziej niż ostatnio, a przemycony do niego alkohol będzie się lał hektolitrami. Nawet ogrzyca nie będzie w stanie nad tym zapanować. Jak zresztą zawsze. Czy Betha miała ochotę się napić na przypadkowej imprezie z przypadkowymi studentami? W tej chwili jak najbardziej. Zapewne będąc osłabioną i po chorobie, alkohol kopnie ją o wiele szybciej, ale na to w sumie liczyła. Musiała zapić to co się z nią działo. Może wtedy jej przejdzie.
Nawet nie wiedziała, kiedy pochłonęła kolejną kanapkę i całkowicie oddała się swoim notatkom z ćwiczeń sprzed kilku dni. Zajęcia te jej kompletnie nie interesowały, bo były jedynie zapychaczem czasu, ale musiała pamiętać o zasadzie trzech Z: zakuj, zdaj, zapomnij, która przy większości takich przedmiotów była naprawdę przydatna. Byle tylko profesor się odwalił. Dlatego też ślęczała nad nimi jakby właśnie uczyła się o czymś tak niepotrzebnym jak mugoloznawstwo i zastanawiała się, co jeżeli wykładowcy się bardzo ostro zachoruje, na tyle, że jego organizm nie wyrobi? W końcu w jego wieku wszystko już było możliwe. Podparła zgięty łokieć na drewnianym biurku i oparła głowę na zwiniętej w pięść dłoni, drugą wciąż gładząc miękką sierść zwierzaka. Czy spostrzegła, że Chris wstał? Nie. Dopóki nie zrobił większego hałasu, była zbyt skupiona na notatkach, aby zwrócić na niego uwagę. Głównie dlatego, że tego nie chciała.
Dopiero gdy do jej uszu doszło większe poruszenie od strony łóżka mimowolnie zerknęła w jego kierunku. Widząc, że ten się w końcu przebudził, serce ją mocniej ukuło mimo, że ze wszystkich sił starała się nad tym zapanować. Jej mięśnie na twarzy jednak o wiele bardziej jej słuchały, niż ten pompujący krew. Starała się zachować zobojętniały wyraz, kiedy na niego patrzyła. Gdy spotkali się spojrzeniem, odwróciła oczy ponownie skupiając się na notatkach przed nią.
- O wiele lepiej.- odparła zgodnie z prawdą - Wolałam jednak, abyś nie był tego świadkiem.- dodała przyciszając nieco głos. Nienawidziła chwil słabości, które jej się przytrafiały. Jakby nie patrzeć była tylko człowiekiem i każdego mogłaby rozwalić choroba na którą nie miało się większego wpływu. Jej jednak od zawsze było wmawiane, że nawet podczas choroby musi zachować trzeźwość umysłu, którego ona nie potrafiła utrzymać.
- Zrobiłam kanapki. Nie jestem mistrzem kuchni, więc możliwe, że zamiast soli dodałam jakiejś trucizny, ale pojemniki nie były podpisane.- wzruszyła ramionami nawet nie kierując ku niemu swoich opalizujących oczu. W sumie, to zdziwiłaby się, jakby ktoś trzymał arszenik zaraz koło codziennych przypraw, ale w akademiku wszystko było możliwe. Zwłaszcza w tym.
Starała się skupić na swoim piśmie na białych kartkach znajdujących się przed nią, ale czując jego wzrok na sobie nie mogła tego zrobić. Rozpraszało ją to, nawet jeśli chciała to całkowicie zignorować. Mimo, że wewnętrznie cieszyła się z jego obecności przez całą noc i opieki, którą nad nią sprawował, to nie chciała się pokazywać w takim stanie absolutnie nikomu. Była bezsilna i zupełnie bezbronna. Gdyby wróg się do niej wtedy zbliżył, nawet nie musiałby w nią uderzać Avadą, a wystarczyłoby jedynie przyłożenie poduszki na twarz. Nawet nie miałaby sił, aby się bronić. W życiu się tak nie czuła. To było najgorsze uczucie na świecie i akurat Chris musiał jej podczas tego towarzyszyć. Żenujące. Człowiek za którym miała nie przepadać. Nie. Musiała go nie lubić. Dla jego własnego dobra.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 372
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Pon Lip 23, 2018 9:06 pm   
   <Multikonta: N.W.


Jego ciemne oczy obserwowały uważnie każdy jej, nawet najmniejszy ruch, każdą zmianę w spojrzeniu czy poruszający się mięsień jej twarzy. Dobrze przynajmniej, że miała na sobie ubrania i jakkolwiek by to nie brzmiało to chodziło tu o to, że w jej obecnym stanie i ilości uderzeń serca na minutę jakie miała na jego widok z pewnością były by one widoczne. W tym przypadku jednak musiał się posiłkować całkowicie ruchami jej ciała i mimiką, aby cokolwiek wywnioskować. Był mistrzem interpretacji ludzkich zachowań i potrafił też często przewidzieć co zamierzają zrobić, ale w jej przypadku było to wyjątkowo trudne. Może i on doskonale sobie z tym radził, ale ona była najwyraźniej jeszcze lepsza w ich ukrywaniu. Nie miał zamiaru się jednak poddać, nie teraz kiedy mógł wykorzystać każdą minutę, aby się jej uważniej przyjrzeć w stanie, kiedy była bardziej żywa niż wczoraj. Kamienna twarz dziewczyny jaka wstąpiła na jej oblicze kiedy tylko spojrzała w jego kierunku nie mówiła mu kompletnie nic, mimo wszystko jednak uśmiechnął się, kiedy nie wytrzymała, aby na niego spojrzeć dłużej niż kilkanaście sekund. Oho, to nie zapowiadalo nic dobrego, albo co gorsza - nie zapowiadało nic złego. O ironio. Zapewne była zażenowana sobą dzisiejszej nocy, o czym upewnił go fakt wspomnienia o wydziedziczającym ją ojcu i było jej zwyczajnie wstyd, że rozłożyła ją tak banalna choroba jak gorączka. Ach Ci ludzie i ich mniemanie o sobie, fascynujące. Widział, że ona nie ma tym razem zamiaru bawić się w wojnę na spojrzenia, tym samym przegrywając już wręcz walkoeverem ukrywanie swoich emocji. Gdzie ta pewna siebie istota, która potrafiła pieprznąć komuś z pięści w twarz bez żadnych zahamowań czy wyrzutów sumienia? Przepadła. Przez tak zwyczajną i niewyróżniającą się w tłumie osobę jak on.
Uśmiech nie schodził mu z twarzy, ba! wręcz pogłębił się kiedy usłyszał stwierdzenie, które mimowolnie po pierwszym wypuściła ze swoich ust. No tak, to oczywiste że wolałaby zdychać w męczarniach całą noc albo może nawet i kolejne dwie, byleby się tu nie pojawił i tego nie widział? uroczo. Chciałby jej powiedzieć coś na temat tego, że nie kazdy jest jej ojcem, ale tym razem odrzucił meksykańskiego diabełka spoczywającego na jego ramieniu i ustąpił pod wpływem swojej realnej osobowości. Uznał, że byłoby to strasznie bezczelne i nawet nie musiał się za bardzo powstrzymywać przed wypowiedzeniem tego, bo to przekraczalo jakiekolwiek granice jego wewnętrznej przyzwoitości. - Och już nie przesadzaj. - rzucił ot tak, po prostu nie spuszczając z nije wzroku. Nie chciał tu dodawać nic pokroju, że gdyby nie on to czuła by się nadal paskudnie i umierała w tym łózku i innych rzeczy w tym stylu, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ona to wiedziała, a teraz tylko z łatwością starała się to ukryć. Nie wychodziło jej. Tak bardzo jej nie wychodziło. On natomiast nie potrzebował żadnych podziękowań ani nic w tym stylu i tego też nie oczekiwał. Tak jak już zostało wspomniane wcześniej on nie odczuwał potrzeby jakiejkolwiek wdzięczności od kogoś i robił to całkowicie bezinteresownie, nawet jak widać kosztem własnego stanu.
Nie ukrywał nawet przed sobą (uwierzcie, karcił się niezmiernie!), że wykorzystywał fakt jej niepatrzenia w jego stronę po to, aby lepiej jej się przyjrzeć. Mógł co prawda zrobić to w nocy i zapewne co jakiś czas robił, ale teraz z pewnością mógł dostrzec większą ilość szczegółów. Teraz jednak było mu wszystko jedno, choć to bardzo złe określenie, bo na pewno nie było mu wszystko jedno, tylko nie chciał się przed sobą do tego przyznać. Patrzył jak włosy opadają jej wzdłuż pleców i zawijają się lekko na jej dłoni na której opierała głowę, na jej skupione w książce czy innych notatkach jasne oczy udające, że czyta, a tak naprawdę nie mogła się skupić i te ogniki, które ją w tym wszystkim zdradzały. Na ciemniejszy kolor jej skóry dłoń, która z wybitną dla niej delikatnościa drapała kota po głowie. Westchnął lekko, uśmiechając sie mimowolnie w jej stronę i zastanawiając się za jakie cholerne grzechy los postawił ją na jego drodze. Z zamyślenia wyrwał go dopiero jej głos mówiący coś na temat jedzenia, aczkolwiek zanim jego umysł wrócił do rzeczywistości po rozważaniach jakie go dopadły, całkowicie nie zarejestrował tej części o trutce, więc nic nie odpowiedział. Otrząsnął się z tego lekkiego transu i zwrócił wzrok na stolik nocny na którym w istocie stał talerz kanapek, choć jakby się dobrze zastanowić to dla niego bylo ich o jakieś czterdzieści za mało. Mimo wszystko miło z jej strony, że przygotoewala ich więcej z myslą o nich, może jednak była to jakaś forma wdzięczności. Przysunął się bliżej ramy łóżka wygodniej się o nią opierając i starając się nie pochłaniać kanapek jedna po drugiej, choć był lekko zdziwiony, gdy przy trzeciej bądź czwartej miał dosyć. Jego organizm był chyba na tyle zmęczony, że najadł się tymi kilkoma i nie było mu na tę chwilę potrzebne więcej do szczęścia. Ewentualnie to kwestia tego, że jego serce utknęło gdzieś w zołądku i zajmowało tam całkiem sporo miejsca. I nie, gwoli ścisłości te kanapki zatrute nie były.
Westchnął lekko przez chwilę wpatrując się w sufit bez większego celu. Musiał ogołocić swój umysł z myśli, a biała ściana górna była w tym bardzo dobrym pomocnikiem. - No dobrze. - rzucił lekko, jakby wraz z tym stwierdzeniem wszystko miało być oczywiste. - Skoro Ty się już lepiej czujesz, to chyba czas abym się zbierał. I tak się zasiedziałem. - kilkanaście godzin. - podniósł się z miejsca i zaczął obchodzić łózko. Taka była prawda, miął tu przecież przyjść, wziąć marynarkę i odlecieć. Wrócić do Hogwartu i nic by się nie stało. Ale się stało. Kucnął przy swojej odłożonej pod ściane miotle i zaczął sprawdzać, czy wszystko z nią w porządku i czy przypadkiem w międzyczasie nie dorwały się do niej koty. Ot, zwykła rutynowa kontrola. Kiedy upewnił się, że wszystko jest ok zarzucił ją sobie z powrotem na plecy i upewnił się, że wszystkie swoje rzeczy ma ze sobą. Obrzucił spojrzeniem pokój, po czym zerknął na nią i ruszył powoli w kierunku drzwi i chwycił za klamkę otwierając je. - Hm. Nie będę mówił, ze do zobaczenia bo pewnie znów pojawię się, kiedy będzie trzeba. - mruknął, uśmiechając się lekko pod nosem, o ironio.
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 807
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Pon Lip 23, 2018 10:01 pm   

