► Obchodzimy dziewiąte urodziny!
Na błoniach trwają zajęcia z ONMS.
► Na boisku trwa miotlarstwo!
► 22.05 rozpocznie się lekcja Zaklęć!
► Zmiany w systemie nauczania!
► Poszukujemy nauczycieli Starożytnych Run i Historii Magii!


Minęły dwa lata od Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall, a życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Nie oznacza to jednak, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone, a tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony. Czytaj więcej.
Wrzesień 2000r.
Pełnia: 06-08.09 (18-21.04)
Niebo coraz częściej przysłaniają ciemne, deszczowe chmury. W dzień ok. 16'C, w nocy temperatura spada do ok. 10'C.
7
40
0
20


Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: Vanessa Harvin
Pią Lut 15, 2019 1:17 am
Uciekający pokój
Autor Wiadomość
Leo Covenbreeze
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Śro Cze 06, 2018 2:29 am   

- Jak ktoś zachodzi od tyłu, to trzeba mu przywalić. Proste. – mruknął z nadmierną jak na aktualną atmosferę powagą. Niby potem się uśmiechnął, ale to nie zmieniło faktu, że naprawdę zarzucił April pewne braki w instynkcie samozachowawczym. Nie chciał wydawać zbyt pochopnego osądu, ale gdyby ktoś przystawił mu różdżkę do skroni, to powiedziałby, że stoi przed nim ta sama, radosna, odporna na wszelkie zmartwienia, trochę naiwna czarownica, którą poznał lata temu. - Ja na Obronie strzelam w swoich kulami ognia. Ale nie tak na poważnie. To znaczy – oni pewnie myślą, że to tak naprawdę, aaaaaaaleee…. nie zaryzykowałbym śmierci na zajęciach. Może jakieś małe poparzenie. W każdym razie – nic, z czym bym sobie nie poradził. – kiedy powiedział na głos, że atakuje uczniów w trakcie lekcji, to sam poczuł, że coś tutaj mogło nie pasować. Z drugiej strony – nie ukrywał przed Minerwą, że coś takiego może się wydarzyć, a ona wydawała się dziwnie pocieszona na myśl o jego praktycznym podejściu. - …niektórym się to podoba, a innym nie za bardzo. Wiadomo. – nie miał zamiaru nikogo do niczego zmuszać, aczkolwiek gdyby udało mu się obudzić w kimś ducha wojownika, to na pewno nie byłby z tego powodu smutny.
- …jasne, zapraszam w wolnej chwili. Właściwie w ostatnim czasie można mnie zastać w gabinecie o każdej porze dnia i nocy. – parsknął śmiechem. - …w razie czego jest jeszcze sowa. – dodał po chwili, bo może akurat zadziałoby się coś niesamowitego i Leo musiałby opuścić posterunek? Na przykład Einarr zaprosiłby go na piwo.
Następne sekundy bardzo byłego aurora zdziwiły. Kiedy April go przytuliła, ten chciał się odsunąć, ale w ostatniej chwili powstrzymał ten wrogi impuls. Napiął się cały jeszcze bardziej i to chyba nie w celu wyeksponowania umięśnienia. On się po prostu przestraszył. Chwilę zajęło mu przetworzenie napływających bodźców. W końcu sam objął ją jedną ręką i potarł przyjacielsko po smukłych plecach.
- Lata lecą, a ja ciągle nie wiem, co ze sobą zrobić… – rzucił zrezygnowany. Przypomniał sobie o śmiesznej właściwości rudowłosej – zawsze za dużo przy niej gadał. Na ogół był dość rozrywkowy i lubił sobie poopowiadać, ale co innego mnóstwo niepotrzebnych informacji, a co innego zwierzanie się. - …martwiłem się, że wyszedłem z formy, ale jeżeli czujesz się poderwana, to poszło mi znacznie szybciej niż ostatnio… – posłał jej chytry uśmieszek. - …chyba nie jest tak źle, jak myślałem. Może powinienem sprawdzić, czy nie jestem willą? – zrobił wielkie oczy, udając zaszokowanie. Nigdy nie słyszał o facetach-willach, ale kto wie, jakie skarby skrywała natura. Jedyne, co kiedyś udało mu się znaleźć, to męskie-wróżki z Irlandii, które uwodziły kobiety dotykiem, a te następnie umierały z rozpaczy. (Tak. To na pewno był on).
- …sam nie wiem, czy mam. Tak długo, dopóki nie będziesz we mnie wmuszała tequili, ani żadnych ziółek własnej roboty, tak długo pozostaniemy trzeźwi. I ubrani. – ostatnie słowa zaakcentował, nawiązując do oczywistej sytuacji z ich przeszłości. Covenbreeze nawet nie chciał wiedzieć, ile lat miała dziewczyna dziesięć lat temu. On już wtedy był stary, to mu wystarczyło.
- Wszystko z umiarem? Kim jesteś i co zrobiłaś z April Jones… – po pokoju znowu rozszedł się śmiech profesora. Nie kojarzył rudowłosej z umiarem. Z łagodnością, wesołością – to może tak. Ale umiar? Pff. - …ja? Ja po zrezygnowaniu z aurorstwa przeniosłem się do świętego Munga… a potem to już sam nie wiem. Trochę się szlajałem. – no nie mógł jej przecież powiedzieć „nawiązałem ekstremalnie bliskie relacje z facetem, którego mi przepowiedziałaś”. Przecież on nic do mężczyzn nie miał. Poza kumpelska sympatią rzecz jasna. - …no a teraz jestem tutaj, bo stwierdziłem, że warto trochę tę naszą młodzież podszkolić. Kto wie, czym to się skończy. Jak na razie trafiam na same perełki. Ty, Harvin – siostra śmierciożercy, a za rogiem? Strach się bać! – powiedział to już z trochę większym rozbawieniem. Gdyby tylko wiedział, kto naprawdę czekał za rogiem… - A… zdążyłem się ożenić i owdowieć, tak przy okazji. – sam się dziwił, że powiedział to na głos. Nigdy nie poruszał tej kwestii, chyba, że musiał coś wyjaśnić. Przy czym zawsze strasznie się przy tym spinał i denerwował, a tym razem zadziałała ta nietypowa właściwość piegowatej buźki.
 
     

Aprilla Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 56
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, gadająca papuga Orzeszek, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny), magiczny świerszcz Filip (z pszczółki Mai)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Cze 07, 2018 12:02 am   

Okej, skoro to takie proste... Ignorując jakże nauczycielski ton Covenbreeze'a podeszła do niego z kamienną miną, po czym złożyła rękę w pięść i uderzyła go w klatkę piersiową. Co prawda nie zrobiła tego zbyt mocno, jednak cios nie należał też do najlżejszych. Odsunęła się od niego ukrywając mały uśmieszek, po czym grobowym tonem rzuciła
-Jeden zero dla mnie, rozleniwiłeś się, musisz się bardziej postarać... - zaczęła, ale po chwili wybuchła śmiechem. Może to nie było zabawne. Na pewno nie było. Dla niej to jednak był najlepszy żart po słońcem w tym momencie. Ledwo opanowała łzy, które pojawiły się w kącikach jej oczu razem z bólem brzucha spowodowanym śmiechem. Kiedy się w końcu uspokoiła rzuciła jedynie szybkie wybacz, po czym wsłuchała się w jego wypowiedź, jak gdyby nigdy nic. W sumie to nie zdziwiły jej metody Leo. W końcu kiedyś był aurorem, a także jest latynosem, który nie ma nic wspólnego ze statycznością czy nudą. Pokręciła jednak lekko głową, trochę zmartwiona.
-Wiesz, że jak któryś z uczniów naskarży rodzicom możesz mieć kłopoty? To nie banda śmierciożerców, tylko dzieciaki, które strasznie dużo przeszły... Mogą mieć traumy, albo coś- może ruda i była trochę zakręcona,a nawet szalona, ale nie można było jej zarzucić, że nie troszczy się o ludzi. Szczególnie, kiedy ma ich pod swoją opieką, czuje się szczególnie odpowiedzialna. O Leo się nie martwiła, wiedziała, że okręci sobie wredne matki wokół małego palca, jednak uczniowie, którzy niedawno przeżyli wojnę mogą nie być szczególnie zachwyceni bitwą w klasie.- Wierzę jednak, że wiesz co robisz - rzuciła, żeby nie wyjść na taką, co kwestionuje sposób pracy swoich kolegów. Każdy robi co chce. Jednak miała nadzieję, że nie obudził żadnych złych wspomnień w małoletnich czarodziejach. Uśmiechnęła się pogodnie, po czym wsłuchała się w dalszą część wypowiedzi latynosa. Nie miała nic ciekawego do powiedzenia, więc nie wtrącała się w jego monolog. Rzuciła jedynie szybkim jasne, nie komentując, że noc to raczej nie jest odpowiednia pora do odwiedzin. Jeszcze pomyślałby sobie nie wiadomo co. Leo zawsze potrafił obrócić jej słowa tak, żeby jemu pasowały, może nawet robił to nieświadomie. Dlatego, kiedy rzucił, że to ją miałby poderwać rzuciła mu spojrzenie mówiące "dalej jesteś idiotą".
-Widać miałam rację. Ja, mój drogi, poderwana się nie czuję. Już wyrosłam z latania za każdym, który ma ładne mięśnie i zarost. Będziesz musiał się bardziej postarać - rzuciła, patrząc na jego chytry uśmieszek. Chciała jedynie troooszeczkę go zmniejszyć. W końcu inni popełniali gorsze błędy młodości. Jeżeli to w ogóle mogło być klasyfikowane w ramach wielkiej pomyłki. April przynajmniej tak tego nie odbierała. Na wzmiankę o wili pokiwała jedynie głową i postukała się w czoło. Czy mężczyzna nie uważał na OPCM? Kompletnie nie pasował do jej opisu, a jego urok (którego nie miał) był niczym wielkim. Dziewczyna spotkała kiedyś wilę i to zdecydowanie nie było to.'
Gdyby April piła właśnie jakiś napój, najprawdopodobniej wylądowałby na koszuli Leonardo. Nie to, że nie pamiętała tej nocy, ale nie sądziła, że on o niej tak po prostu wspomni. Wiadome było, że to nie było nic zobowiązującego, więc nie było czego wspominać. Sądziła, że zostanie to między nimi niedopowiedziane i nie wrócą do tego tematu. Jednak skoro nauczyciel już go podjął, ona postanowiła brnąć w to dalej.
-Myślę, że to nie tequila była głównym powodem zdjęcia przez Ciebie koszuli. Bardzo chciałeś mi udowodnić, że na pewno się mylę, a ty jesteś w stu procentach heteroseksualny. Jak sądzę, już się przekonałeś, że tak nie jest, więc niezależnie co wypijemy ta sytuacja się nie powtórzy - wystawiła mu język. Nie chciała kusić losu, nie wchodzi się dwa razy do łóżka z tym samym facetem, czy jak leciało to przysłowie. Jeszcze by poszły jakieś plotki...
-Umiar przychodzi, kiedy brakuje ci pieniędzy, żeby pić bez niego - zaśmiała się - wiesz, na recepcji w mungu nie zarabia się szczególnie dużo. Byłam też w trupie teatralnej kilka miesięcy ze swoją ex. Nie pijesz zbyt dużo, kiedy obawiasz się, że ta może zatruć Ci wino - zachichotała. Co jak co, ale dobrze wspominała swoje dotychczasowe przygody. Ominęło ją większość okrucieństwa wojny, a także zawarła kilka porządnych znajomości.
-Szkoda, że minęliśmy się szpitalu. I chyba wiem, co rozumiesz przez to całe szlajanie. Też się szlajałam - uśmiechnęła się. Rozumiała trochę gościa, sama nie wiedziała przez większość czasu co ze sobą zrobić -Dobrze, że takie talenty jak ty mogą uczyć dzieciaki. A fakt, że szukasz perełek wśród kadry, a nie uczniów jest trochę przerażający. Poczekaj, aż zobaczysz nauczyciela zaklęć. Minęliśmy się na śniadaniu, ale wydaje się w twoim typie. Będziecie mieli o czym rozmawiać. - uściśliła, żeby wiedział o jaki typ chodzi. Oczywiście chciała, żeby zabrzmiało to dwuznacznie. W końcu ona się rzadko myli, kiedy ma aż tak silne przeczucia co do czyjegoś losu. Nie jest widzącą jak Kasandra, jednak trochę talentu gdzieś tam ma. Położyła mu rękę na ramieniu na wzmiankę o żonie. Nie mówiła nic, bo zwyczajnie nie wiedziała co. Zazwyczaj by kogoś przytuliła, ale Leo był dziwnie spięty, kiedy zrobiła to za pierwszym razem, więc wolała nie ryzykować. Spojrzała mu jedynie w oczy, jakby chcąc pokazać, że jest jej przykro.
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     
Leo Covenbreeze
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Czw Cze 07, 2018 2:32 am   

