Ruszyły zgłoszenia do plebiscytu Złote Tiary!
► Nowy system Eliksirów i Zielarstwa!
► Poszukujemy śmierciożerców oraz aurorów!
► Ruszyły zapisy do Klubu Pojedynków!
► Trwa lekcja Zielarstwa!
► Rozpoczyna się lekcja Eliksirów!
► Bal zbliża się do końca! Prosimy o zakończenie wątków do 22 października włącznie!
Minęło półtora roku od pamiętnej Bitwy o Hogwart zakończonej pokonaniem Lorda Voldemorta. Wszystkie horkruksy zostały zniszczone, jednak za ogromną cenę życia wielu osób. Hogwart obrócił się niemal w ruinę, ale na szczęście udało się odbudować zamek, zaś od kiedy na czele szkoły stanęła Minerwa McGonagall życie młodych adeptów magii wróciło do normalności. Wciąż nie można jednak powiedzieć, że nastały spokojne czasy. Obecny minister Kingsley Shacklebolt zmaga się z silną konkurencją, która chce przejąć jego stanowisko. Wśród politycznych rywali są zarówno zwolennicy silnych rządów jak i ci, którym nie jest na rękę ponowne zrównanie w prawach czarodziejów czystokrwistych i tych którzy nie mogą się wykazać odpowiednim pochodzeniem. Środowisko śmierciożerców również pozostaje podzielone. Pozbawieni przywódcy zmuszeni są działać na własną rękę dążąc do odzyskania potęgi. Chociaż wśród nich nie brakuje ambitnych jednostek tytuł następcy Czarnego Pana wciąż pozostaje nieobsadzony.Czytaj więcej.

152
157
135
157

Maj 2000r.
Pełnia: 12-14.05 (14-18.11)
Coraz cieplejsze promienie słońca nie powinny nikogo zwieść. Wieczory wciąż chłodne, a aura deszczowa i nieprzewidywalna. W dzień ok. 14'C, w nocy ok. 8'C.



Poprzedni temat «» Następny temat
Błonia
Autor Wiadomość
Martin Lyncis
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Pią Maj 11, 2018 11:14 pm   

- Śmieszna jesteś.- Zarechotał w odpowiedzi na jej dumną deklarację. Możliwe, że faktycznie miała rację we wszystkim co mówiła, ale Martin nie był grzecznym i miłym kolegą skorym do pomocy każdemu, kto się tylko nawinie. To nie literatura, to prawdziwy świat, a jeśli Hannah Bright o tym zapominała, to cóż - ta księżniczka musi wybudzić się wreszcie z bajki, najlepiej za pośrednictwem tego smoka.
Ruszył w jej stronę szybkimi, długimi krokami i... wyminął ją, niemal dotykając jej ramienia swoim. Zaraz gdy tylko stali do siebie plecami zatrzymał się z resztą, przecież to brzydko odchodzić bez pożegnania...
- Pójdę już. Skoro twoje notatki i wiedza mają tak nieskończoną wartość, nie będę cię obrażał przekazując moje.- Zdanie było nacechowane wyraźną kpiną. Poza tym Martinowi zaczął już lekko doskwierać chłód, najchętniej napiłby się teraz gorącej herbaty i wpuścił palce w jakieś miękkie kocie futro. Zwierzęta zawsze go rozczulały, a on był dla nich dobry. Dla ludzi nie. Ludzie byli mu wstrętni.
 
     

Hannah Bright
Uczeń | V rok
Dołączył: 20 Lut 2018
Posty: 13
Wiek: 15 lat
Krew: mugolska
Pupil: sowa Irma
Różdżka: buk, pióro znikacza, 10 i pół cala, giętka
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 5
Zielarstwo: 10
Transmutacja: 15
Z. zwykłe: 10
Z. ofensywne: 5
Z. defensywne: 5
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Nie Maj 13, 2018 9:37 pm   

- Mogłeś tak od razu powiedzieć! - była jednak trochę wkurzona o to, że gryfon od razu nie przedstawił sprawy tak jasno, bo ona nie po to aż tyle czasu próbowała się z nim układać, żeby jednak dowiedzieć się, że tajemnicę notatek woli on zabrać ze sobą do grobu.
Przez niego straciła tyle czasu! Gdzie ona znajdzie jeszcze kogoś chętnego na to, żeby pożyczyć jej swoje notatki? O tej porze pewnie większość uczniów siedziała w swoich pokojach wspólnych albo wiadomo to gdzie ich wywiało... Hannah spodziewała się, że pozyskanie tych cennych zapisków może nie być łatwe, ale nie do przesady!
- Jesteś... straszny! - schyliła się, chwyciła w dłonie zimny, biały puch i rzuciła w niego.
Ale, że na dobrą sprawę nie pomyślała o tym, żeby zbić śnieg w mocniejszą kulę, to ten cały puch rozleciał się na drobinki zanim dotarł do gryfona.
Fuknęła tylko coś wściekle pod nosem, zacisnęła dłonie w pięści, a potem nie zważając już na chłopaka skierowała się dalej, wypatrując jeszcze jakiejś innej, notatkowej ofiary.
<zt>
 
     
Martin Lyncis
[Usunięty]
Poziom życia: 100%
Wysłany: Nie Maj 20, 2018 5:04 pm   

Tak, Martin był straszny. Nie bez powodu w jego rodzinnej wiosce (rzecz jasna w okresie pomiędzy śmiercią jego matki, a pierwszym wyjazdem chłopca do Hogwartu) nosił miano "Małego Terroru".
Teraz trochę się zmienił, ale wciąż pomny jak wywoływać w ludziach lęk i chęć oddalenia się od niego czym prędzej, używał tych umiejętności gdy tylko chciał. Nie przepadał za nawiązywaniem bliższych relacji z ludźmi... No, z większością ludzi. Za to zwierzęta wszystkie były w porządku. Martin zamierzał zajmować się nimi po ukończeniu szkoły. Rośliny też były okej, ale wymagały większej cierpliwości, uważniej też trzeba było patrzeć, by dostrzec i docenić ich wdzięczność za opiekę.
Z tą myślą Martin Ben Lyncis podjął przerwaną przez Hannah podróż w kierunku zamkowych cieplarni...
//zt
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 324
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Pon Cze 25, 2018 11:40 pm   
   <Multikonta: N.W.