Czuła na sobie spojrzenie jego czarnych jak smoła oczu i siłą umysłu starała się je odwrócić w innym kierunku, albo chociaż zignorować ten fakt, jednak uczucie, które towarzyszyło temu zjawisku było… zbyt silne. Zbyt przejmujące. Bycie obserwowanym sprawiło, że mimowolnie zaczęła się irytować i z ogromną siłą miała zamiar rzucić czymś twardym w jego kierunku i krzyknąć, aby przestał się gapić, bo zaraz mu jebnie. Naprawdę chciała to zrobić, ale nie sądziła, że będzie to dobry pomysł. A przynajmniej nie teraz. Zwłaszcza, że w tej chwili nie miała zbyt wiele siły. Chyba, że zrobi jej przysługę i sam sobie przywali. Doceniłaby to, naprawdę! Niestety nic takiego się nie stało, więc zaczęła się zastanawiać, czy ciężkie książki od ONMSu się nadadzą, aby odwrócić jego uwagę. Z zamyślenia o kilkunastu różnych przedmiotach, którymi mogła mu przywalić, wyrwał ją jego głos. Nie przesadzaj. niby nic, a jednak mimowolnie zaczęła się zastanawiać, czy w normalnych rodzinach w których rodzice otwarcie nie popierali Czarnego Pana, okazywanie słabości nie było złe. Jej ojciec przecież był mądrym człowiekiem, bardzo oczytanym i posiadającym swoje wartości i za dzieciaka naprawdę uważała go za autorytet. W końcu wychował silnego człowieka, który radził sobie w życiu nawet z największymi problemami. Voldemort, śmierciożercy, dementorzy, niezrzeszeni poplecznicy Czarnego Pana. Przetrwała to wszystko i więcej, a to głównie dlatego, że ojciec zabronił jej mieć jakiekolwiek słabości i spinać dupę przy każdym poważniejszym problemie. Szkoda tylko, że przez ojcowskie brutalne metody wychowawcze nie mogła sobie poradzić z czymś innym, czymś bardziej ludzkim. O ironio.
Spojrzała na niego dopiero później, gdy w końcu się podniósł z łóżka zwiastując to co przypuszczała. Opalizującymi oczami patrzyła jak podchodzi do miotły, aby sprawdzić jej stan. Dopiero teraz zauważyła, że miał wilgotne włosy i bardziej ogarnięte ubranie, niż jak się budziła. Czyli jak jej nie było w pokoju musiał się przebudzić. Ile czasu on spał? Kilka godzin? Z jednej strony wyglądał jakby naprawdę był zmęczony, ale z drugiej mogła się jedynie domyślać ile czasu przy niej czuwał otwierając szerzej oczy, na każdy jej gwałtowniejszy ruch. Ona sama zasnęła bardzo szybko i nawet nie pamiętała kiedy, a on? Dopiero teraz zaczęła się nad tym zastanawiać. Bardzo nieodpowiedni moment, Betha.
Zbierał się. No tak, logiczne. Przecież nie będzie tu siedział cały dzień, zwłaszcza po takiej okropnej i nieprzespanej nocy, której był świadkiem. Zapewne miał jeszcze mnóstwo zajęć dzisiejszego dnia, plus musiał się doprowadzić do porządku. Jakby nie było, był we wczorajszych rzeczach i zapewne marzył o kąpieli. Dziewczyna mimowolnie drgnęła, kiedy zaczął się przygotowywać do wyjścia i kantem oka obserwowała jego ruchy. Chciała, aby sobie poszedł, ale jednocześnie wolała, aby tego nie robił, bo jego obecność działała na nią w jakiś sposób uspokajająco. Obecność drugiej osoby była naprawdę przyjemna, nawet jeśli jest się taką okropną osobą, która nienawidziła ludzi jak Betha. Była ślizgonka mogła policzyć na palcach jednej ręki osoby, przy których czuła się dobrze i nawet jeśli temu zaprzeczała, a przynajmniej starała się zaprzeczać, to przy Chrisie było jej wyjątkowo bezpiecznie. Nie wiedziała dokładnie kiedy zaczęło to się zmieniać, ale zaczęło i napędzało się to jak koło, którego nie mogła zatrzymać Musiała jednak to zrobić. Dlatego też postanowiła podjąć takie, a nie inne kroki. Betha nie umiała, albo raczej nie chciała umieć grać w uczucia, bo ostatnio bardzo źle się to skończyło, a z całych swoich sił wolała uniknąć powtórki z rozrywki. Po co się niepotrzebnie ranić? Musiała posłuchać w tej chwili swojego mózgu, bo serce było głupie jak chuj i nie rozumiało powagi sytuacji.
Gdy przekraczał próg drzwi, chciała go instynktownie złapać za rękę i zatrzymać, jednak wiedziała, że nie może tego zrobić, bo wtedy wszystko by się skomplikowało. Jej życie w tamtym momencie całkowicie by się zmieniło, bo dopuściłaby do siebie to, co chciała zniszczyć jeszcze w zarodku. Nie mogła sobie na to pozwolić. Musiała w tej chwili przestać być egoistką, chociaż jeden pieprzony raz w życiu i pomyśleć też o dobru kogoś innego. Kogoś, kto pomimo całego zła, które wyrządziła wciąż był na tyle dobry, aby siedzieć z nią i przykładać zimne okłady do czoła. No do kurwy. Słuchała więc jego słów na pożegnanie, samej teraz nie mogąc oderwać od niego spojrzenia. I ten cholerny uśmiech. Ten ciepły, cholerny uśmiech. Zacisnęła mocniej palce w pięść i chcąc go powstrzymać powiedziała głośniej krótkie
- Chris. – spojrzała na niego jasnymi oczami, a gdy ten się obrócił w jej kierunku. Wstała od biurka zrzucając z siebie kota, który sam zeskoczył wyczuwając intencje właścicielki i podeszła do niego pewnym krokiem. Nie mogła się teraz zawahać. Stanęła na palcach zbliżając swoją twarz do jego. Smukłe palce delikatnie dotykały jego lewego policzka, czując pod sobą fakturę twardego zarostu. Przybliżyła usta do jego skóry, w odpowiednim momencie zmieniając ich kierunek, bo w pewnej chwili znalazły się niebezpiecznie blisko jego warg. W końcu musnęła jego zarośnięty prawy policzek w subtelnym pocałunku nieświadomie go przeciągając. Chwila trwała może kilka sekund, ale dla niej i jej latającego jak głupie serca, mogła się zatrzymać już na zawsze.
- Dziękuję. – szepnęła mu do ucha, czując, że serce jej się zatrzymuje. Wróciła w końcu na pełne stopy i rzucając mu ostatnie, krótkie spojrzenie, zniknęła zamykając za sobą drzwi do pokoju. To miała być jej ostatnia chwila słabości na jaką sobie pozwoliła.
Nie wiedziała, czy sobie poszedł, czy wciąż tam stał, jednak zaraz po zatrzaśnięciu się drzwi oparła się o nie plecami czując swoje walące serce. Zamknęła oczy wbijając sobie paznokcie w wewnętrzną część dłoni karząc się za tak głupie zachowanie. Mogła się powstrzymać, a jednak zachowała się tak jak zachowała.
- Idiotka.- skwitowała cicho zjeżdżając plecami po drewnianych drzwiach dopóki nie znalazła się na ziemi. Oparła o nie także tył głowy czując wgapiające się w nią spojrzenie dwóch par kocich oczu. Miała wrażenie, że ją oceniają za to co zrobiła, więc spuściła wzrok. Głupie koty. Niemagiczna kotka podeszła do właścicielki układając się przy jej boku, a Betha objeżdżając cały, pusty pokój spojrzeniem, zatrzymała się na marynarce wciąż leżącej na fotelu o której ten znowu zapomniał. Cholerna marynarka. To przez nią się tutaj znalazł, a teraz znowu jej nie wziął. Poczuła jak ogarnia ją dziwne poczucie żalu i wkurwienia, ale wiedziała, że musi tak postąpić jak zamierzała. Westchnęła zrezygnowana pod nosem. To tyle. To miał być ostatni pozytywny akcent tej relacji. Teraz należało wrócić do rzeczywistości i wzajemnej niechęci. Najlepiej w takim tempie jak zerwanie plastra. Szybko i jak najmniej boleśnie.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 372
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Pon Lip 23, 2018 11:41 pm   
   <Multikonta: N.W.


Czuł, że miotła ciąży mu na plecach bardziej niż zwykle i nie wiedział, czy była to kwestia zmęczenia czy faktu, że wcale nie chciał wychodzić. Ale co z jego chęci, skoro po prostu wypadało się już stąd zwinąć. Ona była już w pełni świadoma i przede wszystkim czuła się dobrze - nie groziło jej omdlenie ani nic podobnego, co mogłoby ją skazać na gorsze konsekwencje. Poza tym na szafce nadal leżał eliksir, którego nie dopiła do końca, a z pewnością jeśli to zrobi polepszy się jej jeszcze bardziej. Będzie musiał wysłać April sowę z podziękowaniami, że mimo wszystko jej specyfik przydał się bardziej niż zakładał i może nawet zasugeruje jej zmianę profesji z wróżbiarstwa na pracę w skrzydle szpitalnym jako pielęgniarka.
Klamka była zimna, nie chciał jej nacisnąć. Tak samo jak nie chciał tego zrobić kiedy tu wchodził. Serce biło mu nieco mocniej, a on bił się z myślami bardziej niż na pamiętnym pojedynku kilka lat temu. Westchnął lekko i nacisnął ją, otwierając drzwi i w tym samym momencie słysząc zdrobnienie swojego imienia wypowiedziane przez nią. Odwrócił sie mimowolnie, bo nie chodziło tu tylko o to, że zwyciężyła ciekawość, ale także coś innego. Coś, do czego nie bardzo chciał się otwarcie przyznawać. Ciemne oczy znów spotkały się z jasnymi i kiedy ruszyła w jego stronę kompletnie go zmroziło, wszystkie mięśnie spięły się jednocześnie jak na komendę. Nie wyjął nawet rąk z kieszeni, bo nie wiedział co za chwilę się stanie. Prędzej spodziewałby się jednak kolejnego lepa w twarz za swoją wczorajszą bezczelność, niż to, co się wydarzyło. Była zbyt blisko, puls przyspieszył mu jeszcze bardziej ocierając się o swoją górną granicę wytrzymałości zanim pojawi się u niego stan przedzawałowy. Jej delikatny dotyk był wbrew pozorom pobudzający, zważywszy że on w tym momencie nie był zbyt trzeźwo myślący i w pełni sił, a kiedy jej wargi zbliżyły się i pocałowała go w policzek coś w nim pękło. Patrząc przez chwilę przed siebie skierował wzrok na nią, a jego twarz pozostawała zastygnięta w jednej postaci bez żadnych oznak jakiegokolwiek poruszenia mięśni. Dziękuję. odbiło się w jego uszach jak dzwony i nie zdążył zareagować, kiedy drzwi zamknęły się mu przed nosem, odgradzając ich oboje zanim zadzieje się coś więcej. Mimowolnie jego ręka powędrowała w miejsce, gdzie przed chwilą były jej wargi i w lekkim szoku palce przejechały po tym miejscu jakby próbując dokładnie zanalizować co się wydarzyło. - Nie ma za co. - mruknął do siebie potrząsając głową i próbując się ogarnąć. Wpatrywał się jeszcze przez chwilę w drewniane drzwi i po chwili oparł się o nie głową próbując zarejestrować co się stało. Co tu się wydarzyło. To nie było normalne, to nie było zwyczajne.
Odsunął się jednak od skrzydła drzwiowego i stanął na środku korytarza. Spojrzał w sufit biorąc głęboki wdech i odwracając się w kierunku schodów. Przypomniał sobie jednak w porę, że na dole leży cerber, święcie przekonany że go tu już nie ma. Odwrócił się więc na pięcie i zdjął z pleców miotłę, ruszając w stronę korytarzowego okna i wyskakując przed nie wskoczył na Czarną Strzałę wystrzeliwując przed siebie zanim emocje pociągną go do powrotu, otworzenia tych drzwi i zrobienia głupoty w tych całych emocjach które teraz nim targały. Będąc już jednak dość daleko, kiedy wiedział, że nie ma powrotu przypomniał sobie o jednej rzeczy.
Zapomniał marynarki.
[zt]
_________________
 
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 372
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Sob Lis 17, 2018 7:10 pm   
   <Multikonta: N.W.




Śnieżnobiała płomykówka obniżyła lot przelatując ponad rozległymi ogrodami Uniwersytetu Flamela. Wszystkie znajdujące się tam ptaki natychmiast, w jednym momencie ucichły, obawiając się nadlatującego drapieżnika. Tym razem jednak sowa nie zwracała na nie uwagi, mając do spełnienia bardzo ważną misję, nie tyle istotną dla niej, co dla jej właściciela. Oczywiście nie leciała aż z Kanady, bo na okres wyjazdu Christophera była stawała się jedną z wielu mieszkanek sowiarni. I choć tę decyzję skwitowała ogromnym fochem i woohoochnięciem grozy w kierunku Kanadyjczyka, to teraz jednak ona była tą, która dostarczała arcyważną przesyłkę.
Delikatnie, z należytą gracją skręciła w kierunku drugiego budynku, będącego domem mieszkalnym dla większości studentów i nazywanego potocznie akademikiem. Machając uprzednio kilkukrotnie skrzydłami, zgrabnie wylądowała na jednym z parapetów, a niewielka paczuszka zwisała z jej dzioba, kołysząc się to na lewo, to na prawo… niczym wahadło. Ptaszyna stuknęła delikatnie w szybę, to raz, to drugi, spodziewając się jakiejkolwiek reakcji ze strony odbiorcy. Ta jednak nie nastąpiła. Zahukała więc donośnie, ponawiając próby dostania się do wewnątrz. W końcu skrzydło okienne ustąpiło i otworzyło się z lekkim odgłosem skrzypienia starego zawiasu. Sowa natychmiast wleciała do środka upuszczając paczkę na łóżku, kiedy tylko zorientowała się, że jej wybawcą z całonocnego bądź dłuższego oczekiwania był kuguchar, z wyrazem pyska wyrażającym nie mniej nie więcej, że właśnie przybyło drugie danie. Sowa jednak nie mając zamiaru zostać posiłkiem, zgrabnie wyminęła napastnika i pomknęła przed siebie do domu. Nie szczędząc sobie oczywiście gromkiego ohoohania go na odchodne.
Paczka nie była duża, może nieco podłużna, ale na pewno lekka. Owinięta bardzo dokładnie szarym papierem. Na niej znajdowała się jaśniejsza koperta, oznaczona stemplami Kanadyjskiej Poczty Magicznej, a całość była obwiązana zieloną wstążką, zwieńczoną estetyczną kokardą na górze. Data nadania oscylowała na dwa dni od zakończenia studniówki. Gdzieś obok tego wszystkiego zwisał sobie niewielki blankiecik, na którym napisane były słowa „Nie otwieraj zanim nie przeczytasz.”, ale nadawca – choć miał nadzieję – to jednak wątpił, że wszystko pójdzie po jego myśli. O ile w ogóle przesyłka zostanie otwarta.
W kopercie znajdowały się dwie kartki pergaminu, jedna zapisana zaledwie do połowy, druga praktycznie w całości. Zgrabne, dość eleganckie pismo zapisywało kolejne linijki, w niektórych miejscach tracąc swą finezję, jakby właściciel pióra przeżywał chwile zwątpienia.

Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---


W środku zawiniętej papierem paczki znajdowała się średniej wielkości, około trzydziestocentymetrowa maskotka łosia. Klasyczna, dziecięca przytulanka do snu. Z całą pewnością nie była nowa, ale zadbana i przeszyta zapachem sosnowego lasu. Natomiast jeśli chodziło o drugą kartkę, to ta, choć pisana z pewnością tym samym pismem, przedstawiona była w zupełnie innej sekwencji.

Ukryta Wiadomość:
Jeśli jesteś *zarejestrowanym użytkownikiem* musisz odpowiedzieć w tym temacie żeby zobaczyć tą wiadomość
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---


_______________________________________________________________

Wyskoczył z łazienki jak oparzony, w połowie drogi zakładając jeszcze jakąkolwiek koszulę i będąc święcie przekonanym, że jest zapięta krzywo, ale nie miał, ba! nie chciał tracić czasu na jej poprawne zapinanie. Chciał jak najszybciej wskoczyć na miotłę i pomknąć w kierunku tego cholernego uniwersytetu, żeby ją zobaczyć. A w każdym razie spróbować. Szczerze mówiąc nie miał nawet pewności, czy akurat tam była – jedyne co wiedział to fakt, że nie ma jej aktualnie w Hogwarcie, a skoro nie ma jej tu… to zapewne jest w akademiku albo gdzieś na terenie Flamela. O jej wyprawie przecież nic nie wiedział, a poza tym zdążyła wrócić zanim w ogóle się zorientował, tak więc raczej nie będzie jej szukał na wschodnioafrykańskich wyspach. Szybkie włożenie bawełnianego materiału koszuli w spodnie, zapięcie paska i przeczesanie jeszcze wilgotnych od prysznica włosów. Naprawdę się spieszył, a w tym wypadku czas to nie pieniądz. Czas to coraz większa tęsknota i wzrastająca niepewność co do tego co miało się stać. Upewnił się, że ma przy sobie wszystko co miał ze sobą zabrać i spojrzał na siebie w lustrze.
Jednak trzeba poprawnie zapiąć te guziki.
Wiatr zmierzwił mu włosy kiedy wyskoczył przez okno na miotle, obierając kierunek ku akademikowi. W zasadzie nie wiedział dokąd tak naprawdę lecieć, ale jeśli obstawiał dwa miejsca, to miał pięćdziesiąt procent szans na to, że trafi - a były to całkiem niezłe szanse. Przyspieszył do maksymalnej prędkości, nawet nie rozglądając się wokół siebie, nie obserwując widoczków i nie analizując nic po drodze. Serce biło mu szybciej, a i czuł, że jego oddech przyspieszył, a on cały ze stresu zaczyna się pocić. Nie miał pojęcia co go czeka, nawet nie wiedział czy jego przesyłka dotarła zgodnie z planem, ba! czy w ogóle została otwarta, przeczytana, a i czy coś wskórała. Musiał się przekonać. Czarna strzała skręciła nagle, kiedy tylko na horyzoncie pojawiły się znajome budynki, a on sam nie skierował jej do okien, tylko jak kulturalny człowiek wylądował pod drzwiami i wszedł do środka, nawet nie przejmując się tym czy mroczna portierka go zauważy i zwróci na niego uwagę. Pozostawiłby jej krzyki daleko w tyle, bo i tak by go nie powstrzymała.
Deski zaskrzypiały pod jego ciężarem, kiedy przemierzał stopnie skacząc co drugi, a kiedy dotarł pod znajome drzwi przez chwilę się zawahał. Chwilę czyli jakieś dziesięć minut.. nie wiedział, czy powinien wejść, czy tylko zapukać, bo choć niby jakiegokolwiek zasady kultury nakazywały zrobić to pierwsze i poczekać na pozwolenie, to jednak chciał zrobić to pierwsze. Jak najszybciej. W końcu jednak westchnął ciężko i choć naciśnięcie klamki poprzedziło krótkie pukanie, to jednak odstęp między nimi nie trwał zbyt długo. W zasadzie nie było go wcale.
Lekkie skrzypienie drzwi zwiastowało jego przyjście, a i oznaczało, że dziewczyna była w środku. Nie miała współlokatorek, a raczej wątpił, że zapomniała zamknąć drzwi po swoim wyjściu, więc było to jednoznaczne. Postąpił krok do przodu i stanął tuż za framugą, aby – choć chcąc rozejrzeć się po pokoju, to nie mieć takiej możliwości – jego wzrok spoczął na sylwetce Ślizgonki, która również wpatrywała się w niego tym swoim czujnym spojrzeniem niebieskich oczu. Co prawda ogarniał się dość niedawno, ale był tak zmachany tym spieszeniem się, że z pewnością wyglądał nieco gorzej niż przed wyjściem ale przynajmniej koszulę miał zapiętą równo!.
W ogóle nie przemyślał, co miał powiedzieć, bo w sumie nie spodziewał się, że ze znalezieniem jej pójdzie mu tak łatwo. Mowy powitalnej nie przygotował bo… ponownie w grę wszedł pośpiech. No dalej cesarzu uczuciowości, hrabio emocjonalności i casanovo podrywu. Powiedz coś.
- Umm. Cześć. – mruknął.