Latynos trochę się zdziwił, kiedy rudowłosa go uderzyła, ale bardzo docenił ten gest. - Gdybyś się troszeczkę odchyliła, miałabyś większy zamach i zyskała dodatkowo trochę siły. Ale nie jest źle jak na te drobniutkie ramionka. – puścił jej oczko, klaszcząc cicho. No oczywiście, że się rozleniwiłem. Inaczej bym tu nie przyszedł, April. A może to nie było lenistwo tylko starość? Prawie cztery dychy na karku.
Leonardo oczywiście nie przerywał kobiecie w jej maratonie śmiechu. Każdy czasem potrzebował się trochę dotlenić, a że ona postanowiła pożreć całe powietrze w tym pokoju, to już trudno. No i też trochę jej w tej radości zawtórował, bo czemu nie. Śmiech to zdrowie!
- No to naskarży. Co ja mogę? Nikogo do niczego nie zmuszam. – była kolejną osobą, która ostrzegła go przed ewentualnymi konsekwencjami ze strony rodziców. Nie żeby go to irytowało, po prostu czuł się jakoś dziwnie osaczony. Nikomu nie zrobił krzywdy (a przynajmniej nie takiej na stałe), a zajęcia, które polegają na podpisywaniu obrazków magicznych stworzeń i zakreślaniu luk z przykładowym przeciwzaklęciem były bezsensowne. Rzecz jasna – pewien program istniał, trzeba go było realizować, co też Covenbreeze robił. Nie zmieniało to jednak faktu, że o wilkołakach czy banshee uczniowie mogli poczytać przy kominku w pokoju wspólnym. A trzaskać się zaklęciami już nie.
W pewnym momencie zrobiło mu się strasznie głupio. Poczuł te czekoladowe, pełne zdziwienia tęczówki i stwierdził, że musi zrobić coś, co powinien był zrobić już dawno temu. - Przepraszam. – rzucił dość poważnie z ciężkim westchnięciem. - …no wiesz. Jeżeli kiedykolwiek żałowałaś tego porywu ze mną, to wiedz, że bardzo mi przykro i gdybym mógł cofnąć czas, to na pewno bym to zrobił. – wtedy w ogóle go to nie interesowało. Mało tego, traktował kobiety w bardzo fałszywy sposób. Niby taka kulturka, niby takie ę i ą, a tak naprawdę chodziło wyłącznie o rozładowanie seksualnego napięcia. Na szczęście miał okazję spotkać tę, przy której nabrał trochę rozumu. - …teraz na pewno bym do tego nie dopuścił. – zapewnił ją. Z jego głosu można było wywnioskować, że jest mu naprawdę wstyd.
Gadka o jego domniemanym homoseksualizmie trochę zbiła mężczyznę z tropu. Jak bardzo idiotycznie i naiwnie by to nie brzmiało, on naprawdę nie uważał się nawet za osobę biseksualną. Znajomość z Sorenem tego nie zmieniała. Nie zmieniał tego także fakt, że mógł czasem o sekundę za długo wpatrywać się w Einarra w knajpie. W końcu uwagę jego i jego kolegi w spodniach zdecydowanie bardziej zwróciła Vanessa. A może to te lawendowe perfumy? (100% hetero)
- …jeżeli mam być z tobą całkowicie szczery, to po prostu miałem ochotę na seks, a ty wśród wszystkich turystek wyróżniałaś się przede wszystkim przesłodką osobowością. – pozwolił sobie na ten moment szczerości, bo nie chciał, żeby istniały pomiędzy nimi jakiekolwiek niedopowiedzenia. (Te odnośnie jego orientacji się nie liczą.)
- Jako uzdrowiciel faktycznie zarabiałem trochę więcej niż recepcjonistki, ale tylko trochę. Najbardziej opłacają się prywatne wizyty domowe, ale swego czasu nie byłem w stanie brać za to pieniędzy. Wiesz, poczucie misji, te sprawy… – machnął ręką zrezygnowany. Jakiekolwiek poczucie misji przeszło mu w momencie śmierci jego żony.
Mężczyzna dziwnie się ożywił na wieść o ex-trucicielce. - …twoja partnerka próbowała cię zabić? To tak jak m----normalnie tak to…..jak……dziwne to. – odwrócił się do niej plecami, wbijając wzrok w poniszczony obraz. Jego Soren też próbował.
- …nauczyciela zaklęć? Wybacz, ale chyba mam ciekawsze rzeczy do roboty, niż słuchanie szczebiotu jakiegoś studenciaka. – absolut jeden raczy wiedzieć, dlaczego założył z góry, że to ktoś świeżo po studiach. Może dlatego, że i April, i Vanessa były od niego znacznie młodsze. - …i skąd ty możesz wiedzieć, kto jest w moim typie, a kto nie? A w ogóle, to faceci nie są. – wszechświecie, jaka ona była irytująca. I czemu tak trudno było jej w czymkolwiek zaprzeczyć. Pewnie rozpyliła coś w powietrzu. Tak! Właśnie tak! - …no i co z tym nauczycielem? – spojrzał na nią dosłownie tak: >.>, czując jakiś dziwny niepokój w żołądku. Zjedzenie parówek, rogalików i sałatki oraz popicie tego mlekiem nie było dobrym śniadaniowym pomysłem…
 
     

Aprilla Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 56
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, gadająca papuga Orzeszek, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny), magiczny świerszcz Filip (z pszczółki Mai)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Cze 07, 2018 3:52 pm   

-Uwierz mi, moje pięści mogą zabić, nie chcesz doświadczać ich pełnej siły - rzuciła z przekąsem na uwagę Leo. Oczywiście, że mężczyzna z łatwością by ją pokonał czy to w mugolskim, czy czarodziejskim pojedynku. April nigdy nie czuła się dobrą czarownicą, a takie spotkania jak to często podkreślały jej elementarne braki w wyszkoleniu bojowym. Cóż, Hogwart za jej czasów nie słynął z dobrych nauczycieli Obrony, a szkole kto marnował czas na naukę... Pewnie paru by się znalazło, ale zdecydowanie nie ona. Czasami żałowała swojego lenistwa po zakończeniu edukacji, może gdyby się troszeczkę przyłożyła nie byłaby chodzącą niekompetencją. Przynajmniej wiedziała coś o ziółkach i potrafiła zrobić magiczne maści, chociaż tak przydawała się społeczeństwu, oprócz bycia chodzącym promykiem słońca.
-Wiem, że histeria matek Ci nie straszna, zapomnij, że cokolwiek mówiłam - nie chciało jej się użerać z tą pierdołą. Przecież wyraźnie nie chodziło o problemy rodziców, tylko ich pociech, którym po nocach może się potem śnić Leo w pierścieniu ognia. Chociaż późniejsza sytuacja w klasie sprawiłaby, że koszmar zmieniłby się w zwykły sen. April oczywiście nie została poinformowana o tym co uczniowie zrobili z Leonardo. Może to i lepiej, w końcu nie miałby przez to życia przy rozmowie z nią. Cały czas rzucałaby żarciki o tęczy i ewentualnych korzyściach tej sytuacji. ("no ale Leo, zawsze mogłeś nie mieć bielizny... To by dopiero była trauma dla tych dzieci") Skoro jednak pozostawała nieświadoma, przynajmniej dopóki plotki do niej nie dotrą, nie mogła rozładować atmosfery którą stworzył Leo jakimś głupim żarcikiem. Westchnęła, a na jej zwykle pogodnej twarzy ukazało się coś w stylu zmęczenia, kiedy przewracała oczami na jego słowa.
-Pewnie. Płakałam po nocach po tym wszystkim. Myślałam, że będziemy na zawsze razem,tak jak w tych mugolskich filmach, a ty nawet nie zabrałeś mnie na obiad - udała, że szlocha. Pewnie pociągnęłaby to dalej, korzystając ze swoich jakże (nie)wspaniałych zdolności aktorskich. Nie dała jednak rady dłużej powstrzymać się od śmiechu. Pacnęła go w lekko w rękę, kręcąc głową - Leo, ty jednak jesteś głupi. Jednak jeżeli ty tak bardzo żałujesz, to może ja powinnam przeprosić - powiedziała złośliwie. Trochę dziwne, że po tylu latach mężczyzna nadal ją pamiętał i do tego czuł się w jakimś stopniu winny. Przecież nie rzucił na nią Imperio, żeby ją zmusić. Pokręciła głową. Czy warto było szaleć tak przez całe życie? Zdecydowanie warto. Na dalszą wypowiedź tylko skinęła, lekko podnosząc brwi, jakby w zdziwieniu - Czyli zamiast mojej olśniewającej urody Twoją uwagę zwróciło to, że chichoczę jak porąbana? - westchnęła - a myślałam, że chociaż jako dziewiętnastolatka byłam zdolna poderwać starszego, przystojnego latynosa. Uwierz, z wiekiem idzie to coraz gorzej. - zaśmiała się, żeby wiedział, że to żart. No może nie to o powodzeniu, oczywiście młodszym było łatwiej. W jej wieku większość jej znajomych już się ustatkowała na tyle, że byli w wieloletnich związkach. Kiedy wspomniał o poczuciu misji pokiwała głową. W końcu ona też pewien okres czasu takie posiadała, kiedy w swoim sklepie na północy Irlandii nie spała całe noce, żeby zrobić skuteczne maści nie tylko dla czarodziejów. Spodziewając się, że samarytańska postawa Leonardo zakończyła się, przez jakieś przykre wydarzenie spojrzała na niego współczująco patrząc trochę w górę. Między nimi było ponad dwadzieścia centymetrów różnicy, April miała wielką ochotę zapytać jaką pogodę mężczyzna ma tam na górze, ale sytuacja do tego nie pasowała. Będzie musiała zachować to na później. Jej była też była dość wysoka, zawsze mówiła o niej mon petit. Może nie zawsze, ale przynajmniej kiedy były jeszcze razem. Potem skończyły się słodkie słówka. Ach te Francuzki.
-No wiesz, nie tylko Hiszpanie mają gorący temperament. Wkurzone kobiety są nawet gorsze. Szczególnie, kiedy pochodzą z Francji - pokręciła oczami na wspomnienie o Lynette. Oprócz ładnej buźki nie mogła zbyt wiele sobą zaoferować. Mimo, że Leo starał się zamaskować zawahanie w głosie ta wyłapała to, co na początku chciał powiedzieć -Tak jak Twój kto? Czyżby były? - powiedziała z triumfem wypisanym na twarzy. Nie mogła nic poradzić na to, że Covenbreeze był taki uparty, mimo, że bardzo by chciała. Nie obchodziło jej to jakiej był orientacji, mógł być nawet wierzbofilem, jednak dawno temu zarzucił, że jej wróżby są nieprawdziwe, a to uderzyło ją w jej puchońskie serduszko.
-Ten studenciak jest na oko jakieś dziesięć lat starszy od Ciebie. I równie dobrze wygląda - wystawiła mu język wyraźnie rzucając aluzję - chociaż postawą niedługo zasłuży na miano drugiego Snape'a - mrukneła bardziej do siebie. Nigdy nie przepadała za tym ślizgońskim dupkiem. Miała nadzieję, że nauczyciel zaklęć sprawiał tylko takie wrażenie, a nie był drugim Severusem. Uśmiechnęła się chytrze na wypowiedź kolegi, dokładnie o to jej chodziło, kiedy wypowiadała to zdanie - cóż, nie chodziło mi o taki typ, bardziej typ człowieka. Ale wiesz, tylko winny się broni. - zachichotała - po prostu facet wygląda na silny charakter, a taki na pewno będzie lepszym kolegą dla Ciebie niż szczebiocząca Puchonka - puściła mu oko.
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     
Leo Covenbreeze
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Sob Cze 09, 2018 3:34 pm   