Sobotni ranek był doprawdy jednym z ładniejszych ostatnio. Roztapiający się wszędzie śnieg, ustepujący zieleninie, która jeszcze nie do końca zdążyła wzrosnąć. Robiło się też coraz cieplej stąd też temperatura na dworze wynosiła maksymalnie z minus trzy, cztery stopnie, a nie minus dwadzieścia. Nie, że to dobrze, bo generalnie to Kanadyjczyk nie przepadał za zbyt dużym ciepłem, a fakt, że temperatura zbliżała się coraz bardziej do zera mimowolnie to zwiastowało. Nie pytajcie, dlaczego Christopher wybrał się około szóstej rano na błonia, bo zapewne najstarsze indiańskie ludy jakie są jego przodkami nie wiedzą. Ot tak, po prostu na spacer? A skąd. Miał w zwyczaju po prostu rano robić sobie przebieżkę wzdłuż błoni i kawałek dalej, zahaczając o zakazany las i z powrotem. Robił tak każdego dnia i rzadko zdarzało sie, żeby nie wstał o tak horrendalnej dla wielu uczniów godzinie. Całość zajmowała mu koło dwóch godzinek, stąd też koło ósmej, no, może chwilę po niej (bo zaliczył glebę tu i ówdzie na rozpuszczonym śniegu), był już w drodze powrotnej do zamku. Tym razem jednak faktycznie wybrał opcję spaceru, która wydawała się najbardziej optymalna po takim wysiłku, a nawet zatrzymał się i przysiadł na jednym z bliższych jeziora kamieni, gdzie wziął kilka łyków wody z bidonu który miał przy sobie obserwując to co dzieje się przy akwenie. Jego koszulka była w połowie mokra od potu pod pachami i na plecach, a krótkie spodenki jakie ubrał na tę pogodę wskazywały, że raczej nie jest do końca poczytalny. Cóż rzec, skoro wychował się z niedźwiedziami?
_________________

alter ego | hymn | życiowe motto | mood
Violetta Strauss napisał/a:
[...] ...jej wzrok zarejestrował postać profesora Verendala, który niewerbalnie dał znać, że będzie miał na nie oko. [...] I tak wiedziała, że z niego dobra dusza i najwyżej nieco popsioczy jak się schleje w sztok, a finalnie będzie nawet pomagał ulżyć przeładowanemu żołądkowi trzymając włosy, żeby te rozpuszczone kudły nie stanęły na trasie zwrotu brzusznej zawartości.
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 680
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Pon Cze 25, 2018 11:55 pm   

Po dwóch latach w końcu wróciła do Hogwartu. W sumie tęskniła za tą szkołą, za domami, rywalizacją między nimi oraz lekcjami z profesorami, którzy potrafili Ci odjąć punkty tylko za to, że kichnąłeś będąc w szaliku Slytherinu. Cudowne czasy. Doskonale też wspomina momenty gnębienia mugoli, gryfonów i te okropne momenty, kiedy musiała z nimi współpracować, aby nie zostać zabitym zbyt szybko. Ostatecznie wyszło jak wyszło, ale Betha robiła co mogła, aby wyjść ze starcia między Voldemortem, a wszystkimi żywo. Jak widać, udało się, dlatego teraz musiała odwalać brudną robotę za Hagrida, któremu się zachorowało. Nie mogła narzekać, bo powrót tutaj i robienie dodatkowych rzeczy poza chodzeniem na dziwne zajęcia na studiach były naprawdę w porządku. Co prawda nie przepadała za papierkową robotą, którą musiała wypełniać w ramach swoich… praktyk? Pomocy. Whatever. Jednak dbanie o niektóre zwierzęta było wystarczająco satysfakcjonujące, aby przeżyć wypełnianie papierków.
Wczorajsza noc należała do wyjątkowo pracowitych. Cały wieczór siedziała w papierach, które musiała wypełnić w ramach odwalania brudnej roboty. Kurwica ją brała, ale dzielnie wpisywała to co miała wpisać tylko po to, aby przejść do innego punktu, który prowadził do innego punktu, który musiałaś wypełnić po przeczytaniu formułki numer jeden, cztery i pięć. Ogólnie przesrana sprawa i siedziała nad tym kilka godzin, ale kiedy w końcu wypełniła to co miała zrobić zebrała wszystkie papiery w jeden stos, wpakowała do torby i poszła spać, aby z samego rana ruszyć w stronę zamku. Musiała przedstawić dokumenty aktualnemu dyrektorowi Hogwartu. Dumbledore zapewne spojrzałby na nie pochopnie ufając jej i jej decyzjom, ale od kiedy stanowisko głowy szkoły pełniła Minerwa McGonagall, typowa, czysto stereotypowa gryfonka, mogła przypuszczać, że będzie weryfikowała każde jej słowo. Cudownie.
Jej nogi wiodły ją prosto przez błonia. Temperatura podobno była coraz wyższa, jednak Betha nie za bardzo to odczuwała. Wciąż czuła przeszywające zimno, które powodowało u niej gęsią skórkę. W rękach trzymała jeden z wypełnionych formularzy starając się go pobieżnie wzrokiem ogarnąć. Kroki stawiała na wyczucie, kantem oka obserwując, czy wciąż idzie prosto. Może właśnie dlatego od razu nie spostrzegła znanego jej już mężczyzny nieopodal. Zauważyła go dopiero, jak mocniejszy podmuch wiatru zgarnął jedną z jej kartek i podsunął tuż pod jego nogi prawie przemakając od wilgoci ziemi. - Kurwa.- mruknęła pod nosem i podążyła instynktownie za kartką. Betha w ostatniej chwili złapała uciekiniera wsadzając go do jednego z plików kartek, a kiedy podniosła wzrok... zamarła.
- O bez jaj. - odeszła kilka kroków w tył, bo może jednak to nie ten sam człowiek, którego poznała kilka tygodni temu w pubie, ale o ile ją pamięć nie myli, to kurwa no nie. - Ooo... chuj.- skwitowała krótko zastanawiając się jednocześnie, czy to po prostu dziwny zbieg okoliczności, czy jednak ma przejebane.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 324
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Wto Cze 26, 2018 12:27 am   
   <Multikonta: N.W.