_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 807
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Sob Lis 17, 2018 7:31 pm   

Tydzień niekończącego się pecha.
Poczynając od końca studniówki o której wolała nie myśleć, równo przez następne siedem dni, jej szczęście toczyło się ku upadkowi. Kłótnia ze swoim partnerem była zaledwie początkiem następstw złych wydarzeń, którym przyszło jej stawić czoła. Pojawienie się sowy tego samego wieczora od profesora ONMSu zwiastowało kłopoty, w które wpakowała się bez większego zastanowienia. Tym razem te kłopoty nazywały się: Madagaskar i były one oddalone o koło dziesięć tysięcy kilometrów od Hogwartu, a także miały schowaną niespodziankę, której większość osób wolałaby nigdy nie spotkać. Nikt normalny nie zgodziłby się na taki wyjazd z dnia na dzień, zwłaszcza, że bynajmniej nie był to miły wyjazd na wakacje, gdzie czekała ją plaża, kolorowe drinki i przystojni, pół-nadzy kelnerzy wypełniający jej szklankę, kiedy tylko stawała się pusta. W grę wchodziła o wiele większa i bardziej niebezpieczna stawka. Smok. Norweski Kolczasty dokładniej mówiąc. Każdy by odmówił. Carter jednak wiedział, że Betha nie jest każdym. Ona jest ukrytym masochistą samobójcą z zamiłowaniem do podróży, gdzie może stracić życie i przy okazji zobaczyć magiczne, rzadkie stworzenie. Wystarczył jej jeden wieczór na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i wyruszenie w podróż następnego ranka. Już pierwszego dnia na własnej skórze poczuła jak bardzo złą decyzję podjęła. Została poobijana, porwana, postrzelona, przetrzymywana, przypalana, wygłodzona i na skraju wytrzymałości fizycznej, a to wszystko po to, aby stawić czoła kłusownikom i magicznemu zdrajcy, którzy chcieli smoka i jego jaj. Na szczęście ona jak i Carter zdołali we dwójkę pokrzyżować plany przeciwnikom, uratować smoka oraz jego potomstwo, odstawić je do rezerwatu i szczęśliwie wrócić do Szkocji. W końcu. Obydwoje byli wykończeni fizycznie i psychicznie poprzez stawianie ciągłego oporu pogodzie, kłusownikom, roślinom i stworzeniom – magicznym oraz tym, które nie zaliczały się do magicznego środowiska, ale świadomość powrotu skutecznie podtrzymywała ich przy życiu. Betha wielokrotnie myślała o swoim łóżku przez ostatnie sześć dni. Łóżku, które jest wygodne, nie jest prowizorycznym śpiworem i nie przemaka leżąc na ziemi przesiąkniętej wodą deszczową. Marzyła o ciepłej wodzie, normalnej łazience, dachu nad głową i poczuciu bezpieczeństwa, którego nie czuła od czasu opuszczenia Hogwartu. I nie chodziło tu tylko o rzeczy, ale też o ludzi, których zapewne dzisiaj już nie zobaczy. Dzisiejszego wieczora mogła jednak do wrócić do swojego pokoju i jedynie ta myśl trzymała ją z dala od wyrwania tchawicy Carterowi w Zakazanym Lesie za to, że tydzień temu pomyślał o wzięciu ją ze sobą. Jeszcze kiedyś to zrobi.
Tydzień nieobecności. Siedem dni, które miały jej się dłużyć, minęły niesamowicie szybko. Kto by pomyślał, że widniejąca każdego dnia wizja śmierci tak bardzo przyspieszy czas, że nawet nie dostrzeże jego upłynięcia. Wciąż pamiętała jednak, że jeszcze nikt na nią w domu nie czekał, bo najważniejsza osoba była oddalona o kolejnych kilka tysięcy kilometrów od niej. W tym się nic nie zmieniło, ale jeżeli plany Chrisa również nie uległy zmianie, to niedługo powinien wracać do domu. Do niej. Z jednej strony cieszyła ją ta myśl, ale z drugiej, w głowie wciąż miała ich rozstanie na dziedzińcu w dniu pamiętnej studniówkowej nocy. A ty, mam nadzieję, ochłonęłaś i przywitasz Verendala jak należy po powrocie. Właśnie. Rozmowa z Raylene trochę jej rozjaśniła myśli, ale jej ślizgońska upartość była wyjątkowo odporna na logiczne ataki z zewnątrz. Nie zmieniało to jednak faktu, że taki okres czasu bez jakiegokolwiek kontaktu z nim, był cholernie bolesny i irytujący. Nawet jeśli była zawiedziona i zła. Pobyt na Madagaskarze miał jednak jakieś pozytywne efekty, bo skutecznie wyplenił jej negatywne myśli i podczas każdej kolejnej nieprzyjemnej sytuacji i momencie, gdzie była blisko śmierci, skupiała się na Chrisie i fakcie, że nie chce go zostawiać, nie teraz, kiedy pomimo sprzeczek, pojawił się w jej życiu i wniósł do niego coś, czego szukała od tak cholernie długiego czasu.
Akademik. Weszła w końcu do pokoju, gdy dwa kotowate przybiegły jej na przywitanie. Merlinie, zwierzęta, które nie chcą jej pożreć, zabić, czy otruć. Dziewczyna delikatnie pogłaskała dwójkę pupili, chwytając centkowaną kocicę w ramiona. Raylene odwaliła kawał dobrej roboty nie zabijając żadnego z jej podopiecznych i opiekując się nimi należycie. Wyglądały zdrowo, a to było najważniejsze. Dziewczyna zrzuciła torbę gdzieś w kąt już nie mogąc na nią patrzeć i dopiero po chwili zauważyła niewielką paczkę na środku swojego łóżka. Podejrzliwie rozejrzała się po pokoju, jakby zastanawiając się, czy nadawca znajduje się w pomieszczeniu, ale nikogo poza nią i jej małym zwierzyńcem tu nie było.
- Co to jest, Ariana? Wpuściłaś tu coś? Ty?- spytała kocicy wypuszczając ją z objęć na łóżko. Chwyciła niewielki blankiecik przyczepiony do pakunku i już wiedziała od kogo była przesyłka. Stemple Kanadyjskiej Magicznej Poczty były jedynie potwierdzeniem jej przypuszczeń. Mimowolnie jej serce zabiło szybciej na samą myśl o nadawcy za którym tak cholernie tęskniła. Nie wiedziała, czy to ze stresu, czy raczej z radości, że przysłał jej wiadomość. Jakąkolwiek. Jak długo tu leżała? Westchnęła pod nosem puszczając karteczkę. Za chwilę. Podeszła do szafy z czystymi ubraniami, bo te, które miała na sobie należało już tylko wyrzucić i chwyciła czarną halkę, którą zamierzała ubrać po kąpieli. Najpierw się umyje. W gorącej, czystej wodzie. Tak. To brzmiało dobrze, zwłaszcza, że godzina już była całkiem późna, a ona wyglądała jakby wróciła ze środka Madagaskarskiej dżungli. Och, wait.
Szybki prysznic, gorący, bo deszczówka na wyspie była wyjątkowo orzeźwiająca i jak na razie miała dosyć tej lodowato niskiej temperatury wody. Zmyła z siebie cały brud, który na niej zalegał, szorując każdy skrawek ciała bardzo dokładnie. Błoto, piach, pot, pył, brud, krew, jakieś dziwnie części roślin, które przyczepiły się do jej skóry i znajdowały w dziwnych miejscach. Wszystko znikało pod bieżącą, gorącą wodą, która opływała jej ciało i przy okazji rozluźniała napięte, obolałe mięśnie. W końcu przestała się czuć brudna. Nie wiedziała jak długo pozwalała wodzie spływać po jej skórze, ale stała tam dopóki cała łazienka nie została zaparowana. Zakręciła kurek z wodą i otworzyła zasuwane drzwi prysznica wypuszczając do środka łazienki jeszcze więcej pary, która niemalże natychmiast osadziła się na lustrze i reszcie mebli. Przetarła dłonią lustro, aby móc się w nim przejrzeć. Otarcia, bruzdy, rozcięty łuk brwiowy, powoli zasklepiające się rany i siniaki na jej ciele wcale nie poprawiały jej humoru, ale przynajmniej uratowali smoka i jego potomstwo. Misja wykonana, nie? Spojrzała na swoją nogę, która w dalszym ciągu ją bolała i przejechała palcami po lekko wilgotnej skórze w miejscu prowizorycznego przypalenia rany wlotowej. Zapewne gdyby tego nie zrobili, wykrwawiłaby się. Teraz żyła, ale miała na udzie niezbyt ładną, wciąż bolącą bliznę przypominającą jej o niebezpiecznej wyprawie. Pamiątka na całe życie. Wystawi Carterowi rachunek za Raylene i jej profesjonalne usługi, bo na pewno jutro się do niej wybierze. Albo za dwa dni, ewentualnie zapomni o tym i przypomni jej się za trzydzieści lat. Tylko najpierw się wyśpi w ciepłym i wygodnym łóżku, które już na nią czekało. Dziewczyna osuszyła na szybko włosy za pomocą magii i ubrała czarną, koronkową halkę w której zwykle spała. Teraz jak już była czysta, mogła zainteresować się tajemniczą przesyłką, która przeleżała tu nie wiadomo ile dni.
Wyszła w końcu z łazienki i lokalizując wzrokiem pakunek, usiadła na łóżku, aby ująć w dłonie kopertę dołączoną do przesyłki. Nawet ona pachniała orzeźwiająco. Wyciągnęła z niej dwa złożone pergaminy zapisane eleganckim, męskim pismem. Pierwsza kartka. Czytała kolejne słowa, które układały się w poszczególne zdania, a z każdym kolejnym, jej serce zwalniało tempo bicia. Przełknęła niemo ślinę, aby pozbyć się niechcianej guli, która rosła jej w gardle, a jej wzrok zatrzymał się na podpisie nadawcy listu. Cholerny Verendal. Nawet zwykły podpis wprawiał ją w zakłopotanie i pozytywne odczucia na temat jego osoby. Wystarczyło tylko to, aby od razu poczuć się lepiej. Jak bardzo go to męczyło, że wysłał jej list aż z Kanady? Jak bardzo była głupia, że zrujnowała tamten wieczór? Jak bardzo dało się tego wszystkiego uniknąć? PS. Opiekuj się dobrze Panem Kopytkiem. Dopiero po przeczytaniu dopisku, jej jasne oczy zwróciły się w stronę szarego papieru, który był owinięty wokół… bliżej niezidentyfikowanej rzeczy. Dziewczyna chwyciła za pakunek, delikatnie rozrywając papier, dopóki jej oczom nie ukazała się maskotka przedstawiająca łosia. Na jej twarz wpełzł uśmiech rozbawienia, gdy poczuła pod palcami przyjemny materiał maskotki.
- Idiota.- mruknęła sama do siebie w momencie, gdy kotka rasy Savannah kładła się obok na odrzuconym przez nią papierze do pakowania. Wpatrywała się jeszcze przez chwilę w średniej wielkości zabawkę, aby przytulić ją do serca i chwycić drugą dłonią za kolejną kartkę pergaminu. Wypunktowana lista faktów wprawiła ją w lekki szok i niewymowne wzruszenie. Czytała ją bardzo dokładnie, zapamiętując każde zapisane słowo. Grayson. Urocze. Fort McMurray. Pół stopnia Celsjusza? Umarłaby tam. Annabeth. Siostra, która jest starsza od niej. O nie. Quidditch. Mistrzostwa świata? To wiele wyjaśnia. Blizna. Wpadł w trybunę. Na Merlina, jakim cudem on jeszcze żyje… Studia. Ugh, przeklęte mugoloznawstwo. Gazety. Chyba naprawdę musi wziąć te wszystkie czasopisma i przeczytać dział o celebrytach, bo najwyraźniej z nich się dowie wielu ciekawych rzeczy. Dziki, młody łoś. Naprawdę, jak ty przeżyłeś do swojego wieku? Każdy z tych dziewięciu punktów wzbudził w niej różne emocje, ale to przez ostatni, dziesiąty, jej serce się zatrzymało całkowicie, łącznie z oddechem. Pojedyncza, zupełnie nieplanowana łza zakręciła się w jej oku, a ona wpatrywała się w końcowe zdanie listu nie wiedząc jak długo. Wciąż przyciskając maskotkę do serca, niekontrolowanie zacisnęła na niej mocniej palce.
Zakochałem się w Tobie po uszy i mam nadzieję, że mi wybaczysz. Niech Cię szlag, Verendal.
Nawet nie usłyszała zgrzytu otwieranych drzwi. Dopiero, gdy poczuła na sobie czyjś wzrok, podniosła spojrzenie, usuwając z niego resztki jakiegokolwiek wzruszenia, na wypadek, gdyby miała do czynienia z kimś obcym. Stare przyzwyczajenia brały górę w momencie zaskoczenia, zwłaszcza po ostatnich przejściach na Madagaskarze. W drzwiach zobaczyła stojącą, wysoką sylwetkę mężczyzny. Doskonale jej znanego mężczyzny. W ciszy mierzyła się z nim wzrokiem, a w pokoju zapanowała całkowita cisza. Zdawało się, że nawet wiatr za oknem przestał wiać, nie chcąc zakłócać tego momentu.
Wrócił. Wróciłeś.
Nagle przypomniała sobie jak się oddycha. Całe zmęczenie uszło z niej momentalnie. Poczuła jak wypełnia ją nowa energia, taka, której nie czuła przez cały tydzień. Zerwała się z łóżka i pobiegła w jego kierunku szybko pokonując dystans dzielący łóżko i drzwi wejściowe. Gdy znalazła się dostatecznie blisko, zgrabnie skoczyła, rzucając mu się na szyję i instynktownie owijając się nogami wokół jego bioder, bez słowa, bezceremonialnie wpiła się w jego usta za których smakiem się tak cholernie stęskniła. To była gwałtowna, paląca potrzeba. Nie była zła. Wszystkie negatywne emocje dotyczące tamtego wieczoru uleciały z niej już na wyspie, a jak tylko go zobaczyła po tym nieszczęsnym tygodniu przerwy, była pewna, że nie miały one żadnego znaczenia. W tej chwili liczyło się jedynie to, że wrócił. Czule i z nieukrywaną tęsknotą łączyła ich usta w namiętnym pocałunku, zaprzestając dopiero po dłuższej chwili. Łapiąc oddech, styknęła się z nim czołem, kładąc mu prawą dłoń na policzku.
- Przepraszam, Chris. Przepraszam, za zrujnowanie tamtego wieczoru.- mruknęła, w końcu wyrzucając z siebie to co leżało jej na sumieniu od czasu studniówki. - Za zachowanie się jak skończona idiotka. - i nawet jeśli wcześniej zaprzeczał, ona uważała zupełnie inaczej. - I za to, że po tym wszystkim nie wróciłam.- Do niego. Do tego cholernego gabinetu, aby zakończyć rozmowę przed jego wyjazdem do Kanady. Aby położyć się razem do łóżka i mimo wszystko zasnąć obok siebie. Kłóćcie się ile chcecie, niech latają talerze, ale nigdy nie kończcie dnia bez zgody, co? Może wtedy ten wieczór można byłoby zaliczyć do neutralnych, a nie całkowicie beznadziejnych. Przez siedem dni wyrzucała sobie, że nie przełamała się i nie stanęła w drzwiach do jego pokoju. Powinna zawrócić. Przecież zawsze miała wracać.