Szczerze powiedziawszy, tylko raz w życiu zdarzyło mu się przegrać poważną walkę w zwarciu. I raz wymiękł podczas jogi ze swoją żoną. Uwierzcie – prościej skręcić kark wierzgającemu śmierciożercy niż zapanować nad własnym ciałem. - Wierzę, że gdyby do tych przeuroczych piegów dodać dwa-trzy lata intensywnego treningu i trochę bezwzględności, to faktycznie miałbym problem. – odsłonił szereg białych ząbków, patrząc na nią mentorsko. Osoby, które walczyły w sposób bardziej ogarnięty niż w szale, dobrze wiedziały, że to nie masa przeciwnika ma znaczenie. W swoim długim życiu latynos miał do czynienia z mistrzyniami, którym wystarczyłaby jedna ręka i zawiązane oczy, żeby poskładać go jak małego dzieciaka. Być może kiedyś April też osiągnie taki poziom? Jeżeli w ogóle zacznie się w to bawić…
Wrzeszczących na niego matek wolał sobie nawet nie wyobrażać. Prawdopodobnie w ogóle by ich nie słuchał, następnie przyznał rację, uśmiechnął się i wrócił do roboty. Co innego można zrobić w takim wypadku? Powojenna trauma uczniów i potrzeba odbudowania poczucia stabilizacji mogłyby go ewentualnie przekonać do pewnych ulg, ale skoro nikogo do niczego nie zmuszał, to o czym w ogóle tutaj rozprawiać? Ten, kto miał potrzebę rozwoju w sztuce bitewnej, ten mógł ją z nim realizować. I tyle.
- Nie żartuj sobie z tego, przecież to poważne sprawy… – mruknął trochę jak typowy sztywniak. Nie był jednak odporny na jej śmiech, więc po chwili sam się rozpromienił. - Moją uwagę przykuł twój śmiech, twoje ogniste włosy… – tutaj pochylił się nad nią, zrównując w półmroku ich obsydianowe tęczówki. -...czekoladowe oczy, twoja… – zarysował w powietrzu jej talię… - …no i może jeszcze kilka innych szczegółów. – puścił jej oczko, prostując się.
Brunet zastanowił się chwilę nad cała tą sprawą z podrywaniem starszego latynosa. - …trochę więcej wiary w siebie, April. Jeżeli tobie jest już trudno, to ja chyba jestem skazany na wieczną samotność. – nie żeby było mu z tym faktem bardzo źle, ale chyba lepiej spać z kimś niż samemu, prawda? Latynos nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wielką krzywdę robił sam sobie, zamykając się na jakiekolwiek poważniejsze relacje z innymi. Niestety, on chyba cały czas był w swego rodzaju żałobie, jak niemożliwie by to nie wyglądało.
- …nie śmiem wątpić. Doskonale wiem, kiedy lepiej zejść wam z drogi. – po sugestii April dotyczącej jego byłego w pokoju zapadła cisza. Była tak gęsta, że aż ciężko było złapać oddech. Profesor stał plecami do rudowłosej, a odwrócił się dopiero, gdy ta dokończyła opis Sorena. Nie, to niemożliwe. - Z opisu średnio mi się ten nowy nauczyciel podoba. Nie wystarczy nam już gburowatej Vanessy? Rozmawiałaś w ogóle coś więcej z tym typkiem? Czy tylko tak się minęliście? – zapytał drżącym głosem. Serce zaczęło mu bić szybciej, a w żołądku poczuł zawiązujący się supeł. Do tego dodajmy suchość w ustach i rozbiegane spojrzenie, a maleńki atak paniki mamy gotowy.
 
     

Aprilla Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 56
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, gadająca papuga Orzeszek, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny), magiczny świerszcz Filip (z pszczółki Mai)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Cze 10, 2018 1:41 am   

Jedyna walka jaką April wygrała to ta z samą sobą, żeby nie pić kolejnego kieliszka. To było bardzo ciężkie zwycięstwo i kosztowało ją wiele wyrzeczeń. Tak niestety jest, kiedy nie zapłacisz czynszu, a pół wypłaty w jeden wieczór wydasz w pubie. W takiej sytuacji musisz się poświęcić i sprzedać nerkę jakiegoś mugola, by mieć pieniądze. Okej, może trochę przesadziłam, ale tak, czasami April udawało się odstawić tequillę kiedy była na to najwyższa pora. O skręcaniu karku nawet nie było mowy, zapewne nawet swoimi małymi rączkami nie objęłaby porządnie szyi swojej ofiary, a co dopiero mówić o wyrządzeniu jakiejkolwiek krzywdy. Ta istotka nie była zdolna do takich rzeczy, z nią należało żartować i się przytulać.
-Mój najbardziej intensywny trening to wywoływanie szamańskim tańcem deszczu i na razie nie mam zamiaru tego zmieniać - rzuciła jedynie w jego stronę. Nie czuła potrzeby być małą maszyną do zabijania, ponadto czuła, że osiągnięcie takiego stanu w jej wypadku może być praktycznie niemożliwe. Ona ledwo nie zabija siebie samej schodząc ze schodów, a co dopiero myśleć o kimś innym. Nie była stworzona do takiej roboty. Kiedy latynos wspomniał, że ich seks dziesięć lat temu to poważne sprawy parsknęła śmiechem. Zdecydowanie miał o sobie zbyt duże mniemanie. April może w tamtym okresie nie była skora do takich przygód, jednak nawet jeżeli traktowała by go jako błąd życia po tylu latach zapewne by o tym zapomniała. Kiedy zaczał wymieniać jej cechy zaczerwieniła się tak bardzo, że jej twarz prawdopodobnie była tak czerwona jak jej włosy. Szczególnie, kiedy spojrzał jej w oczy. Trochę jej to przypomniało tamten wieczór, więc żeby nie odwalić czegoś bardzo głupiego spróbowała zacząć od czegoś głupiego i podniosła rękę, po czym pstryknęła go w nos. Chciała coś powiedzieć, jednak jak na złość wszystkie tekściki jej uciekły.Za to kiedy puścił jej oczko odparła głośno
-Uważaj, bo pomyślę, że ten jeden raz Ci tak pomieszał w głowie. Albo, że liczysz na kolejny- zaśmiała się cicho po czym odpowiedziała na jego kolejne zdanie - Leo, kochany, ty jesteś gorącokrwistym latynosem, tobie nigdy nie będzie trudno kogoś wyrwać. Ja nie dość, że przytyłam od ostatniego czasu, to nie wyglądam tak dobrze. Jedynie jestem trochę młodsza i mi w plechach nie strzyka - wystawiła mu język. Dziecinne, no ale co poradzisz. Szybko jednak zamknęła usta, i opuściła głowę. Kiedy wypowiadała swoje słowa na temat partnera Leo nie sądziła, że po tym w pokoju nastanie taka grobowa atmosfera. W pewnym momencie chciała coś krzyknąć o żelazku na gazie i uciec drugimi drzwiami. W końcu Leo jednak postanowił przerwać ciszę, a nawet się do niej odwrócić, żeby zobaczyć w jej oczach coś w stylu poczucia winy.
-Powiem Ci, że przez chwilę myślałam, że to taki Soren, którego poznałam w Irlandii. Chyba Ci nawet o nim wspominałam wtedy w barze. Nie miałam jednak okazji z nim porozmawiać, a nie chciałam z siebie robić idiotki i go wołać przez pół Wielkiej Sali jak nie miałam pewności - mruknęła. Już widziała tę scenę jak biegnie do nowego i go próbuje przytulić, mimo, że jej Soren tego nie lubił, a się okazuje, że to nie on. Na pewno zostałaby uznana za wariatkę, a jeżeli mężczyzna naprawdę jest drugim Snapem wolała nie wchodzić z nim w konflikt.
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     
Leo Covenbreeze
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Pon Cze 11, 2018 4:17 pm   