Jakby nie patrzeć to Christopher zbyt wiele do roboty tu nie miał. Jego posada nauczyciela astronomii nie była najbardziej absorbującym zajęciem świata, ot, co tydzień jakaś lekcja, względnie dwie plus ewentualnie jakieś korepetycje. Resztę czasu spędzał na czytaniu różnych książek, bieganiu i ogólnie spędzaniu czasu jakoś bardziej produktywnie niż trzy czwarte uczniów w tym zamku czyli na spaniu i robieniu sobie w życiu pod górkę. Ach, no tak, do jego obowiązków nalezało też ostatnio wypełnianie wszystkich papierków związanych ze zmianą posady, bo choć co prawda lubił astronomię to nie była ona dla niego wystarczająco zajmująca, a dwóch przedmiotów niestety uczyć nie mógł, choć zapewne chciałby nawet trzy. Nie. To za dużo pracy nawet jak na niego.
Generalnie gdyby ktoś mu powiedział, że spotka tę samą dziewczynę z baru na Hogwardzkich błoniach to na pewno by tę osobę wyśmiał. Ona była za młoda, aby być jakimkolwiek nauczycielem (no, może stażystą, ale Hogwart się w to raczej nie bawił), natomiast też zbyt stara, aby być tu nadal uczniem. Chyba, że kiblowała ze cztery czy pięć lat to wtedy by się zgadzało, no ale nie. Gdzie tam. W każdym razie mężczyzna w spokoju siedział sobie na tym cholernym, nieszczęsnym kamieniu wpatrując sie w spokojne dzisiaj jezioro, kiedy pod jego nogami wylądowała... zaraz, zaraz... kartka? Tak, to zdecydowanie był kawałek papieru wyglądający jak dokument, który jeśli za chwilę nie będzie podniesiony to z pewnością skończy jako rozkładający się od wilgoci kawał makulatury. Christopher upił jeszcze łyk wody, a kiedy schylił się, żeby podnieść papier i sprawdzić co to, został on bezczelnie zgarnięty sprzed jego nosa. No tak, przecież to oczywiste, że jakiś dokument ma właściciela, który będzie znajdował się od niego mniej niż dwa metry.
Podniósł wzrok do góry, a kiedy zobaczył kto przed nim stoi jego mina wyrażała nie mniej niż więcej niż srogie zdziwienie. Źrenice jego oczu rozszerzyły się nie wiadomo czy w strachu czy w panice, natomiast teraz całkowicie wyglądał jak ćpun, który dopiero co z tego kamienia pociągnął kreskę. Woda, którą jeszcze przed chwilą próbowal połknąć, obecnie zatrzymała się gdzieś w jego przełyku na odcinku szyjnym, co spowodowało, że mężczyzna dość mocno się zadławił i musiał kaszlnąć kilka razy zanim doprowadził się do porządku. - Kobiecie nie wypada tak klnąć.- wypalił, pokasłując jeszcze trochę i pozbawiając gardło tych ostatnich kropel które je podrażniały. - Cudowny zbieg okoliczności. - mruknął, patrząc na dziewczynę, która jeszcze ze dwa tygodnie temu doprowadziła go do stanu jawnej nieważkości i otwartej wojny z grawitacją. Na tego samego bezczela, którego oblał alkoholem. A raczej jego sowa. No to niezły moment wybrała, aby odebrać swoją nagrodę, doprawdy.
_________________

alter ego | hymn | życiowe motto | mood
Violetta Strauss napisał/a:
[...] ...jej wzrok zarejestrował postać profesora Verendala, który niewerbalnie dał znać, że będzie miał na nie oko. [...] I tak wiedziała, że z niego dobra dusza i najwyżej nieco popsioczy jak się schleje w sztok, a finalnie będzie nawet pomagał ulżyć przeładowanemu żołądkowi trzymając włosy, żeby te rozpuszczone kudły nie stanęły na trasie zwrotu brzusznej zawartości.
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 680
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Wto Cze 26, 2018 12:49 am   

Miała gdzieś w głębi nadzieję, że wieczór sprzed dwóch tygodni był po prostu zwykłym, przypadkowym spotkaniem z jakimś obcym mężczyzną, którego już więcej na oczy nie zobaczy. Przecież często tak robiła i na całe szczęście jeszcze nigdy nie stało się tak, że ponownie rozmawia z danym człowiekiem. Niestety dzisiaj świat postanowił sobie z niej zadrwić. Z ich obu w sumie. Nie mógł być jakimś zwykłym czarodziejem, który wędruje sobie po świecie? Nie mógł na przykład... no nie wiem, wrócić do Kanady? Mógł być przecież przyjezdnym, który postanowił spędzić tamtej nocy w pubie przyjemne chwile przy alkoholu, a następnego dnia wracać do swoich codziennych obowiązków na drugim końcu świata. Niestety, na nieszczęście Bethy mężczyzna pojawił się na błoniach. W Hogwarcie. Co musiało znaczyć, że tu pracuje. Dwa lata temu nie było go na liście nauczycieli, więc musiał być nowy. No do kurwy.
- Nie, nie, nie, nie. Żaden zbieg okoliczności. Nie.- stwierdziła, bo jeśli się okaże, że piła tamtego wieczoru z jednym z nauczycieli i ktoś wyżej się o tym dowie, to pewnie będzie miała niezłą pogadankę na uczelni od dziekana, rektora i wszystkich, którzy pełnią tam jakąkolwiek rolę. A McGonagall? Ojezu, ta to dopiero by jej przygadała. Wal się wszechświecie. Naprawdę ceniła sobie dodatkowe godziny spędzone w Hogwarcie. Było to dobre oderwanie od monotonności dnia codziennego, nawet jeśli musiała odwalać kawał papierkowej roboty i robić wiele dziwnych rzeczy. Doświadczenie jednak to doświadczenie, złe, czy dobre, liczy się. Dlatego nie chciała tracić tych kilku tygodni podczas których mogła wyrwać się z akademickich murów. Zwłaszcza przez coś tak idiotycznego jak picie z nauczycielem, które można było różnie odczytać i zapewne żadne z tych teorii nie byłoby na jej korzyść, gdyby przełożeni o tym usłyszeli.
Zmierzyła go spojrzeniem od góry do dołu dalej nie dowierzając w swoje szczęście. Nawet nie zwróciła uwagi na te krótkie spodenki, które miał na sobie mimo minusowej temperatury. Już w pubie dostrzegła, że jest niespełna rozumu, więc ten widok nie powinien jej zdziwić. Tak naprawdę jednak miała ważniejsze sprawy na głowie niż ogarnięcie czemu chodzi ubrany jak w lato w taką pogodę. Interesowała ją natomiast pewna bardzo ważna kwestia...
- Ty tu pracujesz?- spytała nawet nie ruszając się z miejsca o centymetr. Nagle powietrze dookoła niej stało się jakieś... ciężkie. W głębi serca miała nadzieję, że odpowie jej "nie" i że jest tu tylko dlatego, że odwiedza jakiegoś znajomego nauczyciela, albo jest kochankiem dyrektorki, cokolwiek. Byleby nie był związany z Hogwartem. Mógł nawet robić za szkolną maskotkę i latać w dziwnym przebraniu na meczach quidditcha raz na jakiś czas, przetrwałaby to, naprawdę. Czuła jednak, że odpowiedź na pytanie będzie nie taka jaką by chciała usłyszeć.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 324
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Wto Cze 26, 2018 1:10 am   
   <Multikonta: N.W.