_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 372
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Nie Lis 18, 2018 12:24 am   
   <Multikonta: N.W.



Cały tydzień czekał na tę chwilę, cholerne siedem dni, gdzie każdego dnia odliczał – i mało by brakowało aby wręcz skreślał na ścianie dłutem – mijające godziny, minuty i sekundy aby się tu pojawić. To nie tak, że nie chciał być w domu, z rodziną i spędzić z nimi tego czasu, ale perspektywa pozostawienia ukochanej osoby i to w dodatku w takim momencie, w którym sprawy pozostały nierozwiązane czy też niedopowiedziane – dla niego praktycznie nie wchodziło w grę. Musiał – bo obiecał. W innym przypadku odłożyłby to o dzień, dwa, byleby tylko cała konfliktowa sytuacja stała się na tyle klarowna, że bez większych wyrzutów sumienia mógłby wyjechać. Kochał momenty, w których mógł siedzieć z rodziną, wspólnie bawić się i rozmawiać na tematy egzystencjalno-błahe, ba! nawet po tym pierwszym dniu, kiedy jego pierwsza fala irytacji się zakończyła, to kolejne mijały w dużo przyjemniejszej atmosferze. Co prawda fala prób wyjęcia z niego co większych szczegółów kończyła się zwykle fiaskiem, ale w płytkim znaczeniu słowa „spowiedź” wszyscy dowiedzieli się choć podstawowych informacji na temat jego partnerki i zdecydowanie nikomu nie przeszkadzał fakt, że była młodsza niż Annabeth. W końcu to Kanadyjczycy, dopóki nie była, hehe, śmierciożerczynią to chyba nic nie było ich w stanie zaskoczyć czy też przerazić, a już na pewno nie skreślać tego związku. Halo! Ich syn miał kobietę, którą naprawdę kochał, przy której imienia wypowiadaniu był bliski rumienienia się, a i odpłynięcia gdzieś daleko. Czemu mieliby to psuć? Wszystko opowiadało się za tym, aby żyli długo i szczęśliwie, a rodzina nie miała nic do gadania. Bądź co bądź całość tej wyprawy skutecznie ratował fakt, że Christopher zwyczajnie ochłonął w trakcie podróży na miotle o te milion kilometrów przez Atlantyk i niektóre wyspy, bo cóż innego może pomóc jak nie długa, męcząca i odmóżdżająca podróż.
Co noc ta rozmowa wracała do niego jak cholerna mantra, co sprawiało, że przez cholerny cały tydzień spał bardzo kiepsko. Jak po tym wszystkim położy się i jakimś cudem zaśnie, to z pewnością będzie spał co najmniej dobę. Tak przynajmniej czuł się w momencie, kiedy tylko doleciał do swojego gabinetu, a przecież podróż proszkiem fiuu była dużo prostsza niż podróż na miotle przez Atlantyk. Jedno było pewne – siadać przez ten tydzień było mu dość ciężko, z drugiej strony jako środek antykoncepcyjny – tak na przyszłość – działało idealnie.
To by znaczyło, że ten dzieciak na zdjęciach… to twój syn.
Jego syn. Dlaczego on jej o tym nie powiedział… przecież to było wręcz wymagane, pożądane, aby była świadoma największego zwrotu w jego życiu. Leżał na łóżku i każdego wieczoru, przez te cholerne s i e d e m d n i zastanawiał się jak wielkim kretynem był, aby uznać, że ona wie. Ba! Nawet jeśli wiedziała, to stwierdzić, że nie musi jej tego mówić skoro jest tego świadoma. Powinien był ją o tym poinformować praktycznie od razu, ale tego nie zrobił, na co ona zareagowała gniewem. I miała rację. Miała cholerną rację. Vincent był przecież nieodłączną częścią jego życia, był do niego przywiązany bardziej niż do czegokolwiek i to właśnie ten dzieciak doprowadził go do momentu, w którym był w stanie okazać więcej uczuć drugiej osobie. Bez tego z pewnością byłoby to dużo trudniejsze, bowiem to właśnie dwunastolatek obudził w nim takie instynkty, które pozwalały mu się otworzyć przed kimkolwiek, zaprzestać niektórych wybryków czy też poczuć inny rodzaj miłości niż ta, którą dostawał od rodziców. To jego narodziny były jego wspomnieniem, którego używał przy wyczarowaniu patronusa, a wszyscy doskonale wiedzieli, że do tego zaklęcia potrzebna była bardzo silna, mentalna, ale przede wszystkim szczęśliwa pamiątka.
[…] że różnica między mną, a nim jest mniejsza, niż między Tobą, a mną?
Wpatrywał się w nią swoimi ciemnymi oczami, stojąc przy tej cholernej framudze i nie wiedząc, co dokładnie ma powiedzieć. Stal jak ostatni kretyn, całkowicie nieprzygotowany do tego spotkania, przy którym powinien paść na kolana i wręczyć jej bukiet kwiatów, przeprosić za swoją głupotę i niedorobioną emocjonalność, jaką uraczył ją tego wieczoru. Tydzień, siedem dni, w których rozważał każde kolejne jej słowo, gdzie kolejne uderzały w niego coraz mocniej, niczym młot i dobijały go jeszcze bardziej, bo miała rację. Czy przeszkadzało mu, że ta różnica wieku jest tak duża? W życiu. Kimże by był, gdyby interesowały go tak trywialne rzeczy jak wiek. Czymże było dziesięć lat w obliczu kolejnych stu, które zapewne dadzą radę przeżyć, chyba, że napadną ich kolejne obskurusy bądź inni szmalcownicy. Jej najwyraźniej to w pewien sposób przeszkadzało. Wbijało jej drzazgę i nie dawało spokoju, ale czymże by mógł ją lepiej uspokoić jak swoją wiarą w to, że ta różnica to tak naprawdę nic? Studentka magicznych stworzeń i profesor miotlarstwa. Cóż, czy nie wystarczająco udowodnił i pokazał ich relację na tym cholernym balu? Czy ktoś wniósł sprzeciw poza psychodelicznym wyznaniem Rykera przy rodzinnej kolacji? Nie. Więc on tym bardziej nie mógłby tego zrobić.
Cześć.
Nie spodziewał się jej reakcji. Był przekonany w pełni, że to on będzie musiał zrobić ten pierwszy krok, jakoś to wyjaśnić, w pewien sposób wytłumaczyć i naprawić, więc kiedy ruszyła w jego kierunku, to uznał to za atak, aczkolwiek nie oponował. Jeśli chciała go zdzielić to należało mu się to w pełni uzasadnienie. No, może nie w pełni, ale w dość sporym stopniu i owszem. Przyglądał się jej ze wzmożoną uwagą i zdziwił się nieziemsko, kiedy dziewczyna pomknęła w jego kierunku, aby rzucić się mu w objęcia. Odrzucił miotłę gdzieś obok, nawet nie zwracając uwagi na to co się z nią stanie, aby móc pochwycić jej smukłe ciało i utrzymać, kiedy ta go pocałowała. Niewiele myśląc, odwzajemnił ten jakże intensywny uścisk jej warg i również ją pocałował, napawając się jej dotykiem, zapachem i wszystkim innym, przy okazji czując jak ciepło rozchodzi się po jego ciele dając uczucie ulgi i schodzącego z niego napięcia.
- Nie. Miałaś rację. – kiedy w końcu ich usta się rozłączyły, przyłożył czubek swojego nosa do jej i uśmiechnął się lekko, zaczepnie chwytając zębami jej wargi. – Biorę całą odpowiedzialność za tę sytuację i proszę, nie zaczynajmy się targować kto był bardziej winny, to takie małostkowe. – mruknął na jednym wydechu, aby po wszystkim ponownie musnąć delikatnie jej usta. Jego dłonie spoczywały w okolicy jej ud, a on sam pod wpływem ciężaru cofnął się o parę kroków, aby zaraz potem podejść ponownie o kilka do przodu, by móc swobodnie zamknąć drzwi. Nie, żeby mu umknęło to, co miała na sobie, a raczej nie miał ochoty dzielić się tym widokiem z resztą tego jakże nabuzowanego hormonami akademika. Pamiętał wół jak cielęciem był.
Dysząc lekko kąciki jego ust nie obniżały się ani o milimetr, a uczucie szczęścia jakie przepełniało go od wewnątrz było tak samo fenomenalne jak wtedy, za pierwszym razem, kiedy zatrzymał ją przy drzwiach. Teraz, w pewien sposób to ona go zatrzymała, bo jeszcze chwilę temu strach przed całą emocjonalnością, jaka miała go zaatakować, sparaliżowałby go na tyle, że cofnąłby się sprzed tych drzwi i nie wiadomo kiedy wrócił. Smukłe palce wodziły po skórze ukrytej pod cienką, koronkową halką, ale nie śmiały zapuszczać się zbyt daleko, na drodze doszukując się jedynie dziwnego uwypuklenia, którego nie przypominały sobie z wcześniejszych takich wypraw. Mimo wszystko postanowił to olać, to nie był dobry moment na zastanawianie się nad cielesnymi zmianami. Chyba musieli choć trochę porozmawiać… albo i nie?
- Nie mogłem się doczekać, żeby Cię znów zobaczyć, nie mogłem spać, jeść i usiedzieć dłużej niż pięć minut, bo myślałem o tym wszystkim i o tym jak wielkim kretynem byłem. - i choć brzmiało to doprawdy trywialnie, to w jego ustach znaczyło dużo więcej niż można było sobie wyobrazić.
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 807
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Nie Lis 18, 2018 1:26 am   

Całe szczęście, że przez tydzień na Madagaskarze jej głowę zaprzątały inne myśli niż te o kłótni, bo gdyby myślała tylko o tym, już dawno dałaby się zabić kłusownikom, aby mieć święty spokój i dać sumieniu odpocząć, bo nękało ją niesamowicie. Nieprzywykła do tego. Ono nigdy nie narzekało. Jednak od czasu rozmowy z Raylene, która uświadomiła jej kilka ważnych rzeczy, nie mogła przestać myśleć jak wielką idiotką była, że zareagowała tak gwałtownie. Powinna przecież przyjąć to na spokojnie. To była jego przeszłość, a wchodząc z nim w nowy związek, brała go całego, z bagażem, który ze sobą targał. Niezależnie od tego jaki by on nie był. Miał syna. Dwunastoletniego. Musiała się z tym pogodzić jeśli naprawdę chciała być przy jego boku i jeśli naprawdę kochała go tak mocno jak przypuszczała. A kochała, niesamowicie, cholernie, mocno. Było to tak silne uczucie, że dla niego rozniosłaby wszystkich, a skoro wymordowałaby pół świata jeśli stanęłoby jej na drodze, to powinna też wziąć na klatę fakt, że ma syna. Co to dla niej. Prawda?
Był jeszcze Carter. Carter, który wziął jej stronę i kazał się wyżalić zanim obydwoje wejdą w głąb dżungli, nie chcąc, aby cokolwiek zaprzątało jej umysł. Nawet nie potrafiła udawać, że jej to nie ruszało. Jak zwykle ukrywała uczucia wewnątrz, tak sprawa niepojednania i opuszczenia Hogwartu na pełen tydzień bez żadnych wyjaśnień wierciła jej dziurę w brzuchu i nie potrafiła temu zapobiec. Verendal był jedyną na świecie osobą, która tak na nią działała.
Tym bardziej, że to jedyne wiarygodne źródło informacji o nim. Prorok, plotki, ktoś coś usłyszał i podał dalej. Gdybyś miała tego wszystkiego słuchać to pewnie potem byłaby awantura o coś, co tak naprawdę nie miało miejsca. Tak czy siak - stało się. Trudno. Stało się. Dawno temu, kiedy nawet nie wiedzieli o swoim istnieniu. Może gdyby kiedyś przeczytała jakiegoś proroka to nie zdziwiłaby się tak bardzo? Ale faktycznie. Stało się, nie było sensu się denerwować o coś co i tak nie miało większego wpływu na ich dzisiejszą relację. Musiała zaakceptować taką kolej rzeczy i cieszyć się z tego co ma.
Całe szczęście, że jedzie do swojego dziecka. W przeciwnym razie byłby okropnym ojcem No tak. Mądre słowa przyjaciółki, które zapadły jej w pamięć. Raylene strikes again.
Zapomniała jak się oddycha. Po raz pierwszy od siedmiu dni, poczuła wypełniającą ją ulgę i jednoczesną radość. Gdy tylko się pojawił, nie wiedziała początkowo co zrobić. Cześć? Czy może przywitać go bardziej chłodno? Wyrzucić za drzwi? Po tym wszystkim żadna z odpowiedzi nie wchodziła w grę, zwłaszcza po tym pełnym miłości liście i prezencie, który znalazła na swoim łóżku po powrocie do domu z męczącej przygody na dalekiej wyspie. To była pierwsza pozytywna rzecz jaka ją spotkała, a później pojawił się on i życie znowu stało się lepsze. Zapomniała o wszystkim złym co ją spotkało. Skutecznie odgonił koszmary i senność, która ją dopadła po tygodniu prawdziwej męczarni i walki o własne życie. Działał jak adrenalina, narkotyk, który ją pobudzał. Wystarczyło tylko to, że się pojawił. Że wrócił. Że był. Tutaj z nią, po tych wszystkich nieszczęściach. Wtedy, kiedy go najbardziej potrzebowała. Nawet jeśli nie wiedział, to się pojawił.
Poczucie na sobie jego oddechu, jego pewnego, ale delikatnego dotyku, muśnięć palców, smaku ust, orzeźwiającego zapachu, działało porywająco. Nie wiedziała, że przez tydzień tak bardzo może jej tego brakować, dlatego na przywitanie łaknęła wszystko. Bała się, że nawet jeśli wróci, to nie przyjdzie. Bała się, że tamta kłótnia zniszczyła to, co się dopiero budowało. Przecież wszystko było dopiero stawiane na rusztowaniach i łatwo mogło się zapaść pomimo silnego uczucia, które mogło okazać się przemijające, nawet jeśli zatwierdzało się, że jest prawdziwe. Co jeśli miała to być jedynie chwilowa fascynacja i jej nagły wybuch zdarł mu z oczu różowe okulary, które przesłaniały mu widok na prawdziwą rzeczywistość? Obawiała się, że jak zwykle wszystko zepsuje, dlatego kiedy niespodziewanie pojawił się u progu jej drzwi, wpierw nie wiedziała co zrobić, aby później rzucić mu się w ramiona i tym niemym aktem miłości jakim było złączenie ich ust w pocałunku, podziękować za to że był i za to że jest, bo cholernie się za nim stęskniła i za nic w świecie nie chciała tego zaprzepaszczać jednym głupim wyskokiem. Nigdy by sobie tego nie wybaczyła.
Uśmiechnęła się niemrawo, gdy złapał jej wargi. Nie obchodziło jej czy miała rację, czy nie. Według niej nie miała, ale nie chciała dalej tego wszystkiego drążyć. Nie chciała się targować. Obydwoje bili się z myślami, obydwoje bili się z samymi sobą, aby teraz w tym momencie wyjaśnić sobie nawzajem jak bardzo byli głupi, że dali się poróżnić w tamtym momencie rujnując sobie zakończenie studniówki.
- Uwierz mi, dla mnie to też nie było łatwe siedem dni…- odpowiedziała nieco prześmiewczo, przypominając sobie jak tragiczny był ten tydzień od zakończenia studniówki. Jednak jeżeli takie powroty i powitania miały być za każdym razem, to bez wahania zapisałaby się na kolejną misję samobójczą tylko po to, aby na sam koniec chwycił ją w ramiona i nie puszczał. Właśnie dla tego momentu mogła zdzierżyć wiele i dla niego była w stanie przetrzymać Madagaskarską dżunglę wraz z kłusownikami i smokiem. Dopiero kiedy poczuła jego ciepło, zapach, pewny chwyt, mogła na nowo poczuć się bezpiecznie. Całkowicie bezpiecznie.
- Chris, błagam Cię, nie rozdrapuj tego. To była głupota… ta cała kłótnia. Nigdy nie powinna mieć miejsca.- i to nie dlatego, że powinien był jej powiedzieć na samym początku. Powinien, ale nie o to jej chodziło. Sama zareagowała wybuchowo, niesłusznie czując się zdradzona. Po raz pierwszy poczuła tego typu emocje, którymi pozwoliła sobą zawładnąć, a to doprowadziło ich do sytuacji, która wynikła na tym przeklętym dziedzińcu. - Zapomnijmy o tym.- mruknęła opierając czoło o jego i delektując się ciepłem jego ciała, gorącem oddechu, który tak przyjemnie palił jej skórę i poddając się chwili, faktowi, że w końcu wrócił i mogła się w niego wtulić i pocałować bez żadnych przeszkód. Tydzień rozłąki to cholernie długi okres czasu, zwłaszcza kiedy w trakcie tych siedmiu dni dochodzi do wielu nieprzyjemnych sytuacji podczas których jedyne czego się pragnie, to znalezienie się obok ukochanej osoby.
- Opowiedz lepiej, jak było w Kanadzie?- spytała, odrywając się od niego na kilka centymetrów tylko po to, aby móc spojrzeć w te czarne, bezdenne oczy za którymi się tak stęskniła i delikatnym ruchem palców przeczesać jego wciąż lekko wilgotne włosy, by zatrzymać rękę na jego ciepłym policzku. Tydzień go nie dotykała. Teraz będzie nadrabiać i domagać się nawet najmniejszego kontaktu, aby odbudować straty. Chyba nikt nie powinien mieć z tym większego problemu.
- Pan Kopytek zmarzł, więc przysłałeś go do mnie?- dodała z rozbawionym, ale jednocześnie rozczulonym uśmiechem przypominając sobie o uroczej maskotce łosia, którą przed chwilą rozpakowała. Właśnie zyskała nowego zwierzaka pod opiekę. Nie żeby narzekała. Teraz jeżeli Chrisa nie będzie w pobliżu, nie tylko będzie spała w jego koszulkach, ale także z maskotką do cna przesiąkniętą jego zapachem. Może ten już nie jest jej potrzebny?