Leo też wygrał taką walkę. W końcu wypił tylko cztery zamiast ośmiu kieliszków tequili, a następnie rozdał to, co mu zostało. Oczywiście mogła być to także wina Einarra, który zjawił się znikąd w roli przyzwoitki. To musiał być znak z nieba, bo jak inaczej wytłumaczyć przystojnego aurora, który informuje o zgubnym wpływie napojów wysokoprocentowych? Anioł stróż, ot co! Co innego, że brunet nie przypominał sobie wysłania do niebios prośby o opiekę, no ale darowanemu Einarrowi nie zagląda się w zęby!
Latynos nie wnikał w przyczynek April do wojny, ale jeżeli nie nauczyła się, że każdy z nas ma w sobie pokłady brutalności, to szczerze wątpił, żeby rudowłosa szczególnie odczuła to, co działo się w zamku. Covenbreeze wcale nie był lepszy – cała ta wojna tak naprawdę w ogóle go nie obchodziła; był zajęty innymi sprawami gdzieś na drugim końcu kuli ziemskiej, ale oczywiście bardzo się ucieszył, kiedy czarodziejski świat obiegła wiadomość o śmierci Riddle’a. Nie lubił pozerów, a za kogoś takiego uważał upadłego czarnoksiężnika. Większe wrażenie robiła na nim postać Grindelwalda. Voldemortowi z kolei musiał oddać to, że stworzył ogromną ilość horkruksów, więc chyba coś tam, poza straszeniem mordą, potrafił…
- Świetna sprawa! – rzucił podekscytowany. -…ale to jakiś rytuał zrobiłaś, czy wciskałaś ludziom ciemnotę? – z niewiadomych przyczyn zainteresowanie mężczyzny uderzyło maksimum w skali i szybko zaczęło bić kolejne rekordy. Może ta dziewczyna nie jest taką zwykłą czarownicą. Cóż, z Sorenem to by się nawet zgadzało, ygh. Sam nie wiedział, co sprawiało mu większy problem. Wspominanie tego psychola, czy przyznanie się przed sobą, że to rudowłose stworzonko miało jednak rację.
Oczywiście że zbliżył się do niej tylko po to, żeby sprawdzić, czy wywoła pożądaną reakcję. Niedobry Leo! - …ha! – mruknął energicznie, kiedy ta pstryknęła go w nos. Czasem dobrze robił mu nawet taki mały pstryczek. - …gdybym chciał kolejny, to bym go sobie po prostu wziął… – na jego twarzy znowu zagościł cwany uśmieszek, a diabełki w jego oczach fiknęły koziołka wyraźnie zadowolone z takiego obrotu spraw. Oczywiście Latynos nigdy by nikogo do niczego nie zmuszał, a już na pewno nie dopuściłby się tak haniebnego aktu. No chyba, że okazałoby się, że to właśnie kręci jego partnerkę; różne ludzie mieli upodobania. - …wybacz, taki nieładny żarcik. – urwał, wzdychając ciężko nad kwestią wieku. - …hej, mi też nic nie strzyka! – żachnął się. Na tej lekcji był po prostu nierozgrzany, w ogóle go zaskoczono, no i… no!
Cisza była bardzo dobra. Naprawdę. Zdecydowanie lepsza od mówienia, zwłaszcza wtedy, kiedy wśród słów miało przewinąć się to imię. - Jaki Soren? – czarodziej zapytał spokojnie mimo płynącej w jego żyłach magmy, która tylko czekała na odpowiedni bodziec, by eksplodować.
Po połączeniu punkcików Leonardo nie miał wątpliwości, że mówią o tym samym człowieku. O jego profesorze, kochanku, a teraz nemezis – Sorenie Rostgaardzie. Latynos tak się zapowietrzył, że aż musiał podejść do ściany i się o nią oprzeć, żeby się nie przewrócić. Chyba każdy zna to dziwne, przejmujące uczucie, kiedy wszystkie organy wewnętrzne dosłownie się ścinają, a żołądek próbuje wybrać się na spacer po błoniach, bo właśnie ktoś uraczył nas informacją, na którą nie byliśmy gotowi. Tak właśnie teraz czuł się mężczyzna.
- …chyba zwymiotuję. – i faktycznie… tylko wyuczone odruchy pozwoliły mu na przywołanie jakiegoś starego dzbana, do którego po prostu puścił pawia ze stresu. - …o rany. Ciekawe, co było w tych rogalikach… – mruknął, jak gdyby nigdy nic, prostując się. Wcześniej otarł usta jakąś szmatką, a pojedyncze machnięcie różdżką wystarczyło, aby waza rozpłynęła się tak, jakby nigdy nie istniała.
- Nie no. To fajnie, że taki nowy, poważny nauczyciel przyszedł. – zakończył, patrząc na nią wzrokiem wrzeszczącym: „MAM POMYSŁ, CHODŹMY SIĘ ZABIĆ.”
 
     

Aprilla Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 56
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, gadająca papuga Orzeszek, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny), magiczny świerszcz Filip (z pszczółki Mai)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Wto Cze 12, 2018 4:34 am   

April w przeciwieństwie do Leonardo nie była taka wspaniałomyślna, żeby oddawać komuś zakupiony alkohol. Jeżeli taki znalazł się w jej posiadaniu zazwyczaj go wypijała, szlachetnie nie pozwalając zmarnować się płynowi. W końcu ósmy kieliszek mógł być smutny, że nie wylądował w jej żołądku z pozostałymi siedmioma, a ona bardzo nie lubiła zawodzić. Nawet jeżeli to uczucie było tylko wyobrażeniem, bo w końcu szkło, czy trunek nie mogły odczuwać żadnych uczuć, ona wolała nie ryzykować. W końcu była puchonką. Dlatego też pewnie słowo "przyzwoitka" nie istniało w jej przypadku. Zawsze osoba, która chciała jej przypilnować kończyła pijana równie mocno jak ona, bo po prostu nie umiała jej odmówić. Pewnie to przez tę dziecięcą mentalność, albo rozbrajający uśmiech. Także nie ważny wygląd, zawód, ani ilość wymienionych powodów dlaczego powinna skończyć osoby, która podjęła się zatrzymania April w jej upijaniu się. W 90% przypadków misja tego osobnika kończyła się porażką, a w pozostałych dziesięciu nie było już czego ratować i można było tylko pomóc jej się dostać do jej łóżka. April miała to szczęście, że cała ta 2 Wojna Czarodziejska sprawiła jedynie, że miała w kieszeni trochę mniej pieniędzy. Nie sprawdziła swoich umiejętności (a szkoda, może by zobaczyła, że warto podjąć jakieś treningi), ale ona wcale tego nie potrzebowała. Najpewniej na sam widok Sami-Wiecie-Kogo uciekłaby w jakiś najdalszy zakątek lochów i udawała, że jej nie ma. To nie była jej walka (jak każda inna bitwa). Poza tym była zbyt niewinna i zbyt odcięta od rzeczywistości, żeby zabijać z zimną krwią, albo chociażby kogoś porządnie poturbować. Jedynie co potrafiła, to zadrapać komuś plecy. I to też nie zawsze. Uśmiechnęła się na wspomnienie swojej afrykańskiej przygody. Zachichotała podzielając entuzjazm Leo.
-Byłam szamanką jakiegoś afrykańskiego plemienia i to w ich starych zwojach była instrukcja tego tańca. Nie zdziwiłabym się, jakby to był prawdziwy rytuał jakichś dawnych magów. Deszcz w sumie spadł. Nawet niedługo po samym odprawieniu modłów, ale nie zdziwię się jak to był czysty przypadek - zaśmiała się. Sama nie wiedziała, czy tak było. Robiła to tylko raz, w większości przypadków wolała odrobinę wpłynąć magią na trajektorię chmur. Taki taniec był strasznie męczący, nie wspominając o szatach, w których należało go odprawiać i konieczności złożenia ofiary dla Bogów (oczywiście nie z człowieka, ale April bolało marnowanie jedzenia). W końcu skoro mogła coś zrobić w efektywniejszy sposób, dlaczego miałaby tego nie robić.
Kobieta oczywiście nawet nie podejrzewała faktu, że bliskość mężczyzny była jakimś testem, który miał sprawdzić jej reakcję, jednak zadowolenia w oczach Leonardo nie można było niezauważyć. Trochę to speszyło puchonkę, ale mimo wszystko starała się zachować twarz. Uśmiechęła się, kręcąc głową w niedowierzaniu. Ten facet się w ogóle nie zmienił.
- Myślisz, że tak łatwo byś mnie namówił? Musisz mieć o sobie bardzo wysokie mniemanie - zapytała, początkowo nie rozumiejąc w jakiej intencji powiedział to jej były kochanek. Może i zareagowała troszeczkę przesadnie, ale to nie miało żadnego związku z możliwością ponownego zbliżenia. Dopiero kiedy dopowiedział, że to żart zrozumiała w jakim kontekście to powiedział ledwo powstrzymała się od zaśmiania w głos.
-Ta, Leoś, już uwierzę, że ten sam facet co chwilę temu przepraszał mnie za coś, co było dekadę temu potrafiłby zrobić coś takiego. Kochanie, za kogo ty mnie masz - pokreciła kolejny już raz głową i skrzyżowała ręce. To było naprawdę komiczne. Tak samo jak stwierdzenie, że starszy nie ma problemów związanych z wiekiem. April postanowiła tego nie komentować, znając życie dawny auror nawet schodząc ze schodów narzeka na bóle w krzyżu, jednak Leonardo ma to do siebie, że jest w pewnych sprawach bardziej uparty od niej. Jedną z nich było zatajanie ważnych faktów, jak właśnie starcze kłopoty Covenbreeze'a, czy fakt, że Rostgaard był jego kochankiem. Tym kochankiem, którego dawno temu w hiszpańskim barze wywróżyła mu April, w zamian za postawienie drinka. Dlatego, biedaczka nawet nie miała pojęcia na jaki stres może właśnie narażać latynosa i kontynuowała wypowiedź na temat jej dawnego znajomego.
-Możliwe, że nie pamiętasz. Jak prowadziłam ten sklep z ziółkami w Irlandii wpadł do mnie gościu po coś na mocną klątwę. Był taki wymagający, że myślałam, że pierwszy raz w życiu potraktuję kogoś klątwą. Patrzył mi się na ręce i głośno komentował. Mimo wszystko okazał się bardzo spoko kolegą, wyskoczyliśmy ze dwa razy na piwo. Od tamtej pory go nie widziałam, ale możliwe, że to on. Zwłaszcza, że tamten też czegoś tam uczył, tyle że na uniwersytecie - wzruszyła ramionami kończąc wypowiedź. Gdyby ruda tylko wiedziała, do jakiego stanu doprowadzi to jej towarzysza pewnie ugryzła by się w język już na samym początku. Ona jednak żyła w blogiej nieświadomości, dlatego nie szczędziła Leo szczegółów. Zdziwiła się bardzo na reakcję kolegi. Na tyle, że nie zdążyła w żaden sposób zareagować, jedynie przyglądając się zmartwiona.
-Oczywiście rogaliki - mruknęła - trzeba było mnie ostrzec wcześniej, potrzymałabym Ci włosy i bylibyśmy kwita - wróciła pamięcią do szczegółów poranka z latynosem, gdzie także przytulała porcelanę po zjedzeniu jednego croissanta. W jej przypadku spowodowane to było jednak czym innym, a ten doskonale o tym wiedział. Chcąc pomoc koledze zdjeła z najbliższej szafki jakiś mały pucharek po czym przetarła go rękawem szaty, usuwając z niego kurz. Gdy naczynie było czyste wyczarowała wodę bez słowa podała czarodziejowi. Martwiło ją trochę spojrzenie kolegi, a w połączeniu z wypowiedzianym przez niego zdaniem wręcz obawiała się na co ten idiota może wpaść. W końcu był kiedyś aurorem. Może nowy to jakiś jego wróg? Chociaż skąd mógł wiedzieć, jak ona mówiła tylko o swoim dawnym koledze, a na temat nauczyciela zaklęć nie wypowiedziała się prawie w ogóle. Spojrzała jeszcze raz w stronę Leo. Nie wiedziała zbytnio co zrobić, więc pociągnęła go na krzesło, bo wyglądał jakby miał zaraz upaść i przytuliła go mocno. Nie wiedziała co powiedzieć, a pytanie, czy wszystko dobrze wydawało się wyjątkowo nie na miejscu.
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     
Leo Covenbreeze
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Wto Cze 12, 2018 9:56 pm   