On miał nadzieję... nie, moment. On nie miał żadnej nadziei. To znaczy spotkał ją, okej, fajnie, popili razem, doprowadziła go do stanu po którym miał wyrzuty sumienia na drugi dzień, że w ogóle smiał się tak schlać, ale generalnie była dla niego przypadkową kobietą o której zapomniał już na drugi dzień kiedy bardziej absorbowało go prowadzenie lekcji na srogim kacu i udawanie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pączkującym kwiatem tej kadry on w tym roku z pewnością się nie zapowiada, natomiast uczniowie nic nie zauważyli, więc stańmy na tym. On nawet nie myślał czy ją więcej spotka, czy nie. Było to dla niego wielce nieprawdopodobne, chyba, że pojawiłby się znowu w Hogsmeade. Wtedy może faktycznie zacząłby się zastanawiać nad tamtym wieczorem, a i może rozejrzał się za nią na ulicy czy dwóch. Nie był tam natomiast od ich ostatniego spotkania więc w ogóle się tym nie przejmował. W zasadzie nadal to przypadkowe wpadnięcie na siebie bardziej go zaczynało bawić niż sprawiać, że zakorzeniły się w nim jakieś inne uczucia, jak np. jakiś strach, niepewność czy inne nienawiści. Ona to zapewne co innego.
- Nie? To jak to nazwać? Zrządzeniem losu? Przeznaczeniem? - spytał całkowicie spokojnym tonem, majac neutralny wyraz twarzy. Nawet się nie uśmiechnął. Jedynie większą aktywność wykazywały jego oczy, które bacznie obserwowały jej zachowanie. W sumie patrząc na jej 'panikę' zaczął się zastanawiać, czy nie odwaliła czegoś konkretnego po tym jak ślaczkiem wracała do domu, ewentualnie zaraz po tym jak przekroczyła próg. Skąd mógł wiedzieć, że mieszka w akademiku i jest studentką? Przecież tego nie zgadł, a i ona mu nie wyżalała się ze swojego życia.
Czuł jak koszulka coraz bardziej nabiera wilgoci w związku z jego zmęczeniem, na dodatek poranne, wilgotne powietrze również nie pomagało jej wyschnąć. Może to kwestia tego, że był nad pieprzonym jeziorem, no, ale kto by się tym przejmował. Kolejny łyk wody wylądował w jego gardle, kiedy chwilę wcześniej spokojnie sięgnął po butelkę żeby zwilżyć sobie przełyk. Nie spuszczał jednak wzroku z dziewczyny przyglądając się jej reakcji. Gdyby on teraz wiedział o czym ona myśli... Jego natomiast w ogóle nie ruszyła perspektywa tego, że piłby ze studentką czy inną nauczycielką tego zamku. W zasadzie nie zdążył poznać jeszcze wszystkich nauczycieli, co nie było trudne zważywszy że on większość czasu spędzał na robieniu swojej roboty, a i tamci z pewnością byli zajęci sobą. A gdyby okazało się, że ona to... nie nie nie, to głupia myśl.
- A skąd, przechodzę tędy pięć razy w tygodniu z nudów. - powiedział, jak gdyby nigdy nic, jeszcze podkreślając te słowa gestem ręki machającej w tę i we w tę. Jego wzrok zmienił się na nieco bardziej rozbawiony, pokazując niewielkie zmarszczki wokół oczu. - A Ty? Pewnie robisz jakiś zmasowany atak na bogu ducha winne skrzaty domowe i ich tajne piwniczki z alkoholem? - spytał retorycznie upijając kolejny i zarazem ostatni łyk. Wielka szkoda.
_________________

alter ego | hymn | życiowe motto | mood
Violetta Strauss napisał/a:
[...] ...jej wzrok zarejestrował postać profesora Verendala, który niewerbalnie dał znać, że będzie miał na nie oko. [...] I tak wiedziała, że z niego dobra dusza i najwyżej nieco popsioczy jak się schleje w sztok, a finalnie będzie nawet pomagał ulżyć przeładowanemu żołądkowi trzymając włosy, żeby te rozpuszczone kudły nie stanęły na trasie zwrotu brzusznej zawartości.
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 680
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Wto Cze 26, 2018 1:36 am   

Kiedyś ciotka jej opowiadała, że przypadkowe spotkania ciągną za sobą najlepsze konsekwencje, bo nigdy nie przewidzisz tego jak rozwinie się relacja od pierwszego spotkania, które przybrać wiele różnych kombinacji. Wspominała wtedy przypadkowych facetów (oczywiście czystokrwistych) z którymi podróżowała przez cały świat, tych, których bzyknęłą i nigdy więcej na oczy nie zobaczyła, a także tych, których poznawała podczas dziwnych przygód nocnych w Hogsmeade w latach swojej młodości. Do dzisiaj pamięta jak powiedziała do jednego ze swoich synów podczas kłótni o rodzinę "dobrze, że nie szczekasz, bo takie imprezy były". Betha wtedy myślała, że żartuje, ale dzisiaj nie jest tego taka pewna. W każdym razie, ciotka po śmierci jej rodziców bardzo często namawiała ją na spontaniczne wyjścia z dziwnymi ludźmi. Czy tamto picie można było zaliczyć pod takie wyjście? Jeśli tak, to byłaby dumna. Betha jednak wolała nie spotykać przypadkowych ludzi więcej niż raz, dlatego przypadkowe spotkanie na błoniach było naprawdę niespodziewane i... szokujące. Przynajmniej dla niej.
- Przekleństwem. - skwitowała krótko wciąż mu się przyglądając. W głowie miała natychmiast milion możliwych sytuacji i wyjść z nich oraz jak może potoczyć się jej przyszły staż w Hogwarcie na trzecim roku. Czy jak się nie dostanie do Hogwartu ma plan awaryjny? Oczywiście, że tak. O ile takim planem można nazwać otworzenie wielkiego ośrodka jeździeckiego na wszystkim co ma kopyta, a w tym świecie jest to bardzo, bardzo, bardzo wiele stworzeń. Czy zdobędzie na tym majątek? Fortuna zbita na zawodowym ujeżdżaniu koni i temu podobnych. Heh. Jej rodzina chyba się w grobie przewraca. A może zajmie się smokami? Będzie zwana Bethą, Pierwszą Tego Imienia, królową Slytherinu, królową Hogwartu, Hogsmeade, pubu pod Trzema Miotłami i Czystokrwistych, władczynią Stworzeń Magicznych, protektorką jedzenia, panią Wielkiego Morza Alkoholu, zwaną Bethą zrodzoną z krwi i łez mugoli, samowystarczalną i matką smoków. Brzmi zajebiście.
Spojrzała na niego i nawet jeśli bardzo chciała, to za cholerę mu nie uwierzyła. Wizja otworzenia ośrodka jeździeckiego lub sanktuarium dla smoków stawała się coraz bardziej realna i ciekawa. Starała się jednak zachować spokój. On nic nie powie, ona nic nie powie... i zachowa głowę. (z pozdrowieniami dla kraba Sebastiana z Małej Syrenki).
- W sumie to tak.- odparła bez chwili zawahania przyznając mu rację. Tylko, że w Hogwarcie nie widziała żadnego ze skrzatów domowych, chyba, że liczymy te, które były zatrudnione w kuchni Hogwartu. One mogły mieć w sumie ciekawe zapasy wina. - Czaję się na nie od czasu ukończenia szkoły... - dodała z beznamiętnym wyrazem twarzy. Ech, co za upiorne zrządzenie losu. Czy jej początek dnia nie mógł się zacząć jakoś dobrze? Na przykład jakimś śniadaniem do łóżka, porannym seksem, albo po prostu obudzeniem się bez poczucia jakichkolwiek obowiązków tego dnia? Nie.
- Czego w sumie uczysz?- spytała zaciekawiona, które etaty na Hogwarcie się zwolniły po wielkiej wojnie. I czy przypadkiem nie piła z profesorem mugoloznawstwa, bo wtedy utopiłaby się w tym jeziorze. Znaczy, najpierw by zaniosła papiery, aby się nie zmarnowała jej ciężka praca... a dopiero wtedy by się utopiła. I jego pociągnęłaby za sobą, tak dla dobra wszechświata.
_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 324
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Wto Cze 26, 2018 8:08 pm   
   <Multikonta: N.W.