_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 372
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Pon Lis 19, 2018 2:27 am   
   <Multikonta: N.W.


</Stwierdzenie, które padło z jej ust w jakiś sposób go rozbawiło. Oczywiście, nie przyznał się do tego i nic w jego osobie na to nie wskazywało, ale gdzieś wewnątrz zaśmiał się w głos. Nie powinna mieć miejsca. Nonsens. Oczywiście, że powinna. W końcu to właśnie dzięki właśnie tej, można powiedzieć, aspirującej do dość sporej kłótni sprzeczce zrozumiał jak wielkim kretynem był w tym wszystkim i jak wiele jeszcze powinien się nauczyć. Zajęcia z wychowania do życia w związku powinny znaleźć się obowiązkowo w jego grafiku, aczkolwiek znalezienie osoby, która mogłaby mu w tym pomóc, przy okazji nie wyśmiewając bądź nie poddając się po piętnastu minutach, mogłoby być co najmniej trudne. A i on z pewnością nie byłby nazbyt cierpliwy do takiego ckliwego pierdzielenia o rzeczach, które – jak zapewne by stwierdził – by go nie dotyczyły. Tak, nawet jeśli teraz zdawał sobie sprawę, że w istocie, a i owszem – do kogo jak kogo, ale do jego z osoby z pewnością by się odnosiły. Koniec końców jednak całe te rozmyślania doprowadziły do jednej puenty – a mianowicie – że najlepiej uczyć się na własnych błędach. Mniej lub bardziej dotkliwszych, ale jednak. I tu miał prawie stuprocentową pewność, że w istocie, jeszcze nie raz na takich potknięciach będzie musiał się edukować w tym jak być normalnym człowiekiem, a nie bezemocjonalną kukłą bądź jak obchodzić się z czymś więcej niż zwyczajną partnerką. Ach, no i oczywiście nie można zapomnieć o mówieniu o sobie czegoś więcej niż „cześć, jestem Christopher i jestem z Kanady”. Ale to chyba miał już za sobą.
Nie dał jej jednak skończyć swojej myśli. To znaczy… główny przekaz jaki chciała mu przedstawić oczywiście powiódł się w stu procentach, gdyż w innym przypadku z pewnością nie byłoby poprzedniego akapitu. Kiedy jednak znów zaczęła kontynuować ten temat, na słowie zapomnijmy jego wargi, skutecznie zapewne, go zakończyły. Wyjaśnili to sobie? Wyjaśnili. Nie, że podchodził do tego olewczo, ale chyba było to czymś w rodzaju niemego potwierdzenia, że rozumie, że przyjął i że z pewnością zapamięta na przyszłość. Bo był on grzecznym Kanadyjczykiem, słuchającym rozkazów swej królowej, co – choć zapewne podchodziło pod pantoflarstwo – było całkiem urocze. Z pewnej strony. Poza tym – sama chciała zakończyć temat, no to zakończył. Na swój własny, wyidealizowanie romantyczny sposób.
Niezmierzona była w tej chwili radość, jaka rozpierała go od środka. Cieszył się tak bardzo, tak mocno, że już nie mają ku sobie żadnych wyrzutów i nie muszą się przejmować tą sprawą. Przedyskutować – na pewno, ale nie kłócić się o nią, a to co innego. Utrzymywał ją w ramionach jakby ważyła tyle co nic i napawał się każdym centymetrem jej ciała, nawet jeśli nie okazywał tego aż tak ekspresywnie jak każdy by się spodziewał. W miarę możliwości był dość stonowany i spokojny, w każdym razie na zewnątrz, jakby obawiał się, że coś jeszcze mogłoby się stać. W środku rozgrywało mu się małe, emocjonalne piekiełko, w którym wręcz z niesamowitą niecierpliwością chciał łaknąć z jej obecności jak najwięcej i bynajmniej nie seksualnym kontekście. Obawa przed tym, jakoby miałaby go zostawić z powodu ich kłótni narosła w nim do takiego stopnia, że teraz nie wystarczyło mu, że rzuciła się mu w objęcia i zaczęła przepraszać. Nadal miał wrażenie, że za chwilę stanie się coś, czego z pewnością nie chciał.
Jak było w Kanadzie?
Nie można było jednoznacznie powiedzieć, że chciał o tym opowiadać, bo nie chciał. Może po prostu nie umiał podjąć tego pobytu w odpowiednie słowa, aby wyrazić to w sposób w jaki on chciał, a nie w wyidealizowany, który należało. Odsunął się od niej na kilka centymetrów, odwracając na chwilę wzrok i przyjmując mimiczny wyraz wskazujący na to, że się zastanawia.
- Cóż, Ryker zabrał mi show z powiadomieniem rodziny o Twoim istnieniu. A poza tym to chyba zwyczajny pobyt… – pewne zawahanie w jego głosie nastąpiło dokładnie w momencie, kiedy czujne spojrzenie ponownie wpiło się w jej oblicze, na którym zauważył kilka nieścisłości. Nie, to było złe określenie, bo poranionej twarzy jego partnerki nie można było tak nazwać. Kiedy odsunęła się na odpowiednią odległość dopiero spostrzegł charakterystyczne, nie będące cieniami, siniaki, a także zagojony, zapewne wcześniej zdezelowany łuk brwiowy.
Jeszcze chwilę temu mimo uszu puścił jej stwierdzenie o ciężkim tygodniu i to bynajmniej nie dlatego, że jej nie wierzył. Wierzył jej aż nadto, nie doszukiwał się jednak w tych słowach żadnego drugiego dna, jakim miała być ta morderca wyprawa w poszukiwaniu jakieś ognistej i plującej iskrami jaszczurki. Może i lepiej, że o tym nie wiedział wcześniej, bo zamiast sympatycznego godzenia się o niedawno zakończoną kłótnię zdążyłaby rozpocząć się kolejna. W tak to przynajmniej mogli przywitać się po ludzku, ełni uczuć, wybaczenia i ogólnie wyczuwalnej emocjonalności iskrzącej w powietrzu.
- Co to jest? – wycedził przez zęby, uważniej przypatrując się jej twarzy. Jak gdyby nigdy nic ruszył w kierunku łóżka i zdjął ją z siebie jak jakąś wytresowaną małpkę, aby posadzić ją na łózko i móc lepiej zanalizować to, jak wyglądała klękając obok. W momencie podtrzymywania jej obiema rękami nienazbyt było to możliwe, a już na pewno nierealne, chyba że chciała wylądować swoim zgrabnym tyłkiem na podłodze. – Betha… kto Ci to zrobił. – ciepłe dłonie powędrowały do jej podbródka, delikatnie obracając go i sprawdzając obrażenia jakie miała na sobie. Im dłużej patrzył, tym więcej ich znajdował, a im więcej ich znajdował tym dalej się zapuszczał, aby je odnaleźć… szyja, dekolt. Ręce. Zaraz zaraz… to uwypuklenie.
Nawet nie zastanawiał się nad tym czy wypada, czy jest to w dobrym guście i czy zdzieli go za to po pysku, ale odsunął delikatnie czarną halkę szukając miejsca, które wyczuł parę minut wcześniej, a kiedy znalazł przyczynę tego dziwnego uczucia pod opuszkami palców czuł jak wzbiera w nim autentyczny gniew.
- Kto Ci to zrobił. Przecież to rana postrzałowa. – rzucił, prawie warcząc z wyczuwalną w powietrzu groźbą zrobienia krzywdy osobie, która się tego dopuściła. Co robiła, kiedy go nie było. Co się wydarzyło, kiedy go nie było. Milion różnych scenariuszy przemykało mu kolejno przez głowę, analizując i doszukując się, układając to co do tej pory widział. Na pewno nie działo się nic w szkole, bo zostaliby o tym poinformowani w trybie natychmiastowym. Szczerze też wątpił, aby profesor na uniwersytecie dopuścił, aby któreś ze zwierząt tak poturbowało studenta. Poza tym ta rana… czarodziej by tego nie zrobił. Nie miał pojęcia czy dopuściła się do samookaleczenia, ale nie uważał jej za osobę chorą na umyślę, więc tę opcję domyślnie wykreślił.
- Mów.
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 807
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Pon Lis 19, 2018 4:30 pm   