W latach świetności Leo podzieliłby się czymkolwiek z kimkolwiek tylko w celu uśpienia jego czujności, aby zaraz potem skręcić mu kark lub spętać i poddać torturom, za które to Albus chciał jego odsunięcia z zespołu aurorów. W końcu nadszedł jednak czas, kiedy mężczyzna musiał spłacić dług karmiczny, który zaciągnął, traktując swoich więźniów (a należy wspomnieć, że zdecydowana większość z nich była czystej krwi) gorzej niż Voldemort mugoli. Czy istnieje większa cena niż utrata osoby, którą się kocha? Bycie zmuszonym do patrzenia, jak uchodzi z niej życie? Mężczyzna widział w tym pewną okrutną sprawiedliwość – on doprowadzał swoje ofiary do obłędu i błagania o pocałunek dementora, a za to odebrano mu kogoś, kto sprawił, że stał się lepszym człowiekiem. Przecież już wtedy minęło wiele lat odkąd opuścił brygadę uderzeniową! Niestety – jeśli komuś się wydaje, że obdarzeni najpotężniejszą z broni śmierciożercy zapominają, to bardzo się myli. Covenbreeze dobrze wiedział, że to nie nienawiść i nie żądza mordu doprowadziła do śmierci jego ukochanej. To wstyd. On dał im wstyd. Uczucie, które nie ma terminu ważności, które nie przemija do momentu, w którym nie zaspokoimy karmionych przez nie pragnień. Wstyd bardziej niż nienawiść prowokuje nas do szukania mocy, zmiany hierarchii wartości. To właśnie on jest ulubionym partnerem nienawiści, i to właśnie nim Leonardo tak szczodrze obdarzał swoich wrogów.
- Lubię magię rytualną. Nawet sam opracowuję pewne zaklęcia, ale na razie nic nie mówię, bo wiesz. To tajne. – puścił jej oczko, a ekscytacja w jego głosie wyszła prawie za okno pokoju. Faktycznie, jeżeli w zainteresowaniach naukowych mężczyzny znajdowało się coś poza zaklęciami defensywnymi i magią leczniczą, to były to rytuały magiczne, które pozwalały na dosłowne modelowanie rzeczywistości wedle woli czarodzieja. Co prawda wymagały czasem poświęceń, ale czego się nie robi dla rozwoju osobistego? - …no ja bym na twoim miejscu jednak był ostrożny. Eksperymenty tego typu mogą się skończyć tragicznie. A co gdybyś zamiast deszczu wywołała, na przykład, tornado? – zawiesił wymownie samogłoskę i uniósł jedną brew, patrząc na nią rozczulonym spojrzeniem.
Po kolejnych informacjach, które przekazała mu April, Covenbreeze nie miał już żadnych wątpliwości. Wcześniej czy później wpadnie na korytarzu na Sorena. I co wtedy zrobi? Zignoruje go? Tak. Tak trzeba żyć. - Powiem ci, że to pewnie nasz wspólny… znajomy. – pokręcił głową ze zrezygnowaniem… - …nieszczególnie się cieszę na jego obecność tutaj i w ogóle nie wiem, dlaczego Minerwa zgodziła się go zatrudnić. I co? I ma uczyć zaklęć? Z tego będą same tarapaty… – w końcu machnął ręką, bo chciał zachować chociaż minimum profesjonalizmu i nie robić nauczycielowi kiepskiej reklamy. Wcześniej czy później sam się czymś pogrąży, pomoc latynosa nie była mu do tego potrzebna.
Na tekst o trzymaniu włosów parsknął tylko cicho śmiechem. Widać było, że odpłynął w świat przemyśleń. Co on tu robi. To nie może być zbieg okoliczności. Na przytulasa również odpowiedział uściskiem i zakołysał się z nią delikatnie. - …yygh. Wiesz co, April. Chyba będę leciał. Do zobaczenia później. – rzucił, puszczając rudowłosą. - …nie zabij się na schodach. – dodał radośnie na odchodne, chociaż w aktualnym stanie to bardziej jemu groziło poślizgnięcie się na stopniu z nieuwagi.

[z/t]
 
     

Aprilla Jones
Prof. Wróżbiarstwa
Dołączyła: 28 Maj 2018
Posty: 56
Wiek: 29
Krew: Półkrwi
Pupil: sowa śnieżna Hela, wytresowany kogut Marian, gadająca papuga Orzeszek, akwarium pełne dorszy (słonowodne) i jeden, osobisty, pstrążny pstrąg tęczowy (słodkowodny), magiczny świerszcz Filip (z pszczółki Mai)
Różdżka: świerk, pióro graniana,10 cali, dość sztywna
Ekwipunek: Przypominajka, różdżka, kieszonkowy sennik i jakieś zioła w małych buteleczkach pochowane w kieszeniach
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 40
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 28
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 28
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Sob Cze 16, 2018 12:40 am   

Dobrze, że rudowłosa nie zna przeszłości swojego kolegi, bo zdecydowanie zaczęłaby uciekać przed nim na korytarzu. April zdecydowanie przerażali ludzie, którzy sięgają po to co chcą nie bacząc na środki, którymi muszą to uzyskać. "Do celu po trupach" zawsze wydawało jej się dość ostrym i przesadzonym hasłem, do którego nikt się nie stosuje. Jak widać dużo o świecie to ona nie wiedziała. Mimo wszystko takie zachowanie zawsze ma jakieś konsekwencje - w wypadku Leo najbardziej odczuła je jego żona. April nie zdziwi się, jeżeli ten do końca życia nie pogodzi się z tym co zrobił. Takie rzeczy zostają z człowiekiem na zawsze i nawet jeżeli zepchniemy je w głąb podświadomości nigdy nie możemy się spodziewać, czy nie zdecydują pojawić się znienacka w naszej głowie. Kobieta na szczęście nie miała takiego problemu, a ponadto nie znała okoliczności śmierci żony Covenbreeze'a, czy tego w jaki sposób traktował swoje ofiary. Z tego też powodu nie chowała się za krzesło podczas śniadania, a nawet potrafiła z nim spokojnie rozmawiać na różne tematy.
Uśmiechnęła się na widok iskierek podniecenia w oczach latynosa. Wyglądał przeuroczo, kiedy opowiadał o tym co planuje. Nie spodziewała się, że jej kolega może mieć takie zainteresowania, jednak trochę jej to zaimponowało. Ona nawet nie była pewna,czy rytuał który odprawiła był prawdziwy, a on sam wymyślał własne. Godne podziwu.Miała mu nawet tak powiedzieć, ale kiedy znowu ją skarcił jak małe dziecko zrezygnowała. Nie to, że się obraziła, ale Leo nie musiał jej cały czas wypominać, że nie jest zbyt odpowiedzialna. W tym tkwił przecież cały jej urok.
-Dobrze tatusiu, następnym razem nie będę - rzuciła do niego kręcąc oczami. Czasami starszy mężczyzna działał jej odrobinkę na nerwy, ale przecież nie będzie tego mówić na głos. Jakby wywołała tornado pewnie jakoś by je opanowała. Chyba. Musiało istnieć jakieś zaklęcie, jednak żadne nie przychodziło jej do głowy w tym momencie. Cóż, nie popisze się wiedzą przed nauczycielem Obrony, jakoś to przeżyje. Leo też jakoś będzie musiał przeżyć spotkanie z Sorenem. Skoro był aż tak bardzo niezadowolony nie próbowała nawet wnikać w ich wspólną przeszłość. Patrząc na to, że Rostgaard nie był śmierciożercą April nie przychodziły do głowy inne powody tak wielkiej niechęci Leonardo do jej dawnego znajomego. Uznała,że to nie jej sprawa, po czym kiedy Leo się odsunął popatrzyła na niego jak na zbitego pieska.
-Do zobaczenia - mruknęła, patrząc jak ten wychodzi - postaram się - zachichotała i wyciągnęła swoją listę. Uznając, że nie zdąży tego wieczora znaleźć czy zrobić nawet jednego punktu z pergaminu schowała go do kieszeni i otworzyła drzwi, żeby wyjść na jakiś nieznany korytarz kilka pięter niżej.

[zt]
_________________


"Zdziwił się jednak jej odpowiedzią na zadane pytanie
Brak własnej miotły nie był tak oczywisty jak, np. April i ćpanie" ~C.G.Verendal

"Była ślizgonka była przekonana, że ta coś brała, bo nikt normalny nie był taki promienny bez narkotyków, albo alkoholu."~B.R.Michaelson

 
 
     

Lidia Witness
VII Rok | Prefekt Slytherinu
Dołączyła: 19 Maj 2018
Posty: 158
Wiek: 17 lat
Krew: czysta
Pupil: czarny kot Loki
Różdżka: głóg, włókno z serca smoka, 12 i 3/4 cala, dość giętka
Ekwipunek: różdżka, kilka wsuwek, wisiorek od siostry
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 11
Z. zwykłe: 13
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 13
Miotlarstwo: 2
Wysłany: Śro Gru 19, 2018 3:08 am   
   <Multikonta: Kwiecień Plecień


Najlepsze dni w Hogwarcie to te dni, kiedy można beztrosko szwendać się po korytarzach, bez potrzeby ciągłego zwracania uwagi na to która godzina. Lidia uwielbiała weekendy, szczególnie te czerwcowe, kiedy robiło się trochę cieplej i można było wychodzić na błonia bez obawy o przymarznięcie do pierwszego drzewa o które się oprzesz. Prawdopodobnie powinna była się uczyć i powtarzać rzeczy, których się już nauczyła, w końcu była końcówka roku, a wiadomo czym są te ostatnie miesiące szkoły dla uczniów - wieczna harówka. Lidkę to jednak jakoś obeszło bokiem. Wychodziła z założenia, że skoro uczyła się przez ostatnie kilkanaście miesięcy, to nie musi się martwić. Miała trochę oleju w głowie, nie to co niektórzy Gryfoni, którzy wszystkie lekcje przepisywali od swoich odrobinę mądrzejszych znajomych. Nawet słynny Potter wolał raz na jakiś czas nadstawić karku za szkołę i prawie zginąć, niż nauczyć się porządnie na egzamin. Jawna niesprawiedliwość. Może gdyby ktoś go kiedyś porządnie przepytał to w Bitwie o Hogwart znałby więcej zaklęć niż Expelliarmus.
Przez wysokie okiennice w pokoju wspólnym Slytherinu wpadały promienie słońca. Zawsze ją dziwiło w jaki sposób ten pokój, który znajdował się pod taflą jeziora, był oświetlany. Dziwiło ją też dlaczego był taki... zimny. I nie chodziło o temperaturę, bo o to, by nie panowała tam mroźna aura lochów dbały skrzaty, dorzucające drewno do kominka. Chodziło bardziej o atmosferę i klimat, tak jakby nawet wystrój pomieszczenia musiał mówić "my jesteśmy Ci źli czarnoksiężnicy". Była w pokojach wspólnych Ravenclawu i Gryffindoru, gdzie panowała rodzinna atmosfera. I mimo, że jej to zbytnio nie przeszkadzało, w końcu Ślizgoni nie przepadali za jakimiś wielkimi zgromadzeniami to można było odczuć tutaj ździebko faworyzacji.
Siedziała właśnie na jednym z foteli i czytała jakąś nudną książkę na temat zaklęć, jednocześnie pomagając młodszym uczniom, uczącym się do egzaminów, kiedy ktoś opadł na oparcie jej siedzenia. Powoli odłożyła dość ciężki wolumin na pobliski stolik i skierowała swój wzrok w górę. Niewiele osób po prostu by tak do niej beztrosko podeszło, więc była pewna, że taka poufałość musi być powiązana z wąskim gronem jej przyjaciół. Nie myliła się zbytnio, bo nad nią wisiał Adrien z miną wielkiego męczennika. Uśmiechnęła się lekko i wygięła w taki sposób, żeby go objąć na przywitanie. Może przytulas trwał odrobinę dłużej niż inne przyjacielskie uściski, ale kto by się tym przejmował. Na pewno nie Lidka.
- Co Cię sprowadza na mój skromny fotel? - zapytała, kiedy już odsunęła się od swojego przyjaciela. Widać było, że nie przyszedł do niej tak po prostu. Do tego miał tą drugą panią prefekt z Hufflepuffu. Lidka nie mitrężyła czasu na pogawędki o pogodzie, a on o tym doskonale wiedział. Tak samo powinien wiedzieć, że jeżeli Witness uczy się w weekend to już serio musi jej się porządnie nudzić i nie może znaleźć sobie zajęcia. Spojrzała na niego zaciekawionym wzrokiem, a kiedy ten odparł coś w stylu "nudzi mi się" wiedziała, że to będzie ciekawe doświadczenie. Dwójka Ślizgonów szukających zajęcia? Będzie zabawa. Uśmiechnęła się łobuzersko do swojego kompana, po czym wstała ze swojego miejsca i poprawiła spódnicę.
- Chodźmy zatem coś z tym zrobić, panie Creed - chwyciła go za rękę i nie zważając na resztę, wyciągnęła z pokoju wspólnego gdzieś w nieznane.
Nie wiadomo jak skończyli w tym miejscu co byli, ale już po chwili stali pod jakimiś dziwnymi drzwiami zabitymi obrazami. Coś jej świtało na ich temat, jednak nigdy nie była wielką fanką Historii Hogwartu. Po chwili skojarzyła kilka rzeczy, między innymi to, że te same gobliny w sukienkach na płótnie zakrywającym front drzwi widziała także niedaleko sali od eliksirów. Zatrzymała więc ich spacer pełen spisków, żeby wskazać na dziwne zjawisko.
- Wiesz co, nie jestem pewna, ale to chyba uciekający pokój, w sensie ten, co jak wejdziesz to wyjdziesz w innej części zamku - rzuciła do Adriena, podsuwając się bliżej drzwi i chwytając za klamkę. Otworzyła drzwi na oścież, po czym przestąpiła lekko próg, wchodząc w głąb pomieszczenia. Nie spodziewała się cudów, jednak pokój był absolutnie przeuroczy. Może nie do końca normalny, jednak miał w sobie to coś. Uśmiechnęła się do swojego towarzysza. Chciał zabawy, to będzie miał zabawę. Wychyliła się na korytarz, po którym szedł właśnie jakiś zagubiony Gryfon.
- To co, zaciągniemy go tu i zobaczymy, gdzie wyląduje? To pierwszak, pewnie się od razu zgubi. Możemy mu powiedzieć, że dopóki nie zgadnie gdzie jest to pokój go nie wypuści. Albo wbić różdżkę pod żebra i zobaczyć... co zrobi - prawie powiedziała "i zobaczyć jak działają niektóre zaklęcia na ludziach, ale nie wiedziała jaki stosunek do tego będzie miał Adi - zabawmy się trochę, jestem prefektem, nic mi nie zrobi, kto mu uwierzy... - zachichotała i przysiadła na stole, czekając na decyzję Adriena, chociaż była pewna, że ten się zgodzi.
_________________