Może bezpieczniej byłoby dla nich, gdyby zeszli z jakiegokolwiek tematu alkoholowego. Do tego zaliczało się również niewinne rozmawianie o skrzatach i ich zapasie wina jaki miały skitrany w kuchni. Przecież jak oni wrócą do tematu chlania w pubie Pod Trzema Miotłami, to skończy się to zdecydowanie gorzej niż to samo spotkanie, a wiedzcie, że to nie zmierzało w dobrym kierunku. Tym bardziej, że on np. nie wiedzial co zrobiła Betha w trakcie drogi powrotnej, a mogło się okazać, że po drodze kogoś zabiła i nie chce o tym mówić, albo chce zrzucić na niego całą winę za poranny ból głowy, tylko jeszcze o tym nie pomyślała. Ot, bezpieczny grunt pozbawiony jakiegokolwiek rozmawiania o procentowych napojach, tak. Tak będzie najlepiej. Nie drążył więc tematu jaki sam w sumie poruszył, taka krótka, ironiczna wypowiedź w jej stylu (styl czarnych koronkowych gatek) była dla niego calkowicie wystarczająca.
To nie tak, że on się z niej nabijał, naprawdę. Jego wyraz twarzy na tę chwilę nie wskazywał na nic, poza sympatycznym spojrzeniem jakie miał przylepione do siebie odkąd się urodził. Ale ona naprawdę wręcz kusiła go do tego, żeby tu coś zmyślić, tam coś wydrwić, a gdzieś indziej z kolei coś zaimprowizować.
<przerwa techniczna> Czy było już wspomniane, ze Christopher nie kłamie tylko nagina rzeczywistość w dogodny dla siebie sposób? Tak? To dobrze.</koniec przerwy technicznej>
Ta cała rzekoma złość jaka się z niej wylewała była czymś, co go jeszcze bardziej nakręcało do bycia złośliwym, a przecież w Kanadzie nawet nie mają takiego słowa w słowniku (względnie zostało ono wykreślone na potrzeby stereotypu). Przecież ona nie mogła być taka zła, no, może na pierwszy rzut oka i przy pierwszym spotkaniu starała się wyglądać na niemiłą i pozbawioną jakichkolwiek uczyć, ale ten oto tu człowiek przecież był od tego, żeby wydobywać z ludzi tę piękniejszą stronę, nawet jeśli jej podobno nie posiadają. Założymy się? Hmm? Bądź co bądź z drugiej strony obawiał się, że to małe, piękne, na oko metr sześćdziesiąt pięć stworzenie ma idealną sposobność do tego, żeby wysadzić mu lewy sierpowy tam, gdzie zwykle mężczyzna raczej nie chce być bity bo może się to skończyć czymś gorszym niż tylko... dobra, nieważne. Natomiast dopóki siedzi, mogło dosięgnąć jego twarzy.
Jego brew uniosła się mimowolnie do góry, kiedy usłyszał jej pytanie. Kąciki ust mimowolnie drgnęły, a ciało poprawiło się, aby siedzenie na kamieniu było w choć niewielkim stopniu wygodniejsze. Czyżby spodziewała się usłyszeć to, czego nie chciała? Czyżby się tego bała? Od razu można było poznać jej niechęć do mugoli, w końcu należała do Slytherinu, a oni gardzą wszystkim co mieszane. Przecież on nie mógł przegapić takiej okazji.
- Mugoloznawstwa. - wypalił, ze stoickim spokojem w głosie. Jego dłoń wyczuła pod sobą jakiś niewielki patyczek, na którym mężczyzna skupił swoją uwagę, jednocześnie akcentując to jak bardzo zwyczajne było to stwierdzenie, zupełnie podobne do czegoś pokroju "jaka ladna dziś pogoda" czy "twoje spojrzenie sprawia, że muchomory tracą kropki". W głębi duszy wiedział jednak, że w jej zielonym jak barwy Slytherinu serduszku właśnie wybuchła bomba atomowa pożerająca resztki jej jakiejkolwiek, o ile istniała, sympatii do niego.
Badając wzrokiem patyczek przez chwilę, po kilkunastu sekundach tej wymownej ciszy zerknął na nią, jak gdyby nigdy nic. Powinien teraz rzucić to magiczne "żartowałem"? O nie nie, on zdecydowanie nie chce zostać zamordowany tutaj od ręki. Co prawda miał różdżkę, ale znajdował się w mniej dogodnej pozycji do obrony, niż ona do ataku. No, także tego. Nie chciała tego pięknego spotkania, to zapewne zaraz się zakończy. Christopher Verendal, mistrz żartów, imperator dobrej zabawy i wychodzi na to, że również doktor habilitowany irytowania Ślizgonów.
_________________

alter ego | hymn | życiowe motto | mood
Violetta Strauss napisał/a:
[...] ...jej wzrok zarejestrował postać profesora Verendala, który niewerbalnie dał znać, że będzie miał na nie oko. [...] I tak wiedziała, że z niego dobra dusza i najwyżej nieco popsioczy jak się schleje w sztok, a finalnie będzie nawet pomagał ulżyć przeładowanemu żołądkowi trzymając włosy, żeby te rozpuszczone kudły nie stanęły na trasie zwrotu brzusznej zawartości.
 
 
     

Betha Michaelson
II rok | Magiczne Stworzenia
Dołączył: 03 Kwi 2012
Posty: 680
Wiek: 20, urodzona 14.02.1980
Krew: Czysta.
Pupil: Feniks o dumnym imieniu Aithne (Becziks Pierwszy!). Kot Savannah - Ariana, pierwsze pokolenie oraz kuguchar - Caro.
Różdżka: włókno z serca testrala, 12 cali, modrzew, odpowiednio giętka.
Ekwipunek: reputacja królowej Slytherinu, różdżka, wygaszacz światła, krwawe pióro
Genetyka: Animag, Legilimencja
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 8
Transmutacja: 23
Z. zwykłe: 22
Z. ofensywne: 42
Z. defensywne: 30
Miotlarstwo: 7
Wysłany: Wto Cze 26, 2018 8:46 pm   