Urocze. Każdy winił siebie, chociaż wcześniej było zupełnie inaczej. Podczas tamtego studniówkowego wieczoru obwiniała Chrisa za to, że jej nie powiedział o tak ważnej rzeczy, którą było posiadanie dwunastoletniego syna. Chciała go obwiniać. Chciała zwalić na niego całą aferę, ale po ochłonięciu, wysłuchaniu kilku wykładów i przeanalizowaniu sprawy doszła do wniosku, że to ona tu zawiniła. Gdyby nie zareagowała tak agresywnie, tak wybuchowo na tak powszechną informację, gdyby się tylko wcześniej zainteresowała i połączyła fakty, mogli tego wszystkiego uniknąć. Już wtedy mogli porozmawiać na ten temat, wyjaśnić sobie wszystko i wrócić do sypialni zasypiając koło siebie. Ta sytuacja nigdy nie miałaby miejsca, a oni nie zamartwialiby się jak bardzo zjebali. Obydwoje mieli wiele do nauczenia jeśli chodziło o reakcje i przekazywanie sobie informacji, bo najwyraźniej ten ważny punkt związku leżał u nich na całej linii. Ale mają przed sobą całe życie. To wiele czasu na naukę, zwłaszcza na własnych, bolesnych błędach, których z pewnością nie będzie się chciało powielać.
Tydzień nieobecności był jak piekło na ziemi i nie chodziło tu nawet o Madagaskar. Od czasu rozpoczęcia tego związku, Betha pragnęła być blisko niego, spędzać z nim każdą wolną chwilę. Nie musieli nawet rozmawiać, najważniejsze, aby po prostu był obok. Teraz nie dość, że rozstali się w niezbyt przyjemnych stosunkach, to jeszcze oddaleni od siebie o dziesiątki tysięcy kilometrów musieli stawiać czoła swoim własnym, prywatnym przeciwnościom. Rodzinie i bandzie kłusowników, którzy nie byli zbyt dobrze wychowani. Dlatego kiedy się już do niego przykleiła stęskniona i poczuła ciepło jego ciała, zapach, delikatny, ale pewny dotyk, to nie chciała się za szybko odklejać. Łaknęła każdą najdrobniejszą chwilę czerpiąc z niej najwięcej jak się da, zupełnie jakby się bała, że to wszystko zostanie przerwane. Całowała go mocno, ale czule, starając się nadrobić stracony czas. Nawet przez myśl jej nie przeszło, aby jakkolwiek oponować przed ponownym złączeniem ich ust. Zapomnijmy. Zapomnijmy o wczoraj, nie myślmy o jutrze. Zapomnijmy o kłótniach i spróbujmy być szczęśliwi. Chociaż na chwilę.
Jeden łuk brwiowy powędrował wyżej, kiedy poinformował ją, że Ryker powiadomił rodzinę Verendali o jej istnieniu. Czyli, że wiedzą. W tej chwili nie wiedziała za bardzo co czuje. Czy się cieszy, że została oficjalnie dziewczyną, partnerką Christophera Verendala nawet w oczach jego rodziny, czy czuje lekką panikę, że właśnie tak się stało. Na całe szczęście nie miała z nimi styczności, a dodatkowo byli oni oddaleni od niej o wiele tysięcy kilometrów, więc nie musiała się obawiać, że spotka jednego z nich w drodze do Hogwartu. Chyba, że jest to siostra o której było wspomniane w liście, bo postanowiła przyjechać wraz z nimi do pięknej Szkocji. Oh well…
- Czyli już wiedzą?- spytała retorycznie, chcąc się jednak upewnić, że dobrze słyszała. - O matko.- dodała. Tak, to chyba była lekka panika. Nie można jej się było dziwić. Zwykle rodzice jej jakichś tam partnerów byli martwi i nie musiała się martwić, że zostanie jakiemuś z nich przedstawiona. Zresztą, nigdy nie było takiej potrzeby, bo nie były to poważne związki o których myślała przyszłościowo. To nie było to.
I potem zaczął się jej przyglądać. Betha już wiedziała do czego to doprowadzi, ale nie mogła za bardzo zareagować, aby ukryć obrażenia jakie odniosła podczas misji. Nie spodziewała się, że do niej przyjdzie dzisiaj, zaledwie kilka godzin po tym, jak ona wróciła z Madagaskaru. Jej radość i tęsknota były zbyt silne, aby wpierw myśleć o tym jak wygląda, a dopiero potem rzucić mu się w objęcia. Jakby przyszedł jutro wyglądałaby o wiele lepiej, bo Raylene zaradziłaby pomniejszym ranom i zasklepiła te, które jeszcze nie zdążyły się w pełni zagoić. Pozbyłaby się wszelkich bruzd i siniaków jakąś specjalną maścią i jedyne o co naprawdę mogłaby się martwić, to ta brzydka blizna po ranie postrzałowej na lewym udzie. Jeżeli Chris przyszedłby jeden dzień później, możliwe, że dostrzegłby jakąś nieścisłość dopiero po czasie.
- Chris…- zaczęła spokojnie widząc jego wzrok, który dokładnie badał jej twarz.
Co to jest? Nie odpowiedziała. Jego ton od razu zwiastował koniec przyjemnego wieczoru, który zapowiadał się tak przyjemnie. Odwróciła wzrok wzdychając cicho pod nosem, kiedy kierowali się w stronę łóżka i nawet nie oponowała, kiedy je na nie sadzał jak jakieś małe dziecko, które miało wysiedzieć swoją karę na karnym jeżyku. Zrezygnowana pozwalała także, aby kierował jej podbródkiem, chcąc obejrzeć wszystkie rany, które miała na sobie. Wiedziała, że jakakolwiek próba sprzeciwu, czy walki z nim była bez sensu, więc po prostu wolała mu na to pozwolić po dobroci. Nie miała ochoty, ani siły znowu się z nim kłócić, zwłaszcza, że i tak żadne z nich nie miało wpływu na wydarzenia, które miały miejsce przez cały tydzień.
- Chris, to nic.- mruknęła czując jak bada spojrzeniem jej ciało w poszukiwaniu kolejnych dowodów agresji nieznanych napastników. Wiedziała, że jej zapewnienia raczej na niewiele się zdadzą, ale mimo wszystko starała się go zapewnić, że te rany, które miała na sobie i tak już nic nie znaczyły i niektóre praktycznie już przestały boleć. Mężczyzna zdawał się być jednak głuchy na jej słowa, zwłaszcza, kiedy powrócił do zabliźniającej się powoli rany postrzałowej, będącej niemiłą pamiątką po wyprawie na egzotyczną wyspę. Gdy tylko jej dotknął, mimowolnie się spięła pamiętając przeszywający wcześniej ból promieniujący z tego miejsca na całe ciało i zaciskając mocniej zęby odwróciła spojrzenie gdzieś na bliżej nieokreślony punkt na ścianie. Nie cierpiała już jak tydzień temu, uszkodzone mięśnie powoli się regenerowały, ale fantomowy ból wciąż jej towarzyszył, mimo, że starała się go zwalczyć.
Przecież to rana postrzałowa. Kurewsko boląca rana postrzałowa.
Nie odpowiedziała. No i to by było na tyle z ich pozytywnego wieczoru, wspaniałych powrotów i cudownych przeprosin. Wiedziała, że jest zły. Nikt o zdrowych zmysłach by temu nie zaprzeczył widząc go w tym stanie. Nie wiedziała jednak, czy był zły na nią, na ludzi, którzy odpowiadali za jej rany, czy za wszystko razem wzięte. Wkrótce się powinna przekonać.
Mów.
- Chris…- zaczęła zmęczona, ale słysząc jego wrogi ton i spojrzenie nienawidzące sprzeciwu, jeszcze przez chwilę starała się sobie wmówić, że może jeśli będzie długo nalegać, to odpuści. Mierzyła się z nim wzrokiem przez chwilę, jednak ostatecznie zrezygnowała z tego pomysłu i westchnęła pod nosem. Musiała mu powiedzieć, bo innego sposobu nie było. Mieli być ze sobą szczerzy, nie? No to chyba nadeszła pora na szczerość, która nie będzie zbyt dobrze przyjęta.
- Po naszej kłótni wróciłam do siebie. Tam już czekała na mnie sowa z listem od Cartera, że Norweski Kolczasty się panoszy w jednej z wiosek na Madagaskarze i trzeba go schwytać i przetransportować do rezerwatu, więc się pytał czy w to wchodzę. Ty wyjeżdżałeś, ja chciałam pomóc, więc się zgodziłam. Lecieliśmy następnego dnia rano. - mniej więcej o tej samej godzinie co wy… - Po dotarciu poszliśmy do jakiejś knajpy, aby coś zjeść po podróży i wkurzyliśmy nie tych ludzi co powinniśmy. Jakiś typ chciał mnie zmacać, Carter wyłamał mu rękę, jego koledzy się wkurzyli, sięgnęli po to mugolskie, strzelające badziewie, więc musieliśmy uciekać, bo okazało się, że przy okazji ukradli nam różdżki i nie mieliśmy się jak bronić. - a to był dopiero pierwszy dzień. Zapamięta go do końca życia. - Jak uciekaliśmy przez dżunglę, to oberwałam z tej ich broni i nie mogłam dalej biec, więc Carter mnie niósł tak długo, dopóki ich nie zgubiliśmy. Nocowaliśmy w jakiejś cholernej jaskini, a że lało się ze mnie jak z fontanny, to aby zatamować krwawienie, ten stwierdził, że zajebistym pomysłem będzie przypalenie rany… problem w tym, że nie było innego wyjścia, więc no. - trochę krzyku, trochę bólu, trochę cierpienia, ale dzięki temu się nie wykrwawiła i nie zasiliła Madagaskarskiej ziemi swoim truchłem. - Potem nie było lepiej. Przez kolejne dni schwytano nas, przetrzymywano, uciekaliśmy, musieliśmy znaleźć smoka i jego jaja, potem walczyliśmy bez różdżek przeciwko tej całej bandzie, ale ostatecznie wygraliśmy i wróciliśmy do domu, więc błagam Cię, nie bądź zły.- powiedziała niemalże na jednym wydechu, chociaż widziała jak bardzo jest wkurwiony i jak bardzo chce coś, albo raczej kogoś rozsadzić. I tak nawet nie miała jak go powiadomić o całej podróży, więc robi to teraz, po fakcie dokonanym, ale w pełni żywa. Chociaż tyle dobrego. Lepiej późno niż wcale, chociaż wątpliwym było, aby nigdy się o tym nie dowiedział.
Przy okazji zamordowałam trójkę ludzi i nauczyłam się strzelać z broni palnej. Yay?

_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 372
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Pon Lis 26, 2018 11:44 pm   
   <Multikonta: N.W.


Zupełnie tak jak ją, jego również przerażała perspektywa wiedzy nabytej przez jego rodzinę tych kilka dni temu. Niestety nie był prowodyrem rozmowy i nie do końca był zadowolony z faktu, że odbyła się w ten, a nie inny sposób, ale nic nie mógł na to poradzić – Verendalowie dowiedzieli się od jego przyjaciela, a jemu samemu nie pozostało nic, jak potwierdzić ową amerykańską „ploteczkę” i spróbować machnąć ręką dopóki nie będzie gotowy do większych i bardziej szczegółowych wyznań. Co prawda nie do końca było to plotką, ale jednak nie miał zamiaru ogłosić tego w tak ostentacyjnie nieprzystępny sposób, no ale jak to mówią – mleko zostało wylane. On sam wkrótce rozmówi się z Rykerem, któremu zaledwie tydzień wcześniej umarła, całkowicie zdrowa i nie okazująca żadnych objawów babcia, (choć jak widać nigdy nie wiesz kiedy pojawi się padaczka i od razu wpędzi Cię do grobu) ratująca go jednocześnie przed delikatną irytacją Kanadyjczyka (bo gniewem zdecydowanie nazwać tego nie było można).
- Mniej… więcej? Ale tak. – niewinne wzruszenie ramionami, ale niewskazujące na to, aby kryło się za tymi słowami coś więcej, bo istotnie – nie kryło. Owszem, wiedzieli że istniała, jak miała na imię i czym się zajmowała, ale nie był samobójcą, aby podawać inne personalia po których jego ojciec byłby w stanie w jakikolwiek sposób namierzyć ją za pomocą MACUSY, a z pewnością byłby zdolny do takiego czynu, szczególnie pod naciskiem pani Verendal. Choć z drugiej strony wystarczająco łatwym, jakby nie patrzeć, było odnalezienie studentki Magicznych Stworzeń o imieniu Betha… oczywiście tę kwestię pominiemy. Miał szczerą nadzieję, że nie będą próbowali takich sztuczek wierząc w szczerość i ewentualne osobiste poznanie swojej synowej.
Uśmiechnął się lekko na jej reakcję i tę delikatną, prawie niewidoczną panikę w oczach, która szybko zniknęła w następujących po sobie zdarzeniach związanych z jego spostrzegawczością, a których raczej woleliby uniknąć. Niestety nie było tak łatwo. Chris, to nic.
Nie znał chyba bardziej irytujących go słów niż zbagatelizowanie problemu, który w istocie istniał, bo choć co prawda już była bezpieczna, a wszystkie rany choć po części zaczęły się zasklepiać, to jednak fakt ich pojawienia się niesamowicie go drażnił. Szczerze mówiąc wolałby nie wiedzieć co się stało, a z drugiej nie mógłby się uspokoić dopóki by się nie dowiedział, więc w każdym możliwym zakończeniu tej sytuacji na pewno by się wkurzył i nie było to do uniknięcia. Czy ktoś mu się dziwił? Był zaskoczony jego reakcją? Uspokajanie go też raczej by się na nic nie zdało, bo zwykle w takich sytuacjach najlepszą opcją było danie ulecieć gniewowi, szczególnie jeśli nie był on skierowany w samą zainteresowaną. Mniej więcej.
- Co się panoszy? - nie można było ukryć, że jego wiedza na temat magicznych stworzeń była niezwykle uboga, a nawet jeśli istniała po ukończeniu szkoły, to po tych ponad dziesięciu latach skutecznie mogła zaniknąć. – Gdzie? – ton jego głosu był coraz bardziej poirytowany, a i zmieniał się we wkurzony warkot, miast brzmieć tak samo jak wcześniej, czyli spokojnie i w pełni opanowanie. Nadal siedział, a raczej kucał przy jej nogach, patrząc jej prosto w oczy. Czuł delikatne buzowanie w okolicy żołądka, a i coraz większe roztrzęsienie jakie powodowała w nim ta wewnętrzna złość. Mugolskie, strzelające…Badziewie? – zapytał, jakby powiedziała coś całkowicie kretyńskiego, ale nie zwyczajnie kretyńskiego, a tak najbardziej na świecie. W końcu nigdzie nie było udowodnione, że broń niemagicznych ludzi nie potrafi przebić zwykłego protego, a i była czasami szybsza niż wyciągnięcie różdżki, aby w ogóle to zrobić. Bagatelizowanie takiego sprzętu mogło skończyć się bardzo kiepsko i jak widać – skończyło. Błagam Cię, nie bądź zły.
Nie miał jak jej przerwać tego końcowego monologu, choć nie był do końca pewien, czy w ogóle słyszała jego wzmianki parę minut wcześniej. Co za ignorancja w tym całym przedsięwzięciu, co za g ł u p o t a. Podniósł się z ziemi i otrzepał spodnie, aby wziąć ręce pod biodra i głęboki wdech. Nawet jego spojrzenie przez chwilę skupiło się na jakieś pierdole leżącej na jednej z półek w tym pomieszczeniu, bo musiał poukładać sobie to wszystko w głowie i spróbować znaleźć choć jedno racjonalne wyjaśnienie tej całej sytuacji. Wiedział, że była na niego zła, ale żeby przez to wybrać się na samobójczą wycieczkę?
- Czy Wy na tym kontynencie nie potraficie żyć jak normalni czarodzieje i nie wpakowywać się co dzień w jakieś kłopoty? – wycedził przez zęby. A myślał, że to Ameryka jest nienormalnym krajem, bo tam to co chwile mugole wpakowywali się w jakieś dziwne wojny, nawet miejskie, a i czarodzieje momentami bywali nie do końca normalni. – Wspaniale, że wróciliście. Wspaniale. – znalezienie ironii w tym stwierdzeniu nie było zbyt skomplikowane. – A co by było jakbyście jednak nie wrócili? – to nie było pytanie na które chciał znać odpowiedź, bo nasuwała się ona sama, dokładnie w momencie kiedy nastąpiła chwilowa, wymowna cisza. Kolejny głęboki wdech i coraz większe zirytowanie faktem, że wcale mu nie pomagał.
Wciąż podtrzymywał jedną rękę pod biodrem, aby drugą unieść do w przód w pouczającym geście, ni to zaciśnięcia, ni to rozluźnienia. – Czy Ty wiesz co by się działo, gdyby stało Ci się coś poważnego? Czy Wy macie jakieś poczucie instynktu samozachowawczego? – dobrze, że nie wiedział iż chodziło o smoka. – Wiesz, co bym zrobił gdybyś nie wróciła? – groźba wisząca w powietrzu robiła się coraz bardziej wyczuwalna.
- To Carter wpadł na ten ‘genialny’ pomysł? – kolejne pytanie retoryczne rzucone z jego ust wykańczało w pewnym stopniu ową groźbę. Jak nieodpowiedzialnym dupkiem trzeba być, aby pojechać w taką podróż całkowicie, jak widać, nieprzygotowanym, a na dodatek być tak lekkomyślnym i narażać się mugolom. Ach tak, oczywiście, typowi czarodzieje, którzy myśleli że w walce z niemagicznymi ludźmi są całkowicie nietykalni. Ironia, która rozgrywała się w jego myślach była jedną z większych w jego życiu, ale nie zamierzał sobie żałować, kiedy w jakiś sposób pozwalało mu się to opanować. – Jak widać chyba życie z Harvin niszczy jego poczucie nieśmiertelności i narażania się, niebezpiecznie balansując pomiędzy nimi. – warknął, opuszczając ręce i aby wcześniej rzucić na nią zirytowane spojrzenie, odwrócić się w kierunku drzwi i ruszyć w tamtą stronę. Nie musiała za długo myśleć dokąd miał zamiar iść. Wiedziała to na pewno.
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 807
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Wto Lis 27, 2018 7:01 pm   