 
 
     

Adrien Creed
Uczeń | VI Rok
Dołączył: 09 Lip 2018
Posty: 28
Wiek: 16
Krew: czysta
Pupil: sowa płomykówka - Shavrei
Różdżka: Włos mantikory, 13 cali, cis, sztywna
Ekwipunek: Różdżka, trochę pergaminu, pióro, atrament
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 13
Zielarstwo: 12
Transmutacja: 7
Z. zwykłe: 9
Z. ofensywne: 11
Z. defensywne: 8
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Śro Gru 19, 2018 11:19 am   
   <Multikonta: --


Robiło się coraz cieplej, coraz przyjemniej. Po przeciwnej stronie świata akurat powoli wpełzała zima, przez co wychodziło, że Ad prawie pół dzieciństwa spędził w zimnie pochodząc z morderczego zadupia, w którym było "wiecznie ciepło". W środku zimy zaczynał rok szkolny, w lato na święta ostatnio nie wracał, nadal tkwiąc wśród brytoli i szkotów, szkołę kończył, kiedy znów robiło się zimno. Wracał do chłodu, skąd starał się uciekać jak najszybciej - odwiedzał Davies, włóczył się po europejskich znajomych albo rodzinie. Wiecznie jednak uciekać przed rezydencją nie mógł i co najmniej dwa tygodnie w każde "wakacje" starał się nie zanudzić na śmierć. Na jego zadupiu było trochę czarodziejów, ale temperatura krążyła w okolicach dziesięciu stopni: zimno było w budynkach, bo nie za specjalnie ocieplone, zimno było na zewnątrz, bo i ubrań nie miało się grubych, nie posiedzisz z zadkiem w oceanie, a na miotle zaczynało nieprzyjemnie wiać. Cieszył się na letnią przerwę w Hogwarcie jak cielę na rzeźnię. Do tego stopnia, że nawet uczyć mu się nie chciało (a wychodził z założenia, że jak był uważny na lekcjach i nie olewał prac domowych, to niczego więcej się nie nauczy).
Rozwalił się gdzieś na kanapie w kącie, zajmując sobą niemal jej połowę. Nogi przewieszone beztrosko o oparcie dyndały z lekka, machał stopami zastanawiając się nad jakimś zajęciem. Miał dość książek, skrzypiec, prób odlepienia Puchonki od gromady swoich wyglądających identycznie żółtków, przez których ostatnio zlewał ją na takiej samej równi jak ona jego. Niech się dalej z nimi bawi dobrze, on mógł zdobyć inne, czystokrwiste, towarzystwo, które będzie znacznie lepsze niż ona. Wodził wzrokiem po przechodzących Ślizgonach. Większość uciekła z ich milutkiego lochu gdzieś na błonia, siedzieli nad ich głowami na brzegu jeziora, co odważniejsi wsadzali stopy po kostki w zimną wodę. Ad starał się tego unikać, już raz musiał kopnąć druzgotka w japę, bo próbował ugryźć go w palec. Małe, oślizgłe cholery.
Namierzył swoją ofiarę umoszczoną w fotelu. Nieświadoma i z pozoru bezbronna, zajęta własnymi sprawami. Ucząca się Lidka. W weekend. Dobre żarty! Przecież wszyscy wiedzieli, że najlepiej to się uczy pięć minut przed egzaminem, a nie w czasie wolnym. Zakradł się niczym drapieżnik do zwierzyny, czaił się gdzieś z tyłu, zerkając na młodszych i dając im nieme znaki, żeby dzieciaki nie zdradzały jego obecności. Przybrał na twarz taką minę jakby go przed chwilą rzymianie ściągnęli z krzyża i ciężko opadł ciałem na tył fotela patrząc w dół. Kiedy spoczął na nim jej wzrok, usta wygięły się w większą podkówkę, choć w oczach kryły się figlarne iskierki. O mało się nie wyrżnął, kiedy musiał zdjąć łokcie i odwzajemnić tulaska. Ciepłego, przyjemnego i trochę za długiego tulaska. Ale mu to nie przeszkadzało, bo lubił tulaski i mogłyby tak sobie trwać nawet z pół godziny, choć ludzie z boku mogliby to inaczej odebrać.
- Znudzon. Pomocy Pani Prefekt, umieram. Z nudów - zakomunikował żałosnym tonem. Ze względu na swoją funkcję nie mogła go przecież olać. Znaczy mogła. Ale nie był jakimś brudnokrwistym Gryfonem, którego jeszcze bardziej by udupiła i dobiła. Coś w nim dawało też sygnał, że nie chodzi mu o zabicie czasu pogawędką o tyłku Merlina, wymienianiu się planami na najbliższe dwa miesiące po końcu roku szkolnego, a chce się zająć czymś konkretnym. Gwiznąć jakąś roślinkę z cieplarni, podtruć przypadkowego Krukona, powiesić drugorocznego za buty pod sufitem korytarza. Przeszedł zza niej na bok, gdzie przykucnął, przytrzymując się dłońmi podłokietnika. Złapany za rękę podciągnął się szybko i z głośnym "yayy" wyleciał za nią.
Ciężko było znaleźć kogoś w środku. Łazili jakby bez celu, a nim się zorientował siedzieli na szóstym piętrze. No tu to już na pewno nie znajdą nikogo, te piętro było nudniejsze niż wykłady z historii. Przyglądał się jak wchodzi do środka, dzięki czemu nie był zmuszony do obserwowania pokracznych goblinów. Choć jednemu z nich strój nawet zaskakująco pasował.
- Przynajmniej zabawniejszy niż... - urwał spoglądając za siebie. No nie. On serio się tu musiał pojawić? Pomylić szóste z siódmym po roku nauki? - ...Pokój Życzeń.
Ktoś tu będzie miał zaraz zły dzień. I to bardzo. I nie będzie to ta dwójka w barwach zieleni - oni zdecydowanie będą się zaraz przednie bawić. Najwyraźniej Lidia pomyślała dokładnie o tym samym co Creed.
- Wbić różdżkę za każdą złą odpowiedź - zachichotał, szczerząc do Witness zęby niczym rekin na widok ławicy tłustych rybek. Może miał serce, ale nie tym razem. Teraz przemówiła ta część, która pchnęła Tiarę do przydzielenia go do Domu Węża te pięć lat wstecz. Zostawiając drzwi otwarte, żeby pokój mu nagle nie odleciał, podszedł ze strapioną miną do pierwszaka, który zatrzymał się widząc prawie dwumetrowego Ślizgona przed swoją twarzą. Ad pochylił się. Mocno się pochylił, bo dzieciak serio był jakiś karzełkowaty.
- Słuchaj, mamy z koleżanką problem. Zapomnieliśmy czegoś, czego nauczyli nas na pierwszym roku, a może pojawić się na egzaminie... Chodź, pomożesz nam - mógł Gryfona z łatwością podnieść i siłą wsadzić do środka, nikt by nie usłyszał jego krzyku sprzeciwu. Klepnął go lekko w plecy jakby dając znać, że nic mu nie grozi. I idiota uwierzył. Kiedy pierwszoroczny przestąpił próg, Adrien zamknął drzwi, próbując się powstrzymać od chichotania. Oparł się o ścianę zaraz przy wejściu. Sam nie wiedział, gdzie w tym momencie mogą być.
- To jaki tam mieliśmy problem, Pani Prefekt? Ta nauka wyciągnięta z pierwszej klasy? Och... Chwila... Ślizgonów tego nie uczą - wyszczerzył się. Ślizgon Ślizgonowi ogona nie użre. Oj, biedny los Gryfiaka, biedny.
_________________
 
 
     

Lidia Witness
VII Rok | Prefekt Slytherinu
Dołączyła: 19 Maj 2018
Posty: 158
Wiek: 17 lat
Krew: czysta
Pupil: czarny kot Loki
Różdżka: głóg, włókno z serca smoka, 12 i 3/4 cala, dość giętka
Ekwipunek: różdżka, kilka wsuwek, wisiorek od siostry
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 11
Z. zwykłe: 13
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 13
Miotlarstwo: 2
Wysłany: Pią Gru 21, 2018 5:56 am   
   <Multikonta: Kwiecień Plecień