W sumie za bardzo nie kojarzyła drogi powrotnej, ale pamięta, że rano nie miała żadnych plam nie swojej krwi nigdzie dookoła, a prorok nie pisał o niecodziennym morderstwie w okolicy Hogsmeade, więc mogła przypuszczać, że nikogo nie zabiła. Z drugiej jednak strony nawet pijana potrafiłaby bardzo dobrze ukryć ciało, więc może po prostu jeszcze go nie znaleźli? W każdym razie nie pamiętała tego i jakby chcieli ją przesłuchać i zbadać jakimś wykrywaczem kłamstw, to wszystkie testy zdałaby na ocenę celującą, bo sama nie miałaby pojęcia, czy kogoś zabiła. Idealnie. Alibi trochę kulało, ale odrobina znajomości i pieniędzy załatwiało sprawę. Mimo wszystko, była prawie pewna, że po prostu dotarła do domu nawet nie gubiąc nawet za bardzo drogi. Następnego dnia wszystko wyglądało tak jak powinno. No i miała na sobie majtki, więc nie mogło być tak źle.
Zapamiętała go trochę inaczej. Był... niższy? Tak jej się wydawało wtedy, ale jej osąd mógł być zaburzony przez alkohol. Teraz jak była trzeźwa i mierzyła go spojrzeniem, to trochę się zdziwiła, gdy ten siedząc miał prawie tyle samo wzrostu co ona. Mimo wszystko, była usposobieniem małego walecznego chichuachuy, który może nie był silny fizycznie, ale za to piekielnie upierdliwy i niebezpieczny. I głośny. No i miała naprawdę dobrą rękę do ofensywy magicznej, więc nawet jakby ją powalił, to wsadziłaby mu różdżkę tam gdzie słońce nie dochodzi i... reszty można się domyślić. Ale to był Chris. Już tej jednej nocy stwierdziła, że jest niegroźnym usposobieniem jakiegoś gryfona, który woli się bronić niż atakować, więc nawet jeśli był wielki jak pobliska wierzba (hehe) to jedyne co miał w sobie groźnego, to... czy on powiedział mugoloznawstwo? To jedno słowo wyrwało ją z rozmyślań i poczuła się jakby ktoś jej przywalił czymś ciężkim w głowę. Gdyby była pijana, to to stwierdzenie na pewno by ją otrzeźwiło i postawiło na nogi. Zaniemówiła jednak i wpatrywała się w niego szukając jakiegokolwiek znaku, który poświadczy, że robi sobie z niej jaja. Jakieś drgnięcie oka, rozszerzone nozdrza, drganie mięśni, padaczka (!), cokolwiek, ale powiedział to tak, jakby to była prawda co spowodowało, że Betha zwątpiła w swoją godność człowieka. Piła z profesorem mugoloznawstwa? I mu nie przywaliła? Tak... po prostu? Przecież jakby jej ojciec się dowiedział, że utrzymała jakiś bliższy kontakt z kimkolwiek kto jest związany z mugolami, to pewnie by ją wydziedziczył, matka się jej wyrzekła, a reszta rodziny skazała na wieczne tułanie się po najgorszych częściach magicznego świata, aby sobie uświadomiła swój karygodny błąd i upadnięcie do poziomu szlam. Nic dziwnego, że miała takie podejście do czystokrwistych skoro jej rodzina była ostro jebnięta na tym punkcie.
Jej wzrok mógł sprawiać wrażenie zdziwionego, może odrobinę szoku, ale jej wyraz twarzy był kamienny. Wpatrywała się w niego przez krótką chwilę, aby w końcu wymruczeć krótkie
- Mhm.- krótko i na temat. Włożyła jeszcze na spokojnie papiery, które wcześniej jej uciekły do torby. W całkowitym milczeniu. Zapięła ją i ruszyła przed siebie, bo przecież miała iść do dyrektora oddać mu wypełnione formularze. Tak, tak. Formularze. Po to tu jest. Zatrzymała się kilka metrów za Chrisem, aby jeszcze odwrócić się i w pełni wyjebania głosem dodać
- Zrób mi przysługę i... no nie wiem. Zabij się.- dodała nawet z lekkim uśmiechem na twarzy, aby później ruszyć przed siebie zastanawiając się jak bardzo się stoczyła.

/zt

_________________
When the lights go down, she comes alive...


Stand back she's the queen of hearts, she'll eat you alive. Blood-red lips, jean hugging hips, man it should be a crime. Drop dead looks, she's a perfect ten, tattoos are on her skin. The angel on your shoulder begs no, but the devil's gonna win.

See you in hell.
 
     

Christopher Verendal
Prof. Miotlarstwa | Op. Ravenclawu
Dołączył: 09 Cze 2018
Posty: 324
Wiek: 30 lat.
Krew: Czysta.
Pupil: Płomykówka Moha.
Różdżka: Włos wampusa, 11,5 cala, elastyczna, jarzębina.
Ekwipunek: Różdżka, zegarek na rękę, zwykle też książki i praktycznie zawsze dobry humor.
Sakiewka: 50 galeonów
Genetyka: Oklumencja, Magia Bezróżdżkowa
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 23
Zielarstwo: 14
Transmutacja: 8
Z. zwykłe: 50
Z. ofensywne: 20
Z. defensywne: 24
Miotlarstwo: 23
Wysłany: Wto Cze 26, 2018 9:05 pm   
   <Multikonta: N.W.


Jeśli by porównywać Christophera do jakieś rasy psa, to z pewnością byłoby to coś pokroju doga niemieckiego. Duże to, nogi tyczkowate, groźnie wyglądające, a w istocie kochane i miziaste. Tak, dog niemiecki to wspaniałe porównanie.
Kiedy tylko zaczęła zgarniać papiery on już wiedział. Wiedział, że jej godność nie pozwoli jej stać obok niego przez kolejne, najbliższe pół sekundy, a nawet ćwierć. Bardzo mocno powstrzymywał się ściskając krtań, aby nie wybuchnąć śmiechem na widok jej kamiennej twarzy pod którą starannie starała się skrywać tę atomówkę, która właśnie rozwaliła jej wnętrzności i sprawiła, że miała ochotę zacząć pluć tym, co z nich zostało. Jego brwi były uniesione w mimice pokazującej jej, że doskonale się tego spodziewał, a co więcej jakaś część jego oczu mówiła, że taki był plan. Nie, że chciał się jej pozbyć, a skąd. Gdzie tam. Wbrew pozorom w jakiś sposób lubił jej hmm... typowo babski sposób zachowywania się. No, może nie typowo babski, ale coś w połączeniu takiej typowej Kariny z dość sporą dozą inteligencji i pogardy dla całego świata. Może to lekka przesada, ale na tę chwilę takie było jego mniemanie na jej temat.
Zakręcił oczami, kiedy dodała mu na odchodne, żeby się zabił. Czy ona na pewno miała więcej niż dwadzieścia lat? Chyba tylko cieleśnie, mentalnie szczerze w to wątpił. Kto zatrudnia takich ludzi w tym zamku? Najwyraźniej potrafiła zachowywać się doskonale w otoczeniu innych osób, a jemu do głowy przyszedł pomysł, że musi to kiedyś sprawdzić. Chciałby usłyszeć z jej ust magiczne "tak Panie profesorze", "nie Panie profesorze" kiedy obok stałaby dyrektor. Ciekawe czy wolałaby tak do niego powiedzieć, czy prędzej zrezygnować z tej posady. Myślę, że odpowiedź jest oczywista.
Jemu natomiast nie pozostało nic jak posiedzieć jeszcze chwilę i zastanowić się w ogóle nad tym co tu się odjebało. Chwilę później ruszył już w stronę zamku mozolnym krokiem.[zt]
_________________