Mniej więcej, ale tak. Wolała, aby to było mniej, niż więcej, bo gdyby przeskanowali jej rodzinne nazwisko, zapewne dowiedzieliby się wielu nieciekawych rzeczy. Biorąc pod uwagę, że rodzina Verendali od wielu pokoleń należała do aurorów, to gdyby wyczytali, że Betha Michaelson jest potomkinią jednego ze słynnych, śmierciożerczych rodów, zapewne nie byliby zachwyceni tym, że ich syn się z nią związał. Do zejścia na złą drogę przecież niewiele brakowało, a „służbę” Czarnemu Panu miała teoretycznie w genach, nawet jeśli sama walczyła przeciwko niemu w bitwie o Hogwart. Na szczęście Betha nie miała zbyt wielu informacji na temat jego rodziny, zwłaszcza tej, że ta stoi po przeciwnej stronie barykady. Aurorzy. Od kiedy dowiedziała się, że to właśnie auror stał za śmiercią jej matki, nie darzyła ich żadną sympatią… Nie musiała jednak wiedzieć o stanowisku Verendali w urzędzie, aby czuć wewnętrzną niepewność co do informacji na jej temat. Nie była zbytnio zachwycona faktem, że oni wiedzą o jej istnieniu. Wiedziała, że kiedyś i tak to wyjdzie, ale może wtedy byłaby pewniejsza swojej pozycji. Już miała w głowie najczarniejsze scenariusze, gdzie ktoś skojarzył dawno zapomniane nazwisko niegdyś największych popleczników Voldemorta, ale Chris po Kanadzie do niej wrócił, więc chyba jeszcze nie było tak źle jak mogłaby przypuszczać. Wolała więc trzymać się wersji, że wszyscy żyją w cudownej nieświadomości na temat przewinień jej rodziny i zbyt długo się to nie zmieni.
Wiedziała, że się wkurzy. Też by się wkurzyła. Problem w tym, że nie mogła odmówić pomocy ratowania smoka. Człowieka – tak, smoka – nie. Dodatkowo Carter poprosił . Studentkę, która dopiero zaczynała poznawać ogromny świat magicznych stworzeń. Dla niej to miało być doświadczenie życia. Spotkanie smoka, poznanie jego zachowania w naturze, nawet jeśli nie znajdował się w swoim naturalnym środowisku. To było coś, czego nie mogła odmówić. Zresztą… to miała być łatwa, szybka akcja. Wejście do dżungli, znalezienie smoka, Carter go ujarzmia i przypomina mu, że to on był kiedyś jego matką, smoczyca się uspokaja, zabieramy ją do rezerwatu i powrót do Szkocji. Nie było w tym planie żadnych kłusowników, broni palnej, zdrajców i przypalania ran, ale jak widać wszechświat lubił sobie pisać własne historie. Już takie jej cholerne szczęście, że wszystko lubi się pierdolić.
Co się panoszy? Smok, dobrze, że nie znasz ich wszystkich gatunków, bo gdybyś rozpoznał który to, to byłbyś jeszcze bardziej zły. Gdzie? Madagaskar. Wyspa. Dziesięć tysięcy kilometrów stąd. Dokładniej w jakiejś wiosce o której nawet sam Merlin zapomniał. Słabe miejsce na wakacje, zwłaszcza po tym wszystkim co tam przeżyła. Nawet śmierdziało ubóstwem. Badziewie? Badziewie. Nie wiedziała jak to się profesjonalnie nazywało. Jako czarownica czystokrwistej rodziny nienawidzącej szlam i wszystkiego co z nimi związane nigdy nie miała styczności z czymś takim. Nie miała pojęcia, że mugole posiadają coś tak niebezpiecznego. Nigdy się tym nie interesowała i po raz pierwszy w życiu widziała na oczy to… coś, ale cholernie pewne, że zapamięta to do końca życia. Blizna na lewym udzie będzie jej o tym przypominać każdego dnia.
Każde kolejne zdawkowe pytanie zdawało się być coraz bardziej agresywne, a ona nie przestawała mówić, bo wiedziała, że jak tylko skończy, to oberwie wielkim wyrzutem, którego chciała uniknąć. Przeciągała więc najdłużej jak tylko mogła swoje opowiadanie, unikając jego wkurzonego spojrzenia, bo naprawdę była zmęczona psychicznie po podróży i nie chciała się kłócić. Nie po to przed chwilą się z nim pogodziła po poprzedniej sprzeczce, aby teraz znowu przeżywać następną… jak widać Chris miał inne plany. Zerknęła więc na niego, gdy się podniósł i w milczeniu mu się przypatrywała. W jego wnętrzu najwyraźniej toczyła się walka, bo wydawało jej się, że wrze jak wulkan i zaraz wybuchnie, jeżeli czegoś nie rozniesie. Cartera na przykład. Dobrze, że jej pokój jeszcze nie zaczął się niekontrolowanie trząść, chociaż patrząc na niego – niewiele brakowało.
- Najwyraźniej nie…- mruknęła pod nosem, chociaż i tak miała wrażenie, że to po prostu ona przyciągała najgorsze kłopoty. Wystarczyło się trzymać od niej z daleka i każdy wiódłby spokojne życie na uboczu, bez zbędnego ryzyka i narażania swojego zdrowia, czy życia. Może gdyby Carter sam udał się na Madagaskar nic takiego by się nie stało? Nikt nie próbowałby jej zmacać, nie wyłamałby komuś ręki i nie wdałby się w kłopoty z kłusownikami. Tak, to brzmiało prawdopodobnie.
Wywróciła oczyma na jego ironię i po jego pytaniu na chwilę zapadła wymowna cisza podczas której wpatrywała się w niego, jakby chcąc załagodzić sytuację, ale chyba się nie dało.
- Ale wróciliśmy, Chris. Nie ma co gdybać, bo równie dobrze możemy pogdybać na inne tematy.- mruknęła w końcu, czując jak jej irytacja rośnie i z każdą kolejną sekundą ją pobudza, jednocześnie niwelując zmęczenie, które w nią uderzyło pod prysznicem. Mogli sobie pogdybać na temat co by było gdyby nigdy się nie poznali, gdyby Emilie nigdy nie zaszła w ciążę, gdyby jej rodzice wciąż żyli, gdyby wróciła się tamtego wieczora… Było tyle różnych scenariuszy, ale wszystkie nie miały prawa bytu. Liczyło się tylko to, co było teraz. A teraz nikomu nic się nie stało. Wszyscy żyli. Wiedziała, że nie obędzie się bez dyskusji na temat Madagaskaru, ale myślała, że będzie miała więcej czasu na przygotowania.
Wiesz, co bym zrobił gdybyś nie wróciła?
Na chwilę serce mocniej jej zabiło, ale nie wiedziała, czy to z powodu uczucia troski, które chowało się pod jego groźbą, czy przez jej wyrzuty sumienia, które miałyby się nagle pojawić. Nie żałowała, że pojechała. Mimo wszystko, drugi raz podjęłaby taką samą decyzję, tylko tym razem lepiej by się przygotowała. Chyba.
- Nie chcę chyba wiedzieć.- mruknęła, wciąż nie odwracając od niego spojrzenia, na klatę przyjmując jego wyrzuty i ostry ton, który jej serwował. Problem w tym, że ten zdawał się boleć bardziej niż postrzelenie z broni palnej, bo przecież nie zrobiła nic takiego. Po prostu zgodziła się na wyjazd ratowania pół-dzikiego smoka. Nie miała wpływu na to co się działo później… - Chris, proszę Cię, uspokój się. Nikomu nic się nie stało, każdy wrócił bezpiecznie do domu. Nie ma sensu się na nas wkurzać. - dodała spokojnie, powstrzymując swoją irytację na początkującym poziomie, bo mimo, że wiedziała, że jest zły i najchętniej odpowiedziałaby mu tym samym tonem, to wiedziała też, że jego wkurw wyrodził się z troski, a to ją rozczulało w jakiś sposób.
To Carter wpadł na ten „genialny” pomysł? Alarm. Rozbudziła się automatycznie słysząc jego groźbę, bo wiedziała co to retoryczne pytanie oznacza. Może nie powinna przywoływać jego nazwiska? Nie. Mieli być ze sobą szczerzy. Dowiedziałby się prędzej, czy później. Od niej, albo od osób trzecich, a wolała, aby to wyniknęło od niej od razu, niż aby później zmagać się z konsekwencjami ukrywania niektórych informacji.
- To była moja decyzja, Chris.- powiedziała stanowczo - Jakbym powiedziała „nie”, pojechałby tam sam. Słyszysz? Moja decyzja.- dodała, mając nadzieję, że to wyrzuci z jego głowy pomysł skonfrontowania się z Carterem i skupi się na wkurzaniu na nią. Niestety… chyba nie zdało to egzaminu, bo ten postanowił skierować się w stronę drzwi. Wiedziała gdzie chciał iść. Już od poprzedniej wypowiedzi wiedziała. - Chris…- zawołała za nim prosząco, a gdy ten nie reagował, wstała z łóżka i w ostatniej chwili zagrodziła mu drogę pojawiając się między nim, a drzwiami wyjściowymi. Nie po to wrócił, aby teraz znowu mieli się rozstać w napiętej atmosferze. Nie zniosłaby tego po raz drugi, dlatego gdy tylko stanęła naprzeciwko, zatrzymała go wtulając się w niego. Tak po prostu. W geście cichej prośby. Przytuliła policzek do jego piersi i objęła go ramionami, nie chcąc pozwolić mu odejść. Jak to powiedziała mama Michaelson, można przytulać się do kamienia z nadzieją, że skruszeje, tylko trzeba pamiętać, że kamień nie grzeje. Podjęła to ryzyko. Zawsze będzie je podejmować. Chociaż spróbuje.
- Proszę Cię, Chris. Zostań.- mruknęła cicho. Nawet jeśli jesteś zły i chcesz iść policzyć się z Carterem… Nie rób tego. - Nie zostawiaj mnie znowu samej z myślami.- ostatnim razem nie wyszło to dobrze. Gdy tylko poszedł do siebie zostawiając ją na dziedzińcu, nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Chodziła tam i z powrotem przez kilkanaście minut, aż w końcu zwróciła się po pomoc do Raylene. Tej nocy także nigdy do niego nie wróciła.
- Potrzebuję Cię. Proszę, zostań.

_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 372
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Sob Gru 01, 2018 6:02 pm   
   <Multikonta: N.W.


Co by było gdyby?
Od wielu pokoleń co najmniej jedna osoba zadawała sobie to pytanie, nie znając na nie odpowiedzi. Co prawda można by było snuć pewne domysły bądź czcze przesłanki, ale z pewnością nie było to coś na tyle pewnego, aby temu zaufać. Tak również było w tym przypadku. Chcąc bądź nie chcąc dopuszczać do siebie pewnych wiadomości, to jednak gdyby nie fakt, że one się zdarzyły, to oni z pewnością nie znaleźliby się w tym miejscu. A już na pewno, gdyby nie urodził się Vincent, to nie znaleźliby się w tej chwili, nigdy nie wyznaliby sobie miłości, a już na pewno by się nie spotkali. Chcąc nie chcąc, to Betha musiała pogodzić się z faktem, że znalazła się kobieta, z którą miał dziecko, nawet jeśli to nie był jego świadomy wybór. Po prostu stało się tak, a nie inaczej i tyle. Nie był to temat, który w prosty sposób można było wyjaśnić, ba! to nie była to kwestia, którą można było pominąć w czymkolwiek, co wydarzyło się w jego życiu. I choć nie dla wszystkich było to zrozumiale – a już szczególnie nie dla niej i wiedział, że było to dla niej ciężkie – to jednak trzeba było to przyswoić, a co więcej – po prostu zaakceptować. Z pewnością nie było to tematem łatwym, ale z czasem do przyswojenia. Choć kto wie, może nawet do zaakceptowania, z którym tak bardzo nie chciała się pogodzić. Cóż, nikt nie chciał. Nawet sam Christopher, i zajęło mu kilka lat zanim to zrobił, ale jakby nie patrzeć – jeśli on był do tego zdolny, to najprawdopodobniej każdy, nawet Ci, którzy śmieli z tego żartować. Tych osób było całkiem sporo.
Tak jak jednak zostało powiedziane. Wszystko to jednak się wydarzyło i znaleźli się właśnie w tym, a nie innym miejscu. Tak naprawdę kto wiedział, czy jeżeli Betha nie wyjechałaby na Madagaskar, to tak naprawdę byłaby mu w stanie wybaczyć zatajenie prawdy? Czy raczej… nie stwierdzenie dla wszystkich oczywistego faktu. Czy teraz było to ważne? Nie. Ważne było to, że z nim rozmawiała, że nadal chciała z nim utrzymywać kontakt i fakt, że go kochała. Że nie zamieniłaby go dla nikogo innego, nawet jeśli zdarzyłoby się coś jeszcze innego – niż dziecko z niepoprzedniego [nie]związku – czego by nie chcieli. To wszystkie wydarzenia, każda nawet najmniejsza chwila, doprowadziła ich do tego momentu, kiedy byli razem, rozbudzili w sobie namiętne uczucia, obiecując sobie – już teraz – że nie opuszczą się aż do śmierci i choć nie wypowiedzieli tego wprost to z jego strony – dla wszystkich którzy go dobrze znali – było to aż nadto oczywiste.
- Owszem, nie chcesz. – dobrze, że nie wiedział ze oni wybrali się tam po smoka. Trzymał się tej wątłej nadziei, że chodziło o coś niewielkiego, a trafienie przy okazji na bandę murzynów było czystym przypadkiem. W końcu jeszcze niedawno sami padli ofiarą szmalcowników – ale nie do końca był to zbieg okoliczności, więc był w stanie wyobrazić sobie już wszystko i uwierzyć w naprawdę wiele, nawet najbardziej absurdalnych rzeczy. Co więcej, był w stanie na własnych przeżyciach zorientować się jak niebezpieczni potrafili być inni ludzie, z tym że w przeciwieństwie do niej on nie pakował się w powtórkę z rozrywki.
Mimo uszu puszczał kolejne jej słowa, bo nie obchodziło go co miała w tym momencie do powiedzenia. Całkowicie przesłaniał go gniew, który wzrastał gdzieś w jego wnętrzu i który miał ochotę w pełni skierować w kierunku tego kretyna Cartera. Tego idioty, któremu jeszcze ponad tydzień temu pomagał w spełnieniu jego prośby, największego marzenia o spełnionej miłości, o ukochanej jego życia o realizacji tej pięknej, romantycznej bajki na balu. A ten kretyn teraz śmiał sprowadzić na jego partnerkę widmo śmierci? Jakby nie wystarczyło, że wróciła poraniona, poharatana i podziurawiona pociskami z broni nieznanego mu typu. Palant bez instynktu samozachowawczego z nikłym odczuciem własnej śmiertelności. I szczerze mówiąc miał w głębokim poważaniu czy Carter by pojechał tam sam, czy nie pojechałby wcale. Jak chce popełnić samobójstwo to on nie miał nic przeciwko, ale z drugiej strony nie miał prawa wciągać w to innych.
- Twoja decyzja!? Doskonale wiedział, że nie odpuścisz i pojedziesz ratować te cholerne zwierzęta! – gwałtowny odwrót na pięcie w jej kierunku jeszcze bardziej mógł utwierdzić ją w przekonaniu, że naprawdę miał zamiar zrobić coś złego, a już na pewno co najmniej odwiedzić go w jego gabinecie, w tym stanie, co już nie świadczyło o niczym dobrym. I tego mogła być pewna. Głos, który w tym momencie z siebie wydobył, nie był tym kochanym, wspaniałym Kanadyjczykiem, tylko wzburzonym i nieco może zbyt agresywnym – w jej kierunku – Christopherem.
Jednocześnie mając mi za złe wyjazd do domu, oskarżając o spotykanie kogoś, z kim utrzymuję kontakt głównie przez syna, uznałaś że dobrym pomysłem jest wyjazd w jakąś dżunglę i ryzykowanie życia?! Czy to miała być dla mnie jakaś nauczka? – to raczej nie zmierzało w dobrym kierunku, czyli interpretacji w ten jego mocno poroniony sposób i wysnuwania nie do końca powiązanych ze sobą domysłów. On natomiast ponownie zaczął kierować się w stronę drzwi, jeszcze bardziej stanowczym i co więcej przyspieszonym krokiem.
Nie spodziewał się, że wyskoczy z łóżka i jej sylwetka stanie tuż przed nim, skutecznie blokując mu ewentualną dalszą drogę. Prędzej spodziewał się, że ta wrzaśnie na niego w pełni swojej możliwości, spróbuje zatrzymać w bardziej magiczny bądź nawet agresywny sposób, ale nie że stanie pomiędzy nim a potencjalną drogą ewakuacji. To znaczy, to nie jest tak, że nie mógłby jej teraz wziąć i przesunąć jak jakiś mebel, ale jakoś tak… nie śmiałby. Nie zdążył zrobić w zasadzie nic, kiedy poczuł, jak dziewczyna wtula się w niego, co zaskoczyło go jeszcze bardziej. Spiął się nieco w reakcji na tę sytuację, ale po chwili rozluźnił się wzdychając ciężko. Nie potrafił się gniewać, na pewno nie na nią. Z tym że jego złość w tym momencie nie była skierowana w jej stronę, a w kierunku tego kretyna Cartera, który teraz zapewne grzał dupsko w gabinecie profesor transmutacji i miał wywalone na wszystko, a całą tę wyprawę puścił w niepamięć.
- Dobrze, już. – chwila ciszy została przerwana w końcu przez jego, dużo spokojniejszy obecnie, głos. Puszczone luzem ręce objęły ją delikatnie i odwzajemniły tym samym owy uścisk, a jego emocje powstrzymywały się coraz bardziej czując jej ciepło, spokojny oddech i ten nietypowy dla niej, delikatny i pełen obaw głos. – Zostanę. – mruknął, zaskakująco szybko wracając do stanu sprzed tej całej sceny, kiedy to stanął w jej drzwiach i nie wiedział co ma powiedzieć. Teraz zdaje się, też niezbyt miał pojęcie. Hrabia small talku. Zaczęli więc trwać w ciszy, wtuleni w siebie przed tymi cholernymi drzwiami.
- Przepraszam. – wypalił w końcu i spojrzał na nią, jednakże ona wtulona w jego w pierś w tym momencie dawała mu możliwość zobaczenia jedynie jej włosów. Uśmiechnął się lekko i ucałował ją w czubek głowy. – Chodź, zmarzniesz w tej… piżamie. – mruknął, nie wiedząc jak ująć to w odpowiedni sposób. Cóż poradzić, był tylko mężczyzną, a jej ubiór był rozpraszający jeśli tak skupić się nad tym w co akurat jest ubrana, ale nie żeby się skupiał, bo się nie skupiał. Czy coś.
Z należytą delikatnością odsunął się od niej i pochwycił jej rękę, aby skierować się w stronę z której przyszli. Unikając jej wzroku przyglądał się wszystkim pierdołom w pomieszczeniu, a szczególnie własnym butom, prowadząc ją w kierunku łóżka. Mogła być pewna, że stracił już cały zapał do wychodzenia z tego pomieszczenia, a jego zdenerwowanie sprzed chwili ulotniło się zupełnie tak szybko jak i się pojawiło. Może po prostu potrzebował wyrzucić z siebie te wszystkie emocje, które męczyły go od ponad tygodnia i nie mógł ich już dłużej w sobie nosić, choć nie było to tak naprawdę żadnym usprawiedliwieniem.
- Musisz odpocząć. – mruknął, wyciągając różdżkę tuż po tym, kiedy tylko usadowiła się na całkiem wygodnym meblu. – Ale najpierw trzeba się tym zająć, bez dyskusji. – zupełnie tak jak wcześniej przycupnął u jej boku, ale tym razem nie przeszukiwał jej ciała, niczym płótna, w poszukiwaniu skaz, tylko od razu – wiedząc gdzie się znajdują – zaczął celować w nie magicznym patykiem. Nie dałoby mu to spokoju, gdyby po prostu zostawił to nienaruszone ze świadomością, że miałaby cierpieć, a zanim wybrałaby się do jakiegoś medyka, to w bólu przeczekałaby to na rzecz samoistnego zasklepienia się ran. Poza tym Raylene nie byłaby zadowolona, że znając magię leczniczą, nie skrócił cierpień jej przyjaciółki, a z tego co zdążył się dowiedzieć tydzień temu – dzieliły się wszystkim. Mimowolnie uśmiechnął się na tę myśl i pokręcił głową przypominając sobie moment wyrzutu pielęgniarki i zepsucie jej balu. Bo oczywiście była to jego wina.
- Gotowe. – ostatnie enervate rzucone na najmniejsze skaleczenia i siniaki skutecznie się ich pozbyło, a jarzębinowa różdżka ponownie wróciła na swoje miejsce, ukryta głęboko w rękawie mężczyzny. Podniósł wzrok i spojrzał w jej opalizujące tęczówki, wciąż mając uniesione, w tajemniczym dla niej uśmieszku, kąciki ust. Zadowolony ze swojego dzieła podniósł się z podłogi i zdjął buty, aby wdrapać się na łóżko i położyć obok niej, przytulić się, ogrzać ją swoim ciepłem. Sam był zmęczony, ale z pewnością dużo mniej niż ona, więc z pewnością sam nie zaśnie dopóki ona porządnie się nie wyśpi. Będzie jej pilnował. Przy nim była bezpieczna, tak przynajmniej starał się myśleć.
_________________
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 807
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Sob Gru 01, 2018 7:35 pm   