Ze wszystkich osób w tym zamku Adrien był jedyny, któremu pozwoliłaby przerwać to co aktualnie robiła, bez groźby oberwania jakimś zaklęciem w brzuch. Jakimś cudem dość mocno zaprzyjaźniła się z tym idiotą z Australii i nawet w czasach, gdzie miała jakieś dziwne pomysły i na przykład - zaczynała tolerować tych głupich, brudnokrwistych gryfonów, on zawsze gdzieś tam był w jej pamięci. Tak samo Betha. To była jej dwójka ulubionych osób w tej przeklętej szkole.
Mogłaby udawać, że nie zwróciła wcześniej uwagi na Creeda rozwalonego na kanapie, jakby ta należała do niego. Książka nie była na tyle fascynująca, żeby nie zerkać znad niej na resztę pokoju, a ciężko było nie zauważyć tak wielkiego cielska i tej rozczochranej czupryny. Nauczono ją jednak, że kobiecie nie wolno się narzucać czystokrwistemu czarodziejowi. Jeżeli będzie chciał jej towarzystwa to sam o nie poprosi. Zasady, które wdrożył jej ojciec były dość staroświeckie, jednakże pochodziła ze szlacheckiego rodu, więc jedyną drogą, żeby spędzać czas rodzinnie, na wytwornych bankietach i w ich wytwornej posiadłości, było trzymanie się tych wszystkich reguł. Nie chciała skończyć zamknięta w pokoju, albo co gorsza oberwać jakimś mocnym zaklęciem. Nieraz jej ojcu zdarzyło się podnieść na nią rękę, jednak żyła w przeświadczeniu, że było to całkowicie normalne. Za złe postępowanie musi być kara. Proste jak drut. Po tym wszystkim co się wydarzyło podczas Bitwy o Hogwart nie potrafiła zaufać ojcu jak kiedyś, w tym momencie wręcz go nienawidziła, jednak jego nauki były w niej tak głęboko zakorzenione, że nie potrafił ich odrzucić. Przynajmniej nie tak od razu.
Nie zorientowała się oczywiście, kiedy ten przebiegły Ślizgon się do niej zakradał. Wybrał idealny moment, kiedy w czytanym przez nią rozdziale zaczęli w końcu mówić o przydatnych rzeczach, przez co skupiła się bardziej na czytanym tekście. W końcu kto nie chciał wiedzieć, pod jakim kątem trzymać różdżkę, żeby zaklęcie wyszło o wiele bardziej potężne? Nawet jeżeli miały być to bzdury, to wypróbowanie ich nic nie kosztowało. Zapamiętała jaki dokładnie miał być ten układ palców, kiedy z góry nastąpił atak na jej biedną osobę. Nie spodziewała się tego, więc oczywiście była trochę (a nawet bardzo zdziwiona). Próbowała nie dać tego po sobie poznać. Tak samo tego, że na sam widok swojego kolegi, jej usta mimowolnie ułożyły się w lekki uśmiech. Idiota. Szybko do niego sięgnęła, żeby ukryć ten uśmieszek. Nawet jeżeli ten prawie wylądował twarzą na jej biuście.
Mogli się tak przytulać jeszcze dłużej, jednak nie chciała, żeby przybrało to jakiś niezręczny ton. Puściła go po chwili, tylko po to, żeby prawie wybuchnąć śmiechem na jego komunikat. Cóż, jako pani Prefekt musiała pomóc biednemu uczniowi, prawda? Spełniała tylko swoje obowiązki, które wynikały z pełnionej przez nią funkcji. Niezależnie, jak okrutny plan był formowany w jego głowie. Zrzucenie kogoś z wieży? Miała doświadczenie! Tylko dlatego zgodziła się mu pomóc. To przecież oczywiste. Żadne osobiste konszachty nie miały z tym nic wspólnego.
Wędrówka po Hogwarcie była przyjemna, ale przecież nie o to im chodziło. W końcu chcieli coś zrobić, a nie przejść się po tym jakże wielkim zamczysku. Nie trafili na żadnego nauczyciela, na żadnego ucznia, jakby wszyscy zniknęli, a korytarze opustoszały. Czyżby dwójka ślizgonów z uśmiechami na twarzach była tak przerażająca, że wszyscy uciekali w popłochu? Możliwe. Zwłaszcza, że ludzie kojarzyli pewnie historie o ich wybrykach. Już miała ochotę pokazywać koledze łazienki prefektów, skoro nikogo nie było dookoła (a i sama profesor Harvin to proponowała) ale te gobliny tak przykuły jej uwagę, że na chwilę zapomniała co mówiła. Nie była jakąś zwolenniczką sztuki, czy historii (chociaż profesor Callaghan to dobra partia), żeby zwracać uwagę na jakieś dodatki, ale nie dawało jej to spokoju. Dopiero kiedy Adrien skomentował ich nagły przeskok miedzy piętrami uświadomiła sobie, że jej domysł był dobry. Jednak coś pamiętała z tej pieprzonej Historii Hogwartu.
Ucieszyła się, kiedy jej kolega zaaprobował jej pomysł. W końcu miało się coś zadziać. Spodziewała się, że na wbijaniu różdżek się nie skończy, jakkolwiek to brzmiało. Biedny Gryfon, wybrał zdecydowanie zły moment na opuszczenie wieży. Węże zaczęły polowanie, czy coś. Lidka pozwoliła Adiemu na odegranie całej tej szopki, w końcu ona nie była jakimś super aktorem, poza tym doszły ją słuchy, że Gryfoni średnio ją lubią, a nawet się jej boją. Ciekawe dlaczego... Przecież ona zawsze była prawa, dobra i sprawiedliwa! Praktycznie wybuchnęła śmiechem, kiedy usłyszała w jaki sposób Creed próbuje "zwabić" młodego ucznia do ich uciekającego pokoju. Jak widać pierwszak nie miał instynktu zachowawczego, gdyż udał się do nieznanego pomieszczenia z nieznanym sobie, o wiele wyższym i starszym Ślizgonem. Ten idiota musiał być szlamą, bo gdyby słyszał o niedawnej wojnie nigdy nie zgodziłby się na coś takiego. Pokręciła głową. Teraz muszą mu pokazać, że nie wolno ufać każdemu.
Nie wiedziała jakim cudem Ad znalazł tak niskiego dzieciaka. W końcu był niższy nawet od niej, a z jej powalającym trochę ponad metr sześćdziesiąt nie było to jakieś super łatwe. Jak teraz siedziała na krańcu stołu, to młody miał wzrok na wysokości jej piersi. Stół był dość wysoki, to prawda, ale mimo wszystko czuła się niekomfortowo. Nawet jak wstała problem się nie rozwiązał, więc westchnęła. Spojrzała na Adriena z małymi iskierkami w oczach. To będzie zabawne.
- Problem z pierwszej klasy? Hm, musiało mnie nie być na tych zajęciach - zachichotała, zaciskając mocniej palce na różdżce - ale jestem pewna, że nasz kolega nam pomoże, prawda? - zapytała, jednak pierwszak chyba zdążył zrozumieć w jakie bagno się wpakował, gdyż jego wzrok skierowany był w stronę ich butów. Lidka pokręciła jedynie głową. Czy naprawdę nikogo już nie uczą dobrych manier? Że patrzy się w oczy kogoś, kto do Ciebie mówi?
- Adi, on mnie ignoruje - pożaliła się przyjacielowi, wyginając usta w podkówkę - chyba muszę go zmusić do spojrzenia na mnie. Levicorpus - rzuciła zaklęcie, obracając różdżkę. Już po chwili młodziak wisiał przy suficie, a jego głowa była idealnie na wysokości głowy Adriena. Trochę za wysoko dla Lidki, ale przynajmniej teraz, kiedy patrzył się na podłogę to patrzył także w jej kierunku.
- Od razu lepiej, nie uważasz? - powiedziała w kierunku swojego przyjaciela uśmiechając się lekko. Chciałeś zabawę, to masz zabawę. Pani Prefekt poradziła sobie z zadaniem? Liczyła, że Australijczyk teraz wykorzysta sytuację. W końcu nie robili nic złego, uczyli młodszego kolegę szacunku do starszych oraz tego, że nie powinien ufać wszystkim ludziom, którzy poproszą go o pomoc. Następna w kolejce będzie nauka rozpoznawania Hogwarckich pięter z każdej możliwej perspektywy. Jacy kochani koledzy, tak dbają o edukację młodszych roczników...
_________________

 
 
     

Adrien Creed
Uczeń | VI Rok
Dołączył: 09 Lip 2018
Posty: 28
Wiek: 16
Krew: czysta
Pupil: sowa płomykówka - Shavrei
Różdżka: Włos mantikory, 13 cali, cis, sztywna
Ekwipunek: Różdżka, trochę pergaminu, pióro, atrament
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 13
Zielarstwo: 12
Transmutacja: 7
Z. zwykłe: 9
Z. ofensywne: 11
Z. defensywne: 8
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Pią Gru 21, 2018 1:38 pm   
   <Multikonta: --


Żeby tolerować brudnokrwistych podludzi musiał mieć naprawdę dobry humor. Czasem okazywało się, że ma serce, kiedy nikt ze Ślizgonów nie patrzył i zamiast parsknąć śmiechem w kierunku jakiegoś zagubionego ucznia jeszcze nawet wskazywał mu drogę. Ale zdarzały się bolesne dźgnięcia między żebra, zaserwowanie słodyczowych psikusów (bo nic nie śmieszy bardziej niż łakomy Puchon z krwotokiem z nosa), niekiedy nawet zza rogu w nieświadomą ofiarę leciała nieprzyjemna klątwa. Całe szczęście, że z transmutacji nie był orłem, bo pewnie w skrzydle szpitalnym lądowaliby ludzie z kopytkami i świńskim ogonkiem. Sam zresztą parę razy oberwał od pewnej szurniętej damy, kiedy za bardzo ją wkurzył. Niebieskie uszy tylko z pozoru nie przeszkadzały.
Wychowanie młodego Creeda było wybuchową mieszanką. Rodzice nie mieli na to zbyt wiele czasu, za to był ostatni z piątki (na to już czas mieli), toteż dało się odczuć wpływ rodzeństwa. Kiedy leżał rozwalony przemawiał przez niego Vincent, wiecznie olewczy i wyluzowany, na lekcjach bardziej wdawał się w dwa lata starszą siostrę, Lucię, grzeczną i bystrą dziewczynę skupioną na swoim zadaniu. Na szczęście Adrien zawsze ignorował najstarszą Samanthę, bo byłby jeszcze wredniejszy i stałby się nie do zniesienia ze swoim narzekaniem na wszystko dookoła. Co do Alexa... Alex nie przykładał ręki do wychowania brata. Nigdy nie miał na to czasu, a przez fakt, że najmłodszy członek rodziny ma za koleżankę jakąś półkrwi czarownicę, patrzył z ukosa mamrocząc coś o mieszańcach. Pozostawały jeszcze liczne ciotki oraz starsi, którzy stosowali nieudolne próby pozostania przy tradycjach. Blondyn nie dawał się ich gderaniom i dzięki temu nie był drętwy nawet kiedy musiał zwracać się w sposób oficjalny. Zachowanie "arystokraty" bawiło go, podczas balów szkolnych czuł się źle w wyjściowych szatach. Nie nadawał się do odstawiania cyrków, ale najważniejsze, że znał podstawy. Tylko w szkole, na tej liczącej pewnie wieki kanapie, nie musiał się przejmować sztywnym siedzeniem "jak człowiek". Ani tym, że nie wypada się zakradać do szlachetnie urodzonych czarownic.
Nigdy nie był w łazience prefektów i prawdę mówiąc nie ciągnęło go do sprawdzania pogłosek o tym, że jest to Raj na Ziemi. Jeszcze zacząłby zazdrościć Davies jej awansu społecznego, a to chyba najgorsza rzecz jaką mógł uczynić. Zazdroszczenie pół-mugolowi. Fuj. Standardowe łazienki uczniów też były całkiem niezłe, jak się już do nich przyzwyczaiło. Co by tam zresztą robili? Obejrzenie tej komnaty wspaniałości to zajęcie na góra dziesięć minut i to jeszcze jakby czynili to wyjątkowo powoli. Nie było też ani zabawne ani ciekawe, na pewno dużo mniej niż wyrzucenie kogoś przez okno z ostatniego piętra albo popchnięcie prosto w zasięg wierzby bijącej. Wylądowali na szczęście tutaj. Z uczniem-samobójcą. Gdyby przypomnieć sobie bitwę, to w starszych rocznikach sporo było takich, którzy myśleli, że sobie poradzą. Ad się nie wyrywał do walki. Nie chciał spotkać rodziców na środku korytarza i musieć wybierać pomiędzy nimi a przyjaciółmi. Szkoda, że temat był w dalszym ciągu dość drażliwy i rozgrzebywały się świeże rany, bo świadomość wśród najnowszych roczników leżała na dnie zagrzebana metrem mułu. Ufać Ślizgonowi. Do tego uśmiechniętemu. Przecież to z daleka widać, że knuje coś niedobrego, złego i upokarzającego dla ofiary. Pewnie Gryfiak nie miał kolegów, którzy by mu o tym powiedzieli.
- Dobre, Gryfie serduszko... - krótkie kły błysnęły w uśmiechu, Ślizgon skrzyżował ręce na piersi wpatrując się w dzieciaka. Pokręcił lekko głową, pokazując, że ignorowanie przyjaciółki nie jest dobrym pomysłem i na pewno nie przyczyni się do przyspieszenia procesu wypuszczenia go. Dobrze jednak wiedział, że i z tym Witness sobie poradzi, była przecież dużą, zdolną czarownicą. W przeciwieństwie do unoszącego się chłopca. Parsknął, odsuwając się nieco. Cóż, teraz będzie zmuszony z nimi siedzieć, bo sam się za bardzo nie uwolni. Wysunął różdżkę, obrócił ją parę razy w palcach.
- Współpracuj, to może cię za mocno nie przetrącimy - zaczął, chwytając magiczny patyk leniwie i przesuwając końcem po jego szyi. Uśmiech nie schodził z jego twarzy. Czy wąż połknąłby gryfa w całości? Wątpliwe. Ale mógł go jadowicie pogryźć po nogach, żeby przestał być taki dumny. - Jak zgadniesz, w jakim miejscu zatrzyma się pokój, istnieje szansa, że puścimy cię wolno. Chyba, że nie będziesz grzeczny - przechylił głowę. Ciekawe czy dzieciak długo wytrzymałby tak głową w dół bez utraty przytomności. Na tę chwilę sam nie wiedział gdzie są, a pewnie gdyby otworzył drzwi, przez chwilę musiałby się zastanawiać.
Usłyszał po dłuższej chwili, że nadal są na szóstym piętrze. Uchylił drzwi, żeby sprawdzić. Parsknął cicho.
- Pudło, trzecie. Jednooka wiedźma patrzy - zamknął wejście, ścisnął różdżkę mocniej, przygotowując się do rzucenia czaru. - Offendo - powiedział ze spokojem, rażąc dzieciaka niewielkim "ładunkiem elektrycznym". Podszedł do Lidii, okręcił się na pięcie w stronę ucznia.
- Czy ty widzisz ten jego niechlujny ubiór... - skomentował niedowierzającym tonem, wzdychając ciężko. Była sobota, więc sam też nie wyglądał jak choinka w Boże Narodzenie. Ale dla zabawy się musiał czegoś doczepić.
_________________
 