alter ego | hymn | życiowe motto | mood
Violetta Strauss napisał/a:
[...] ...jej wzrok zarejestrował postać profesora Verendala, który niewerbalnie dał znać, że będzie miał na nie oko. [...] I tak wiedziała, że z niego dobra dusza i najwyżej nieco popsioczy jak się schleje w sztok, a finalnie będzie nawet pomagał ulżyć przeładowanemu żołądkowi trzymając włosy, żeby te rozpuszczone kudły nie stanęły na trasie zwrotu brzusznej zawartości.
 
 
     

Simon Richardson
Uczeń | VI Rok
Dołączył: 14 Lip 2018
Posty: 7
Wiek: 16
Krew: mugolska
Pupil: sowa uszata Alf
Różdżka: pióro memrotka, 9 cali, ostrokrzew, sztywna
Ekwipunek: różdżka, miętowe gumy, paczka papierosów, zapałki
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 11
Z. ofensywne: 9
Z. defensywne: 8
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Śro Lip 18, 2018 11:07 pm   
   <Multikonta: -


[początek]

Zanim się obejrzał, marzec wdarł się niemiłosiernie w moje życie dość nieoczekiwanie. Nie zmieniło się bowiem nic. W dalszym ciągu traktowano go jak gówno, kogoś gorszego sortu, bo nie urodził się w rodzinie czarodziejskiej. W całym swoim szesnastoletnim życiu miał podwójnie przesrane. Czarodzieje nienawidzili go za to, że nie był czystej krwi. Dla nich był nic nie wartym szlamem, który trzeba jak najszybciej zniszczyć zanim choć odrobina tego mułu ośmieli się zanieczyścić krystalicznie czyste wody jeziora. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, jak to byłoby mieć członków magicznej rodziny, posiadać wybitne drzewo genealogiczne na kilkaset pokoleń wstecz i móc się tym szczycić. Prawdę mówiąc, miał to głęboko w nosie. Nie miał zamiaru przejmować się ludźmi mającymi sieczkę zamiast mózgu. Gorzej przedstawiała się sprawa z ludźmi, którzy kiedyś z miłości poszli razem do łóżka i poczęli go - zakałę ich idealnej, mugolskiej rodziny. Rodzice nienawidzili Simona, bo był czarodziejem, przynajmniej w ich mniemaniu. Jak tu nie zwariować? Kiedyś nad tym ubolewał, teraz? Są mu całkiem obojętni, a wizyty w domu są przykrym obowiązkiem. Jego sowa Alf nie miała za dużo roboty w zamku. Nie wylatywała na dalekie podróże, nie przynosiła paczek ani listów z domu. Nikt do niego stamtąd nie pisał, więc i on sam nie pisał. Nie czuł takiej potrzeby. Najmniejszej. Złapał się na tym, że ostatnio w ogóle nic nie czuje, do nikogo. Jego wewnętrzne uczucia zostały odgrodzone od reszty ludzi, a ukazane zostały tylko te mało znaczące. Beztroska. Wesołość. Nienawidził się uzewnętrzniać. To takie... babskie. Takie poniżające.
Nie lubił zimy, w szczególności śniegu i mrozów, aczkolwiek urodził się w środku tej znienawidzonej pory roku. Powody były dwa. Pierwszy - był palaczem, a wychodzenie na dwór przy dwudziestostopniowym mrozie nie było zbyt optymistycznym powodem ku temu. Po drugie, nie lubił jak padający śnieg wpadał mu do oczu, a mróz szczypał w uszy, bo czapek nie nosił. Nie mógł, bo inaczej jego wspaniała grzywka uległaby całkowitej destrukcji. Ucieszył się zatem, gdy pierwsze majowe słońce lekko przygrzewało, nieubłaganie topiąc to białe przekleństwo. Ubrany w płaszcz i szalik, korzystając z chwili wytchnienia od nauki, wybrał się na błonia. Nie miał szczególnych planów, treningu nie zapowiadano póki co, a i wypracowania zdąży nadrobić ze spokojem. Spacerował zatem po resztkach śniegu, które zamieniały się w błoto. Jak zwykle namacał w kieszeni paczkę fajek. Palenie było surowo zabronione w zamku i w jego obrębie, Simon miał jednak swoje sposoby i się w tym kryć. Zaszył się więc przy jednym z głazów i zwyczajnie, po ludzku, zaciągnął się dymem. Zaczął dwa lata temu. Musiał znaleźć jakiś sposób na to, że stał się rasowym wyrzutkiem, zarówno ze strony niemagicznych jak i czarodziejów. To go uspokajało, pozwalało na moment oderwać myśli od jakże beznadziejnego położenia w jakim się znalazł.
 
     

Madelaine Davies
VI Rok | Prefekt Hufflepuffu
Dołączył: 04 Lip 2018
Posty: 60

Wiek: 16
Krew: półkrwi
Pupil: sóweczka zwyczajna - Vishal
Różdżka: pióro dirikraka, 9 i pół cala, brzoza, giętka
Ekwipunek: notatka z zielarstwa, różdżka
Sakiewka: 10g
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 10
Zielarstwo: 9
Transmutacja: 11
Z. zwykłe: 12
Z. ofensywne: 10
Z. defensywne: 12
Miotlarstwo: 6
Wysłany: Śro Lip 18, 2018 11:58 pm   
   <Multikonta: RW | FL