Gdyby…
Wszystkie podjęte decyzje przez nich samych i przez osoby trzecie sprowadziły ich do tego momentu i nie mogli nic poradzić na to co stało się w przeszłości. Musieli się z tym pogodzić i wypić piwa, które sami sobie nawarzyli. W niektórych przypadkach było to spłodzenie dziecka po pijaku z przyjaciółką pewnej sylwestrowej nocy, a u niektórych była to śmierć matki, przez którą zmienił się Twój cały światopogląd na ludzie wokół Ciebie i całe życie. Niektóre traumatyczne przeżycia wpływały na Twoje zachowanie i na to kim aktualnie jesteś. Chris gdyby nie urodził mu się syn, zapewne dalej siedziałby w Kanadzie, będąc całkowicie nieprzystępnym uczuciowym facetem. Jakby Bethy rodzice wciąż odgrywali ważną rolę w jej życiu, zapewne byłaby już martwa, lub uciekała przed aurorami ścigającymi śmierciożerców. Nigdy by się nie spotkali. Nigdy by się nie przekonali w jakim stopniu przeciwieństwa mogą na siebie oddziaływać i się przyciągać. Nigdy nie obudziliby w sobie dawno zapomnianych uczuć, które tak mocno ukrywali gdzieś na dnie zatwardziałego serca. Dzięki wydarzeniom, które kiedyś miały miejsce mogli się teraz kochać i kłócić, rozmawiać i się całować, poznać całkowicie nowych siebie o których istnieniu nie wiedzieli. Betha musiała z trudem zaakceptować fakt posiadania przez niego dziecka. Nie było to łatwe, ale to właśnie dzięki wyprawie na Madagaskar i doświadczeniu oddechu śmierci na karku uświadomiła sobie, że nie ważne kim były poprzednie dziewczyny i kim była matka dziecka tak długo dopóki Betha była tą ostatnią kobietą w jego życiu.
Siedziała na tym łóżku prawie jak zbity pies, który zbierał opierdol od swojego właściciela. Problem w tym, że nie była psem, on nie był jej właścicielem, plus nie zrobiła niczego złego. Po prostu poszła na wyprawę na wyspę podczas której miała uratować zwierzę w potrzebie. Jakby nie było, pomagała też ludziom, którzy żyli w pobliskich wioskach, więc można to było podłączyć pod pomoc ludziom. Mugolom nawet. Nie widziała w tym swojej winy, bo chciała jedynie zyskać więcej doświadczenia w swojej dziedzinie, chciała pomóc byłemu nauczycielowi i dobremu koledze po fachu. Na jej miejscu, zapewne Chris postąpiłby tak samo. W tej chwili jednak nie było to ważne. Chris był wściekły. Chyba jeszcze nigdy nie słyszała go tak złego. Ton jego głosu przyprawiał o ciarki, a karcące spojrzenie sprawiało, że chciała się bronić, chociaż nie miała na to najmniejszej ochoty i siły. Przełknęła jedynie ślinę, kiedy zaczął na nią krzyczeć. Uniosła jeden łuk brwiowy wyżej słysząc jego słowa. (…) i pójdziesz ratować te cholerne zwierzęta! Zacisnęła mocniej palce na kołdrze powstrzymując swoją irytację, która ponownie zaczęła narastać.
- Chuja wiedział, Chris! Jakbym miała podjąć tę decyzję jeszcze raz, to również bym pojechała i doskonale o tym wiesz.- warknęła, dając upust złości, której nie mogła opanować. Te słowa akurat ją ugodziły, bo może i dla Chrisa magiczne stworzenia nie były specjalnie ciekawe, czy ważne, ale dla Bethy miały one większą wartość niż większość ludzi chodząca po tym cholernym świecie. Dwulicowi aurorzy, śmierciożercy, którzy mają na swoich rękach więcej krwi niż nie jeden mugolski seryjny morderca, psychopaci i tyrani tworzący nowy porządek. Zwierzęta zabijały z przymusu, nie dla przyjemności. Robiły to co kazał im instynkt, zawsze były bezpośrednie i łatwe do odczytania w swoich działaniach. Nie potrafiły kłamać i wbijać nóż prosto w plecy. Wiedział z kim się wiąże, ale problem w tym, że ona niby też wiedziała, a jednak mężczyzna, który stał przed nią wydawał się być zupełnie obcy.
- Do kurwy, Chris, to nie była żadna nauczka! Moja decyzja o wyjeździe nie miała z Tobą nic wspólnego.- odparła ostro, kiedy wyjechał z tym niedorzecznym zarzutem, który jedynie wzburzył jej krew w żyłach. Poczuła jak serce mocniej jej bije, a każdy obolały mięsień się napina jakby co najmniej miała wstać i znowu się z kimś bić. Mierzyła go surowym spojrzeniem, nie uginając się pod jego presją i agresją tak zupełnie do niego nie podobną. - Gdybyś nie wyjechał, też był pojechała, bo cholerny smok potrzebował naszej pomocy. - dodała już nieco spokojniej, wciąż nie spuszczając z niego wzroku opalizujących, nieugiętych tęczówek. Wstała z łóżka i zrobiła dwa kroki w jego kierunku wyciągając palec wskazujący przed siebie w grożącym geście. - I nigdy nie miałam Ci za złe wyjazdu do domu. Nigdy. - była smutna, rozżalona, ale nigdy nie była na niego zła z tego powodu. Jeżeli natomiast chodziło o Emilie… Nie oskarżała go o spotykanie się z nią. Po prostu wyraziła głośno swoją obawę o jej pobyt tam. Ufała jemu, ale nie ufała jej. Nie można było jej za to winić.
Kiedy zaczął iść, mocna obawa, anxiety wdarła się do jej serca. Nagle i niespodziewanie. Chris… Znowu chciał wyjść. Nie chciała, aby szedł. Nie chciała zostać znowu sama ze swoimi myślami. Nie chciała, aby szedł robić aferę Carterowi, który jedynie się spytał, czy ta chce z nim jechać na wycieczkę na Madagaskar. Nauczyciel ONMS nie miał nic wspólnego z jej obrażeniami, przecież to nie on jej zrobił krzywdę. Chciała, aby Chris tu został, pokrzyczał na nią, powiedział jak bardzo się zawiódł, ale nie odchodził, bo tydzień bez niego w jakiejś cholernej dżungli był zbyt bolesny, aby teraz znowu została sama. Po kolejnej kłótni. Tym razem kompletnie nie z jej winy. Chciała dobrze, wyszło jak zawsze, ale przynajmniej smok był bezpieczny.
Potrzebuję Cię. Proszę, zostań.
Chwila ciszy jaka nastała po tych słowach była nie do wytrzymania. Miała wrażenie jednak, że jak zostanie przerwana, nie usłyszy nic dobrego. Wtulała się więc w niego starając się powstrzymać rozszalałe od złości i niepewności kołatanie serca czekając na cokolwiek. Może kolejny krzyk? Zawód w głosie? A może nic nie powie i po prostu ją minie i sobie pójdzie przed siebie nie zwracając na nią większej uwagi? Ostatnie chyba zabolałoby najbardziej, bo właśnie otwierała przed nim wrażliwą część siebie, która zwykle nie pojawia się w świetle dziennym przy kimkolwiek. Zignorowanie jej prośby byłoby ugodzeniem prosto w serce, przez co sparzyłaby się na tyle, że nigdy więcej nie dałaby dojść swojej czułej części do głosu.
Zostanę. I wtedy nagle przypomniała sobie jak się oddycha. Ciepły głos i odwzajemnienie objęcia skutecznie ją uspokoiło. Nie odzywała się jednak nie chcąc ponownie zaognić sytuacji jakimś komentarzem na temat wyprawy. Czy nie mogło to już zostać za nimi? Tak samo jak kłótnia na temat dziecka i siksy z którą je miał? To wydawało się najlepszym wyjściem w tej sytuacji, zwłaszcza, że nie miała ochoty na kolejne trudne nocne rozstania. Przepraszam. Nawet na niego nie patrzyła wtulając policzek w jego pierś. Otworzyła oczy dopiero czując jak delikatnie całuje ją w czubek głowy. Czy to już by było na tyle tej kłótni? Proszę?
Posłusznie poszła za nim w kierunku łóżka, aby w końcu usiąść na meblu i podnieść spojrzenie jasnych oczu na Chrisa, gdy kucał obok. Nawet nie chciała się z nim spierać, że to naprawdę nic takiego i już praktycznie nic jej nie boli i że po prostu powinna chwilę odpocząć, a będzie lepiej. Syzyfowa praca. Znowu zmierzyłby ją morderczym spojrzeniem, aby później tak, czy siak zrobić to co chciał. Nie zamierzała więc się przeciwstawiać, poprzestając na obserwowaniu leczenia przez niego jej powierzchownych ran. Za pomocą zaklęcia obrażenia zaczynały się wchłaniać i znikać razem z bólem im towarzyszącym. Chwilę później, była w o wiele lepszym stanie. Raylene byłaby dumna. Gdyby tylko nie zostali okradzeni z różdżek na wyspie, sytuacja mogłaby wyglądać zupełnie inaczej…
Gotowe. Kanciki jej ust nieznacznie się uniosły. Naprawdę była zmęczona dzisiejszym dniem. Całym tym tygodniem, który nieźle dał jej w kość. Chciała go jak najszybciej skończyć, najlepiej jakimś pozytywnym akcentem, który mógłby poprawić jej humor. Fakt, że nie odszedł i z nią został, aby chwilę później położyć się obok na łóżku był wystarczająco satysfakcjonujący. Bez słowa przytuliła się do niego wtulając nos w zagłębienie na jego szyi. Po tych cholernych siedmiu dniach jego ciepło, zapach, sama obecność była na tyle podtrzymująca na duchu, że nie chciała się stąd ruszać. Tak jej go brakowało. Tak cholernie jej go brakowało. Poczucie bezpieczeństwa, które jej zapewniał było jedyne w swoim rodzaju. Kompletnie nie zastąpione i jedyne w swoim rodzaju.
- Przepraszam, Chris. Powinnam była Ci jakoś powiedzieć.- wysłać kota, feniksa z notką o wyjeździe, albo osobiście stawić się w jego gabinecie, kiedy tylko dostała list od Cartera. - W szafie mam jakąś Twoją koszulkę jeśli chcesz się przebrać.- mruknęła unosząc głowę, aby na niego spojrzeć. To było oczywiste, że miała jego ubrania, zwłaszcza koszulki w których lubiła chodzić po akademickim pokoju. W tej chwili mógł podziękować jej za to, że przywłaszczała sobie jego rzeczy. W takich sytuacjach mogły się przydać! - Chyba, że wolisz spać nago.- dodała z delikatnym uśmiechem na ustach i unosząc nieco jeden łuk brwiowy wyżej. Nie żeby miało jej to jakoś przeszkadzać… wręcz przeciwnie. Niech się czuje jak w domu. Jej łóżko to jego łóżko.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician





over-undertale















Amaimon

Strona wygenerowana w 1,03 sekundy. Zapytań do SQL: 10