 
     

Lidia Witness
VII Rok | Prefekt Slytherinu
Dołączyła: 19 Maj 2018
Posty: 158
Wiek: 17 lat
Krew: czysta
Pupil: czarny kot Loki
Różdżka: głóg, włókno z serca smoka, 12 i 3/4 cala, dość giętka
Ekwipunek: różdżka, kilka wsuwek, wisiorek od siostry
Sakiewka: 15 galeonów
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 17
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 11
Z. zwykłe: 13
Z. ofensywne: 17
Z. defensywne: 13
Miotlarstwo: 2
Wysłany: Śro Gru 26, 2018 11:16 pm   
   <Multikonta: Kwiecień Plecień


Często zastanawiała się jakim cudem ten wielkolud może się jednocześnie przyjaźnić z nią i z Davies. W końcu nie dość, że obie się nienawidziły równie mocno, to w dodatku tamta nawet nie miała czystej krwi. Nie podważała jednak wyborów swojego kolegi, chociaż zdarzało jej się narzekać mu w ramię na głupią puchonkę. Możliwe, że była odrobinę zazdrosna o rudowłosą, gdyż miała lepszy kontakt z ich wspólnym przyjacielem. Nie wiedziała co takiego ten w niej widział i wolała o tym zbyt dużo nie myśleć, żeby nie psuć sobie humoru. Im mniej wiesz tym lepiej śpisz. Lidka nie chciała wiedzieć co takiego łączy jej wroga no.1 i przyjaciela z domu. Mogli nawet leżeć pod wierzbą bijącą i obserwować gwiazdy, a ją to nie ruszało. W ogóle. Ani odrobinkę. Wolała pomyśleć o tym co dodać do najnowszego eliksiru, żeby miał lepszy smak i zachował swoje właściwości. Albo co profesor McGonagall trzyma w swoim gabinecie. Już nawet wolała się zastanawiać co teraz robi Potter czy Verendal, niż nad tym co jest między tą dwójką. Nie wtykała nosa w nieswoje sprawy.
Całe szczęście jego bliskość z drugą panią Prefekt nie wpływała w żaden sposób na ich relację. Dalej mogli razem męczyć młodsze, brudnokrwiste dzieciaki. Nawet w momencie, kiedy Lidka wparowała na Wielką Salę z plakietką na piersi nic się nie zmieniło. Oprócz tego, że teraz maluchy z Domu Węża miały odpowiednią opiekę, skoro pan Leonardo di Caprio Covenbreeze jedyne co umiał, to wzbudzać w uczniach niechęć i nienawiść. I odstawiać szopki w lochach, gdzie nazywał ją niewychowaną smarkulą. No jeszcze czego, akurat ona wychowana była bardzo dobrze, a jedyny błąd był z jego strony. Udawanie, że nic się nie stało, a między nimi nic się nie zmieniło też nie było mądrym posunięciem. Tak samo jak nazywanie jej Kruszynką przy jakimkolwiek innym uczniu. Nie dziwne, że tamta akcja zakończyła się tak, a nie inaczej. I nie dziwne, że panienka Witness nie czekała długo na zemstę. Wiadome, że Ślizgoni są wredni i pamiętliwi, tak? Wracając... Zachowywanie się jak arystokratka bywało czasami zabawne. Szczególnie na tych wszystkich bankietach, gdzie większość ludzi kłaniała się przed nią tak nisko, że nosami brudzili lśniącą posadzkę. Zawsze ją to niezmiernie bawiło, szczególnie, że sama nie lubiła jakichkolwiek wielkich bali. Okazja do zaprezentowania się - owszem. Zawsze starała się wyglądać jak milion galeonów, żeby nikt nie mógł z niej zdjąć wzroku. Żałowała, że w Hogwarcie takich okazji jest mało, bo Adrien w stroju wyjściowym to miód na jej oczy. Cieszyła się, że mają zdjęcie ze studniówki na którym obydwoje wyglądają cudownie, bo taki widok nie zdarza się często i zapewne to był pierwszy i ostatni raz, kiedy widziała go w tak dobrze skrojonej marynarce.
W łazience prefektów zawsze mogli utopić jakiegoś małoletniego puchona. Zabawne byłoby oglądanie jak ten pluje pianą, jeżeli mieliby w sobie na tyle serca, żeby pozostawić go przy życiu. Wielka wanna była na tyle szeroka, że jakby zostawili w niej ciało młodszego ucznia zapewne ktoś by je znalazł po tygodniu. Ciekawe, czy jeżeli do zabójstwa by doszło bez użycia magii, nauczyciele doszliby kto je popełnił. Nigdy nie słyszała o załatwianiu przez czarodziejów spraw w taki trywialny sposób, a może to właśnie był klucz do sukcesu?
Lidka nie musiała sprawdzać kto rzucił klątwę, która zabiła jej siostrę. Na własne oczy widziała spadającą maskę jej ojca, który miał różdżkę wycelowaną w ciało młodszej z sióstr Witness i martwe spojrzenie. Najchętniej sama rzuciłaby w tamtym momencie Avadę, ale nie potrafiła opanować swojego żalu i gniewu. Najpierw zajęła się siostrą, a później było za późno. Nie mogła wydać rodziców aurorom, zostałaby wtedy sama, bez rodziny, nie miałaby gdzie wrócić. Mieszkała więc dalej z tym potworem, mając nadzieję, że sprawiedliwość i karma kiedyś nadejdą.
Gryfon przypominał jej trochę wystraszone zwierzę, które nie wiedziało co się dzieje. Jak taka sarna, która wskoczy na jezdnię i zamiast uciekać przed samochodem stoi i wpatruje się w jego lampy. Zapewne domyślał się, że ma przerąbane i oceniał, czy ucieczka mu pomoże, czy tylko pogorszy sytuację. Spojrzała na swojego kolegę. Ad sprawiał wrażenie jakby dobrze się bawił, co bardzo ją cieszyło. Sama też miała niezły ubaw. Szczególnie, kiedy słabo zawiązany krawat Gryfona spadał mu na twarz.
Z lekką pobłażliwością przyglądała się jak pierwszoroczny próbuje zgadnąć na jakim są piętrze. Sama nie wiedziała, mogli być wszędzie, a szansa na poprawne trafienie piętra wynosiła jakieś, hmm, 7%? Życzyła młodemu powodzenia. Oczywiście nie odgadnął. Mógł chociaż strzelić w jakieś inne piętro niż to na którym byli wcześniej, zwłaszcza, że pokój musiał się przemieścić. Zmniejszył swoje szanse z siedmiu procent do zera. Jednak brak matematyki w Hogwarcie był sporym błędem. Lekko zaśmiała się, kiedy dzieciak dostał ładunkiem elektrycznym. Skubany był twardy, nawet nie jęknął. Gryfońska duma mu zapewne nie pozwoliła. Przysunęła się trochę w stronę wyższego kolegi, po czym machnęła ręką, kończąc czar, który sprawiał, że młody wisiał nad ziemią. Nie chciała, żeby im zemdlał, a niestety jego twarz coraz bardziej przypominała kolorem jego krawat. Związała mu jednak nogi jakimś prostym zaklęciem i pokiwała lekko głową.
- Masz rację Ad... Nie rozumiem jak można mieć tak okropnie zawiązany krawat... - podeszła powoli do Gryfona, który zaczął protestować. W końcu instynkt dał o sobie znać. Nie zważając na protesty sięgnęła ręką do ozdoby na jego szyi, po czym poprawiła węzeł i zacisnęła go tak mocno, że prawdopodobnie wykrztuszenie jakiegokolwiek słowa przez dzieciaka było praktycznie niemożliwe.
- Nie uważasz, że wygląda od razu lepiej? - uśmiechnęła się troszkę złośliwie do Creeda, po czym wróciła na swoje miejsce obok niego, dalej wpatrując się w ich ofiarę.
_________________

 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Na forum wykorzystano materiały z angielskiej i polskiej potterowskiej wikipedii, pottermore, innych źródeł oraz pomysły własne. Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Hogwart Dream, 2010 - 2019.
Strefa Forumowych RPG

Bleach OtherWorld



Vampire Knight




















Dragon Ball New Generation Reborn











Fairy Tail Path Magician

over-undertale









Amaimon



Raashtram PBF



Eclipse
















Strona wygenerowana w 0,84 sekundy. Zapytań do SQL: 10