Nieważne, czy ziemię zaścielały grube warstwy śniegu czy też słońce paliło tak, jak gdyby chciało urządzić sobie grilla z mieszkańców Ziemi - dla Madelaine zawsze była dobra pora, by spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu. Właściwie tylko bardziej ekstremalne warunki pogodowe stanowiły realna przeszkodę dla wychodzenia z ciepłych czterech kątów, ale i te uwielbiała obserwować zza bezpiecznej szyby. Niewiele było rzeczy bardziej fascynujących od przecinających niebo błyskawic czy kłębiących się białych chmur podczas śnieżycy. Teraz też wczesnowiosenny chłód nie był w stanie zatrzymać jej w zamku. Wystarczył przecież dodatkowy sweter, by żaden wiatr nie był człowiekowi straszny.
Obowiązkowym punktem programu przed wyprawą na spacer po szkolnych błoniach była wizyta w kuchni, do której przecież z Pokoju Wspólnego Puchonów były liche dwa kroki. Skrzaty domowe uwielbiały dzielić się wszelkiego rodzaju jadłem, a większość zaglądających tam uczniów wiedziała, na ile sobie pozwalać. Dzisiaj panna Davies opuściła zamek z dużą paczką owocowych cukierków i już po wrzuceniu pierwszego odkryła, że nie są to zwyczajne słodycze. Były lekko ciepłe, stąd rozgrzewały od środka równie skutecznie, co porządna herbata; szybko zdobyły sobie wysokie miejsce na liście ulubionych łakoci Madelaine. Postanowiła, że przy następnej wizycie w kuchni postara się podpytać skrzaty, czy i gdzie można te cudeńka nabyć. Zdecydowanie musiała zdobyć ich więcej, a żerowanie na hogwarckich zapasach na dłuższą metę byłoby jakieś takie... nieuczciwe.
Podejrzewała, że przy takiej temperaturze trudno będzie spotkać kogokolwiek poza budynkiem szkoły. Nie była to w końcu sroga zima, by bawić się w śniegu ani też ciepła wiosna. Nie, teraz był jeden z tych mniej przyjemnych etapów w cyklu pór roku, kiedy gleba zamieniała się w błoto, słońce niewiele wychodziło zza chmur i najłatwiej można się było przeziębić. A jednak, Davies udało się wypatrzyć jakąś samotną postać, kiedy spacerowała nieopodal jeziora. Zaintrygowana, skierowała się w stronę odległej sylwetki, którą bliższe oględziny pozwoliły zidentyfikować jako znajomą. Nie miała pewności, czy w ogóle zostanie zauważona, ale dla pewności pomachała w kierunku chłopaka. W kolejne dwie minuty znalazła się na tyle blisko, że już raczej nie mógłby zignorować jej obecności.
- Cześć! - zawołała, promieniejąc radosnym uśmiechem. Zachowała co prawda pewną odległość, gdyż nie była fanką wędzenia się w dymie tytoniowym, ale też nie zamierzała zachowywać się tak, jakby palenie było jakąś zbrodnią. W końcu hej, to ona nachodziła właśnie człowieka w spokoju oddającego się nałogowi, nie miała więc prawa do protestów.
- Nie spodziewałam się, że kogoś spotkam na tym zimnie. Dawno się chyba nie widzieliśmy - zaczęła w sumie o niczym, ale czuła się w pewnym sensie zobowiązana do wytłumaczenia, czemu zawraca koledze głowę. Kiedy jest się osobą jednocześnie towarzyską i nieśmiałą, łatwo o podobne sytuacje. Nie było jednak niczego, czego nie mogłaby załatwić odrobina uprzejmości i szczery, ciepły uśmiech... prawda?
_________________


 
 
     

Simon Richardson
Uczeń | VI Rok
Dołączył: 14 Lip 2018
Posty: 7
Wiek: 16
Krew: mugolska
Pupil: sowa uszata Alf
Różdżka: pióro memrotka, 9 cali, ostrokrzew, sztywna
Ekwipunek: różdżka, miętowe gumy, paczka papierosów, zapałki
Poziom życia: 100%
Eliksiry: 7
Zielarstwo: 15
Transmutacja: 10
Z. zwykłe: 11
Z. ofensywne: 9
Z. defensywne: 8
Miotlarstwo: 10
Wysłany: Czw Lip 19, 2018 12:29 am   
   <Multikonta: -


Wypuszczał strużkę dymu z ust raz za razem, czując, jak powoli spływa na niego spokój. Denerwował się faktem, że do końca szkoły zostały zaledwie trzy miesiące. I nie chodziło wcale o fakt egzaminów końcowych, tylko o powrót do domu, a raczej do miejsca tymczasowego pobytu, kiedy nie mieszkał akurat w zamku. Minęło już pięć lat odkąd otrzymał pierwszy list z Hogwartu, a rodzice nadal nie przełknęli jego ,,inności''. Odzywali się do niego tylko w ramach konieczności, a kiedy o nim rozmawiali, używali formy trzecioosobowej, zupełnie jakby nie było go w domu. Kiedyś go to bolało, obecnie ma to w tyłku. Większość powie pewnie, że powinien się cieszyć z tego, że rodzice się nim nie interesują, że może robić co chce. W głębi duszy jednak Simon był dość wrażliwy i dwojga złego wolałby, żeby wykazali chociaż odrobinę dobrej woli i starali się go zrozumieć.
Oparł się plecami o zimny głaz i poczuł jak wiaterek rozwiewa mu włosy. Zastanawiał się czy po powrocie do zamku, nie wpaść na filiżankę gorącej czekolady do kuchni. Jako dzieciak, gdy przekroczył mury Hogwartu po raz pierwszy, myślał, że jedzenie pojawia się na stole znikąd. Nauczyciele machają różdżkami i przygotowane już potrawy trafiają na stół, a potem do ich brzuchów. Dopiero później dowiedział się, że to wszystko robota domowych skrzatów. Kiedy zaproponował to matce, żeby posiadali skrzata, by mogła odpocząć, a on wszystko zrobiłby za nią, omal nie zabiła go wzrokiem. Żadnych magicznych stworzeń po jej dachem. Jedno w jego postaci zdecydowanie wystarczy, a to i tak za wiele dla jej ograniczonego umysłu.
Nie spodziewał się nikogo w tych okolicach. Wiosna specjalnie jeszcze się nie rozgościła na dworze, a zima dobiegła końca. Nie było więc specjalnie nic do roboty, poza zwykłym wałęsaniem się. Spostrzegł, że ktoś zmierza w jego kierunku i odruchowo schował papierosa za plecy, żarzącym się końcem do wnętrza dłoni, by nie widać było unoszącego się dymu. Dopiero po dłuższej chwili rozpoznał w zbliżającej się postaci, znajomą osobę.
- Cześć - odparł, a na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech. Zaraz jednak nieco się speszył, bo przypomniał sobie tę felerną kartkę walentynkową, przez którą stał się pośmiewiskiem całej szkoły na całe pół roku. Do tej pory nie zdobył się na odwagę, by ją za to przeprosić. Teraz był dojrzalszy, a i zauroczenie Madelaine mu przeszło.
- Tak, minęło dość sporo czasu. Co do zimna, jest całkiem znośnie, z reguły wolę cieplejsze pory roku, aczkolwiek sama widzisz... - powiedział jakby przepraszającym tonem, ukazując niedopalonego papierosa. Domyślał się, że nie każdy jest fanem smrodu nikotyny, więc bez cienia bólu rzucił go w błoto, gdzie natychmiast zgasł. -Jak się miewasz? - zapytał, by podtrzymać dopiero co rozpoczętą konwersację.
_________________
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   

Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Nie kradnij zawartości forum! Zapytaj o pozwolenie jeśli chcesz skorzystać. Forum przystosowane do przeglądarek Mozilla Firefox i Google Chrome (odradzamy Explorera).
Strona wygenerowana w 0,3 sekundy. Zapytań do SQL: 9